niedziela, 28 grudnia 2025

Silent Night (2023)

Twórczość Johna Woo poznałem chyba w najgorszy możliwy sposób: poprzez Mission Impossible 2. Może jako akcyjniak to nie jest najgorszy film, ale do tej serii pasuje jak pięść do nosa. Z czasem zacząłem drążyć temat i najczęściej polecanym tytułem tego reżysera jest Hard Boiled (Pl: Dzieci triady). Powiem krótko: majstersztyk wart każdej poświęconej minuty i kuli, która przeleciała na ekranie. Scena w szpitalu to mistrzostwo świata i dla niej samej warto zasiąść do tego filmu. Naturalnie nie wszystkie filmy wyszły mu tak dobrze, ale jest ich na tyle dużo, by jego nazwisko stało się solidną marką wśród miłośników kina akcji. Kiedy pojawił się zwiastun Silent Night, opowieści o zemście i strzelaniem w stylu Woo, nie mogłem sobie odpuścić.

Historia jest banalna. Syn pewnego człowieka zostaje przypadkowo zastrzelony przez gangsterów, a i on sam ledwo uchodzi z życiem. Facetowi schodzi rok na przygotowaniach do zemsty. Przechodzi rekonwalescencję, uczy się walki, strzelania, precyzyjnej jazdy, a potem robi swoje.

Nie ma się co oszukiwać, Silent Night to kino zemsty dość niskich lotów. Dość oryginalnym pomysłem (i przy okazji grą słów) jest niewielka liczba dialogów spowodowana tym, że główny bohater nie mówi. Cała reszta to już typowy John Woo… z całym dobrodziejstwem inwentarza. Co to znaczy? Najpierw musimy zaakceptować dość infantylne założenie, iż w ciągu roku facet nauczył się tyle, by stanowić realne zagrożenie dla najgorszych złodupców w okolicy. Potem po drodze zdarzają się momenty głupiutkie, bzdurne i dla kogoś, kto nie zdążył wyłączyć myślenia przed seansem, zwyczajnie żenujące. Fragmenty ekspozycji są „subtelnie” wbijane widzowi do łba za pomocą młota kowalskiego i absolutnie nie uzasadniają zmiany chronologii, ani podkreślania pewnych rzeczy po kilka razy. No chyba że tym samym autorzy dają do zrozumienia, iż ich widownia to banda matołów.

Drugą stroną medalu jest rzemiosło pana Woo. Jeśli kompletnie zignorować powyższy akapit i skupić się na warstwie niemal stricte technicznej, to Silent Night pokazuje pazur. Wtedy nagle okazuje się, że jakieś tam pozostałości realizmu świetnie wpisują się w walkę, w rozwałkę i lejącą się krew. Nagle człowiek docenia, iż pomimo wyświechtanej formuły ma do czynienia z kimś innym niż John Wick lub Punisher. W takim wydaniu zemsta smakuje znakomicie i warto jej poświęcić czas. Oprócz reżysera spora zasługa jest po stronie Joela Kinnamana, który niemal samodzielnie dźwiga ten film. Jako że jego postać praktycznie nie mówi, cokolwiek by się z bohaterem nie działo, widzimy to na jego twarzy.

Dwa poprzednie akapity praktycznie same wskazują oceny. Jeśli podchodzimy do Silent Night jak do zwykłego akcyjniaka, to zbyt wiele składowych działa na jego niekorzyść, plasując go w połowie skali ocen. Ten wariant otrzymuje 3. Natomiast jeśli wybieramy Silent Night jako kino zemsty z założeniem, że lubimy kino zemsty oraz twórczość Johna Woo, wtedy warto jej dać szansę, nawet z uwzględnieniem poziomu aktorstwa, które nie każdemu podejdzie. Moja ocena w tej wersji: 4-.

niedziela, 7 grudnia 2025

Captain America: Brave New World

Gdyby krótko podsumować fabułę, to świat przypomniał sobie wreszcie o gigantycznym Celestialu wystającym z oceanu i postanowił się przyjrzeć sprawie. Okazało się, iż można go spożytkować dla dobra ludzkości, która dzięki temu odkryła nowy surowiec: Adamantium i nie jest już zdana na łaskę Wakandy w kwestii Vibranium. Jako że pokraka leży na wodach terytorialnych Japonii, prezydent Thaddeus Ross (w tej roli Harrison Ford, poprzednio grał go świętej pamięci William Hurt) dwoi się i troi, by nawiązać współpracę z tamtejszym rządem. Jednak ktoś notorycznie próbuje doprowadzić do zerwania rozmów i nie ustaje w zamachach na Rossa. Nowy Kapitan Ameryka – Sam Wilson – robi wszystko, by świat do reszty nie wziął się za łby.

Przez cały seans towarzyszyło mi uczucie, że film zmontowano co najmniej z dwóch różnych tytułów. Z jednej strony Captain Falcon (przepraszam, ale nie jestem w stanie poważnie traktować tej postaci w jej obecnej iteracji) wykonuje misje tak, jak to robił Steve Rogers w Winter Soldier, z drugiej wszystko inne (od antagonisty, przez obecność Betty Ross, po Red Hulka) wskazuje, iż głównym bohaterem powinien być Hulk. Żeby było jeszcze dziwniej, zamiana bohatera nie powoduje żadnych emocji. Niby na każdym kroku podkreśla się, jak bardzo Sam jest tylko człowiekiem i nie ma w sobie serum superżołnierza, ale z drugiej strony nawet, gdy dostaje bęcki, ogląda się to pro forma, bo nie dzieje się żadna krzywda.

Całościowo Brave New World nie jest dobry, ale nie nazwałbym go tez najgorszym. Taki nudny średniak. Sceny akcji nie oferują nic, czego nie widzieliśmy już w MCU po kilka razy. Podobnie z humorem. Zalążek fabuły jest w porządku, ale przebieg bez polotu. Jeśli miałbym go polecić, to z dwóch powodów. Pierwszym jest uporządkowanie pewnych spraw w obrębie uniwersum. Numer dwa to może jakaś frajda dla fanów Hulka z Edwardem Nortonem, pod warunkiem, że zaakceptują brak Hulka granego przez Edwarda Nortona... Moja ocena: 3-.