Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2025

Salem’s Lot (2024)

Zwiastun tej wersji stanowił główny powód, dla którego postanowiłem odświeżyć książkę i obejrzeć wszystkie adaptacje. Nie spodziewałem się po niej niczego dobrego, zwłaszcza, że stosunkowo niedawno Pet Sematary też doczekał się nowej odsłony i wypadła ona tragicznie.

Niestety, najnowsze Miasteczko Salem nijak tego trendu nie zmienia. Od samego początku jest źle. Film rozpoczyna się sekwencją podróży Barlowa do Salem, co oznacza, że pomijamy wstęp oraz ogromny kawał ekspozycji. Na dzień dobry brakuje motywu z Benem chowającym się za granicą. Jego przeszłość również wyparowała (nie wizyta w domu Marstenów, lecz wypadek). Potem następuje cała seria mniejszych lub większych zmian i pominięć. Kilku postaciom zmieniono kolor skóry, co najmniej jednej płeć. Poprzestawiano role w drużynie. Np. taki Matt był niejako archetypem mędrca i naukowca. Został zmuszony do dłuższego wypoczynku w szpitalnym łóżku. Tutaj z jakiegoś powodu idzie na rzeź w miejscu przeznaczonym dla Susan. O rodzinie Petriech mówi się, iż sprowadzili się niedawno. Dlaczego więc nie uciekają, jak tylko rozpoczynają się kłopoty? Cholera wie, I tak roszad w rolach narracyjno-społecznych jest od groma. Sęk w tym, iż idąc śladem filmu z 1979 twórcy postanowili przywrócić lata 70 jako czas akcji, przez co większość tych zmian robi się bzdurna. Trzeba było trzymać się współczesności, jak to robiła wersja z 2004, wtedy podmianki miałyby więcej sensu. Brakuje niemal wszystkich informacji o mieszkańcach. Przez to nie da się śledzić zmian zachodzących w miasteczku i jego powolnej śmierci. Aktor grający Bena wygląda zbyt młodo, w ogóle nie jest naruszony przez życie (wliczając w to jego własną rzekomą traumę). Straker to kolejna pomyłka. Aktor dobrany solidnie, ale jego występ z jakiegoś powodu kojarzył mi się z Renfieldem… Ale nie tym klasycznym, tylko z Draculi: Wampiry bez zębów… Na tym tle Barlow wypada nieźle, bo jest taką wypadkową między wizją z 1979, a łotrem z 2004. Niestety, nadal wolę niepasującego do opisu Hauera, gdyż jego wykonanie było najbardziej złowieszcze.

Skoro z książki zostało raptem kilka imion, to może chociaż film będzie nadawał się na Halloween? Niekoniecznie. Argument z latami 70 i rolami poszczególnych postaci pozostaje w mocy – mamy mało wiarygodny obraz prowincji. Oprócz tego te filmowe lata siedemdziesiąte wydają się być zbyt czyste. W twórczości Kinga istotną rolę odgrywają szczegóły, dzięki którym opisane miejsce wydaje się czytelnikowi realne. Tutaj wszystko lśni nowością i świeci pustką nawet na etapie zepsucia, jaki osiąga dość szybko. Taki odpowiednik czystego studia, do którego dopiero co wpuszczono ekipę. Od strony wizualnej najlepiej wypadają sceny nocne, gdy wampiry polują na ludzi. Pokraki przyczajone na dachach domostw potrafią przyprawić o ciarki. Lejącej się od czasu do czasu krwi jest w sam raz. Nawet jeśli ktoś zna oryginał, to może da się zaskoczyć niektórymi zgonami. Przyznam, że gdy czas antenowy jednej z postaci się wydłużał, zastanawiałem się, jak daleko posunie się ingerencja w jej los, aż nagle usłyszałem wymowny wystrzał ze strzelby. Efekt końcowy miał być zapewne tragiczny, lecz mnie rozbawił. Dobrze, że miało to miejsce w finale, bo inaczej powstała głupawka zniwelowałaby nawet te resztki nastroju, które twórcy próbowali upchnąć.

Gdyby ocenić nowe Salem’s Lot jako samodzielną produkcję, jest to zbyt szybko pędzący przed siebie horror, z nie do końca odrobioną pracą domową na temat czasu akcji i banalnymi postaciami. Wszystko spowodowane skróceniem czasu trwania do niecałych dwóch godzin (przy dwóch poprzednich podejściach wynosił co najmniej 3). Można obejrzeć raz i zapomnieć. W tym wariancie dostaje: 3-. Jako adaptacja jest to równie słabe podejście, co wersja z 1979, choć z innych powodów i dlatego moja ocena: 2-.

niedziela, 16 marca 2025

Salem’s Lot (2004)

O tej wersji dowiedziałem się tak z 10 lat temu, ale jakoś nie miałem okazji, by do niej przysiąść. Często wymieniana jako najwierniejsza adaptacja powieści z kilkoma zastrzeżeniami. Maraton rozpoczęty, pora przekonać się na ile to prawda.

Scena otwierająca (Ben spotykający ojca Callahana i próbujący go zabić) niespecjalnie utwierdza w tym przekonaniu o wierności, ale to wciąż mało, by spisać seans na straty. Tylko że potem jest tego więcej. Wprowadzanie postaci również odbiega od książki. O dziwo, niedługo potem wydarzenia układają się prawie jak w oryginale. Dopiero finał się wykrzacza, ale z drugiej strony jest nawiązaniem do początku, więc bez niego nie mogło się obejść.

Kolejnym aspektem odbiegającym od wersji literackiej jest czas akcji. Oryginał miał miejsce w latach 70 dwudziestego wieku, podczas gdy Miasteczko Salem (2004) dzieje się współcześnie (w sensie w okolicach roku wydania). Dlaczego ma to znaczenie? Z biegiem czasu i rozwojem komunikacji (telefony komórkowe, internet) w wielu nawet typowo popkulturowych zadupiach odpadało poczucie izolacji, a w książce miało to niebagatelne znaczenie np. w scenie, w której wampiry odcinają kable telefoniczne i mieszkańcy danego domu są zdani tylko na siebie. Tyle dobrego, że tamten czas był okresem przejściowym, więc autorzy korzystają zarówno z rozwiązań zapewnianych przez urządzenia przewodowe (wspomniane odcięcie linii stacjonarnej), jak i bezprzewodowe (Ben dzwoniący w podróży).

Przy okazji uwspółcześniania adaptacji najbardziej namieszano w postaciach. Czasami  chodzi o zmiany typu kolor skóry, innym razem zastosowano zabieg podobny do wersji z 1979 – wycięto część obsady, przez co niektóre wydarzenia musiały wypaść inaczej, lecz mimo to zostały uwzględnione! W rezultacie zmieniono od groma detali i jeszcze trochę, lecz udało się zachować główną strukturę opowieści przy podobnym do pierwszej adaptacji czasie trwania. Wydźwięk wielu wydarzeń, atmosfera grozy oraz korzystanie z wampirów są iście książkowe. Zmiana Salem w miasto potworów w jest stopniowa i dzięki kryjówkom krwiopijców oddaje analogię wampiry-karaluchy/szczury. Dodatkowo sam Ben jest narratorem i między dialogami słyszymy jego przemyślenia zarówno na temat małych miasteczek oraz mieszkańców ogólnie, jak i samego Salem. Zdanie, w którym prosi, by nie idealizować małych miejscowości, na długo zapada w pamięć dzięki uzupełnieniu o to, co pokazuje kamera. Nawet w świetle dnia i jeszcze zanim do Salem zawita zło, wszystko wydaje się upiorne. Zazwyczaj tylko King potrafi tak przedstawić szarą codzienność, a tutaj udało się przelać jego wizję na taśmę.

Obsada spisuje się na medal, zaś dobór aktorów stoi o klasę, co ja gadam, o kilkanaście wyżej. Rob Lowe jak Ben jest zdecydowanie bliżej wizerunku z książki. Samantha Mathis robi dobrą robotę jako Susan. Andre Braugher jako nauczyciel Matt Burke, młody Dan Byrd jako Mark Petrie, James Cromwell jako ksiądz Callahan, Steven Vidler jako szeryf Parkins oraz wielu innych niewymienionych, niezależnie od tego, czy wcielają się w lokalnego kmiota, cwaniaka, czy przewrażliwioną matkę, ci ludzie naprawdę są integralną częścią miasteczka. Jednak trofeum należy się duetowi: Donald Sutherland i Rutger Hauer. Ja rozumiem, banał, bo czego oczekiwać od aktorów tego kalibru? W przypadku adaptacji realizowanej na potrzeby telewizji mogliby przecież sobie odpuścić, wrzucić niższy bieg, ale nic z tego. Panowie tu są i wyciskają ze swoich postaci wszystko. Straker Sutherlanda potrafi oczarować gładką gadką, udawać przerażonego, a gdy czuje się pewnie, odpala się w nim stuprocentowy czubek. Barlow Hauera to kwintesencja tego, czego oczekiwałem po książce – podstępny, okrutny, bezlitosny i potrafiący zasiać niepewność w sercu każdego przeciwnika. Szkoda, że jest ich tak mało, lecz z drugiej strony są właśnie tak dawkowani, żeby dać do zrozumienia, jakie stanowią zagrożenie.

Naprawdę niewiele brakowało, by była to idealna adaptacja. Niestety, niektóre ze zmian zwyczajnie mi nie podchodzą. Np. cały wątek ojca Callahana jest do chrzanu. Książkowa wersja o kryzysie wiary była lepszym pomysłem, a tu z jakiegoś powodu wampiry nagle go słuchają. Wiele postaci wyleciało i głowy nie dam, czy facetów nie poleciało więcej. W rezultacie goście o czystej reputacji musieli dopuścić się czegoś niezgodnego z ich naturą, sadyści nie wypadli aż tak sadystycznie, organizację miasta zmieniono tak, że istotna praca i zachowanie kilku osób zależą od kogoś innego, kto i tak miał już dużo władzy, a związek Bena i Susan poszedł się jeżyć.

Myślę, że osobom, które nie znają książki, Salem’s Lot (2004) wejdzie lepiej. Jako film sam w sobie to dobra produkcja o wampirach dawkująca grozę i potwory, nie wstydząca się krwi oraz potrafiąca skorzystać ze swojej muzyki (w przeciwieństwie do SL (1979) i Powrotu). Doceniam to, że większością zmian udało się pokierować tak, by oddać naturę książki, lecz żałuję też tych, które tak naprawdę są zbędne i u fana książki powodowały tylko zgrzytanie zębów. Moja ocena: 4.

niedziela, 2 marca 2025

Salem’s Lot (1979)

Nie po to człowiek odświeża sobie książkę, by nie obejrzeć potem filmów, zaczynając od najstarszego. Tylko o ile w przypadku książki nie żałuję ponownej lektury, o tyle pierwszy seans nie napawa już optymizmem. Tutaj muszę podkreślić, iż oglądałem trzygodzinną wersję, co przy wymienionych niżej wadach robi wrażenie, choć na pewno nie to zamierzone.

Nie mam pojęcia, dla kogo zrobiono ten film. Fabuła naśladuje książkę bardzo, ale to bardzo ogólnikowo. Jest powrót pisarza do Salem, jest wprowadzające się zło i kilka imion się zgadza. Cała reszta? Ni cholery. O historii samego miasta chyba nic się nie mówi, a postacie poza obecnością na ekranie reprezentują niewiele. Ba, wielu z tych książkowych zwyczajnie brakuje, zaś ich cechy przerzucono na innych bohaterów. Np. zabrakło Jimmy’ego Cody’ego, teraz lekarzem jest ojciec Susan Norton. Brak jakichkolwiek scen pokazujących, jakie zmiany zachodziły w całym mieście. Budowę napięcia można wyrzucić na śmietnik. W książce po prologu konstrukcja była ujawniania stopniowo, natomiast tutaj „straszną” muzykę pcha się w każdy fragment bez dialogu. Efekt końcowy jest tak kuriozalny, że brakuje tylko kogoś idącego do wychodka przy akompaniamencie tutejszych utworów. Mało tego, w książce King powiększał także kaliber zbrodni (nie tylko tych bezpośrednich) Barlowa przy każdym wydarzeniu. Tutaj zdarzają się przestoje, w trakcie których jesteśmy „straszeni” muzyką, ale tak naprawdę nic się nie dzieje. Potem następuje wysyp kilku kluczowych wydarzeń jednocześnie, jakby autorzy przypomnieli sobie, że coś takiego było, i znowu przestój. Już pominę finał, który ma zupełnie inny wydźwięk i nie chodzi tu o poziom grozy. Jest zwyczajnie bez sensu.

Kolejnym problemem, jaki mam z Salem’s Lot jako adaptacją, jest dobór aktorów. Nie licząc bodajże szeryfa i nauczyciela wiele osób wygląda zbyt staro. Po Strakerze spodziewałbym się kogoś wyższego, ale nawet jeśli wizualnie pasowałby do wyobrażenia, byłby do chrzanu przez naprawdę słabe dialogi, brak charyzmy i jakiegokolwiek generowania poczucia zagrożenia. W książce wystarczyło, że spokojnie konwersował z Markiem i opisywał czekające go spotkanie i już człowiek czuł się nieswojo. Barlowa spotkał jeszcze gorszy los. Przy okazji książki wspominałem, iż jest to tak naprawdę względnie współczesna wariacja na temat Draculi/Nosferatu. Tutaj ktoś potraktował to dosłownie, bo Barlow to brzydka kopia (co jest o tyle zabawne, że oryginał do urodziwych nie należał) hrabiego Orloka. Gdzie mu tam do podstępnego i złośliwego sukinsyna o przesadnie idealnych rysach twarzy, jakiego znajdziemy na kartach powieści.

Czy jeśli nie czytaliście książki, to będziecie mieć bardziej udany seans? Nic z tych rzeczy. Problemy z tempem dotyczą także tego podejścia. Akcja lubi sobie skakać od sceny do sceny, wiele z nich jest niepotrzebnych. Ja wiem, że Ben Mears często gapił się na dom Marstenów, ale do tego powinny wystarczyć wstęp i podkreślenie, że widać go z jego okna, a nie gapienie się w co drugiej scenie z jego udziałem. To samo z bezsensownymi spotkaniami Strakera i Mearsa zanim akcja się rozkręci – zachowują się, jakby mieli od lat kosę i tylko czekają, który wyskoczy pierwszy, choć nigdy wcześniej się nie widzieli.

Czy w ogóle jest coś dobrego w tej adaptacji? Sceny z wampirami są w porządku i jeśli na moment zapomnieć, że Barlow ma być Barlowem, a nie podróbką Orloka, to również daje radę. Sęk w tym, że sceny z pijawkami da się policzyć na palcach jednej ręki, co przy trzygodzinnym seansie nie zachęca do wysiedzenia całości.

Zostały mi jeszcze trzy odsłony do obejrzenia. Natomiast Miasteczko Salem (1979) dostaje ode mnie zbyt wyrozumiałe: 2-.

niedziela, 1 grudnia 2024

Stephen King – Miasteczko Salem

„Wbiegł na górę po piwnicznych schodach i z rozmachem zatrzasnął za sobą drzwi. Drżącymi dłońmi założył kłódkę i pognał do ciężarówki. Niczym zraniony pies chwytał powietrze gwałtownymi płytkimi łykami. Jak przez watę słyszał, że Royal pyta go, co się stało. Wrzucił pierwszy bieg i ciężarówka z potwornym rykiem silnika ruszyła z miejsca, omijając narożnik domu na dwóch kołach i wzbijając w powietrze fontanny ziemi. Zwolnił dopiero wtedy, gdy znaleźli się na Brooks Road i niemal w tej samej chwili jego ciałem zaczęły wstrząsać tak gwałtowne dreszcze, iż bał się, że lada chwila straci panowanie nad kierownicą.
    - Co się stało? – zapytał po raz kolejny Royal. – Co tam zobaczyłeś?
    - Nic – wyszczekał Hank Peters, oddzielając poszczególne słowa klekotaniem zębów. Nic… nie widziałem… i już nigdy… nie chcę… tego oglądać…”

Miasteczko Salem jest jednym z dwóch pierwszych horrorów, jakie w życiu przeczytałem (drugim był Zew Cthulhu). Miałem 12 lat i ta prosta, w miarę współczesna (w porównaniu do Draculi) historia o wampirach zrobiła wtedy na mnie niemałe wrażenie. A jak wypada po latach? O tym poniżej.

Zacznę od wad. Do Miasteczka Salem ciężko podejść tak, by nie wiedzieć o nim absolutnie nic. Po nazwisku autora ma się już pewne oczekiwania. Zanim otworzymy książkę, wiele wydań powie za pomocą okładki, że chodzi o wampira lub co najmniej nawiedzony dom. W rezultacie powiedzenie, by nie oceniać książki po okładce, można rozbić o kant dupy. Nawet w moim dwunastoletnim umyśle rzutowało to na odbiór, bo ilekroć sobie przypominałem przed finałową konfrontacją, iż antagonista jest zwykłą pijawką, cały nastrój szlag trafiał.

Drugą wadą może być dla niektórych konwencja. Co prawda historia jest opowiedziana w większości z perspektywy Bena Mearsa, pisarza wracającego do Salem w celu zebrania materiałów na nową książkę, lecz tak naprawdę miasteczko jest bohaterem samym w sobie. W związku z czym King poświęca jego mieszkańcom oraz historii sporo miejsca. Wiele z tych opisów sprowadza się do jednego zdania i przywodzi na myśl gadanie stereotypowej staruszki siedzącej codziennie w oknie i monitorującej podwórko, ale właśnie zważywszy na liczbę postaci zaszczyconych uwagą autora, wychodzi długa gadanina. Z jednej strony nawet tak krótkie opisy potrafią budować atmosferę, zwłaszcza jeśli porównać te z początku z tymi z końca. Z drugiej to właśnie początkowe mogą spowolnić akcję i wywołać u czytelnika zwątpienie typu: Po kiego grzyba mi te informacje? Są przydatne, lecz na satysfakcję trzeba sporo poczekać.

Jeśli jednak postaramy wcielić się w bohaterów opowieści i razem z nimi będziemy kwestionować istnienie krwiopijców w książkowym świecie, nastrój grozy potrafi uderzyć z całym możliwym impetem. Przy czym nadal bardziej straszą początki całej afery, gdy zakradające się zło podrzuca tylko wskazówki, niż gdy w finale jesteśmy świadkami jazdy bez trzymanki. Dodatkiem podkręcającym atmosferę jest prezentacja głównego antagonisty. Jest to taki sam drapieżnik jak Dracula i hrabia Orlok, ale jednocześnie jest inteligentniejszy, silniejszy i starszy, zaś jego słudzy wypadają bardziej kompetentnie. Różnicą jest prędkość, z jaką miasteczko zostaje zainfekowane wampiryzmem. Zapomnijcie o pięknisiach ze Zmierzchu oraz klasycznym hrabim Draculi i jego pomagierach. Tutejsze wampiry zachowują się jak szczury, począwszy od liczby, przez tempo rozmnażania się, po sposoby ukrywania.

Sumarycznie powrót do Miasteczka Salem był bardzo przyjemnym doświadczeniem, zwłaszcza na jesienne wieczory. Po wielu współczesnych i ugrzecznionych wersjach wampirów, z których zrobiono nieszczęśników cierpiących katusze, dobrze jest odczuć ciarki na plecach na myśl o drapieżniku polującym po zmroku. Moja ocena: 4+.

niedziela, 27 listopada 2022

Pet Sematary (2019)

Rozumiem zamysł ponownej adaptacji, bo sporo takowych nakręcono i czasami kolejne wypadały lepiej. Najlepszymi przykładami niech będą Dracula i Frankenstein. Problemem w przypadku utworów Kinga jest to, iż rzadko kiedy (jeśli w ogóle) nowe wersje są lepsze od poprzednich. Nie inaczej jest z Pet Sematary.

Smętarz opowiada o losach rodziny Creedów, która przeprowadza się w okolice miasteczka Ludlow. Najważniejszą informacją na samym początku jest to, iż ich dom stoi bezpośrednio przy niebezpiecznej drodze, którą dzień w dzień zapierdzielają tiry. Te ostatnie są przyczyną uśmiercenia wielu zwierzątek okolicznych dzieci. Przez lata kolejne pokolenia małolatów tworzyły cmentarz dla zwierząt, dzięki czemu jakoś godziły się ze śmiercią jako taką. Jednak nie każdemu to pasowało. Ci odmawiający naturalnej kolei rzeczy udawali się za cmentarz, w miejsce skrywające mroczną tajemnicę.

Gdy podchodzi się do książki na świeżo, ma ona szansę nas zaskoczyć (choć nawet wtedy coś tam świta z tyłu głowy). Czym się wyróżnia, to narastającym niepokojem. Czytelnik wręcz czuje, że zaraz dojdzie do czegoś nieprzyjemnego, ale King wydłuża to oczekiwanie do granic możliwości. Natomiast film w pierwszej scenie chlapie krwią, a potem udaje, że dopiero teraz się zaczyna. Napięcie rozwalone w pierwszych sekundach, no gratulacje. Niestety, nawet jeśli ktoś nie zna Smętarza, ale ma pojęcie o horrorach jako takich, szybko doda dwa do dwóch, zanim cokolwiek pojawi się na ekranie. Przez co kolejne punkty fabularne odhacza się pro forma.

Dla osób znających oryginał zafundowano kilka zmian. Tutaj omówię też spoilery, więc jeśli komuś jeszcze zależy na unikaniu tychże, zapraszam do następnego akapitu. Istotną zmianą numer jeden (zaaprobowaną przez samego Kinga) jest zabicie innego dziecka. W oryginale pod kołami ciężarówki ginie Gage, młodszy syn Creedów. Tutaj jeden z autorów uśmiercił Ellie, gdyż jako ojca dziewczynki potencjalna śmierć córki uderzała go mocniej. Z perspektywy widza różnica między książką lub adaptacją z 1989 jest taka jak wybór między Laleczką Chucky, a japońską Klątwą. Przy czym Gage wypada trochę upiorniej. Kolejną zmianą, która była także w pierwszej wersji filmowej, jest brak żony Juda. Szkoda, bo to scena z jej udziałem była przyczyną pokazania Louisowi, co znajduje się za cmentarzem. Najbardziej zaskakującą modyfikacją było jednak zakończenie. Przyznam że pomimo jego niekanoniczności podobało mi się jak diabli. Finałowa scena jest dla mnie dużo bardziej przerażająca niż to, co zaserwował mistrz grozy.

Oba filmy mają podobny czas trwania: godzina i 40 minut. Jednak wersję z 1989 ogląda się szybko, a ta się wlecze. Nie potrafi wygenerować napięcia, zainteresowania, ani przestraszyć. Jest to nudna, rzemieślnicza robota. Najbardziej żal mi autora muzyki, bo to jedyny element, który stara się wywołać jakieś emocje. Podejrzewam wręcz, że gdyby jej użyć do porządnego horroru, zadziałałaby dużo lepiej.

Jeśli już zdecydowaliście się zmęczyć Pet Sematary (2019) i znacie książkę lub poprzednią wersję, to przynajmniej obejrzyjcie go dla samego finału. W przeciwnym razie nie ma sensu się katować i nudzić przez półtorej godziny, żeby cokolwiek odczuć i posłuchać dobrej ścieżki dźwiękowej. Moja ocena: 2+.

P.S. Pochwała muzyki nie dotyczy coveru piosenki Pet Sematary z napisów końcowych, gdyż ta wersja brzmi, jakby nie mogła się zdecydować, czy jest Pet Sematary zespołu The Ramones, czy (Don't Fear) The Reaper zespołu  Blue Öyster Cult.

niedziela, 31 maja 2020

The Dark Half

Fabuła zasadniczo jest taka sama jak w książce, co czyni ten film jedną z najwierniejszych adaptacji twórczości Kinga. Jedyna różnica to kolejność, w jakiej poznajemy wydarzenia. W książce o kilku dowiadujemy się w retrospekcjach, tutaj zostają wciśnięte między sceny z dzieciństwa, a pogrzeb Starka.

Żeby było śmieszniej ta wierność odbija się też na jakości. Filmowa Mroczna połowa jest takim samym średniakiem, co pierwowzór. Do zalet należy zdecydowanie czas trwania: 2 godziny i po krzyku. Kolejną są charakteryzacja i efekty specjalne. W trakcie opowieści postać Starka jest paskudnie oszpecona. O ile sam początek szpetności nie jest tak ekstremalny jak na kartach powieści, o tyle w finale nie było do czego się przyczepić. W przypadku efektów specjalnych mam na myśli jedną scenę, również zawartą w finale, której krwistość i drobiazgowość można by z powodzeniem wykorzystać w Hellraiserze. Zresztą nie ma się co dziwić, za film jest odpowiedzialny George A. Romero, facet, który jednym tytułem rozpoczął cały gatunek. Naturalnie chodzi o Noc żywych trupów.

Jeśli miałbym przyczepić się do czegoś, byłby to brak napięcia. Pomimo przewidywalności wydarzeń King stara się w książce oddać stres, jakiemu poddaje postacie, przez co nawet banalna historia zaczyna w jakimś stopniu angażować. Tutaj tego nie ma. Kaliber powagi ten sam, ale przez wzgląd na ilość czasu nie udało się oddać rosnącego stresu bohaterów. Nie pomaga też fakt, że np. Alan Pangborn (grany przez Michaela Rookera znanego obecnie z roli Yondu w Guardians of the Galaxy), który w książce w pewnym sensie reprezentował czytelnika i próbował dociec z niemałą zawziętością i jeszcze większą wyrozumiałością, o co w tym wszystkim chodzi, tutaj poddaje się frustracji, przez co jedno dość istotne śledztwo spada na barki głównego bohatera. Cierpi na tym ich relacja, a finałowe podejście do Starka ma nieco inny wydźwięk.

Filmowa Mroczna połowa to dla mnie kwintesencja filmu, na który można było trafić późną nocą w piątek lub w sobotę w telewizji w latach ‘90 i obejrzeć tyle, ile się dało, zanim zasnęło się w fotelu. Ot, przeciętny horror z przyzwoitą ilością krwi, takimże aktorstwem, który można zarówno obejrzeć w całości, jak i wyłączyć bez wyrzutów sumienia nawet w połowie (niekoniecznie mrocznej). Moja ocena: 3+.

niedziela, 5 kwietnia 2020

Stephen King – Mroczna połowa

„Sensacja wśród wielbicieli krwawych kryminałów! George Stark, ich ulubiony twórca bestsellerów, nie istnieje, a pod tym pseudonimem ukrywał się dotychczas Thad Beaumont – autor ambitnych powieści psychologicznych! Stark nie zamierza jednak zniknąć. Jako mroczna połowa duszy Beaumonta prześladuje wszystkich, których uważa za winnych ujawnienia jego tajemnicy. Mnożą się niewyjaśnione i przerażające wypadki.”

Do tej książki przymierzałem się mniej więcej od połowy lat ’90, kiedy to a) jako dwunastolatek odkryłem Kinga, b) przeczytałem artykuł o komputerowej adaptacji tej powieści w Świecie gier komputerowych. Akurat w lutym czekało mnie kilka dni przymusowego „urlopu” w szpitalu. Wiedziałem, że coś z mojej półki wstydu trzeba będzie nadgonić i padło na The Dark Half.

Gdy czytam niektóre książki Kinga, odnoszę wrażenie, że tak naprawdę udało mu się kilka, a reszta to taśmowa produkcja, która jedzie na nazwisku. Tytułem, który serdecznie odradzam wszystkim i uważam za straszny badziew w wykonaniu Stephena, są Oczy smoka. Z kolei średniakiem, przy którym ziewało mi się co kilka stron, jest Buick 8. Mroczna połowa wpisuje się w tę drugą kategorię.

Na początku wydawało mi się, że będę miał do czynienia z czymś w rodzaju Jekylla i Hyde’a, ale nie, tytułowa mroczna połowa objawia się w zupełnie inny, całkiem banalny i nie powodujący u mnie emocji sposób. King nie pozostawia miejsca na domysły i nie bawi się w subtelności: bardzo szybko wiadomo kto i za co jest odpowiedzialny, po co to robi i jak może wyglądać ostateczna konfrontacja. W zasadzie tylko ta ostatnia stawia pod znakiem zapytania, kto wyjdzie z niej żywy. I mam tu na myśli dosłownie jedną postać poboczną. Cała reszta jest napisana tak bezpiecznie, że czytelnik nie musi obawiać się o losy pozostałych osób. Nie pomaga też to, że pewna część związana z wizjami notorycznie kojarzyła mi się z inną książką tego samego autora: Martwą strefą. Jedynym względnie szokującym elementem są zbrodnie popełniane przez mordercę (ewentualnie ślimacze tempo niektórych rozdziałów, ale to już osobna bajka).

Mroczna połowa to czytadło, które nie potrafiło utrzymać mnie w napięciu. Rozwój akcji był zbyt oczywisty, żeby udało się to osiągnąć, a do tego bez sensu spowalniany. Nadaje się jako przerywnik między innymi lekturami, ale nawet wśród czytadeł nie jest to priorytetowa pozycja. Moja ocena: 3.

niedziela, 9 października 2016

And here, in the heartlands of Nebraska, in the corn, there was nothing but time.

Przy okazji wpisu o Pet Sematary wspominałem, iż King potrafi wziąć pozornie prosty pomysł i zamienić go w koszmar, a z ludzi wyciągnąć wszystko, co najgorsze. Wspomniałem także, że to, co sprawdza się na papierze, nie musi prezentować się równie dobrze na ekranie. Teraz dochodzimy do zabawniejszego faktu. Otóż Dzieci kukurydzy to opowiadanie liczące, w zależności od wydania, około 30 stron. Akcja w nim została poprowadzona z perspektywy małżeństwa, które odkrywa tajemnicę pewnego miasteczka w Nebrasce. Przez pół opowiadania snują się (prawie) sami, autor tworzy klimat, a w czytelniku narasta niepokój. Potem akcja nabiera tempa i dostajemy finałem w łeb. Z filmami już tak dobrze nie jest. Mało tego, rozdmuchać tak krótką historię do 9 filmów (w zasadzie 8, bo jeden z nich to drugie podejście do oryginału)? Toż to musiałyby być slashery, albo filmy o potworach… Co z góry oznaczałoby trywializowanie oryginalnego pomysłu. Jak wyszło? Zapraszam do lektury.


Children of the Corn (1984)


Pierwszą zauważalną różnicą jest moment rozpoczęcia akcji. W opowiadaniu poznajemy głównych bohaterów, gdy są w ostatniej podróży mającej na celu ratować ich związek (są o krok od rozwodu). Gdy docierają w okolice Gatlin, odkrywamy lokalne tajemnice razem z nimi. Natomiast film na dzień dobry pokazuje, co się stało, kto to zrobił i dorzuca kompletnie bzdurne i zbędne wątki poboczne wraz z nowymi postaciami. Zamiast kłótliwej pary mamy roześmianych młodych. W zasadzie gdyby nie to, że główną rolę żeńską gra Linda Hamilton, w ogóle nie warto byłoby o nich wspominać (tak bardzo olano oryginalne relacje).

Wspomniane nowe postacie kompletnie rozpieprzają sposób wprowadzania nastroju. Z kolei stare zostały spłycone (mimo to kudos dla dziecięcych aktorów za dobrą, choć przerysowaną robotę). Na domiar złego, charakterystyczne dla Kinga szokujące detale zostały w całości wycięte. Kukurydza, która w opowiadaniu była wspominana dość subtelnie przez większość czasu, widzowi jest wciskana w oczy przy byle ujęciu. Serio, twórcy filmu próbują straszyć kiwającą się na wietrze kukurydzą… No i zakończenie – kompletnie odmienne od oryginalnego i strasznie słabe (parę eksplozji go nie ratuje, ale te przynajmniej są widowiskowe).

Czy w związku z tym warto w ogóle się za to zabierać? Tak, z kilku powodów. Jeśli na moment zapomnimy o opowiadaniu, filmowe Dzieci to po prostu przeciętny horror z paroma niezłymi smaczkami. O przerysowanych antagonistach już wspomniałem. Dorzucę jeszcze naprawdę dobrą muzykę (miejscami budzącą skojarzenia z Omenem) oraz nieco klimaciarskich ujęć. Cała reszta (w oderwaniu od pierwowzoru) jest zwyczajną, rzemieślniczą produkcją, która będzie podobać się lub nie, w zależności od tolerancji na kicz i zapożyczenia (oprócz omenowej muzyki sceny z użyciem np. noży zalatują Psychozą). Moja ocena: 3.


Children of the Corn II: The Final Sacrifice


Akcja ma miejsce jakiś czas po jedynce i uwzględnia jej wydarzenia. Świat dowiedział się o trupach w Gatlin, zjechały się media i służby porządkowe, a dzieciaki zachowują się, jakby o niczym nie pamiętały. Wśród dziennikarzy znajduje się rozwodnik, który musiał przyjechać ze swoim nastoletnim, buntowniczo nastawionym synem.

Fabuła sprawia wrażenie, jakby ktoś wrzucił przyjezdnych w sceny rozpoczynające pierwszy film i rozciągnął całość do 90 minut. Nie jest to zły zabieg, ale i bez rewelacji. Postacie dzieci w zasadzie kopiują te oryginalne, minus rodzeństwo chcące się wyrwać poza grupkę. Co jest zabawne, to że zamiast straszenia nas kukurydzą, autorzy postanowili przerazić nas tym, co się w niej kryje… I pierwszym wnioskiem będzie: niedorobiony kuzyn-satanista Predatora… Końcowy rezultat jest taki, że film bezpiecznie trzyma się motywów pierwowzoru i delikatnie eksperymentuje po swojemu, zmieniając detale, ale robi to na tyle nieudolnie, że może się dłużyć, bo sam nie wie, co ma ze sobą zrobić. Sytuacji nie ratują słabe efekty specjalne. Jednak dzięki temu jest także odpowiednią pozycją na maratony głupich horrorów. Moja ocena: 3-.

P.S. Podtytuł nie ma najmniejszego sensu.


Children of the Corn III: Urban Harvest


Na początek pogratuluję polskiemu tłumaczowi, który jakimś cudem z Urban Harvest zrobił Miejscowego żniwiarza. A to nie koniec braw na dzień dobry. Drugie należą się osobie odpowiedzialnej za dobór muzyki otwierającej film. Gdybym nie wiedział, co oglądam / nie widział tytułu, byłbym święcie przekonany, że zaczynam kolejną część serii Omen. Zdaję sobie sprawę, iż motywy religijne w Dzieciach stanowią trzon opowieści, a do jakości samej muzyki nie mogę się przyczepić, ale takie skojarzenie może nie wpłynąć dobrze na odbiór lub oczekiwania względem widowiska.

Dwójka chłopców z miasteczka Gatlin zostaje adoptowana przez małżeństwo z Chicago. Jeden z nich przywozi ze sobą nasiona kukurydzy, które sadzi w pobliżu starego magazynu. Dzięki temu umożliwia pojawienie się Tego-Który-Kroczy-Pomiędzy-Rzędami. Ale to nie koniec jego planów.

Wbrew początkowemu wydźwiękowi tekstu bardzo mi się ta część podobała. Napięcie było budowane bardziej równomiernie od poprzedników, wpleciono wiele śmielszych pomysłów, a Eli jest postacią dużo bardziej zaradną od Isaaca z jedynki. Efekty specjalne uległy poprawie. Niektóre z praktycznych to naprawdę uczta dla oka. Finał jest odpowiednio kiczowaty, zaś ostatnia scena po raz pierwszy w serii otwarcie zwiastuje sequel. Dzieci 3 to esencja tego, co ogląda się w grupie, żre przy tym (o ironio) popcorn i komentuje każde ujęcie. Sam się sobie dziwię, że ten film tak bardzo mi się podobał. Jak miałbym się czegoś naprawdę czepić, to ujęć z lalkami z finału seansu. Nie wierzę, że nawet w dniu premiery ludzie nie patrzyli na to z drwiącymi uśmiechami (nawet na tle opowieści jako całości). Tak czy siak, moja ocena: 4-.


Children of the Corn IV: The Gathering


W małym miasteczku w Nebrasce (nie jest to Gatlin) dzieci zostają opętane przez Tego-Który-Kroczy-Pomiędzy-Rzędami. Po czym zaczyna się polowanie na dorosłych i rzeź charakterystyczna dla serii. Główna bohaterka stara się wyjaśnić przyczynę sytuacji i nie dopuścić do tego, by jej młodsza siostra również nie zasiliła szeregów Tego-tamtego.

Ktoś tu chyba wystraszył się rozmiaru zjawiska, jaką zaoferowało zakończenie trzeciej części. Przez co zamiast zmienić miejsce akcji nawet na inny kontynent, czy rozdmuchać ją na skalę globalną, wracamy do pipidówy na końcu świata. Niestety, film jako całość jest strasznie biedny. Efekty specjalne ustąpiły miejsca mało wyrafinowanemu gore. Dzieci jako zabójcy ani straszą, ani bawią. Klimat miał być tworzony chyba tylko przez wspomnianą już krew, zbędne i pseudo enigmatyczne sekwencje snów (występujące w takich ilościach, jakby Dzieci 4 stanowiły odrzut z serii A Nightmare on Elm Street) oraz fakt, że większość akcji ma miejsce nocą.

Co więcej można powiedzieć o tej odsłonie? Postacie błąkają się od tropu do tropu, autorzy chcą przepchnąć nowe pomysły uzasadniające zmiany w schemacie (wędrowni kaznodzieje), ale ani to angażuje, ani wygląda, zaś samego motywu kukurydzy jest tu tak mało, że film można byłoby przepchnąć pod dowolnym innym tytułem i pewnie niewielu połapałoby się. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Moja ocena: 1.


Children of the Corn V: Fields of Terror


Ta część powstała chyba tylko po to, by załapać się na dochody płynące z reaktywowanego przez Scream gatunku slasherów. Z oryginalnego pomysłu pozostawiono fanatycznie religijne dzieci, pola kukurydzy i szczyptę elementów nadnaturalnych. Cała reszta to podręcznikowy (przynajmniej w założeniach) slasher, z rozwrzeszczaną młodzieżą na czele.

Śmiechem żartem, uproszczenie formuły wyszło temu tytułowi na dobre. Zamiast kombinowania z cholera wie czym, mamy grupkę mięsa armatniego, mamy zabójców (choć zważywszy na liczbę jednych i drugich, efekt końcowy jest niezamierzenie zabawny) i głupi pretekst, żeby wszystkich zebrać w jednym miejscu, a następnie pozabijać. Czego chcieć więcej? Może tego, by się nie dłużyło. Niestety, przerwy między typowo slasherowymi sekwencjami bywają zbyt długie, zwłaszcza w  okolicach drugiej połowy filmu. Mamy też małą ilość elementów gore i efektów specjalnych, przez co piąte Dzieci wypadają strasznie przeciętnie. Jako że oprócz tytułu nie widać w nich żadnych powiązań z poprzednikami, można go sobie darować, jeżeli nie lubi się gatunku. Jeśli o mnie chodzi, to Fields of Terror oglądało mi się lepiej niż część #4. Moja ocena: 3-.


Children of the Corn 666: Isaac’s Return


Hannah wraca do rodzinnego miasteczka – Gatlin, by odkryć przyczynę śmierci swojej matki, która podobno zginęła z rąk proroka Tego-Który-Kroczy-Pomiędzy-Rzędami – Isaaca. Jak się okazuje, sam Isaac jednak przeżył, tyle że leży w śpiączce w lokalnym szpitalu.

Jeżeli jakaś seria sięga po korzenie, jest to oznaka zmęczenia materiału i desperacji. Podobny motyw zastosowano w Halloween, gdy przy okazji siódmej części poproszono Jamie Lee Curtis o powrót. Tutaj odpowiednikiem jest Isaac grany przez tego samego aktora. Niestety, na odpowiedniku się kończy. Tak jak Halloween 7 było porządnym zastrzykiem krwi, jakiej brakowało w serii, tak tutaj chyba ktoś zapomniał strzykawki. Motyw z przepowiednią to straszny bełkot, postacie są nijakie, Stacy Keach i Nancy Allen są tu chyba z przypadku, a sama fabuła sprawia wrażenie, jakby twórcy sami nie wiedzieli, co chcą z nią zrobić. Całość wypełniono snami i wizjami (bez nich film byłby jeszcze krótszy), dorzucono kilka trupów i dodano totalnie z dupy jeszcze dwie szóstki przy tytule. Strata czasu. Moja ocena: 1.


Children of the Corn: Revelation


Główna bohaterka, Jamie, od jakiegoś czasu nie ma kontaktu ze swoją babcią. Zaniepokojona tym faktem wybiera się w odwiedziny. Jednak na miejscu zastaje puste mieszkanie i ślady wskazujące na dziwne zachowanie seniorki. Od tej pory rozpoczyna poszukiwania staruszki.

Robiłem sobie jaja z tego, że pierwszą oznaką podupadania serii jest zapraszanie oryginalnych aktorów do nowej odsłony. Cóż, drugim takim znakiem jest przeważnie dodawanie słowa Revelation do tytułu (prawda, Hellraiserze?). Niestety, na tym próba reanimowania trupa się nie kończy. Mamy więc w obsadzie Michaela Ironside’a, który zwyczajnie się marnuje. Mamy jedną niezłą scenę z zabójstwem, ale biorąc pod uwagę kontekst, niewiele brakuje jej do tentacle hentai. Mamy przyzwoitą muzykę, która (znowu) bardziej pasowałaby do serii Omen. Mamy sceny z upiornymi dziećmi, które jednak bardziej przypominają wizje z serii Koszmar z ulicy Wiązów. Do tego cały seans nuży i nie potrafi niczym straszyć. Postaci dzieci są nijakie, cholera, nawet kukurydzy prawie nie ma. Na sam koniec otrzymujemy jeden z najnudniejszych i najsłabszych finałów, jakie można zobaczyć w horrorach. Revelation nie nadaje się do niczego, unikać jak zarazy. Moja ocena: 1-.


Children of the Corn (2009)


Dotarliśmy do nieuniknionego remake’u / rebootu, choć tak naprawdę żadne z tych pojęć nie ma tu zastosowania, gdyż podobnie jak w przypadku Draculi, czy Frankensteina chodzi o kolejną adaptację literackiego pierwowzoru.

Całościowo jest to film wierniejszy opowiadaniu, zwłaszcza jeśli patrzeć na relacje głównych bohaterów, czy zakończenie. Niestety, zamiast pójść w kierunku lepszej adaptacji (pierwowzór bazował przede wszystkim na tajemnicy), zastosowano niemal identyczne rozwiązania, co w wersji z 1984, traktując jednocześnie widza jak idiotę. Widowisko otwiera scena z dziećmi, pewnie na wypadek gdybyśmy zdążyli zapomnieć, jaki film oglądamy. Co prawda nie ma bezczelnie pokazanej masakry, ale zabieg prowadzi do tego, że bohaterowie (w tych rolach David Anders, znany choćby z roli Adama / Takezo z Heroes oraz Kandyse McClure znana geekom jako Dualla z Battlestar Galactica Re-Imagined) odkrywają wszystko, a my się w tym czasie nudzimy. Mało tego, za każdym razem, gdy pula informacji zostanie przez postacie wyczerpana, dostajemy w twarz kolejną scenką z dziećmi, żeby nam na myśl nie przyszło, bo skorzystać z szarych komórek.

Na domiar złego mniej więcej w połowie seansu znajduje się wydarzenie, po którym śmiało można byłoby dość szybko zakończyć opowieść, ale nie ma tak dobrze. Drugą połowę wypełnia rozwleczony pościg, przetykany jeszcze głupszymi scenkami z dziećmi, co powoduje, iż po dotarciu do końca cieszymy się, że mamy to za sobą, zamiast zbierać szczękę z podłogi (zwłaszcza jeśli ktoś widział wersję z 1984).

Na plus policzę przyzwoite aktorstwo, które nawet u dzieci daje radę (choć Stranger Things to to nie jest). Dzięki temu klimat bardziej przypomina horror, a nie przerysowaną głupawkę. Muzyka jest w porządku. Ujęcia z kukurydzą i jej ogólna rola na ekranie nie jest tak nachalna, jak to miało miejsce w 1984. Szkoda, że nie pociągnięto tego dalej i jedyne, czego można się obawiać sięgając po Dzieci kukurydzy (2009), to nuda. Moja ocena: 2+.


Children of the Corn: Genesis


Pewnej parze psuje się samochód… Na kompletnym zadupiu obrośniętym kukurydzą… Pomocy szukają w pierwszym znalezionym domostwie, którego dwoje mieszkańców zachowuje się co najmniej dziwacznie. Brzmi znajomo? No właśnie…

Na dzień dobry mylący jest tytuł. Genesis nie jest prequelem, ani historią typu origin. Przynajmniej nie do końca. Pierwsza scenka rozgrywa się faktycznie na długo przed akcją któregokolwiek z filmów, ale stanowi grunt pod Genesis. Właściwa akcja dzieje się jakiś czas po masakrze w Gatlin, a geneza odnosi się bardziej do powstania kolejnej kolonii dzieci.

Największym problemem tego filmu jest to, że ma w tytule Dzieci kukurydzy. Gdyby właśnie odciąć się od nich, zmienić parę motywów, wyszedłby niezły horror. A tak mamy jeszcze bardziej udziwnianą mitologię serii, która rozwala cały klimat budowany przez pierwszą połowę widowiska. Gdy już w końcu przełkniemy fakt, że to „tylko” kolejny odcinek serialu, zorientujemy się, że tak naprawdę nie jest on powiązany z którąkolwiek odsłoną (na podstawie informacji można wnioskować, że ta miała swoje własne Gatlin). Jakby tego było mało, aktorstwo nie porywa, a dwójka głównych bohaterów w paru scenach poraża tak ogromną głupotą (zwłaszcza w finale), że odechciewa się oglądać. Szkoda, bo jak wspomniałem, pierwsza połowa seansu była obiecująca. Moja ocena: 2+.

wtorek, 17 listopada 2015

I don't want to be buried in a Pet Sematary

O książkach Stephena Kinga mówi się, iż są to scenariusze niemal gotowe do przeniesienia na ekran. Uważam, iż to straszne nadużycie. Cenię sobie twórczość pana Kinga, gdyż potrafi proste pomysły przekształcić w coś naprawdę przerażającego, niejednokrotnie uzewnętrzniającego to, co najgorsze w ludzkiej naturze. Jednak to, co wciągało na papierze, nie musi podołać zadaniu na ekranie. Nie zmienia to faktu, iż filmowcy nie ustają w kolejnych próbach.


Pet Sematary


Do pewnego wygwizdowia przeprowadza się rodzina Creedów: małżeństwo z dwójką dzieci i kotem. Pech chciał, iż ich nowe domostwo położone jest przy felernej drodze stanowiącej trasę rozpędzonych ciężarówek. Niejedno zwierzątko zginęło pod kołami mechanicznych potworów. Zrozpaczone dzieci żegnały swoich pupilów, grzebiąc ich na stworzonym przez siebie „Smętarzu dla zwierzaków”. Nowi lokatorzy szybko przekonują się, że owo miejsce pochówku nie jest jedynym dziwactwem w okolicy. Za „barierą” otaczającą Smętarz znajduje się coś więcej.

Książkę czytałem naprawdę dawno temu, ale dwie rzeczy pamiętam z niej dość dobrze: kolejność wydarzeń i upiorną atmosferę. Tę pierwszą w zasadzie zachowano w filmie. To z drugą są problemy. W książce dało się odczuć pewnego rodzaju napięcie. Jak tylko przedstawiono nam główne elementy układanki, pozostawało czekać, aż gówno trafi w wentylator. W filmie nawet w momencie wyjaśnienia założeń dalej jest nijak. Napięcie zwiększa się dopiero w drugiej połowie seansu, a i to nie od początku tejże. Do pozytywnych aspektów zaliczę: kilka niezłych i klimaciarskich ujęć, dobre efekty praktyczne, charakteryzacja i aktorzy drugoplanowi. Główny bohater daje z siebie więcej dość późno, przez co jest przytłoczony przez pozostałe składowe. Zabawna jest w tym wszystkim piosenka tytułowa, która kontrastuje z zakończeniem, ale przynajmniej wpada w ucho i nuci się ją nawet po napisach końcowych.

Pet Sematary nie jest najgorszą adaptacją, ani takim filmem, ale zdecydowanie zabrakło odrobiny więcej wysiłku, by uznać go za dobry. Moja ocena: 3+.


Pet Sematary 2


Jeden z tych filmów, które nie wiadomo po co powstały (oprócz oczywistego powodu – kasy), do kogo są skierowane i co mają sobą reprezentować.

Fabuła jest w pewnym sensie podobna do oryginału. Geoffrey Matthews (w tej roli Edward Furlong) przeprowadza się do ojca mieszkającego w miejscowości, która pamięta wydarzenia dotyczące rodziny Creedów. Geoff oczywiście dowiaduje się o sekrecie skrywanym za Smętarzem, a jak tylko dochodzi do pierwszego wykorzystania owej tajemnicy, w miasteczku zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

Kwestia poruszona przeze mnie na początku – do kogo skierowano film i co ma reprezentować? Skąd ten dylemat? Stąd, że o ile sam początek stara się naśladować oryginał, daje jakieś takie poczucie kiczu. I nie bez powodu. Fabuła powiela pewne schematy niczym slasher, liczba trupów jest zauważalnie większa, a druga połowa seansu bardziej kojarzy się z Evil Dead, czy Braindead, niż twórczością Kinga. Nie przeczę, efekt końcowy jest całkiem zabawny, Clancy Brown chyba całkiem nieźle się bawił (bo popis dał przedni), zaś charakteryzacja i efekty gore są niczego sobie, ale wszystko co dobre znajduje się w drugiej połowie widowiska. Pierwsza strasznie się wlecze i przynudza.

W sumie jako ciekawostkę można PS2 zobaczyć. Do końcowej oceny dorzucam krechę za nudną pierwszą połowę. Moja ocena: 3-.