niedziela, 10 grudnia 2017

Arrow – Season 2

Po zniszczeniu Glades w Starling City Oliver Queen wrócił na wyspę, od której zaczęła się jego podróż. Jednak niedługo było mu dane nacieszyć się samotnością. John Diggle i Felicity Smoak przybywają po niego. Młody Queen jest potrzebny w mieście, w rodzinie i w firmie. Po próbie naprawienia grzechów ojca przyjdzie mu stawić czoła pierwszemu z demonów jego własnej przeszłości.

Od razu muszę napisać, że do tego sezonu mam największy sentyment, co trzeba brać pod uwagę zwłaszcza przy mojej ocenie. Jednak w przeciwieństwie do pierwszego sezonu, który urósł w moich oczach dopiero po drugim podejściu, ten sezon od początku ma tę samą notę.

Drugi sezon to pod wieloma względami rewolucja w Arrowverse. Dostajemy dużo większą liczbę komiksowych smaczków, np. pod postacią ichniej wersji Suicide Squad, aluzji do Harley Quinn, Black Canary, czy wzmianek o Ra’s al Ghulu. Największą furorę robi gościnny występ Barry’ego Allena, bo zapowiada najwięcej zmian. Do tej pory wszystko starano się tłumaczyć pseudo naukowym bełkotem i cudownymi lekami. Po eksplozji w Central City autorzy mogą wprowadzać cokolwiek bez silenia się na uzasadnienie. Zresztą drugim zwiastunem takich nowinek jest League of Assassins, której przywódca ma dość specyficzny sposób wydłużania życia.

Nie jest to jedyna koncepcja na rozbudowę serialowego uniwersum. Sezonowi towarzyszy pierwsza miniseria webisodów pod tytułem Arrow: Blood Rush, której akcja ma miejsce między odcinkami 5 i 6. Jest to sześć jednominutowych odcinków, które oprócz tego, że są bezczelną reklamą produktów firmy sponsorującej serialik, opowiadają o spotkaniu Roya i Felicity oraz zadaniu na rzecz utrzymania tajemnicy tożsamości Green Arrow. Jako całość BR jest opcjonalny.

Wracając do sedna, widowisko nie skupia się już wyłącznie na zemście Olivera, czy jego rozwoju. Swoje pięć minut dostaje większość postaci, z czego Diggle ma nawet sceny z własnej przeszłości. Fabułę urozmaicono wieloma wątkami osobistymi, zachowując przy tym balans między akcją i obyczajówką. Dzięki temu aktorzy mogą pokazać nieco większy wachlarz swoich możliwości, a sceny akcji nic na tym nie tracą. Tak jak poprzednio prym wiódł John Barrowman jako Malcolm Merlyn, tak tutaj niepodzielnie rządzi znany z serialowego Spartacusa (żeby było zabawniej, nie jest jedyną osobą z tamtej obsady, mamy też epizodyczną Nyssę al Ghul graną przez Katrinę Law oraz Amandę Waller w wykonaniu Cynthii Addai-Robinson) Manu Bennett jako Slade Wilson. Owszem, był już w pierwszym sezonie, jednak dopiero teraz pokazuje, na co go stać. Każda teraźniejsza scena z jego udziałem robiła na mnie wrażenie. Swoją obecnością wręcz przytłaczał pozostałe postacie i dla niego samego warto ten sezon obejrzeć.

Gdybyście mieli ograniczyć się do oglądania jednego sezonu Arrow, drugi jest póki co najlepszym wyborem. Nie jest to ideał, ale da się go obejrzeć bez konieczności zaliczania pierwszego i jest na tyle satysfakcjonujący, że można sobie darować kolejne. Moja ocena: 4+.

niedziela, 3 grudnia 2017

Lost Grimoires: Stolen Kingdom

Główna bohaterka, uczennica alchemika, wraca z uczelni do domu. Podróż przebiegła spokojnie, ale dziewczyna zauważa, iż pod jej nieobecność królestwo zmieniło się i to niekoniecznie na lepsze. Na miejscu wita ją mentor i wuj w jednej osobie. Po krótkim powitaniu niewiasta zamierza udać się na odpoczynek, ale w tej samej chwili okazuje się, że ktoś włamał się do domu. Mało tego, włamywacz zdaje się znać zakamarki budynku, o których nasza protagonistka nie miała pojęcia.

Pomimo intrygującego wstępu cała fabuła daje się przewidzieć niemal od ręki, przez co szybko przestaje się zwracać na nią uwagę. Na szczęście dla grającego, LG potrafi z miejsca oczarować oprawą graficzną (animacjami już niekoniecznie) i iście baśniową atmosferą, porównywalną z tą z Grim Legends. W parze z częścią wizualną idzie warstwa muzyczna. Może nie zawiera charakterystycznych motywów, ale jest wystarczająco przyjemna. Projekty miejsc oraz poszczególnych łamigłówek również nie odstają, a przy tym są czytelne, co ma niebagatelne znaczenie, zwłaszcza w sekwencjach hidden object. Na plus należy policzyć zróżnicowanie tych ostatnich oraz brak jakiegokolwiek recyklingu.

Niestety, przekłada się to także na długość gry. Zagadki i sekcje hidden object są łatwe, miejscami wręcz banalne i czasem niepotrzebnie udziwnione (np. szukanie klucza do gabloty, którą można byłoby rozbić). Na poziomie ekspert, zdobywając wszystkie osiągnięcia, Lost Grimoires da się ukończyć w lekko ponad dwie godziny. I to tyle. Nie ma nawet dodatkowego, mniejszego scenariusza. Przyznaję, że te dwie godziny spędza się przyjemnie, ale pełnej ceny nie da się tym usprawiedliwić. Jeśli jednak wszystkie (nawet minimalnie) dłuższe tytuły masz już za sobą, chcesz się zrelaksować przy kolejnej Hidden Object Game, a Lost Grimoires jest akurat w promocji, możesz brać bez wyrzutów sumienia. Moja ocena: 4.

sobota, 2 grudnia 2017

Justice League (2017)

Przeciwnik zapowiedziany w końcówce  Batman v Superman (żeby było śmieszniej, pokazany tylko w wersji rozszerzonej, w zwykłej ograniczono się do bełkotu Luthora) nadciąga. Musi zebrać trzy pierścienie władzy… pardon, Mother Boxy, dzięki którym urządzi Ziemię po swojemu. Kiedyś już próbował, ale przymierze elfów i ludzi… amazonek, atlantów i ludzi powstrzymało go. Na imię ma Sau… Steppenwolf.

Nie będę owijał w bawełnę, jeśli nie podeszło wam BvS, JL ma małe szanse, bo w większości zostało zrealizowane przez Snydera. Jednakże za resztę odpowiada nie kto inny, jak Joss Whedon, więc kto wie, może to będzie wystarczający argument? Ale po kolei.

Bezapelacyjnie największą zaletą widowiska są postacie. To dla nich powinno się obejrzeć ten film. Chemia w drużynie jest naprawdę fajna, aktorzy świetnie dobrani, a interpretacje bohaterów są również w porządku. Najbardziej obawiałem się Cyborga oraz nowej wersji Flasha. Cyborga, bo w zwiastunach wypadał drętwo, a Flasha, bo ten ma konkurencję w postaci serialowego odpowiednika, który obecnie biegnie przez czwarty sezon. Obie obawy bezzasadne, bo panowie robią dobrą robotę. To ostatnie to nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę największy mankament – brak czasu antenowego dla pojedynczych osób. Jako grupie poświęcono im go odpowiednio dużo, ale wprowadzenie dla poszczególnych członków Ligi jest w najlepszym wypadku pobieżne. Pół biedy dla Batmana, którego wszyscy znają, albo Supermana i Wonder Woman, którzy swoje solowe występy mają za sobą. Szkoda pozostałej trójki. W ogóle montaż jest cokolwiek dyskusyjny, gdyż to, że coś tam powycinano po drodze, bije po oczach przez cały seans. Tyle dobrego, że w przeciwieństwie do BvS zrobiono to wystarczająco sensownie (BvS w wersji podstawowej był wręcz za mało pocięty, co uwydatniła wersja rozszerzona), by nie mieć pretensji o wycinki, a jednocześnie mieć ochotę na Director’s/Extended Cut.

Niestety, rzeczy, do których łatwo się w tym filmie przyczepić, jest więcej. Rozbieżność między stylami Snydera i Whedona (że już nie wspomnę o tym, że chyba nikt nie wiedział, co z tym filmem robić, bo niezdecydowanie wręcz wisi w powietrzu) potrafi zazgrzytać. JL zaczyna się w podobnym tonie, co BvS: nasza paskudna rzeczywistość, nastroje powodowane śmiercią Supermana i bohaterowie powoli zaczynający wychodzić z cienia. Z kolei dalej zaczynają wskakiwać mniej lub bardziej suche dowcipy rodem z Avengers, jaskrawa kolorystyka i niskobudżetowa demolka na odludziu (przynajmniej nie tak absurdalna, jak ta z Doomsdayem, w której wrzucenie go w cokolwiek powodowało eksplozję). Mimo tego (a może dzięki niemu) dysonansu widowisko jest bardzie przystępne dla przeciętnego widza.

Z kolei fani tego uniwersum raz dwa wyłapią całą masę błędów świadczących o tym, iż chyba nikt nad nim nie czuwa tak, jak ma to miejsce w MCU. Linia czasowa została rozpierdzielona, np. powstanie Cyborga widzimy w pewnym monecie w BvS, a dialog w JL wskazuje, że miało to miejsce między filmami. Na domiar złego to nie jedyna niekonsekwencja. Powrót Supermana zapowiedziany w BvS zrealizowano zupełnie inaczej, olewając sobie tym samym story arc, z którego pochodził. Projekty, np. kostiumów amazonek różnią się od pokazanych w Wonder Woman, ale są to zmiany na gorsze i bezzasadne. Przyczepię się również do sceny po napisach (jak ktoś nie chce spoilerów, proszę o przeskok do następnego akapitu). Joe Manganiello to dobry wybór do obsadzenia roli Slade’a Wilsona (nawet powracający w tej sekwencji Jesse Eisenberg tak nie irytuje), ale charakteryzacja na starą wersję najemnika wyszła tanio, niczym średniobudżetowy cosplay. Manu Bennett jako Deathstroke w Arrowverse wypadł naturalniej i dużo lepiej.

Jedynym aspektem, którego nijak nie mogę obronić, są efekty specjalne. Ich jakość nie jest dyskusyjna, tylko zwyczajnie słaba. CGI bije sztucznością po oczach. Cybrog wygląda, jak z folii aluminiowej, Steppenwolfowi zapomnieli dać tekstury, a maskowanie zarostu Cavila przypomina oblepienie gęby plasteliną (kolega w jednej scenie wręcz zastanawiał się, czy aktora nie zmienili). 3D jest tak nędzne, że nawet obiekty lecące w kierunku widza ledwo „odstają”.

Wbrew temu zrzędzeniu bawiłem się dobrze. Chciałem filmową Justice League – dostałem (wraz ze smaczkami typu Green Lantern w retrospekcji oraz znany motyw muzyczny, np. Batmana z filmu Tima Burtona). Chciałem rozwałkę – dostałem. Mogę trochę grymasić, że zamiast konsekwentnego trzymania się wizji Snydera wciśnięto mi mniej przemyślanych Avengers w słabej oprawie, ale całą resztę wad akceptuję z pełną świadomością i chętnie do tego filmu (nawet jeśli to tylko kolejna, przeciętna komiksowa demolka) wrócę, zwłaszcza w wersji rozszerzonej. Moja ocena: 4+.