Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 3. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 3. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 czerwca 2025

Reacher – Season 3

Trzeci sezon Reachera zaczyna się niemal jak filmy wg teorii Hitchcocka – jest trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. Jack stara się opylić pudło starych płyt, gdy na ulicy obok ma miejsce próba porwania syna lokalnego bogacza. Reacher wkracza do akcji, bałagani i w rezultacie musi uciekać razem z małolatem. Wdzięczny ojciec postanawia dać mu robotę, jako że w jego branży osiłków nigdy za wiele.

Po dosyć spektakularnym sezonie drugim autorzy doszli chyba do wniosku, iż nie ma sensu podbijać stawki oraz skali z każdym kolejnym sezonem. W rezultacie trzeci jest dużo bardziej kameralny i łączy w sobie klimat pierwszego z pewnymi zapożyczeniami z drugiego. Kolejnym skutkiem tych roszad jest zachowanie postaci. Reacher i Neagly nadal są świetni w tym co robią, lecz tutaj wydają się być bardziej ludzcy. Popełniają błędy i zdarza im się bać o własne życie. Niby człowiek wie, że będzie czwarty sezon, a włodarze Amazona myśleli o osobnym show dla Neagly, więc kto jak kto, ale ta dwójka jest bezpieczna, a jednak gdy Reacher mówi, że trzeba uciekać, automatycznie zapomina się o tej pewności i daje wciągnąć generowanemu napięciu.

W ogóle cały sezon dałem się zaskakiwać. Jak zwykle jestem czujny i ciężko odwrócić moją uwagę, tak tutaj co chwila łapałem się na tym, że faktycznie powinienem był coś przewidzieć, ale zapomniałem… Dlaczego? Gdy akcja umiejętnie mnie wciągnęła, przestawałem zwracać uwagę na pewne detale, które dużo zdradzają. Przykład pierwszy z brzegu jest we wstępie tego wpisu. Przeczytajcie pierwszy akapit jeszcze raz i pomyślcie, co w nim nie pasuje. Jest to dosłownie drobiazg. Jeśli to wam kliknie, pierwszy zwrot akcji zdołacie przewidzieć. Dalej jest ich tylko więcej.

Jedyną wtopą fabularną, której nie udało się zamaskować jest los jednej postaci. Nie to że autorzy się nie starali, bo naprawdę gimnastykowali się, by na różne sposoby powiedzieć: „To nie skończy się tak, jak myślicie”, lecz przedobrzyli i mimo ich wysiłków ten jeden zgon da się zgadnąć ze 100% pewnością na długo przed jego sceną.

Z jednej strony można pokusić się o stwierdzenie, iż trzeci sezon jest wtórny zwłaszcza względem pierwszego, ale mnie ten zabieg odpowiada, bo poza powielaniem pewnych aspektów trzeci jest lepiej nakręcony. Napięcie stoi na wyższym poziomie, zagrożenie wielokrotnie wydaje się realne, zaś finałowe starcie nie ma w sobie niemal żadnych znamion kina akcji. Np. główny zły nie wygłasza przemowy, a niektóre frakcje logicznie stwierdzają: „Nie nasz problem, zwijamy się”, zanim Reacher pociągnie za spust. Przez co sezon numer trzy stał się moim ulubionym. Moja ocena: 5.

niedziela, 21 stycznia 2024

The Mandalorian – Season 3

No i skończyło się rumakowanie. Dwa pierwsze sezony Mandaloriana zrobiły na mnie wrażenie, ale seriale, jakie potem Lucasfilm wypuścił, były żenujące i głupie. Efektem był taki, że seans trzeciego sezonu przygód łowcy nagród odkładałem na później, bo nie chciałem psuć sobie wspomnień po poprzednich. Ale że po drodze napatoczył się strajk w Hollywood i tradycyjny sezon serialowy praktycznie przystopował, stwierdziłem: teraz albo nigdy.

Sezon numer trzy skupia się na zbiorowych wysiłkach Mandalorian z różnych plemion, by zjednoczyć wszystkich, wrócić na Mandalore i stopniowo odbudowywać swoją cywilizację. W tle przewijają się wątki szpiegowskie, resocjalizacja byłych żołnierzy Imperium, zaginięcie Moffa Gideona i walka z piratami. Przy okazji autorzy próbują powiązać działalność resztek Imperium z powrotem Thrawna.

W zamyśle wszystko to brzmi pięknie… tylko że rezultatem jest coraz mniej Din Djarina w jego własnym serialu, coraz więcej wszystkiego innego. Sam Djarin robi się coraz bardziej pierdołowaty. W jednym z odcinków Bo Katan musi go ratować dwa razy i tylko jeden ratunek ma jakieś późniejsze zastosowanie fabularne. Z jednej strony fajnie zobaczyć całe to uniwersum, w którym Nowa Republika popada w biurokratyczny chaos wymagany do posprzątania po wojnie. Resztki Imperium próbujące zjednoczyć się odzyskać władzę, zaczynając od Zewnętrznych Rubieży galaktyki. Ludzie z wyzwolonych planet próbujących ułożyć sobie życie na nowo i wielu mieszkańców powoli dostosowujących się do nowej rzeczy. Z drugiej strony – nie po to oglądam serial o przygodach samotnego strzelca, by obserwować całą galaktykę. Jeśli powyższe narzekania wydają się znajome, to dlatego, że Księga Boby Fetta popełniła dokładnie ten sam błąd, choć tam wyszło to jeszcze pokraczniej.

Strona wizualna jak zwykle daje radę, aktorzy też w porządku i świetnie oddano skalę wydarzeń. Fajnie jest widzieć, jak problemy planety z zadupia wszechświata potrafią odbić się czkawką w stolicy, ale dlaczego w Mandalorianie? On sam też przerodził się z głównego bohatera w środek narracyjny dla pozostałych, stanowiący usprawiedliwienie dla ganiania w tę i z powrotem oraz zbierania wszystkiego do kupy. Gorzko-słodki wydźwięk ma też zakończenie sezonu, bo nie dość, że rola Din Djarina została zmniejszona, to jeszcze zostawiono furtkę do… odstawienia go na emeryturę…

Jeśli oglądać trzeci sezon Mandaloriana jako serial o losach galaktyki po wojnie – dałbym mu 4. Sporo się dzieje, ładnie wygląda i nie wymaga wysiłku intelektualnego, ani emocjonalnego. Niestety, jako przygody tytułowego łowcy nagród trzeci sezon daje ciała: odciąga nas od bohatera, gnoi go przy wielu okazjach i ciężko nie odnieść wrażenia, iż robi to, byle tylko odstawić go na boczny tor jak najszybciej. Moja ocena: 3.

sobota, 25 lutego 2023

Titans – Season 3

Drugi sezon pozytywnie mnie zaskoczył, ale jednocześnie sprawił, że na trzeci nie czekałem jakoś specjalnie. Gdy ten w końcu ruszył, odkładałem seans w nieskończoność. Teraz, gdy wiadomo, że serial zbliża się ku końcowi, nadganiam zaległości.

Tytani są coraz bardziej rozpoznawalni i wspierani przez społeczeństwo. Jason Todd wrócił do Gotham i wciąż zmaga się z traumą zafundowaną przez Deathstroke’a. Raven nadal przebywa wśród amazonek, Donna pozostaje martwa, a Hawk i Dove rozstali się. Sytuacja gmatwa się, gdy Jason postanawia wykazać się i sam rusza w pościg za Jokerem, z którego rąk ginie.

Sezon numer trzy jest bardzo nierówny. Z jednej strony mamy żonglowanie sporą liczbą wątków, z drugiej udało się to wszystko tak rozwlec, że najpóźniej po 5 odcinkach (z 13) zaczyna się odczuwać znużenie i ogląda już pro forma. Dlaczego? Bo te pierwsze pięć odcinków zawiera najmocniejsze sceny i odniesienia do klasycznych momentów z komiksów. Joker okładający Robina łomem rodem z A Death in the Family, zabójczo skuteczny Red Hood, Barbara będąca jedną z wariacji na temat tej z Killing Joke. Problem zaczyna się właśnie z tego przejścia z ADitF do Under the Hood. Akcja ma miejsce z odcinka na odcinek i każdy znający komiksowe wersje będzie wiedział, o co chodzi. Natomiast pozostali… prawdopodobnie też, bo raz że tajemnica jest zdradzana za szybko, a dwa, że między tymi dwoma motywami praktycznie nie ma odstępu, więc nijak nie zdążono zasiać wątpliwości. Potem następuje jeszcze dość niespodziewane zdjęcie jednej postaci i od tej pory reszta się wlecze.

Jest tutaj wiele elementów, zwłaszcza jeśli chodzi o interpretację, które mi nie pasują. Nie wiem, czy to kwestia przyzwyczajenia do komiksów i np. wersji animowanych. Jason jako rozdarty emocjonalnie osobnik – przyzwoita gra aktorska. Jason jako wkurwiony Red Hood – no nie, brak mu charyzmy. Batman w przypływie rozpaczy rozprawiający się z Klaunem – bywało. Bruce Wayne przesiąknięty depresją do tego stopnia, że próbuje się zabić – nie kupuję tego. Moim największym problemem jest jednak Tim Drake, który tutaj jest w zasadzie takim Milesem Moralesem. Nawet głupiej. Tutejszy Tim to praktycznie nowa postać (nie tylko pod względem koloru skóry), którą ktoś (cholera wie po co) nazwał Tim Drake. Oracle nie jest już alter ego Barbary, tylko systemem komputerowym, zaś ogolony Crane traci jakieś 98% swojej wiarygodności (i wyobraźcie sobie, że w takim wydaniu koleś próbuje odwalić ten sam numer, co jego odpowiednik w Arkham Knight). W tej sytuacji pozostaje tylko współczuć „pomysłowości”.

Sceny akcji i niektóre zawiązania fabularne są przyzwoite, ale giną w natłoku tych przeciętnych i przedłużanych. Jest taka seria dialogów bodajże w okolicach dziewiątego odcinka, po której miałem nadzieję na zakończenie tego konfliktu i rozpoczęcie czegoś innego, ale nie. Autorzy serwują kolejny, tym razem zbędny zwrot i znużeni sytuacją jedziemy do końca.

Biorąc pod uwagę, jak zmontowano całość, ktoś chyba nie miał pojęcia, jak rozłożyć ciężkość poszczególnych wątków. Zamiast utrzymać tajemnicę tożsamości Red Hooda jak najdłużej wraz ze śmiercią jednego z bohaterów, strzela się nimi na początku, a potem liczy, że widz i tak wysiedzi na coraz mniej charyzmatycznych popisach ekipy ganiającej po Gotham. Serio odnosi się wrażenie, że nieważne, czy ratują miasto, rozwiązują wewnętrzny konflikt, zdradzają się, czy zakochują – entuzjazmu jest coraz mniej. Finał trochę sugeruje, że to mógł być ostatni sezon, ale nim nie jest. Ta rola przypada czwartemu. Natomiast S3 da się obejrzeć, ale najlepiej to zrobić tak: Pierwsze 5 odcinków, dziewiąty i ostatni. Resztę można sobie odpuścić. Moja ocena: 3-.

niedziela, 22 maja 2022

Star Trek: The Original Series

Zacznę od tego, że 11 lat temu popełniłem wpis na temat marki jako takiej, opisując większość seriali i najnowszy (wtedy) film z 2009 roku. Niestety, na tamtym etapie nie starczyło mi cierpliwości, by zapoznać się do końca z oryginalną serią, nie wspominając już o animowanej. W związku z tym wpis poleciał, a ja chcę zmierzyć się ze Star Trekiem od samego początku.

Pierwotnie znany po prostu jako Star Trek. Nazwy TOS dorobił się z czasem, gdy produkcji w tym uniwersum pojawiało się coraz więcej. Jest to najbardziej archaiczny z tytułów (siłą rzeczy), który pierwotnie emitowano w latach 1966-1969. To niby tylko trzy sezony, a jednak odcisnęły swoje piętno w popkulturze i rozpędziły machinę, która nie ustaje po dziś dzień. Przykład pierwszy z brzegu, w parodiach oraz nawiązaniach do ST i starego s-f to TOS przewija się najczęściej. Sama jego obsada stanowiła swego rodzaju rewolucję. Oczywiście chodzi o obecność Nichelle Nichols grającej Uhurę oraz Georga Takei w roli Sulu. Lata ’60 nie były łaskawe, gdy chodziło o aktorów i postacie innego koloru skóry niż biały. Dobitnie podsumowuje to wypowiedź Whoopi Goldberg, która jako dziewięciolatka rzekomo powiedziała podczas seansu Star Treka: „Come quick, come quick, there's a black lady on television and she ain't no maid!” Zaś samą Nichols, która nosiła się z zamiarem opuszczenia serii, do pozostania zachęcił osobiście nie kto inny niż Martin Luther King Jr. A jak trzyma się sam serial? O tym poniżej.

Season 1


Pomijając na moment lata, w jakich emitowano serial (odcinki są dłuższe od tych ze współczesnych seriali, aktorstwo ma inne standardy itd.) oraz budżet, który skutkował tanim wyglądem, pierwszy sezon sam w sobie zawiera kilka dziwactw. Pierwszym były dwa odcinki pilotowe. Z reguły w takich wypadkach wydarzenia drugiego nadpisują pierwszy, lecz w tym wypadku oba są kanoniczne. Drugim dziwactwem jest liczba odcinków, przeważnie oscylująca w okolicach 22-26. Tutaj jest ich 30.

Jak w ogóle zabrać się do tak starej produkcji z gatunku, który lepiej wypada, gdy ładnie wygląda? Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Do tego Star Treka robiłem trzy podejścia. Za dzieciaka w ogóle nie udało mi się przetrawić serialu, a całkowicie odepchnął mnie trzeci film. W 2009, gdy chciałem obejrzeć wszystko z tej marki, odbiłem się od tytułu około 15 odcinka. Podejście trzecie – skończyłem oglądać! Na tle współczesnych produkcji TOS (ze wskazaniem na pierwszy i trzeci sezon) bardziej przypomina teatr telewizji niż serial, ale dzięki temu miałem wrażenie, że mi mózg odpoczywa w trakcie seansu. Może to z powodu wieku, a może tego, że powoli przejada mi się efekciarska demolka i kicz z innych franczyz.

Pierwszy sezon jest strasznie schematyczny. W założeniach ludzkość na tym etapie swojej historii jest tak wysoko w ewolucji, że większość odcinków to próby, jakim jest poddawana. W rezultacie poza udowodnieniem, że damy radę w każdych okolicznościach, nic się nie zmienia. Status quo zostaje zachowane i co najwyżej nowa postać z danego odcinka jest jednorazowego użytku. Takie rozwiązanie jest jednocześnie nudne i relaksujące. Nudne – bo, jak wspomniałem, nic się nie zmienia (oprócz miejsca akcji). Relaksujące, gdyż pozwala na wskoczenie w dowolny odcinek, gdy nas najdzie ochota na ST. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest dwuodcinkowa opowieść The Menagerie, która jest związana z pilotem.

S1 warto też obejrzeć z punktu widzenia rozwoju marki. To tu zadebiutował Khan Noonien Singh, tutaj po raz pierwszy pokazano też Klingonów, a w piątym odcinku pokazano pierwszą podróż w czasie. Nie każdy epizod dostarczy rozrywki (bo kilka motywów jest przewidywalnych), ale każdemu warto dać szansę (dzięki temu trafia się na takie perełki, jak przedostatni odcinek, który jest jednym z najlepszych w sezonie, jeśli nie w serialu). Pierwszy sezon to dobry wstęp nie tylko do uniwersum Star Trek, ale także do klasycznego s-f. Moja ocena: 4.

Season 2


Od samego początku miałem wrażenie, iż w tym sezonie zwiększono budżet i wyciśnięto wszystko, co się dało. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że kasy było mniej, a efekt końcowy wypadł w moich oczach lepiej. Do stałego składu załogi dołączył nowy członek: Pavel Chekov. Samej załodze poświęca się więcej czasu. Oprócz Kirka, Spocka i Bonesa praktycznie każda inna postać ma więcej linii dialogowych i dłużej okupuje ekran.

Epizodyczna formuła pozostała bez zmian – nadal można oglądać odcinki wyrwane z kontekstu i cieszyć się zamkniętymi opowieściami. Jednak to, co się dzieje w ich obrębie, jest bardziej różnorodne i mniej przewidywalne, co nie znaczy, że zawsze. Obstawiam, że każdy oglądający odcinek The Doomsday Machine wykombinuje sposób na unicestwienie głównego przeciwnika w sekundę po tym, jak zobaczy go od frontu.

Wbrew finansom da się zauważyć poprawę jakości w kostiumach (choć też nie zawsze, np. plastikowe miecze z 25 odcinka będą niezmiennie bawić), pracy kamery (bardziej zróżnicowana i dynamiczna, w niektórych scenach naśladująca kino akcji, a kadry nie są już tak klaustrofobiczne) i oświetleniu tworzącemu bardziej wyrazisty klimat. Nawet muzyka zdaje się być intensywniejsza i mniej kiczowata. Po raz pierwszy w serii dało się odczuć napięcie tam, gdzie autorzy je zamierzyli. Nie jestem pewien, czy przy okazji cały ten przepych nie odbił się na długości sezonu, bo liczba odcinków spadła z 30 do 26. Do tego im bliżej końca, tym coraz częściej pojawiają się dość przewidywalne pomysły, czasami zajadające własny ogon (np. w odcinku z Rzymianami ciężko nie odnieść wrażenia kopiowania tego z nazistami, który miał miejsce raptem cztery odcinki wcześniej).

Niemniej jednak nawet z jego wadami drugi sezon Star Treka jest tym najlepszym i jeśli ktoś miałby zaliczyć tylko jeden lub kilka dobrych odcinków – powinien do niego zajrzeć. Moja ocena: 5-.

Season 3


Zanim zacząłem oglądać ten sezon, obejrzałem dokument o produkcji serialu. Podobno przed jej rozpoczęciem doszło do sporych przetasowań za kulisami, w ramach których na różnych etapach odeszło trzech z pięciu twórców, następnie czwarta, aż sam Rodenberry odsunął się w cień na rzecz innego showrunnera. Dodatkowo budżet znowu ucięto i praktycznie zrezygnowano ze zdjęć w plenerze, ograniczając tym samym możliwości fabularne. Budowane w studiu lokacje też na tym nie zyskały, wiele z nich wygląda biednie, a przy braku udźwiękowienia, kojarzą się z amatorskimi produkcjami teatralnymi, które jakimś cudem trafiły do telewizji. Niestety, odbiło się to na jakości serialu, który zakończono po tym ponownie skróconym (z 26 do 24 odcinków) sezonie.

Przykłady durnych i żenujących pomysłów otrzymujemy już w pierwszym odcinku sezonu, w którym ktoś usuwa Spockowi mózg (The Search for Spock nabiera w tym kontekście nowego znaczenia)… A to dopiero początek. Całą resztę wypełniają średniaki (np. Day of the Dove),  wśród których trafia się raptem tylko kilka perełek (np. odcinek drugi: The Enterprise Incident). Przez resztę seansu towarzyszy nam na zmianę nuda (And the Children Shall Lead) i zażenowanie. Na finałowym odcinku prawie zasnąłem. Ponadto wiele postaci pobocznych znowu stanowi tylko tło. Jeśli ktoś jakimś cudem zapoznał się ze Star Trekiem przez ten sezon i do niego zniechęcił, to wcale się nie dziwię. Zresztą o poziomie niech świadczy fakt, że po obniżeniu lotów (co samo w sobie było spowodowane innymi czynnikami) serial anulowano. Niby jestem w stanie zrozumieć, że ktoś miał jakieś ambicje zrobić nowego z serią (ba, nadal zdarzają się tutaj sceny łamiące normy tamtych czasów, jak np. pocałunek Kirka i Uhury), ale efekt końcowy mi nie podszedł, bo po bardzo dobrym drugim sezonie otrzymałem niemal proceduralne widowisko typu kosmita/potwór tygodnia. Owszem, można odnieść się do tego tak, jak do rzemieślniczej roboty i w takim wariancie od biedy dałoby się wystawić ocenę 4. Dla mnie jednak to za mało, a czekanie na odcinki warte uwagi (które są rozsiane nieregularnie) lub przynajmniej uwydatniające potencjał postaci (a i to niewielu) dłużyło się niemiłosiernie. Moja ocena: 3+.

Na koniec dodam, iż oglądana przeze mnie wersja była tą zremasterowaną. Powiem krótko: tak powinno się remasterować starocie. Odświeżono dźwięk i obraz, a efekty specjalne poddano tylko lekkiemu liftingowi tak, żeby nie odstraszały archaicznością, ale jednocześnie bez przesady, żeby nie wydawały się nie na miejscu w tak starym show. Jeśli podchodzicie do ST: TOS, to właśnie tę wersję polecam, zaś serialowi jako całości daję z czystym sumieniem 4+.

niedziela, 20 czerwca 2021

Avatar: The Last Airbender

Po raz pierwszy z Avatarem zetknąłem się przy okazji recenzji niesławnej adaptacji M. Night Shyamalana. Filmu co prawda nie oglądałem, ale z opinii jasno wynikało, że pierwowzór jest więcej niż dobry. Cóż, to dopiero eufemizm stulecia. Powiedzieć o Avatarze, że jest dobry, to jak powiedzieć, że na pustyni jest ciepło.

Opowiadana historia dotyczy Aanga – ostatniego maga wiatru, który jest kolejnym wcieleniem Avatara, istoty potrafiącej władać wszystkimi czterema żywiołami. Problem polega na tym, że Aang gdzieś zniknął. Odnalazło go rodzeństwo nastolatków, Katara i Sokka, pochodzących z plemienia magów wody z Bieguna południowego. Sęk w tym, że obydwa wydarzenia oddziela 100 lat, w trakcie których naród ognia praktycznie podbił świat. W takich realiach świeżo odnaleziony 12-latek musi opanować pozostałe żywioły i przywrócić równowagę na świecie.

Ciężko napisać mi coś ponad to, że w serialu podoba mi się wszystko. Pomimo tego, że główni bohaterowie są dziećmi, autorzy rzucają ich w dorosły świat pełen poważnych problemów. Począwszy od zwykłego dorastania, przez pogodzenie się z utratą rodziny lub przeznaczeniem, po stawianie czoła trudom świata ogarniętego wojną. Pewnie, że większość z tych okoliczności jest umowna i postaciom idzie łatwiej, niż spodziewalibyśmy się po naszej rzeczywistości, ale zachowano tu istotną zasadę realizmu: każde działanie ma swoje konsekwencje. Te ostatnie pokazano po mistrzowsku. Czasami bardzo niepozorne czynności dają efekty dużo później.

Bohaterowie zachowują się adekwatnie do swojego wieku, swoich rozterek oraz tła, z jakiego się wywodzą. Przy czym to ostatnie nie definiuje ich jako ludzi. Rozwijają się, dorastają i zmieniają. Naturalnie, nie wszyscy. Świat potrzebuje szaleńców, upartych osłów oraz osób święcie wierzących w swoje racje – takich też tu znajdziecie. Humor jest przeważnie głupkowaty, ale pasuje do sytuacji i uczestników. Autorzy serwują go w odpowiednich dawkach, więc nawet jeśli wam nie podejdzie, przynajmniej nie będzie nachalny.

Postacie to nie wszystko. Twórcy przedstawiają nam ciekawy świat z bogatą historią oraz zróżnicowanymi kulturami. Magia jest połączona ze sztukami walki, a fantazyjne zwierzęta z powodzeniem mogłyby pojawić się w równie niesamowitych światach tworzonych przez świętej pamięci Benoît Sokala.

Jeśli chodzi o strukturę fabularną, to poszczególne sezony kojarzą mi się z oryginalnymi Gwiezdnymi wojnami. Pierwszy to Nowa nadzieja, drugi to Imperium kontratakuje, a trzeci to Powrót Jedi. Ogromną zaletą jest zamknięcie opowieści. Żadnego zawieszenia, żadnego urwania, kompletna historia. Jako ciekawostkę należy wspomnieć, że zastanawiano się nad czwartym sezonem, ale wspomniany we wstępie film fabularny skutecznie zarżnął pomysł.

Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do tego, że animacja w pierwszych odcinkach jest nieco słabsza od tego, co jest dalej. Nie zmienia to faktu, że Avatar: The Last Airbender to kawał mądrze i konsekwentnie poprowadzonego widowiska, na którym nie nudziłem się ani ja (całość widziałem dwa razy), ani moja córka (która leci przez nie ponownie). Moja ocena: 5+.

niedziela, 28 lutego 2021

Cobra Kai – Season 3

Ok, co tu się wyprawia? Biorąc pod uwagę trendy wciskane w popkulturę, showbiznes pełen bezczelnego żerowania na nostalgicznych markach oraz fakt, że to już trzeci sezon, to statystycznie rzecz biorąc ten serial nie ma prawa być tak dobry (albo w ogóle), jak jest… A wciąż jest bardzo dobry…

Między sezonami dwa i trzy mijają chyba ze dwa tygodnie. Johnny jest dobity sytuacją z Miguelem, stracił Cobra Kai oraz uczniów, jego syn uciekł. Córka Daniela została zawieszona, jego biznes upada, a główny konkurent podkupuje mu pracowników oraz podpisuje umowę na dostawę aut od głównego dostawcy Larusso na wyłączność. Tylko Kreese zdaje się święcić tryumfy: Ma nowych uczniów, ich grono rośnie, Miyagi Do zamknięto, a Lawrence nie wchodzi już w drogę.

Pierwsze, co mi przychodzi na myśl odnośnie tego sezonu, to że jest w pewnym sensie mroczniejszy od poprzedników. Jasne, że są uproszczenia typu dość szybka rekonwalescencja Miguela (na szczęście nie natychmiastowa i pasująca do realiów serii) lub sumienie ruszające Hawka po stosunkowo niedawnej i masakrycznej akcji, ale na każde z nich przypada sytuacja o dość ciężkim wydźwięku (wspomniany motyw z Hawkiem, flashbacki z Kreesem lub ostatnia konfrontacja). I niezależnie od końcowego wydźwięku autorom należy się plus za samo podjęcie tematyki.

Druga rzecz – opowieść jest nadal prowadzona w cwany sposób. Powraca kpiarstwo z obecnego traktowania dzieci i ich problemów przez dorosłych (leczenie wszystkich niesnasek uściskami). Z zapowiedzi, wywiadów i im podobnych widzowie spodziewali się powrotu kolejnych postaci z filmów. Autorzy rozegrali te spekulacje po mistrzowsku. Najpierw zmontowali sceny, dialogi (lub wygląd aktorów) tak, żeby widz był pewien, że to tu pojawią się te postacie, a potem zrobili wszystkich w konia i wprowadzili je po swojemu.

Do tego dochodzi jeszcze cała lista zabiegów fabularnych uzupełniających wątki poprzednich sezonów oraz filmów. Najlepszym przykładem fanservice rewelacyjnie wplecionego w opowieść jest wizyta na Okinawie, gdzie zadbano choćby o takie szczególiki, jak tafle lodu ustawione obok siebie (sposób, w jaki je wykorzystano, wywołał u mnie niekontrolowany rechot). Mniejszy kaliber, ale robiący równie wielkie wrażenie, to opowieść Alli o tym, co naprawdę wydarzyło się na początku The Karate Kid, Part II.

Nie zapomniano też o antagonistach. Kilkoro dostało wreszcie więcej scen z tła fabularnego. Żeby było ciekawiej – nie każdego z nich starano się uczłowieczyć. W niektórych przypadkach to po prostu stwierdzenie: stąd się to wzięło. Na deser są jeszcze smaczki typu gościnny występ Dee Snidera.

Teraz trochę ponarzekam. Przy czym jest to tylko czepialstwo. Wątek z policją jest tak samo chytry, jak i głupi. Zgłoszenie Kreese’a i Amandy – to rozegrano dobrze. Wąż w salonie i końcowa walka bez zgłoszenia – co najmniej głupie. Następna sprawa: wspomniana walka. Drugi sezon zakończył się konkretną rozpierduchą. Pomijając na moment realizm, sam sposób nakręcenia to majstersztyk. Problem polega na tym, że poprzeczkę podniesiono tak wysoko, że ciężko to było przebić. Co odbiło się czkawką w finale trzeciego sezonu. Owszem – walka wygląda równie efekciarsko, ale tym razem jedyną nowością jest to, że toczy się na trzech planach jednocześnie. Ostatni drobiazg – mam wrażenie, że ilość fanservice i chęć powiązania trochę przeciągnęły ten sezon i zamiast zamkniętego rozdziału, jak w przypadku dwóch poprzednich, mamy jeden rozciągnięty na dwa sezony.

Powyższy akapit nie zmienia faktów, że trzeci sezon oglądało mi się rewelacyjnie i póki co jest chyba moim ulubionym/najlepszym w całej serii. Nie mogę doczekać się kolejnego. Moja ocena: 5+.

niedziela, 3 stycznia 2021

Dark (2017) – Season 3

Zgodnie z finałem poprzedniego sezonu Jonas trafia już nie tyle do innego czasu, ale wręcz do innej rzeczywistości. Takiej, w której nigdy jakiejkolwiek wersji Jonasa nie było, a i tak wszystko wskazywało na to, że znany z poprzednika koniec świata nastąpi. Co więc jest jego przyczyną? I czy da się uratować oba światy?

Pierwszy odcinek wydał mi się niezwykle zabawny. Druga wersja Winden jest niemal lustrzanym odbiciem. Wszystko jest po drugiej stronie, włącznie z tym, gdzie dzieciaki parkowały rowery na moście i którędy schodziły na dół. Niestety, ten ubaw trwa dokładnie jeden odcinek. Z mojej perspektywy to wystarczająco długo, żeby Jonas rozeznał się, gdzie jest i jak to działa. Ale autorzy pomyśleli inaczej. W związku z czym nie dość, że od tej pory zadajemy sobie pytanie: kto odpowiada za bałagan, jak oba wymiary są powiązane i jak to się skończy, jesteśmy niejako zmuszeni śledzić też codzienne intrygi mieszkańców drugiego Winden, co na tym etapie niepotrzebnie spowalnia rozwój wydarzeń i potrafi zmęczyć.

Niestety, powyższy aspekt nie jest jedynym, który sprawiał wrażenie opóźniania finału. W momencie, gdy skojarzyłem fakt dwóch światów z innym elementem serialu, wykiełkowała mi teoria. I najgorsze w niej jest to, że na potwierdzenie domysłów (trafnych) trzeba było czekać niemal do samego końca sezonu. W międzyczasie musiałem znosić kolejne próby napuszczania się jednej frakcji na drugą, śledzić losy postaci, które na tym etapie mnie już nie interesowały i zastanawiać się, po kiego grzyba pokazują niektóre wydarzenia, skoro prowadziły tylko do tego, że ktoś utknął.

Niemniej jednak trzeba oddać autorom rzetelność. Nie licząc wątku z Jonasem w przeszłości, który wydał mi się zawieszony, cała reszta została solidnie domknięta i przedstawiona tak, żeby zaspokoić ciekawość każdego widza. Choć czasami wygląda to kuriozalnie, np. w siódmym odcinku serwuje nam się istną skakankę między krótkimi scenami, rocznikami i postaciami, jakby ktoś chciał pół sezonu upchnąć. Moim największym problemem jest to, że gdy wpadłem na swój pomysł, to miałem powtórkę z pierwszego sezonu – byłem fabularnie do przodu i musiałem odczekać, aż serial raczy mnie dogonić. Więcej klimatu niż w S2, ale brak jego tempa (oprócz wspomnianego jednego odcinka). Moja ocena: 4-.

niedziela, 28 czerwca 2020

Young Justice: Outsiders

Gdy ten sezon dobiegł końca, moją pierwszą myślą było: Co ja, do cholery, obejrzałem? Zazwyczaj tego pytania używam, gdy zaliczony materiał jest mocno popierdzielony albo tak słaby, że zachodzę w głowę, jak w ogóle dopuszczono do jego realizacji. W tym wypadku stawiam to pytanie, bo jestem zaskoczony, że w dobie licznych średnich i słabych produkcji o trykociarzach komuś udało się stworzyć coś tak dobrego.

Outsiders kontynuują wątki rozpoczęte w Invasion i dorzucają drugie tyle od siebie. Sami Outsiders to nowa grupa działająca w oderwaniu od Justice League, stąd też nazwa. Niejako zastępuje Young Justice, którzy awansowali na pełnoetatowych mentorów. Jakby tych roszad było mało, Batman i kilka osób opuszcza Justice League. Black Lightning szyderczo nazywa ich Batman Incorporated przez resztę sezonu. Jest to o tyle zabawne, że Batman faktycznie miał taką „firmę” w komiksach. Ba, to była cała osobna linia wydawnicza ukazująca się równolegle do np. Detective Comics, Dark Knight, Batman, czy Batman Eternal. Takich smaczków jest więcej. Z nowych wątków należy przede wszystkim wspomnieć te związane z tworzeniem i handlem metaludźmi, które mają swój początek w Markovii. Jeśli ktoś na te słowa ma jakieś przebłyski, że gdzieś już to widział, nie pomyli się. Wypisz, wymaluj trzeci sezon Black Lightning emitowany w tym samym roku, co Outsiders.

Czym więc Outsiders zasłużyli sobie na uznanie w moich oczach? Niekoniecznie fabułą, gdyż ta nie odbiega od standardów superhero, niezależnie, czy mówimy tu o polityce à la Lex Luthor, kosmicznych przepychankach z Darkseidem, czy spiskach Vandala Savage’a. Przede wszystkim klimat. Ten sezon nie oszczędza nikogo, z widzem włącznie. Do tego stopnia, że nie można być pewnym losu żadnej postaci. Jak pierwszy raz zdarzyło się, że kogoś zabito, nie mogłem pozbierać szczęki. Mało tego, w jednym odcinku pojawia się Lobo. Co prawda nie jest to tak krwawa wersja jak w komiksie, ale nadal robi wrażenie. Zwłaszcza w porównaniu z poprzednikiem z Superman: The Animated Series.

Oprócz superbohaterskich wygibasów na opowieść jak zwykle składają się też problemy osobiste wielu postaci o bardzo przyziemnym wydźwięku: szukanie swojego miejsca w społeczeństwie, akceptacji, miłości, poczucie obowiązku, patriotyzm, żałoba i wiele innych. Najważniejsze tutaj jest to, że ten aspekt nie traktuje widza (niezależnie od wieku) jak idioty. Nie mówię, że to podręcznik, według którego należy nauczać norm społecznych, ale podchodzi do tych kwestii dużo bardziej naturalnie i dojrzalej, niż jakakolwiek na siłę zdywersyfikowana seria w Arrowverse. Pomimo, iż jest poważniej, nie brak humoru. Moim ulubionym skeczem była parodia Doom Patrol GO! Łącząca w sobie Teen Titans GO! z Doom Patrol, a najbardziej głupkowate sceny to te z udziałem Guya Gardnera, który jest prawie takim samym dupkiem jak Jason Todd z Titans.

Jeśli koniecznie muszę się do czegoś przyczepić i tym samym postawić minus przy ocenie, to będą to dwie rzeczy. Numer jeden – animacja. Jest w porządku, ale tylko w porządku. Tak jakby cała kasa została władowana w scenariusz i aktorów. Numer dwa – szokowanie. Wspomniałem o dość brutalnych scenach, w których ktoś ginie lub zostaje ranny. Miałem wrażenie, że raz lub dwa zrobiono to już tylko dla samego szokowania, bo nie walnęło mnie to tak, jak na początku.

Young Justice: Outsiders to znakomita kontynuacja poprzedników. Podnosi poprzeczkę nie tylko w obrębie samej siebie, ale i gatunku superhero jako takiego. Jeśli chodzi o seriale w tej konwencji, Outsiders to póki co najlepsze widowisko, jakie można obejrzeć w sezonie 2019-2020 i jedna z najlepszych serii w ogóle. Moja ocena 5 (5- z uwzględnieniem narzekania).

niedziela, 3 maja 2020

Black Lightning – Season 3

Najlepszym podsumowaniem (tak na dzień dobry): bardzo dziwny sezon. Od samego początku twórcy próbują eskalować konflikt nakreślony w drugim sezonie. Jednak pomimo rozproszenia postaci i dość „trudnej” sytuacji mającej symulować okupację, nie czuć zagrożenia, przez co znowu ciężko się w cokolwiek zaangażować. Dodatkowo odniosłem wrażenie dreptania w kółko. Na każdą decyzję, która miała popchnąć rozwój wydarzeń do przodu (np. BL atakujący kluczowe miejsce) przypadała inna przywracająca pierwotny stan rzeczy (główny zły mówiący: Wiem, że to ty, ale nie mam dowodów. Następnym razem nie upiecze ci się). Taki stan rzeczy trwa mniej więcej do eventu łączącego wszystkie serie Arrowverse (Crisis on Infinite Earths). Potem serial rusza z kopyta, choć nawet tu nie pozbyto się pewnej dozy „bezpieczeństwa” zwalniającego tempo. Więc zamiast totalnej rozwałki między dwoma (czasem trzema) frakcjami jest zabawa w partyzantkę lub potyczki typu 5 na 5. Ponadto im bliżej końca, tym bardziej czuć wypełniacze. Seria ma tylko 16 odcinków, ale w końcowych odnosi się wrażenie, że co druga scena kopana to zapchajdziura. Niemniej jednak trzeci sezon udało się zakończyć tak, że odczuwa się satysfakcję i gdyby serial na tym stanął, byłoby ok.

Najzabawniejsze są zmiany w pisaniu samej opowieści. W dzisiejszych czasach, gdy porusza się tematy rasowe, mniejszości seksualnych, czy równości płci, autorzy ograniczają się do wrzucenia tego do wora z napisem „Różnorodność”, byle tylko odfajkować pozycje na liście. W pierwszych dwóch sezonach miałem takie wrażenie. W trzecim autorzy chyba wreszcie doszli do wniosku, że pora opowiedzieć coś ciekawszego, a postacie nie skupiają się na aspektach z wora. Nadal posiadają te cechy, ale tym razem nie są nimi ograniczone. Nie ma np. sytuacji, w której postać jest wkurzoną lesbijką i to tyle, co da się o niej powiedzieć. Gdy jedna z córek mówi BL, żeby sobie wsadził swój „man privilage”, ojciec patrzy na nią na zasadzie: „Czyś ty na łeb upadła?” Potem następuje dialog próbujący uzasadnić zdanie córki i niby od początku wiadomo było, o co jej chodziło, ale właśnie ten dialog pokazuje, że twórcy nie chcą rzucać stereotypami i pustymi archetypami, że jest miejsce na rozwój. Fakt, nadal zdarzają się niewprawne rozmowy typu „Naziści to zło całego świata.”, które potem są popierane przykładami innych konfliktów tylko po to, by efekt końcowy został zaorany toporną sceną następującą po rozmowie. Ale całościowo widać rozwój, a to już coś.

Trzeci sezon Black Lightning ma swoje problemy, jak nierówne tempo na początku i trochę zbyt nieśmiałe eksperymentowanie z formułą. Nie do końca też podobało mi się odejście od street level hero z pierwszego sezonu na rzecz większej skali rozpierduchy. Ostatecznie bawiłem się dużo lepiej niż poprzednio. Na tyle lepiej, by dać ocenę 4-, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że aspekty, które w moich oczach podciągnęły poziom, dla innych mogły być niewystarczające, co czyniłoby sezon trzeci takim samym, trójkowym przeciętniakiem, jak jego poprzednicy.

niedziela, 23 lutego 2020

Runaways – Season 3

Ostatni sezon uciekinierów. Jego przebieg da się podzielić na dwie części. Pierwszą jest dokończenie wątku kosmitów. Drugą jest „inwazja” czarownic.

Jak już wspominałem przy okazji poprzednich sezonów, z komiksowymi Runaways rozstałem się przy drugim tomie zbiorczego wydania, więc nie mam pojęcia, czy ten motyw z czarownicami w ogóle się tam przewija. I to chyba właśnie ten brak znajomości materiału źródłowego oraz fakt, że to ostatni sezon, wpłynęły tak pozytywnie na odbiór. Przy czym nie chodzi mi o to, że cieszyłem się z zakończenia serialu. Mam wrażenie, że autorzy będący świadomi końca zrealizowali ten sezon inaczej, jakby na większym luzie, zachowując przy tym własny klimat. Trochę tak, jak zmiana nastroju między sezonami dwa i trzy serialu Legends of Tomorrow. Poza tym akcja faktycznie dąży ku czemuś. Nie ma poczucia dreptania w kółko lub w tę i z powrotem, jak to było w poprzednich sezonach przy okazji utarczek na linii Runaways – The Pride.

Na pożegnanie otrzymałem też kilka dodatkowych niespodzianek. Pierwszą był odcinek ze specjalnym udziałem Cloak & Dagger, którzy wystąpili tu w innym charakterze niż w komiksie, ale równie satysfakcjonującym. Drugą był ostatni odcinek spinający w całość wszystkie trzy sezony. Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że warto było przemęczyć się przez dwa pierwsze, żeby zobaczyć, jak w tym odcinku robią sobie z nich jaja (pomimo poważniejszego wydźwięku w kilku scenach). Trzecią jest motyw zdrajcy, który uważałem za pominięty / rozwiązany inaczej. Co prawda ta wersja również nie jest stricte komiksowa, ale o niebo lepsza od tego, co wydawało się jej zastępstwem w sezonie 2.

Trzeci sezon jest zdecydowanie najfajniejszy w odbiorze. Szkoda, że dopiero na koniec wyszło takie widowisko. Bo nie każdemu będzie chciało się męczyć przez 20 z 30 odcinków, żeby się dobrze pobawić. Moja ocena: 4.

niedziela, 24 listopada 2019

Scream: Resurrection

Kolejna seria, której produkcja okazała się ciekawsza od efektu końcowego. Zacznijmy od krótkiej lekcji historii. Scream the TV Series było produkowane dla MTV. Powstały dwa sezony, zapowiedziano trzeci i słuch o serii zaginął. Zakończenie drugiego było zbyt otwarte, by to ot tak zostawić, ale ostatecznie nie byłoby to niczym nowym. Ciekawe jednak jest to, że powstały dwa odcinki specjalne, które domknęły większość wątków i postawiły sprawę tak, że albo akceptujemy jednego człowieka i fabuła się zamyka, albo mamy drugiego i pozostaje nam gdybanie, co mogłoby się dziać dalej. Na tym etapie prawa do serialu trafiły do innej stacji i bum, powstał sezon numer trzy.

Resurrection pomimo bycia trzecią odsłoną nijak nie nawiązuje do dwóch poprzednich. Tym samym konstrukcja serii zaczyna przypominać antologię podobną do Slashera. Obecna stacja oprócz kontynuowania opowieści po swojemu uzyskała prawa pozwalające na wykorzystanie oryginalnej maski Ghostface znanej z filmów oraz postarała się o powrót Rogera Jakcsona podkładającego oryginalny głos. Szkoda tylko, że na tym kończą się pozytywne aspekty Resurrection.

Fabuła jest standardem dla wszystkiego, co powstało pod szyldem Scream. Mamy jakiś sekret z przeszłości i mordercę, który chce, żeby wszyscy dowiedzieli się o nim X lat później. Motywacją mają być kolejne trupy osób w jakiś sposób powiązanych z tajemnicą.

Będę to powtarzał do znudzenia – nie przeszkadzają mi schematy w kolejnych produkcjach z gatunku slasherowatych. To trochę jak z jedzeniem lubianego dania, tylko jeśli ktoś je przesoli, ma się ochotę wywalić całość do kosza. Resurrection jest właśnie takim spapranym daniem. Jest to najkrótszy sezon (raptem sześć odcinków), a miałem wrażenie, że oglądam maraton jakiegoś tasiemca. Na etapie oglądania Resurrection byłem względnie świeżo po seansie Slasher: Solstice, którego każdy odcinek zawierał coś ciekawego i spełniał wymogi slasherowej jatki. Zaś tutaj każdy odcinek wlókł się, jak pijany ślimak pod górkę. Postacie na siłę próbowano wcisnąć w role inne niż mięso armatnie. Oberwało się przy tym mordercy, bo nie dość, że kiepsko go powiązano z intrygą, to jeszcze została nim osoba, której archetyp przeważnie ginie (albo zostaje mocno pocięty) w innych przedstawicielach gatunku. Jedni nazwą to zwrotem akcji, ja nazwę wynajdywaniem koła od nowa. Zwłaszcza, że tożsamość da się odgadnąć bez problemu, a jak tylko to nastąpi, odruchowo pacniecie się w czoło. Morderstwa są nudne i jest ich naprawdę mało. Próbowano przywrócić głupkowaty humor znany z kinowych odsłon, ale wszyło to na odwal. Tyle dobrego, że szybko się o tym zapomina.

Czy warto w ogóle zawracać sobie głowę Scream: Resurrection? Tylko jeśli jesteście na bezludnej wyspie i obejrzeliście już wszystkie odcinki Mody na sukces. Moja ocena 1+ (plus za Rogera i maskę).

niedziela, 18 sierpnia 2019

Slasher: Solstice

Na początek przyznam się, że pomimo dobrej zabawy na poprzednich sezonach, trzeciego się nie spodziewałem. Jednak jak tylko w czwartkową noc na profilu w Netflixie pojawiło się powiadomienie, gęba mi się uśmiechnęła, a w głowie zaświtała myśl: No, to już wiem, co robię w weekendowe noce!

Tym razem zamiast małego miasteczka albo kompletnego odludzia mamy jeden budynek mieszkalny, szkołę i wszystko, co po drodze. Natomiast konstrukcja opowieści to zakręcona mieszanka naprawdę różnych patentów. Sceny szkolne (zwłaszcza te z mordercą) będą kojarzyć się ze Scream. Pojedynczy budynek to wypisz, wymaluj Critters 3. Ilość scen z korzystaniem z mediów społecznościowych (a w rezultacie wplecenie ich jako istotnego mechanizmu fabularnego) przywodzi na myśl Black Mirror. Na koniec fakt, że całość rozgrywa się w ciągu 24 godzin (pomijając flashbacki), a tytuły odcinków to przedziały czasowe, oczywistym skojarzeniem jest serial 24.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to (w większości) bardzo niesympatyczne postacie. W jednym budynku i okolicy upchnięto tyle skrajności, że to aż dziwne, że ci ludzie nie pozabijali się nawzajem zanim morderca to zrobił. Na początku miałem wręcz ochotę, żeby poznikali jak najszybciej. Dopiero w trakcie zacząłem przekonywać się do niektórych, a to, kto przeżył na koniec, przyprawiło mnie o chichot, ale była w tym też pewna satysfakcja.

Tożsamość mordercy jest stosunkowo łatwa do rozszyfrowania. Można bawić się w zgadywanie, ale tym razem wskazówki są na tyle wyraziste, że dedukcja daje więcej frajdy. Zdecydowanie za włożenie więcej wysiłku w tę warstwę należy się plus.

Osiem odcinków to standard dla tej serii, niemniej jednak przez wzgląd na przedział czasowy oraz formę trzeci sezon ogląda się najszybciej. Nawet przetykanie flashbackami nijak nie spowalnia seansu.

Morderstwa zasługują na osobny akapit. Same w sobie nie są jakoś ultra wyszukane, ostatecznie to nie Piła. Niemniej jednak sceny mordów są jednymi z najbardziej drastycznych i krwawych w tym gatunku. Wręcz do tego stopnia, że przebijają nie tylko poprzednie sezony, ale także i wiele filmowych produkcji. Gdyby Jigsaw własnoręcznie zabijał swoje ofiary, nie powstydziłby się tego, co widać w Solstice. Cholera, nawet Freddy Krueger mógłby się czegoś nauczyć.

Jeśli oglądaliście dwa poprzednie sezony, ten też jest wart uwagi. Jeśli lubicie slashery w ogóle, warto spróbować obejrzeć Solstice. Dla mnie była to zabawa równie dobra, co poprzednio, ale ocenę podwyższam za widowiskową rzeź. Moja ocena: 5-.

niedziela, 14 lipca 2019

Stranger Things 3

Przy okazji drugiego sezonu wspominałem, że czekam na dalszy ciąg. No i doczekałem się. Tylko zgodnie z powiedzeniem: Uważaj o co prosisz, bo możesz to dostać.

Stranger Things 3 podąża śladem wielu serii horrorów, w których mamy tego samego protagonistę i antagonistę ścierających się na przestrzeni lat w kolejnych odsłonach. Pokraka z Upside Down, The Mind Flyer, powraca. Tym razem ma inny sposób na sianie zniszczenia, a nieświadomym sojusznikiem są Rosjanie, którzy próbują otworzyć bramę do Upside Down, którą Eleven zamknęła w poprzednim sezonie. Z potworem będzie walczyć znana już paczka małolatów, wzbogacona o nowe twarze. Rezultatem jest więcej tego samego, co w poprzednich odsłonach.

Z jednej strony ST3 jako kolejny rozdział zrealizowano podręcznikowo. Dzieciaki dorastają, ich życia wyglądają inaczej. Jedni zaczynają swoją pierwszą pracę jako stażyści, inni przeżywają pierwsze miłości i tracą zainteresowanie tym, co robili do tej pory. Tylko Will chciałby, aby było jak dawniej (bo trochę to wygląda tak, jakby go jakaś część dzieciństwa ominęła z powodu wydarzeń z poprzednich serii). U dorosłych podobnie – adaptują się do nowych sytuacji. Hopper ma problemy z dorastającą Eleven i akceptacją jej związku z Mike’iem. Do tego sam przeżywa rozterki miłosne z powodu Joyce. Samo miasteczko przechodzi transformację spowodowaną wybudowaniem dużego centrum handlowego. Seria nadal trzyma się klimatu lat osiemdziesiątych i dorzuca kolejne elementy związane z tamtym okresem, włącznie z naleciałościami z końcówki zimnej wojny.

Z drugiej strony spaprano proporcje i tempo opowieści. Niby antagonista działa w tle cały czas, ale zanim ktokolwiek z protagonistów doczłapie się do jego śladów, mijają ze 4 odcinki z ośmiu. W okolicach piątego autorzy przypominają sobie, że chyba zaraz finał, więc trzeba coś z tym zrobić.

Proporcje to osobna sprawa. Poprzednio mieliśmy motyw przewodni – poszukiwania Willa, wokół którego wszystko się kręciło. Natomiast tutaj każda grupka ma swój wątek i dopiero na końcu wszystko się łączy… tylko że zanim to nastąpi, można się zanudzić. Połowa fabuły to młodzieżowa obyczajówka, a druga połowa jest rozbita na poszczególne intrygi: Nancy i Jonathan prowadzą śledztwo dziennikarskie, Joyce i Jim znaleźli anomalię i trop Rosjan, Dustin i Steve również wpadli na Rosjan i rozgryzają ich kryjówkę z pomocą dwóch dziewczyn, Eleven i Max odkrywają, że coś jest nie halo z Billym, a Will niezależnie od warstwy fabularnej nie ma z kim grać w Dungeons & Dragons. I to nadal nie wszystko.

Osobną kwestię stanowi przywiązanie wagi do wydarzeń. W finale nie ma z tym problemu, bo kibicujemy wszystkim, ponownie zjednoczonym wspólnym celem, ale na początku tak dobrze nie jest. Odniosę się znowu do poszukiwań Willa. Nawet w tak niezobowiązującej opowieści jest to punkt, z którym przeciętny widz może się identyfikować na zasadzie: Nikomu nie życzę, żeby go coś takiego spotkało. Zaginięcie bliskiej osoby jest traumatyczne. A czym Joyce wplątuje się w intrygę w ST3? Magnesami spadającymi z lodówki… Nie żartuję…

Spotkałem się z opinią, że trzeci sezon ST to już nie to, bo brak tego klimatu Goonies. Można do tego podejść dwojako. Siłą rzeczy klimatu nie będzie, bo bohaterowie dorastają, czas nie stoi w miejscu, a jeden montaż do piosenki z finału wiosny nie czyni (swoją drogą, rewelacyjna scena, a miny typu WTF na twarzach postaci są bezcenne). Jeśli zaakceptujesz ten stan rzeczy i wybaczysz fakt, że więcej jest tu obyczajówki niż Stranger Things, to trzeci sezon zasługuje na 4-. Logicznie pociągnięto wątki poprzedników, ale można je było przedstawić ciekawiej, aby widz nie męczył się w pierwszej połowie. Jeśli nie akceptujesz tego, że pozbyto się appealu poprzednich sezonów, to ST3 zamienia się w niepotrzebnie rozwleczony  horror i rozdział, który można było zrobić lepiej albo sobie darować. Ocena w tym wariancie: 3.

niedziela, 7 lipca 2019

Jessica Jones – Season 3

Gdy jakiś czas temu obejrzałem zwiastun trzeciego sezonu, nawet cieszyłem się, że jeszcze jakiś netflixowy Marvel został mi do obejrzenia. Jednak po drodze wydarzyło się tyle ciekawych rzeczy, że zupełnie o JJ zapomniałem i na premierę sezonu trafiłem przez przypadek. Niestety, dalej było tylko gorzej.

Sezon rozpoczynamy rozwaleniem tego, czym zakończył się drugi. Z jakiegoś powodu autorzy postanowili, że JJ nie może być szczęśliwa, więc związek, jaki mogliśmy tam oglądać, idzie do piachu. Dodatkowo szybko wychodzi na jaw, że czas antenowy Jessici jest tak samo pocięty, jak w produkcjach ze stacji CW. Co oznacza, że każdy odcinek jest podzielony na wątek Jones, wątek Hogarth oraz wątek Walker. Reszta seansu to pozostałe postacie, z naciskiem na antagonistę oraz Malcolma. Już przy Flashu i Arrow narzekałem, że w ich (odpowiednio dłuższych sezonach) trafia się po odcinku BEZ głównego bohatera. Teraz wyobraźcie sobie, że tu odcinków jest o połowę mniej i nadal jeden cały poświęcono komu innemu.

Niestety, jakościowo te wątki też nie powalają. Jessica jest znowu w dołku, bo… bo tak. Trish jest znowu wrzodem na tyłku, bo tak bardzo chce być superbohaterką. Jeri dalej umiera, a antagonista jest jeszcze gorszy od tego z drugiego sezonu Punishera. Już mówię, dlaczego mnie to tak irytuje. Jessica i Jeri praktycznie drepczą w miejscu. Postacie się nie rozwijają, a ich warstwa fabularna jest praktycznie powtórką drugiego sezonu, tylko z innymi bohaterami drugoplanowymi. Trish ma niby podobnie, ale korzysta z bagażu, jakim ją obdarowano na końcu poprzedniej serii, więc pcha się w nowe okoliczności i problemy. Jak bardzo bym jej nie lubił, przynajmniej nie stoi w miejscu. Najlepiej wypada Malcolm, którym targają konkretne dylematy natury zawodowo-moralnej. Natomiast antagonista jest psycholem z łapanki i nie obchodzi widza nic, a nic. Na deser dostajemy dwie rzeczy. Cameo Luke’a Cage’a, które jest tak samo fajne, jak i irytujące. Fajne, gdyż nie ignoruje dorobku serii. Potwierdza, że Luke osiągnął to, co widać na końcu jego drugiego sezonu. Natomiast irytacja wynika z tego, że dialog sugeruje, iż tam powinien być jeszcze trzeci sezon. Drugim smaczkiem jest przyznanie, że drugi sezon Iron Fist też miał miejsce, a Danny’ego tymczasowo nie ma w Nowym Jorku.

Do pozytywnych aspektów należy na pewno muzyka. O wątku Malcolma już wspomniałem. Kolejną rzeczą jest to samo, co w przypadku Franka Castle. Gdy Jessica jest sama, robi swoje, śledzi, analizuje, komentuje rzeczywistość – wtedy chce się ją oglądać, zanurzać w ten ponury klimat. Nie obchodzi mnie drama Walkerów, ani wybielanie matki Trish. Ba, miałem nadzieję, że jakiekolwiek wątki rodzinne skończą się wraz z sezonem drugim, a tu zastosowano manewr porównywalny z przebijaniem Assassin’s Creed 2 przez Assassin’s Creed: Unity.

Gdy zebrać to wszystko do kupy, otrzymamy strasznie średniacki sezon, ze wskazaniem na słaby. Jeśli macie masochistyczne zapędy i chcecie się przemęczyć przez całą tonę nudy, żeby obejrzeć te kilka scen, w których Jessica jest w najlepszej formie, możecie próbować zaliczyć całość. Jeśli jednak odpadliście już w drugim sezonie (albo dowolnym innym z netfliksowych Marveli), ten możecie sobie śmiało darować. Moja ocena: 3-.

niedziela, 3 marca 2019

Supergirl – Season 3

Przy tym sezonie zastanawiałem się, po kiego grzyba jeszcze oglądam ten serial (i nie jest to jedyna produkcja z tego uniwersum, która przyprawia mnie o tę myśl). Chyba tylko dlatego, że jest częścią Arrowverse i można go używać jako hałasu w tle, gdy inne seriale mają przerwę. Z takim podejściem zacząłem Season 3 i… trochę się zdziwiłem. Spokojnie, to nadal nie jest dobry serial.

Głównym wątkiem jest powrót Mon-Ela z przyszłości wraz z kilkoma osobami z Legion of Superheroes i pomoc Karze w powstrzymaniu kryptońskiej broni znanej jako Worldkiller.

Założenia same w sobie są w porządku. Uzupełniono je wątkami pobocznymi podobnej jakości. Autorzy chyba powoli oswajają się z myślą, że ich postacie są jednak dorosłe i dziecinnego zachowania jest tu odczuwalnie mniej (chyba w ramach sprzątania po dwóch poprzednich sezonach). Poważny ton jest narzucany przez samą opowieść. Trochę tak, jakby ktoś sobie przypomniał, jaką rozwałkę jest w stanie zrobić Supergirl i wreszcie dobrano do niej odpowiedniego przeciwnika.

Problemy pojawiają się tam, gdzie zawsze. Tani wygląd, niespecjalne efekty specjalne i motywy przyprawiające o zażenowanie. Worldkillers w komiksach robiły wrażenie potężnych, a tutaj to chudzinki w obcisłych ciuszkach, przydługich pelerynach i przydużych maskach. Demolka jest niby większa, ale czasami zbędna. Z jakiegoś powodu na szybkiego pojawia się też wątek o niesłusznych aresztowaniach i złym traktowaniu przez policję. Twórcy uniwersum mieli cały sezon takich tanich i ckliwych zagrywek (Black Lightning), ale z jakiegoś powodu muszą wpychać ich jeszcze więcej. I tak, dyżurną ofiarą jest Jimmy Olsen. Całość wciśnięto w jeden dialog jednego odcinka. Niby ma to służyć czemuś w fabule, ale sprawia wrażenie doklejonego, „bo tak”. Nie, że takie historie nie są potrzebne, tylko jeśli mają być dorzucane, by odhaczyć listę obecności, to szkoda czasu.

Z ciekawostek wymienię obecność Erici Durance, która grała Lois Lane w Smallville. Tutaj pojawia się jako Alura Zor-El, matka Kary. Zastępuje w tej roli poprzednią aktorkę, Laurę Benanti. Z kolei finał sugeruje spore przetasowanie w obsadzie, a przynajmniej zmianę czasu antenowego poszczególnych postaci.

Jeśli macie obejrzeć jeden sezon Supergirl, to niech to będzie trzeci. Tak, wiem, w drugim jest Superman, ale to niewiele pomogło. Moja ocena: 3-.

niedziela, 20 stycznia 2019

Legends of Tomorrow – Season 3

Na koniec drugiego sezonu okazało się, że cała linia czasu jest zaśmiecona, więc w tym Legendy zabierają się za sprzątanie! A przynajmniej tak im się wydaje, bo od zadania natychmiast odsuwa ich były pryncypał, Rip Hunter. Rip powraca z nową organizacją: Time Bureau – profesjonalistami usuwającymi anachronizmy czasowe i przerzucającymi je z powrotem na ich miejsce w linii czasu. W tym kontekście, gdy każdy odcinek rozpoczyna tekst: „So don’t call us hereoes, we’re legends” – brzmi to co najmniej ironicznie, jakby bohaterowie sami przyznawali się do tego, jak legendarnie spaprali sprawę. Żeby nie było nudno, a przy okazji dało się uniknąć formuły villain of the week, odcinki spina wątek kolejnego powrotu Damiena Darhka. Tym razem postać Neala McDonough chce opanować  świat współpracując z demonem.

Przyznam, że nie miałem żadnych oczekiwań względem tego sezonu. Dodatkowo ramówka gatunku superhero jest coraz bardziej rozdmuchana poprzez kolejne tytuły, a powracający łotr nie wróżył niczego dobrego w kwestii jakości scenariusza (pomijając na moment jakość Arrowverse jako takiego). Jasny gwint, jakie to było pozytywne zaskoczenie. Przez sezon towarzyszyło mi uczucie: walić tę całą dramę, bawimy się! Jest parę poważniejszych chwil, zagrożenie jak zwykle ma przegiętą skalę, a i niektóre roszady w składzie Legend miały chyba za zadanie wycisnąć łezkę lub dwie, ale wszystko to nadal ginie w natłoku komedii. Najczęściej tak durnej, że nie pozostaje nic, jak tylko się śmiać. Każdej postaci zdarzają się zabawne momenty, ale prym wiedzie Neal McDonough. Już scena jego wskrzeszenia nie przebiega standardowo. Gość wstaje z trumny, zaczyna gadkę w stylu: Wróciłem, teraz wszyscy… - tu ogląda się na swoją rękę i zirytowany pyta – Kto mi zajumał zegarek?! Tego typu akcji w całym sezonie jest na pęczki, a odcinek w którym Damien musi zmierzyć się ze swoją młodszą wersją to chyba ten, w którym aktor miał najwięcej zabawy. Po piętach depcze mu Dominic Purcell, którego gburowaty Heat Wave potrafi palnąć coś tak bardzo od czapy, że ponownie brak słów, pozostaje rechot.

Jako że tym razem Legendy stawiają czoła demonowi, obowiązkowe gościnne występy zalicza John Constantine, ponownie grany przez Matta Ryana. Mało tego, jeśli jesteście fanami tej interpretacji postaci, nasz egzorcysta na stałe dołączy do składu w czwartym sezonie. W szeregi ekipy wstępuje też Wally West, bo chyba we Flashu nie mieli na niego pomysłu. Tutaj odnalazł się jakoś bardziej naturalnie, niż pracując ramię w ramię z Barrym.

Podsumowując, był to dla mnie najlepszy sezon Legend oraz jeden z lepszych seriali superbohaterskich w tamtym sezonie. Całkowicie relaksujący, zabawny i dobrze balansujący swoje składowe. Doliczam do tego również crossover, który wypadł lepiej od poprzedniego. Pozostaje mieć nadzieję, iż autorzy utrzymają ten kurs. Moja ocena: 4.

niedziela, 16 grudnia 2018

The Flash (2014) – Season 3

Sezon, który spowodował u mnie taki zawód, że ledwo dooglądałem go do końca. Otwiera go wariacja na temat jednego z ważniejszych wydarzeń w komiksach – Flashpoint. Są to raptem dwa odcinki, ale już one wskazują, z jakimi problemami będzie borykać się seria.

Zdaję sobie sprawę, że przy budżecie, jakim dysponuje stacja oraz całej żonglerce związanej z prawami do pokazywania tych czy tamtych superbohaterów nie byłoby możliwe odtworzenie skali, w jakiej oryginalny Flashpoint się dzieje, ale o konsekwencje można się już pokusić. Zarówno w wersji papierowej, jak i animowanej decyzja Barry’ego doprowadziła do końca świata. Tutaj Allen nie dość, że nie musiał przejmować się utratą mocy, to na zmianę decyzji wpłynęła jedna śmierć… To jak porównać zniszczenia spowodowane pociskiem artyleryjskim z tymi od kamienia z procy. Tyczy się to nie tylko zmian w linii czasu z Flashpointu, ale także tych po powrocie, gdzie jedna postać ginie, jedną dorzucają, a dziecku jednej pary zmieniają płeć.

W poprzednim sezonie zmieniono nacisk na poszczególne warstwy, tutaj dorzucono jeszcze zmianę w ilości czasu antenowego bohaterów. Co prawda skład Team Flash nie jest drastycznie powiększony i widać, że obecność tego czy tamtego odbywa się kosztem kogoś lub czegoś innego, ale jednocześnie ta żonglerka nie pozostawia wątpliwości co do kierunku, w którym autorzy prowadzą, a w zasadzie rozwadniają serię.

Odcinków-zapchajdziur jest niby mniej, niż w S2, ale tutaj są bardziej odczuwalne. Zwłaszcza, jeśli potrzeba dodatkowego crossoveru, by odkręcić fochy osób z dwóch seriali naraz (Flash + Supergirl). W ogóle nie ma tu chyba ani jednego odcinka bez grupowej kłótni, po której ktoś wychodzi z pomieszczenia, a druga osoba – „I got this” – idzie za nią. Barry – najszybszy człowiek na świecie, ale niewystarczająco szybko, by coś tam – robi się naprawdę irytujący ze swoim mazgajstwem. Obecności Iris w wielu scenach w ogóle nie rozumiem, a Kid Flash niemal cały czas siedzi na ławce rezerwowych.

Najgorszą postacią jest jednak główny antagonista. Pół biedy, że to kolejny speedster, albo że w jego przypadku starano się zrobić ten sam numer ze zmienionym głosem, co w przypadku Zooma (tam w kostiumie dubbingował go Candyman – Tony Todd, a Savitarowi głosu użyczył Jigsaw – Tobin Bell). Największą wtopą jest jedno zdanie, które gamoń wypowiada bodajże w siódmym odcinku. Nie wiem, jak inni oglądający, ale ja przyładowałem głową w biurko z zażenowania. Nie dość, że już wiedziałem, kto jest w pancerzu, to twórcy show uważali to za tak „genialny” pomysł, że powtarzali ów spoiler do oporu, a bohaterom zajęło kolejne 13 odcinków, by na to wpaść.

W całym sezonie da się znaleźć kilka niezłych pomysłów, a Reverse-Flash i Harrison Wells w różnych odmianach to zawsze trochę radochy, ale cała reszta to bałagan i zmęczenie syndromem focha o wszystko. Moja ocena: 2+.

niedziela, 21 października 2018

Daredevil (2015) – Season 3

Sezon rozpoczynamy retrospekcją pierwszego, drugiego oraz finału serii The Defenders. Sytuacja Matta i spółki jest beznadziejna, a dalej jest tylko gorzej.

Przy okazji S1 stwierdziłem, iż jego atmosfera jest przytłaczająca, ciężka, posępna i odzierająca z nadziei tak bohaterów opowieści, jak i widza. Wyobraźcie sobie, że S3 potęguje to uczucie do kwadratu. Tutaj praktycznie nie ma chwili wytchnienia, a każdy pomysł na przezwyciężenie przeciwności jest gnojony w ten, czy inny sposób. Jak zazwyczaj oczekuję, że w okolicach 10 odcinka zacznie być choćby minimalnie lepiej – tutaj do samego końca jest dołująco. Rozwiązanie tej sytuacji wygląda na trochę pośpieszne i niemalże przypadkowe. Pozostawia wrażenie, jakby planowano zrobić cliffhanger w tym punkcie i dopiero czwarty sezon miał być drogą ku lepszemu. Jest to o tyle dziwne, że przez wszystkie odcinki  trzymano się tego wystarczająco konsekwentnie, serwując zwroty i zwrociki akcji, że aż chce się krzyczeć: dzwońcie po Franka!

Z drugiej strony zakończenie zostawia oglądającego z pewnym poczuciem satysfakcji. Biorąc pod uwagę ostatnie wiadomości o nieprzedłużaniu Iron Fista i Luke’a Cage’a, jeśli podobny los spotka Daredevila i Jessicę Jones, to te dwie ostatnie serie zostawiają widza z dużo lepiej zamkniętymi historiami.

Aktorsko jest jak zwykle rewelacyjnie. Nowe postacie (Bullseye!), wątki (matka Matta) i zamykanie starych (zniknięcie Wesleya) zgrabnie powiązano. Sekwencje akcji nie wloką się. Muzyka pasuje do całości tak obłędnie idealnie, że ktoś powinien dostać za to nagrodę. Przy tej okazji muszę wspomnieć o dwóch drobiazgach, które mogą zgrzytać, ale też podkreślam, że jest to czepialstwo największego kalibru. W tych kwestiach seria zalicza swego rodzaju regres. Kwestią numer jeden jest kostium Daredevila. Nie chodzi nawet o fakt, że wrócił do czarnego, tylko o powody, dla których nie chce nosić czerwonego nawet po zamknięciu sprawy. W takim wypadku już chyba dla jaj do zakończenia powinien zmajstrować sobie żółty. Drugą kwestią jest kariera Foggy’ego. Jasne, przyczynia się do optymistycznego i otwartego finału, ale jakoś ciężko mi przełknąć decyzję, która może rozwalić mu stabilne życie oraz doprowadzić do powtórki z sezonu numer dwa.

Jeśli nie liczyć dysonansu między zakończeniem, a resztą sezonu, oraz szczegółów z poprzedniego akapitu, trzeci sezon Daredevila oglądało mi się bardzo dobrze. Odcinki trzymają w napięciu, niektóre zwroty akcji potrafią zaskoczyć, zaś klimat nie odpuszcza nawet na moment. Moja ocena: 5-.

niedziela, 16 września 2018

Agents of S.H.I.E.L.D. – Season 3

Ciąg dalszy odbijania piłeczki między SHIELD, Hydrą, organizacjami rządowymi i Inhumans.

Jak dla mnie był to najbardziej męczący sezon. Autorzy wprowadzają, co się tylko da, by podtrzymać zainteresowanie, ale w rezultacie zarówno powtarzanie starych schematów, jak i próby wymyślenia nowych motywacji (cel powstania Hydry, który wydał mi się strasznie bzdurny) nużą, bo są albo wyeksploatowane do granic możliwości, albo ledwie ruszone i zostawione ot tak (chyba tylko liczba nawiązań do Kree jest w miarę sensowna). Ten ostatni sposób traktowania tyczy się przede wszystkim wątków dotyczących Inhumans. W trzecim sezonie, jeśli nie liczyć źródła pochodzenia ich mocy, najbardziej przypominają X-Men. Mamy prześladowania, polujące bojówki, określanie ich chorobą i prace nad lekarstwem, a także powrót pomysłu z rejestrem. Problem polega na tym, że mówi się o nich średnio co 6 odcinków, czyli tak ze 3 razy w ciągu całego sezonu.

Cierpią na tym nawet występy gościnne. Mark Dacascos, znany z kina kopanego, niewiele się tłucze, jak na swoje możliwości. Straszy przede wszystkim jedną miną. Titus Welliver potrafiący zagrać naprawdę dobrze typów spod ciemniej gwiazdy miał tutaj szansę, gdyż przypadła mu rola dowódcy grupy polującej na Inhumans, do tego posiadającego osobistą urazę do SHIELD, ale jest go tak mało, że zwyczajnie szkoda faceta. Z gości chyba tylko John Hannah został przyzwoicie potraktowany, zwłaszcza że jego postać będzie odgrywać istotną rolę później (o czym przy pierwszym podejściu nie wiedziałem).

Żeby nie było, że tylko się czepiam. Zadyszka fabularna i zawiedzenie oczekiwań solidnie odbiły się na tej części MCU w inny sposób. W trakcie tego sezonu wyemitowano drugi i ostatni sezon Agentki Carter. Planowany spin-off o dwójce eks-agentów SHIELD poszedł do piachu, a świetnie zrealizowana scena pożegnania jest ostatnią z ich udziałem. Zdarzają się takie perełki, jak właśnie ta scena, dosadny komentarz na temat konsekwencji wydarzeń z Captain America: Civil War, czy trauma, jaką przeżywa Daisy, ale jest tego zbyt mało, by mogło to udźwignąć ciężar całego sezonu. W najlepszym wypadku trzeci sezon jest przeciętny i zasługuje na 3-, w najgorszym stanowi zmęczenie materiałem mogące zaważyć na decyzji o dalszym oglądaniu show. W tym wariancie moja ocena: 2.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Arrow – Season 3

Od ataku Deathstroke’a i jego ekipy minęło 5 miesięcy. Team Arrow jest zorganizowana i zmotywowana lepiej, niż kiedykolwiek, a jej szeregi zasilił Roy Harper – Arsenal.

Sezon, który zaczyna się dość dobrze, ale mniej więcej w 1/3 wszystko zaczyna irytować. Zdecydowanie za dużo czasu poświęcono fochom poszczególnych postaci. W tej kwestii przoduje największa hipokrytka sezonu: Felicity. Jakimś cudem wkręcono w to także Ligę zabójców. Przez co motyw z Oliverem, który ma być następnym Ra’s al Ghulem, wydaje się strasznie naciągany (pomijając już fakt, że znowu ma się wrażenie oglądania Batmana bez Batmana).

Największym atutem serialu jest tym razem nie akcja (bo tutaj efekciarskość sprowadza się tylko do tego, ile osób tłucze się jednocześnie, a nie jak to robią), lecz liczba elementów zapożyczanych z komiksów oraz rozbudowujących uniwersum. Trzeci sezon Arrow szedł równolegle do pierwszego sezonu Flasha. Do tego towarzyszyła im miniseria Vixen. Pojawił się Ray Palmer, którego wątek zmierza do wprowadzenia Atoma. Wspomniałem już o Lidze zabójców, której obecny Ra’s al Ghul jest grany przez Matta Nable’a znanego np. z Riddicka. W crossoverze z Barrym mamy do czynienia z Captain Boomerangiem. Tutaj doszło do zabawnej sytuacji. W Arrowverse tę postać gra kolejny weteran Spartacusa: Nick E. Tarabay. W tę samą rolę w Suicide Squad wcielił się jego kolega z gladiatorskiego widowiska: Jai Courtney. Ponadto w tym samym crossoverze pojawia się też teoria spektrum barw odpowiadających emocjom (odcinek Flasha skupiał się na czerwonym – gniewie). Na sam koniec warto wymienić liczne wzmianki o Damienie Darhku, obecność Katany (której poświecono więcej czasu, niż miało to miejsce w Suicide Squad) oraz to, że nowa wersja Vertigo przypomina w działaniu chemikalia stworzone przez doktora Crane’a.

Niestety, spadek formy spowodowany głównie strasznie durnymi proporcjami w zawartości show (drama, drama, drama, hipokryzja, rozbudowa uniwersum, akcja) sprawiły, że przez trzeci sezon ciężko się przebić. Zdarzają się w nim takie perełki, jak odcinek siedemnasty z udziałem Task Force X, ale ogólnie brak mu wyrazistości dwóch poprzednich, a na choć trochę cięższy klimat przeważnie nie ma co liczyć. Moja ocena: 3-.