Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A Song of Ice and Fire. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A Song of Ice and Fire. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 kwietnia 2019

George R.R. Martin – Uczta dla wron

Minęło sporo czasu, odkąd przeczytałem Nawałnicę mieczy. Od tamtej pory znajomi nie szczędzili mi zachęt i krytyki, by zabrać się za kolejne części, zwłaszcza że serial podążył własną drogą. Problem polegał na tym, iż co najmniej dwie osoby określały Ucztę jako najnudniejszą, a jedna wręcz polecała przeskoczenie do lub przynajmniej równoległe czytanie Tańca ze smokami. Oczywiście otoczenie swoje, a ja swoje, o czym możecie przekonać się poniżej.


Tom I: Cienie śmierci


„Po śmierci króla-potwora, Joffreya, Cersei przejęła władzę w Królewskiej Przystani. Śmierć Robba Starka złamała kręgosłup buntowi północy, a rodzeństwo Młodego Wilka rozproszyło się po całym królestwie. Jednakże, jak po każdym wielkim konflikcie, wkrótce zaczynają się zbierać niedobitki, banici, renegaci i padlinożercy, którzy ogryzają kości poległych i lubią tych, którzy niebawem również rozstaną się z życiem. W Siedmiu Królestwach ludzkie wrony zgromadziły się na bankiet z popiołów… To czas, gdy mądrzy i ambitni, podstępni i silni, zdobędą umiejętności, siłę i magiczne talenty potrzebne, by przeżyć straszliwy okres, jaki ich oczekuje. Czas, w którym szlachetnie urodzeni i prości ludzie, żołnierze i czarodzieje, skrytobójcy i mędrcy muszą połączyć siły, ponieważ na uczcie dla wron jest wielu gości, ale tylko nieliczni ujdą z niej z życiem…”

Nie wiem, czy zdarzyło wam się grać w planszową wersję Gry o tron. Jest tam podział na trzy fazy: faza Westeros, podczas której zagrywa się wydarzenia wpływające na wszystkich graczy; faza planowania polegająca na przypisywaniu rozkazów swoim wojskom oraz faza akcji, gdy się te rozkazy rozstrzyga. Czytając Ucztę dla wron odniosłem wrażenie, jakbym czytał relację z kolejnego etapu rozgrywki. Gra o tron – rozstawienie pionków i rozkazów. Starcie królów – rozstrzygnięcie ruchów. Nawałnica mieczy – rozegranie konsekwencji dwóch poprzednich faz. Uczta dla wron, a już na pewno jej pierwszy tom – rozstawienie pionków i rozkazów. Postacie, które zginęły w poprzednich fazach, teraz nie są dostępne. Zastąpiły je nowe pionki. Nie wszystkie przypadną wam do gustu (choć ja na dobór nie narzekam), ale każda ma swoją rolę do odegrania, nieważne jak trywialną.

Tutaj dochodzę do sedna. Po wydarzeniach szokujących z pierwszej części, na wielką skalę z drugiej oraz zwrotami akcji z trzeciej, fundującej nową sytuację, mamy czwartą, gdzie autor nie stara się nas niczym zaskoczyć (a przynajmniej ja nie odniosłem takiego wrażenia), tylko na nowo rozstawia pionki. W trakcie lektury tego tomu dosłownie dwa razy opisano sytuację, którą można interpretować jako zwrot akcji (i chyba te jako jedyne miały też jakąkolwiek walkę), ale na pewno nie tego kalibru, co poprzednio.

W przeciwieństwie do niektórych znajomych nie nudziłem się, a jak już znalazłem czas na czytanie, Cienie śmierci dosłownie pochłonąłem. Książkę polecam każdemu, komu struktura serii przypomina rozgrywkę w grze planszowej. Moja ocena: 5.


Tom II: Sieć spisków


„Wojna pięciu królów zbliża się powoli do końca, a Lannisterowie i ich sojusznicy uważają się za zwycięzców, jednakże nie wszystko w kraju idzie dobrze. Po śmierci króla-potwora, Joffreya, władzę w Królewskiej Przystani przejęła Cersei. Śmierć Robba Starka złamała kręgosłup buntowi północy, a rodzeństwo Młodego Wilka rozproszyło się po całym królestwie. Jest jeszcze kilka innych osób mogących rościć sobie pretensje do Żelaznego Tronu, ale są one zbyt słabe lub przebywają za daleko, by mogły stanowić realne zagrożenie. Jak po każdym wielkim konflikcie wkrótce zaczynają się też zbierać niedobitki, banici, renegaci i padlinożercy, którzy ogryzają kości poległych i łupią tych, którzy wkrótce również rozstaną się z życiem. W Siedmiu Królestwach ludzkie wrony zgromadziły się na bankiet z popiołów…”

Z tym tomem mam już dylemat. Z jednej strony to więcej tego samego, co w pierwszym. Z drugiej… to więcej tego samego, co w pierwszym… U większości postaci akcja spowalnia, przez co ma się wrażenie, że zarówno w skali indywidualnej, jak i całej opowieści niewiele się dzieje. Trzeba przy tym pamiętać, że nie ma tu wielu bohaterów i nie mam na myśli tych martwych. Brak tu tak połowy obsady. Im Martin poświęcił kolejną książkę.

Innym aspektem jest to, że niektóre z rozdziałów wydają się być oderwane od głównej intrygi. Niby żaden nie jest, ale czasem odległość między postaciami lub rzadkie wzmianki o tym, co się dzieje w stolicy, sprawiają właśnie takie wrażenie. Ciężko też wtedy nie odczuć czegoś w stylu: Dlaczego czytam o Dorne i Martellach, skoro bardziej interesuje mnie Królewska Przystań? Mnie każdy z tych kawałków układanki interesował, ale skoro nawet przy zainteresowaniu zapala się taka lampka, czytelnicy, którzy mają swoich faworytów wśród bohaterów, mogą odczuć znużenie. Inna sprawa, że nawet jeśli waszym ulubieńcem jest Jaime, Brienne, czy ktoś inny z tej części, jest szansa, że lektura was nie porwie. Nie bez powodu pisałem przy poprzednim tomie o rozstawianiu pionków. Tutaj przejawia się to tym, że jest jeszcze więcej łażenia, gadania (i nie mam na myśli spiskowania, choć trochę go jest) i stosunkowo mało akcji, więc i emocji mniej.

Jak widać, przy tym tomie łatwiej było mi teoretyzować na temat takich odczuć, ale ja sam nadal bawiłem się bardzo dobrze. Może dlatego, że przestoje zawarte w fabule akurat wpasowały się w pozostałe, bardziej dynamiczne twory, które pochłaniałem w tym czasie. Moja ocena: 5-, choć muszę podkreślić, iż w przypadku lektury obu tomów jako całości jest szansa, że siądziecie podekscytowani, a z biegiem czasu i kolejnymi stronami zainteresowanie opadnie (delikatnie mówiąc).

niedziela, 21 sierpnia 2016

Game of Thrones - A Telltale Games Series

Jeśli chodzi o gry od Telltale utrzymane w konwencji serialowej i podkreślające wagę wyborów gracza, do gustu przypadły mi dwa tytuły: Tales from the Borderlands i The Wolf Among Us. Drugi sezon TWD uważam za słaby, 400 Days też i tylko pierwszy sezon jeszcze jakoś się broni. Opinie o Grze o tron tego samego studia wskazywały, iż szykuje się powtórka z Trupów. I zamiast trzymać się tychże i darować sobie grę, kupiłem ją w promocji jak ostatni idiota.

Niniejsza odsłona komputerowej Pieśni mocno trzyma się serialu. Akcja rozpoczyna się w trakcie wizyty Robba Starka z żoną u Freyów, a kończy mniej więcej przed postawieniem Tyriona przed sądem. Przy okazji był to okres, kiedy w serialu dopiero pojawił się Ramsay Snow. My pokierujemy losami rodu Forresterów, który służy Starkom. Dla osób zaznajomionych z serialem będzie to wyraźny wyznacznik, iż od samego początku będziemy mieć pod górkę.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie tylko początek jest paskudny. Dalej jest gorzej. Mówi się, że Martin nie lubi swoich postaci i stąd liczba zgonów wśród ulubieńców fanów. Gdyby eufemistycznie określić sposób pisania George’a, to byłoby to rzucanie kłód pod nogi bohaterom. Gdyby zastosować podobne określenie do scenarzystów Telltale, to będzie to rzucanie kłód pod nogi, następnie branie tych kłód i okładanie nimi każdego bohatera, który próbuje wstać, a jeśli się drań podniesie, zawsze można go oblać czymś łatwopalnym i, zgadliście, podpalić. Jeśli skwarek dalej dyga, rozważymy łamanie kości i odcinanie kawałków ciała. I nie, nie przesadzam. Cały scenariusz jest tak napisany. Forresterowie są gnojeni na każdym kroku i niezależnie od naszych starań. Jedynym wyborem, jaki mamy, jest odwleczenie danego upokorzenia na później, albo pozwolić się zabić już teraz. Czasami nawet tego wyboru nie ma. Jeśli ktoś ma zginąć, my tylko wybieramy – kto, a potem jesteśmy szczuci tanią grą na emocjach: bo to przecież ginie dziecko /syn / brat / matka / ojciec / pani z warzywniaka, która się uśmiechała do nas, jak mogła być winna grosika. W książkach i serialu wbrew pozorom często dostajemy chwilę na odetchnięcie, na pocieszenie się, że jeden drugiemu dopierdzielił (prosty przykład: ile osób otworzyło szampana po purple wedding?). W Game of Thrones od TTG takie poczucie miałem dosłownie RAZ. RAZ na 6 odcinków. Żeby złe było jeszcze gorsze, finał opowieści odziera nie tylko z nadziei, to jeszcze zostawia nas z kretyńskim cliffhangerem, który przy pewniej kombinacji postaci budzi zażenowanie (bo jedna z tych postaci była dosłownie w tej samej sytuacji 4 odcinki wcześniej).

Uniwersum Pieśni lodu i ognia jest znane z licznych intryg, które próbowano przełożyć chyba na każde dostępne medium. Przodują w tym oczywiście gry planszowe i karciane. Biorąc udział w wydarzeniach oczekujemy (przeważnie) pewnej swobody działania. Tutaj TTG wdepnęło na taką samą minę, jak w przypadku The Walking Dead. TWD było idealnym gruntem pod sandbox, przyprawiony komiksową fabułą. Jednak brak tego pierwszego (zwłaszcza jeśli graliśmy w inne survival horrory) uwydatniał braki scenariusza i nieprzemyślane rozwiązania. Z kolei GoT nie daje swobody knucia i prowadzenia własnej gry o tron. Nie mamy możliwości wytłumaczenia się, a opcje dialogowe są zbyt ogólnikowe lub w ogóle nie pasują do tego, co chce się powiedzieć w danej sytuacji. Dodatkowo jesteśmy rzucani od jednej sztampy do drugiej, np. gdy na polu bitwy ktoś pomoże nam wstać, następuje obowiązkowa wymiana wdzięcznych spojrzeń, trwająca dokładnie tyle, ile potrzeba, by kogoś ustrzelić z kuszy, albo gdy wołamy kogoś w środku walki, by go ostrzec, a w rezultacie rozpraszamy jego uwagę i przyczyniamy się do jego porażki. To są przykłady występujące w odstępie minuty, może dwóch. Teraz pomnóżcie to razy 6 odcinków, po 2 godziny każdy. Gwoździem do trumny fabuły jest kurczowe trzymanie się serialu. Przez co postacie z serialu odgrywają ogromną rolę w naszej opowieści, ale nijak nie możemy wpłynąć na ich los, bo przecież w serii telewizyjnej nie dałoby się wytłumaczyć, dlaczego np. Ramsay ma bliznę po dźgnięciu. W konkurencyjnej Game of Thrones – The Roleplaying Game zastosowano podobny manewr, ale zmniejszono jego wpływ. Spotykaliśmy np. Cersei, która podejmowała jakąś decyzję, albo słyszeliśmy o wydarzeniu w Sepcie Baelora, ale to tyle – cała reszta obracała się w środowisku nowych bohaterów, dając nam ogrom swobody. Tutaj sztywność przebiegu akcji jest podyktowana więzami z serialem i wpychanymi na każdym kroku występami gościnnymi (Cersei, Tyrion, Ramsey, Margery, Daenerys). Pardon, ale nawet The Wolf Among Us, który był prequelem komiksów, wyszedł w tej kwestii bez porównania lepiej. Już nie wspomnę o tym, czy w ogóle warto było wplatać niektóre wątki, jak np. ten z Garedem i Nocną strażą. Ten motyw jest tak bardzo obok pozostałych, że równie dobrze w ogóle mogłoby go nie być.

Jako że scenarzyści nie oszczędzili ani mnie, ani swoich bohaterów, to i ja się poznęcam. Konia z rzędem temu, komu Forresterowie nie będą kojarzyć się ze Starkami. Cholera, w samej grze pada to porównanie co najmniej 2 razy. Natomiast w przypadku postaci znanych z serialu urządzono chyba plebiscyt na najbardziej irytującą wersję w stosunku do źródła. Jeśli ktoś myślał, że Cersei albo Ramsey potrafią działać na nerwy na małym ekranie, to znaczy, że nie grali w tę odsłonę GoT. Paradoksalnie, gra aktorska (nie licząc Ramseya) niespecjalnie to odzwierciedla. Emilia Clarke, Natalie Dormer, Kit Harington i Lena Headey brzmią, jakby nie do końca swobodnie czuli się użyczając tylko głosu. Co prawda starają się oddać ducha swoich telewizyjnych pierwowzorów, ale wyszli jacyś tacy przygaszeni. Z serialowej obsady najlepiej wypadł Iwan Rheon, a zaraz za nim Peter Dinklage. Aktorzy podkładający głosy pod nowe postacie odwalają dobrą robotę, choć czasami ich akcenty brzmią jeszcze bardziej karykaturalnie niż to, co słychać w telewizji. Kwestię dźwiękową zamknę pochwałą dla muzyki. Abstrahując od utworów znanych z TV, te nowe, stworzone na potrzeby gry, są klimaciarskie i wpadają w ucho. Piosenka z końca drugiego odcinka plus zlepek scen, którym towarzyszy, nadają się na zwiastun (dając przy okazji złudną nadzieję).

Graficznie jest słabo. Po tylu grach silnik daje znać o swoim wieku. Brak stylizacji rodem z Tales lub Wolfa sprawia, że nie ma jak maskować jego braków. Ponadto mimika twarzy bywa czasami przesadzona. Wiele sytuacji obyłoby się bez wykrzywiania gęby. Okazyjnie zdarza się również rwanie animacji, co przy scenach akcji i wyskakujących QTE potrafi zirytować.

Jeśli macie problem z przyciężkim klimatem i tym, jak w kość dostają postacie z serialu lub książek, nie sięgajcie po grę. Tutaj atmosfera beznadziei jest podkręcona do kwadratu i jeżeli nie jesteś w stanie się zdystansować na zasadzie: WSZYSTKIE postacie, łącznie z dziećmi, to tylko pionki w mojej grze, nie sięgaj po ten tytuł. Zapewne w każdej sytuacji w GoT byłbyś w stanie podać o X więcej sposobów na wyjście, ale rozgrywka i tak pójdzie swoim torem, porazi głupotą i sfrustruje (do tej pory szlag mnie trafia na myśl o scenie, w której bohaterowie WIEDZIELI, że idą w pułapkę, a mimo to dali się tak głupio zaskoczyć). Moja ocena: 2-.

piątek, 17 października 2014

Game of Thrones DLC: Beyond the Wall (Blood Bound)

Akcja tego dodatku rozgrywa się 10 lat przed wydarzeniami z podstawki. Naszym bohaterem jest ponownie Mors Westford, jeszcze zanim dorobił się swojego przydomka. Właśnie ma objąć wartę na Murze, gdy w wyniku pewnych wydarzeń wpada w zasadzkę Dzikich. Lwia część rozgrywki będzie miała miejsce w obozie tych ostatnich.

Dodatek jest krótki. Raptem półtora do dwóch godzin zabawy, w zależności od poziomu trudności. Eksploracji jest tutaj bardzo mało, natomiast walk upchano tyle, że więcej się chyba nie dało. Nasza postać na początku zyskuje poziomy doświadczenia w takim tempie, że jest to wręcz absurdalne. Pies znany z podstawki zalicza tu wyłącznie cameo, a sama fabuła… cóż, nie jest skomplikowana, zaś zwroty akcji są boleśnie przewidywalne. Tyle dobrego, że ogólny klimat trzyma poziom.

W zasadzie o ten ostatni rozbija się decyzja, czy kupić Beyond the Wall. Jeżeli lubiliście podstawkę, a DLC znajdzie się w promocji, można brać śmiało. Choć niestety nawet w tym wariancie na więcej niż 3- nie zasługuje. Natomiast jeśli podstawowa gra nijak was nie przekonała do siebie, BtW to strata tak czasu (pomimo iż to tylko 1,5 godziny), jak i pieniędzy.

czwartek, 19 września 2013

George R.R. Martin – Nawałnica mieczy

„Siedem królestw rozdarła krwawa wojna, a zima zbliża się niczym rozwścieczona bestia. Ludzie z Nocnej Straży przygotowują się na spotkanie z wielkim chłodem i żywymi trupami, które mu towarzyszą. Do inwazji na północ, której świeżo wykutą koronę nosi Robb Stark, szykuje się jednak horda głodnych, dzikich ludzi władających magią nawiedzonego pustkowia. Siostry Robba zaginęły, nie żyją, albo w każdej chwili mogą zginąć na rozkaz króla Joffreya z rodu Lannisterów. A za morzem ostatnia z Targaryenów wychowuje smoki, które wykluły się na pogrzebowym stosie jej męża, gotowa pomścić śmierć ojca, ostatniego ze smoczych królów zasiadających na Żelaznym Tronie.”

Tom I: Stal i śnieg


Starcie królów pozostawiło w cholerę otwartych, fajnych wątków. Siadając do Stali i Śniegu czytelnik chciałby kontynuować je wszystkie naraz. Całe szczęście, że sposób prowadzenia akcji oraz rozmieszczenie poszczególnych rozdziałów daje tu takie właśnie uczucie.

Westeros zrobiło sobie przerwę w większych bitwach i odnosi się wrażenie, że nastała cisza przed kolejną burzą. Opisywane wydarzenia ponownie mają mniejszą skalę w porównaniu do poprzedniej książki. Z kolei na wschodzie sytuacja jest dokładnie odwrotna. W każdym bądź razie na nudę nie można narzekać, a dodatkowo rzucane poszlaki dotyczące przyszłych wydarzeń wręcz zmuszają do sięgnięcia po drugi tom. Moja ocena: 5.



Tom II: Krew i złoto


Cisza przed burzą to doskonałe określenie poprzedniego tomu, gdyż ten zawiera tyle zwrotów fabularnych i bomb zrzucanych na czytelnika, że głowa mała. Najzabawniejsze jest to, że najbardziej rozłożyły mnie na łopatki informacje w jednej z ostatnich rozmów, a nie te wszystkie inne wydarzenia, o których się mówi w przypadku tego tomu. W zasadzie nic więcej nie jestem w stanie napisać. Póki co to najlepsza książka w tej serii i dla niej samej warto się przez poprzednie tomy przebić. Moja ocena: 5+.









Naturalnie dwa powyższe tomy przeczytałem po emisji trzeciego sezonu Gry o tron, więc mogę napisać co nieco o różnicach (co niekoniecznie będzie miało miejsce w przyszłości). Wg plotek sezony od trzeciego wzwyż miały być adaptacjami poszczególnych tomów, tak więc trzecia część książkowa to sezony 3 i 4. Naturalnie gdyby doszło do zbyt drobiazgowego przeniesienia na mały ekran, trzeci sezon byłby zwyczajnie nudny (to co sprawdza się w książce, nie musi działać w serialu). W związku z tym, że produkcja i tak rządzi się swoimi ograniczeniami, a show must go on, pozamieniano kolejność niektórych wydarzeń. Tym samym widzowie mogli zobaczyć już teraz jeden z twistów, jakie zawiera drugi tom (mowa oczywiście o dziewiątym odcinku sezonu).

Tradycyjnie już dla tej produkcji, aktorzy świetnie się spisują, a sceny, których nie ma w książkach, dodają tylko smaku całości. Zdarzą się pewnie ze 2 odcinki, które można uznać za przegadane, ale w przeciwieństwie do poprzedniego sezonu ten ogląda się z rosnącym zaangażowaniem. Pozostaje czekać na kolejny. Moja ocena 4+.

wtorek, 19 lutego 2013

George R.R. Martin – Starcie królów

„Żelazny Tron zjednoczył Zachodnie Królestwa aż do śmierci króla Roberta. Wdowa jednak zdradziła królewskie ideały, bracia wszczęli wojnę, a Sansa została narzeczoną mordercy ojca, który teraz okrzyknął się królem. Zresztą w każdym z królestw, od Smoczej Wyspy po Koniec Burzy, dawni wasale Żelaznego Tronu ogłaszają się królami. Pewnego dnia z Cytadeli przylatuje biały kruk – przynosząc zapowiedź końca lata – najdłuższego lata, jakie pamiętają żyjący ludzie. Najgroźniejszym wrogiem będzie jednak zima...”

Gdybym miał podchodzić do tej książki tylko na podstawie tego tekstu z okładki, olałbym sprawę. Wdowa JEDNAK zdradziła królewskie ideały? Bo w Grze o tron wcale tego nie dało się odczuć? Mniejsza o to. Starcie królów prezentuje dalsze losy postaci znanych z poprzedniej książki Martina. Pojawiają się nowi gracze (tak w tle, jak i na pierwszym planie), a sama rozgrywka zostaje wzbogacona o militarny wydźwięk. Niektóre postacie znane z pierwszej powieści zyskują nieco głębi. Wojna (a w zasadzie jej otoczka) jest opisana cholernie szczegółowo, więc jeśli ktoś jest zbyt wrażliwy na opisy obrazów po bitwie, to kilka rozdziałów będzie musiał czytać po łebkach, lub pominąć. Osoby lubiące bawić się w interpretacje snów postaci będą miały co robić, gdyż takich fragmentów jest zdecydowanie więcej. Dla pozostałych czytelników w zależności od upodobań będą to ciekawe urozmaicenia, albo zwyczajne zapchajdziury.

Wrażenia z lektury mam jak najbardziej pozytywne. Autor zaserwował wszystkie wątki na tyle proporcjonalnie, że każdy miłośnik pierwszej części znajdzie tu coś dla siebie. Rzeczą, która lekko nadszarpnęła moją cierpliwość, jest rozmieszczenie poszczególnych rozdziałów, które skutecznie potrafi rozpieprzyć napięcie zbudowane przez poprzedni rozdział lub dwa. Za to dopisuję do oceny minus: 5-.

Drugi sezon serialu jest adaptacją Starcia królów. Niestety cierpi na tę samą przypadłość, co każda adaptacja – zaplecze produkcyjne ma swoje ograniczenia, więc podobnie jak seria True Blood, z każdym kolejnym sezonem będzie coraz bardziej odbiegać od literackiego pierwowzoru. Można to zaakceptować i cieszyć się tą interpretacją wydarzeń (w końcu ma ona aprobatę autora książek) lub zacząć czepiać się wszystkich zmian (a w tym sezonie jest ich odczuwalnie więcej, niż poprzednio). Niektóre z nich naprawdę przypadły mi do gustu (Arya robiąca za służącą u zupełnie innej osoby), niektóre są mi obojętne (brak motywu z łańcuchem), a pozostałe stawiają pytanie: dlaczego tak (egzekucja, jakiej miał dokonać Jon Snow)? Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że drugi sezon serialu pomimo zawarcia najważniejszych wydarzeń (w tym tych okrutnych) nie uchwycił całego ciężaru klimatu powieści. Nadal się go dobrze ogląda, ale z mniejszym zaangażowaniem. Moja ocena: 4-.

czwartek, 13 września 2012

Game of Thrones: The Roleplaying Game

Pisałem już o serialu, pisałem o pierwszej książce Martina, przyszła pora na RPGa osadzonego w uniwersum Pieśni lodu i ognia.

Fabuła rozpoczyna się jakiś czas przed książkową Grą o Tron, by później się z nią zrównać i biec równolegle do sceny w Sepcie Baelora. Naszymi bohaterami będą Mors Westford - warg i zaprzysiężony brat Nocnej Straży, oraz Alester Sarwyck - czerwony kapłan R'hllora. Obaj walczyli w rebelii Roberta Baratheona, obaj zostawili swoje dotychczasowe życie, gdy dobiegła końca. Mors od 15 lat przesiaduje na Murze, Alester zniknął z Westeros. Mors daje się wplątać w niebezpieczną rozgrywkę w momencie, gdy siły południa zaczynają mieszać się w sprawy Straży, zaś Alester wraca do Westeros, by wziąć udział w pogrzebie swojego ojca. Szybko okazuje się, że Królestwo wcale o nich nie zapomniało i zamierza wykorzystać w tytułowej grze, a ich własna przeszłość wręcz pędzi na złamanie karku, by przypomnieć o sobie i ponownie skrzyżować ich ścieżki.

Scenariusz jest zdecydowanie najmocniejszą stroną tej gry. Zawiera mnóstwo pomniejszych zwrotów akcji, ciekawych wyborów oraz klimatu charakterystycznego dla pióra Martina. Ten ostatni przejawia się w naprawdę skurwiałej naturze wydarzeń oraz paskudnych konsekwencjach naszych decyzji. Z czterech zakończeń, które widziałem, jedno mógłbym próbować podciągnąć pod optymistyczne, a i to byłoby to nadużyciem. Nie znaczy to, że są złe, po prostu uprzedzam, że cała gra jest przygnębiająca. Jeśli zaś chodzi o to, czy wymagana jest znajomość pierwszej książki/sezonu serialu, to odpowiedź brzmi: lepiej znać. Owszem, wszystkie potrzebne informacje są podane w kodeksie i pozwalają się zorientować w podstawach uniwersum każdemu początkującemu, jednak w trakcie rozmów z postaciami padają odniesienia do kluczowych punktów fabularnych oryginału, które mogą zespoilować lekturę. Na deser mamy smaczki pokroju autoironicznego komentarza samego Martina, dotyczącego tempa pisania kolejnych tomów sagi.

Mechanika jest drugim powodem do zagrania. Mors i Alester to nie tylko 2 różne osoby, to także dwa zupełnie inne zestawy klas postaci. Podstawowymi klasami Morsa jest typowy tank (rycerz feudalny, broń jednoręczna + tarcza), DPS z dual wieldem (magnar) oraz DPS z bronią dwuręczną (błędny rycerz). Alester może z kolei obrać ścieżkę łucznika, najemnika lub tancerza wodnego. Każda z tych klas posiada swoje własne drzewo umiejętności oraz specjalizację zdobywaną w późniejszym etapie gry. Do tego każdy z panów posiada kolejne drzewko umiejętności związane ze swoją osobą. W przypadku Morsa, który jest wargiem – osobnikiem potrafiącym kontrolować umysł zwierzęcia, będzie to drzewko jego psa, modyfikujące możliwości czworonoga tak w walce, jak i poza nią. Z kolei Alester posiada zestaw umiejętności kapłana R'hllora, na który składa się przede wszystkim manipulacja ogniem, eksplozjami, jaki leczenie/wskrzeszanie. Oprócz drzewek dostajemy też zestawy podstawowych cech jak siła, zwinność, czy inteligencja; biegłości w rodzajach broni (obrażenia sieczne, kłujte i obuchowe) oraz pancerza (lekki, średni i ciężki); a na koniec wady i zalety. Z tymi ostatni wiąże się ciekawe rozwiązanie. Otóż niektóre wybory fabularne pozwalają na zdobycie nowych zalet.

Tak zmontowaną postać wrzucamy do walki i tam będziemy mogli ocenić, na ile nasza koncepcja się sprawdza. Same starcia są, jak przystało na RPGa starej szkoły, czysto taktyczne (no może w przypadku łucznika jest trochę biegania). Pauza nie jest pełna, ale spowalnia akcję na tyle, by na spokojnie móc zakolejkować rozkazy u naszych bohaterów. Gra pozwala na noszenie 2óch zestawów broni, co przekłada się na kombinowanie typów obrażeń (a bez tego nie da się efektywnie walczyć). Zmiana zestawu odbywa się natychmiastowo po naciśnięciu odpowiedniego klawisza.

Ostatnią zaletą jest część dźwiękowa. Muzyka jest świetnie dopasowana do ponurych wydarzeń gry. Niektóre motywy (w tym przewodni) zapożyczono z serialu produkcji HBO. Podobnie sprawa ma się z głosami – kilku aktorów powraca w swoich rolach znanych z małego ekranu. W przypadku pozostałych osób podkładających głos – jest ok, choć zdecydowanie dupy nie urywa.

Niestety cała reszta nie wygląda już tak różowo, niezależnie od nastroju opowieści. W pierwszej kolejności ponarzekam na eksplorację. Owszem – jakaś jest. Wykorzystuje także elementy mechaniki postaci. W przypadku Morsa i jego przejmowania kontroli nad psem będzie to ganianie za zapachami tak z wątku głównego, jak i pobocznych – prowadzących do skrytek. Jest to także swego rodzaju tryb skradankowy, w którym możemy eliminować pojedynczych strażników/wrogów, rzucając się im do gardła. Alester w specjalnie oznaczonych miejscach może wzniecić płomień wskazujący na ukryty przełącznik lub schowek. Jednakże tu kończą się zalety. Odwiedzane miejsca są dosyć małe, co razi zwłaszcza po zestawieniu wizji z gry np. z tą z serialu. Nawet lasy to tylko nieco większe labirynty.

Kolejną rzeczą, która mnie mierzi, to jak brzydka ta gra potrafi być. Fajnie, że tekstury ekwipunku starają się oddawać np. zużycie sprzętu (wiele pancerzy i tarcz jest porysowane, płaszcze podarte itd.). Zwłaszcza, że w kwestii ilości tego ostatniego gra jest bardzo stonowana (nie spodziewajcie się ton znajdziek znanych z co bardziej efekciarskich tytułów). Otoczenie ma niewiele szczegółów, jego tekstury są w niskiej rozdzielczości, a modele postaci nie grzeszą różnorodnością (z wyjątkiem tych pierwszoplanowych oraz najbardziej rozpoznawalnych jak Cersei). Animacje są przeważnie płynne, choć nieco koślawe. Jednak najbardziej zaskakującą informacją w tym wszystkim jest fakt, że do tej maszkary użyto niemłodego już silnika z Unreal Tournament 3. Starsze gry wykorzystujące tę technologię wyglądały lepiej. O pomstę do nieba woła też optymalizacja, której nie poprawiono mimo kilku patchy. GoT potrafi przyciąć w kompletnie losowych momentach, a zwykłe rozmowy od czasu do czasu przypominają slideshow. Są też problemy z kamerą, która bardzo przeskakuje niezależnie od ustawienia czułości myszy.

Szlag też człowieka trafia z każdym kolejnym napotkanym bugiem. A mamy ich całą gamę: migoczące tekstury, przenikające się modele, blokowanie się postaci na różnych obiektach (przeważnie na ścianach, gdy sterowanie blokuje się i postać biegnie cały czas w ostatnim wybranym kierunku), czy wpadanie w pętlę dialogową (rozpoczynamy rozmowę, która po zakończeniu odpala się na nowo i tak w kółko – jedyny ratunek to zamknięcie gry metodą alt+F4). Wkurwa wieńczy liczba aktywacji wersji pudełkowej, całe 5 (liczba dezaktywacji też jest ograniczona: 10)!

Komputerowa Gra o Tron stanowi świetny wstęp (minus spoilery) do uniwersum dla wszystkich nowicjuszy, ciekawe uzupełnienie dla tych, którzy już coś wiedzą (Martin sugerował też, że może nawiąże do wydarzeń z gry w kolejnych książkach) oraz zwyczajnie dobrą przygodę dla wszystkich wielbicieli RPGów. Niestety jeśli nie posiadasz dużej dozy wyrozumiałości, a dobry scenariusz to dla ciebie mało – odpuść sobie. Moja ocena to 3-, a i to głównie przez wzgląd na samą opowieść i walkę. Jeżeli już się decydujecie zawziąć i przejść ten tytuł, poczekajcie do jakiejś promocji, np. na Steamie.

poniedziałek, 2 lipca 2012

George R.R. Martin – Gra o tron

“W Zachodnich Krainach o ośmiu tysiącach lat zapisanej historii widmo wojen i katastrofy nieustannie wisi nad ludźmi. Zbliża się zima, lodowate wichry wieją z północy, gdzie schroniły się wyparte przez ludzi pradawne rasy oraz starzy bogowie. Zbuntowani władcy na szczęście pokonali Smoczego Króla, Aerysa Targaryena, zasiadającego na Żelaznym Tronie Zachodnich Krain, ale tyranowi udało się zbiec; śmierć dosięgła go z ręki gwardzisty. Niestety, obalony władca pozostawił potomstwo, równie nieobliczalne jak on sam... Opuszczony tron objął Robert – najznamienitszy z buntowników. Minęły już lata pokoju i oto możnowładcy zaczynają grę o tron.”

Trochę mi zajęło rozprawienie się z pierwszą częścią cyklu Pieśni lodu i ognia, ale było warto. Jak wiele osób, do przeczytania tej książki zachęcił mnie widowiskowo zrealizowany serial (choć o jej istnieniu wiedziałem już kilka lat temu, gdy po raz pierwszy przeczytałem o grze planszowej). Na chwilę obecną nie ma chyba ludzi, którzy nie kojarzą, o czym jest ta opowieść. A jeśli jeszcze są tacy i do tego nie wystarcza im cytat z okładki zamieszczony na początku wpisu, to w wielkim skrócie chodzi o rozgrywki polityczne, intrygi i wojny w świecie low fantasy (ta odmiana, gdzie jest stosunkowo mało fantasy, a więcej klimatów rodem ze średniowiecza). Mamy więc ciekawie zawiązaną akcję, złożone postacie oraz taką ilość wątków, że na nudę nie ma co narzekać, ale... Gra o tron to opasłe tomiszcze, a ilość zakończonych wątków jest... znikoma. Jasne – dzisiaj, gdy wiadomo, że to cały cykl, a nie jedna książka, można liczyć na pociągnięcie i zamknięcie wszystkiego w kolejnych częściach (choć z tego, co mówią znajomi i rodzina będący po lekturze poszczególnych tomów, niespecjalnie to idzie, a nowych informacji wciąż przybywa). Jeśli jednak czytać Grę o tron jako pojedynczą książkę, to akcji brak wyraźnej konkluzji. Mimo to polecam lekturę tak miłośnikom fantasy, jak i ludziom unikającym tego gatunku, gdyż pierwsza część Pieśni lodu i ognia to zwyczajnie bardzo dobra książka. Moja ocena 5-.

Skoro mam za sobą literacki oryginał, mogę wreszcie ocenić poziom adaptacji serialu. Zgodnie z mechanizmami rządzącymi adaptacjami, trochę pominięto, drugie tyle dodano, ale najważniejsze wydarzenia są. Najbardziej zauważalną różnicą jest wiek postaci – wszystkim dodano po kilka lat. Poza tym niektóre wypowiedzi przypisano innym osobom (a szkoda, bo np. Jon Snow mówiący o nazwie miecza, który otrzymał od dowódcy Straży, zyskiwał w oczach owego dowódcy – w serialu te słowa wypowiada właśnie Mormont). Przy okazji opisu wrażeń z serialu wspomniałem o przegadanych scenach – paradoksalnie, te przegadane, to właśnie dodatki, których w książce nie ma (ot, choćby rozmowa Renly’ego z Lorasem jest nudna jak cholera i służy chyba tylko pokazaniu ich związku). Z kolei pominięte rzeczy... cóż, nie zawsze czuje się ich brak, ale np. wątek Allisera ciągle dopieprzającego Jonowi jest po wycięciu kilku scen cokolwiek dziurawy. Zapewne dobór aktorów do niektórych ról jest dyskusyjny, ale mnie się podobał, a ich gra jest świetna. Moja ocena adaptacji: 4.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Game of Thrones - Season 1

Skończył się właśnie pierwszy sezon nowej produkcji HBO bazującej na kisążce George’a R. R. Martina. Najogólniej rzecz ujmując opowiadana historia dotyczy siedmiu rodów walczących o władzę nad krainą Westeros. Mamy więc doskonałe tło do pokazania intryg, zdrad, sojuszy, bitew, a wszystko to przyprawione uczuciami, wiarą, mitologią i polane sosem fantasy.

Ogólne wrażenia? Pozytywne. Otrzymujemy dobrej jakości serial, ciekawy wizualnie, świetnie zagrany i bardzo dobrze udźwiękowiony (muzyka z czołówki serialu non-stop chodzi mi po głowie i raczej nieprędko przestanie). Najfajniejszy jest w tym wszystkim klimat. Nic nie jest oczywiste, czarno-biały podział okazuje się zbyt wąski, a ci uważani przez widza za ‘dobrych’ wcale nie muszą przeżyć. Jak na serial od HBO przystało, przedstawione wydarzenia traktują widza poważnie – nie ma ugrzecznień obniżających kategorię wiekową. Wiele dialogów jest podkreślonych bluzgami (bez nadużyć), w seksie nie ma poprawnej politycznie pruderyjności, a gdy sytuacja tego wymaga – krew leje się, aż miło. Do wad zaliczyłbym to, że niektóre scenki są przegadane, a kilka wątków się wlecze (z tymże to akurat wynika z osobistych preferencji, prawdopodobnie pozostałym widzom może się wlec to, co mnie przypadło do gustu).

Przyznaję się, że książek nie czytałem, aczkolwiek z czasem pewnie nadrobię zaległości. Póki co wystawiam ocenę serialowi samemu w sobie, nie adaptacji. Ode mnie mocne 4.