Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borderlands. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borderlands. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 października 2024

Borderlands (2024)

Pierwsza gra w serii miała banalną fabułę: Czwórka poszukiwaczy krypty próbuje znaleźć… no właśnie kryptę. Zbudowana rzekomo przez obcą cywilizację i skrywająca bogactwa ponad wszelkie wyobrażenia. Prowadzi ich tajemniczy anioł stróż, a depcze po piętach Crimson Lance – zbrojne ramię korporacji Atlas. Dodatkowym problemem jest fakt, iż niewiele o położeniu krypty wiadomo. Jest jakiś klucz, ale nawet jeśli znajdziecie jedno i drugie, to kryptę da się otworzyć raz na 200 lat. Następnie przychodzą tak zwani filmowcy i rozpieprzają te założenia w drobny mak. Przy czym muszę tu podkreślić, iż ponoć pierwsza wersja scenariusza była zupełnie inna od tej sfilmowanej. Za tę ostatnią odpowiada Eli Roth.

No dobrze, ale co się zmieniło? Wszystko. Narratorem nie jest już Marcus Kincaid, tylko Lilith. Sama Lilith jest łowcą nagród i ma w poważaniu całą Pandorę, a tym bardziej kryptę. Roland również nie jest poszukiwaczem krypty, tylko pomaga uciec Tiny Tinie oraz Kriegowi z więzienia Atlasa. Ściga ich Knoxx, ale nie generał z gry, tylko (podobno) jego córka. Lilith nie jest już Syreną (ten fragment lore’a został całkowicie olany), Bricka i Mordecaia w ogóle nie ma.

Obsada zasługuje na osobny, choćby krótki akapit. Lilith ma w grze 22 lata. No z całym szacunkiem dla pani Cate Blanchett, ale na 22 to ona nawet przy najlepszym makijażu nie wygląda. Podobnie Jamie Lee Curtis – uwielbiam ją, ale grana przez nią Tannis była po 30, a nie po 50. I do jasnej cholery, kto był matołem, który zaklepał Kevina Harta jako Rolanda?! Przecież w grze ten facet ma posturę Carla Weathersa z okresu gry w serii Rocky lub choćby w Predatorze. Gratulacje należą się też za obsadzenie Jacka Blacka jako Claptrapa. Jakimś cudem ta jednooka pokraka jest jeszcze bardziej wkurzająca od swojego wirtualnego odpowiednika. Może dlatego, że temu ostatniemu dało się przyładować i się na nim wyżyć.

Mogę jeszcze ponarzekać na jakość efektów specjalnych, kostiumy, charakteryzacje, zmianę płci lub rasy postaci, zmiany lub całkowite olanie elementów lore, ale wydaje mi się, że ta lista w zupełności wystarczy. W całym filmie są może ze dwie sceny z fauną Pandory, do których się nie przyczepię, bo faktycznie oddają klimat gry. Nie czepię się też zmiany kategorii wiekowej na niższą na rzecz wersji kinowej. Mortal Kombat zrobił to samo w 1995 i uszło mu to na sucho. Szkoda tylko, że autorzy Borderlands zamiast inspirować się tym tytułem, wzięli wszystko co najgorsze z jego sequela: MK: Annihilation (chybiona obsada, dobór postaci, słabe efekty, olanie lore'a i niepotrzebne komplikowanie fabuły).

Borderlands nie nadaje się ani na zakrapianą imprezę, ani jako tytuł dla fanów, ani nawet jako akcyjniak na piątkowy wieczór. Jest to film głupi, nudny i nie wart ani sekundy waszego czasu. Moja ocena: 1+.

niedziela, 4 października 2020

Borderlands 2 DLC: Commander Lilith & the Fight for Sanctuary

Po ukończeniu większych i mniejszych pakietów DLC, ba, po Pre-Sequelu i Tales from the Borderlands nie spodziewałem się, że dwójka jeszcze coś dostanie. W moim mniemaniu już była pora na trzeci tytuł głównej serii. I faktycznie takowy powstał, ale na 2 miesiące przed jego premierą na Steamie wylądowało tytułowe DLC, spinające fabularnie Borderlands 2, Pre-Sequel, Tales from the Borderlands i Borderlands 3. Nie żeby to były wyżyny fabularne pokroju Planescape: Torment. To raptem kilka zdań tu i tam, a także obecność (lub nie) pewnych postaci. Jednak w zupełności wystarczy jako oficjalna wersja.

Akcja ma już miejsce po wydarzeniach z Tales i przesłuchaniu Atheny w Pre-Sequelu. Sanktuarium zostaje zaatakowane przez nowego wroga, każdy ucieka, gdzie się da, a resztę teleportuje Lilith. W poszukiwaniu bezpiecznego miejsca trafiamy do kryjówki Vaughna – jednego z bohaterów Opowieści. Pobyt na Pandorze odcisnął się na facecie, choć do Tiny Tiny jeszcze mu brakuje. Od tej pory pomagamy mu ogarnąć okolicę, stworzyć bazę dla uciekinierów z Sanktuarium i przygotować kontratak.

Głównych misji jest chyba z 6, do tego zestaw pobocznych. Wprowadzono nowy rodzaj ekwipunku, starych wrogów lekko przemodelowano, a wszystko to na kilku nowych, przyjemnych dla oka i przyzwoicie zaprojektowanych mapach. Ot, taki standard znany z większych DLC tej serii. Ciekawostką jest to, że nie trzeba nadganiać całej gry, żeby zasiąść do tego dodatku. Przy tworzeniu postaci pojawiła się opcja pozwalająca na stworzenie bohatera na 30 poziomie. Idealne rozwiązanie dla kogoś, kto nie ma starej postaci i chce od razu rzucić się w wir akcji. Z kolei jeśli macie powyżej 40 poziomu, ciężko będzie wam znaleźć nową, użyteczną broń na podstawowym poziomie trudności.

Humor, o dziwo, przypomina ten sam pokręcony rodzaj znany z B2. Da się to odczuć zarówno w parodii porozrzucanych dzienników, jak i w przypadku znanych już postaci (przykład pierwszy z brzegu: „ogródek” Bricka). Nie myślałem, że po niezbyt zabawnym Pre-Sequelu będę tak rechotał. Nawet Claptrap nie jest tak irytujący (choć nadal jest głąbem).

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to będzie to backtracking, końcowa walka i cena. Z jakiegoś powodu w zadaniach pobocznych trzeba ganiać w kółko po tych samych lokacjach. Nie mam na myśli tego, że w danym miejscu macie cel głównego zadania i dwa korytarze dalej poboczne. Nie – chodzi o to, iż po oddaniu wspomnianych zadań otrzymujecie kolejne, które od razu odsyłają was dokładnie w to samo miejsce, może parę metrów dalej. I dzieje się tak kilka razy z rzędu.

Walka z ostatnim bossem nie jest jakaś wydumana, ani przegięta. W zasadzie idzie dość sprawnie. Wkurza mnie tylko, że ostateczny cios nie należy do gracza. To jest ten sam syndrom, na który cierpi World of Warcraft – nieważne, ile czasu wtopicie, przygotujecie się do starcia i jak gładko pójdzie, ktoś załatwia typa w ostatniej chwili, a satysfakcję z wysiłku szlag trafia. „Fabuła” ważniejsza…

Natomiast cena to osobna bajka. Jestem jedną z osób, które dostały to rozszerzenie za darmo. Nie mam pojęcia, jaki był warunek, ale załapałem się. Dopiero przy instalacji Borderlands 2 z ciekawości zerknąłem na stronę sklepu i zdziwiłem się, że jest tam niemała (jak na fabularne DLC do B2) cena. Ba, obecnie jest to chyba najdroższy dodatek z tych dużych.

Z jednej strony – jeśli chcecie zamknąć pewien rozdział w graniu i historię B2 – warto wziąć ten dodatek w przecenie. Z drugiej – jeśli nie macie zbyt wielkiego sentymentu do serii, można go sobie darować, bo nie licząc nowego rodzaju przedmiotów i miejscówek, cała reszta to więcej tego samego. Bawiłem się dobrze, ale teraz faktycznie nie czuję już potrzeby, aby wracać do tej gry. Moja ocena: 4.

wtorek, 27 października 2015

Tales from the Borderlands

Przy okazji wpisu o Borderlands: The Pre-Sequel pisałem o możliwym przesycie związanym z marką. Nie dość, że sam TPS mógł go spowodować, to miesiąc później wydano pierwszy odcinek Tales from the Borderlands, gry należącej do pseudo przygodówek Telltale Games. Jednak tam, gdzie TPS mnie wkurzył, Tales uratowało Borderlands dupę.

W Tales wcielimy się w dwie postacie. Jedną z nich jest Rhys – pracownik Hyperiona z obsesją na punkcie Handsome Jacka, marzący o tym, żeby któregoś dnia rządzić całą korporacją. Drugą jest Fiona – zawodowa oszustka. Ich losy zbiegną się w wyniku pewnej transakcji. Bohaterom towarzyszyć będą: Vaughn – kumpel Rhysa z pracy, Sasha – siostra Fiony oraz… pasażer na gapę.

Jeden Wolf Among Us wiosny nie czyni. Dwa sezony The Walking Dead były albo średnie, albo bardzo słabe. Więc do Tales podchodziłem ostrożnie, zwłaszcza, że Pre-Sequel również podniósł mi ciśnienie. Początek jest nijaki: jeden korpo-dupek robi w konia drugiego korpo-dupka, więc drugi chce odegrać się na pierwszym. Nawet po trafieniu na Pandorę gra się w to bez przekonania, ot, taka tam historyjka w uniwersum Borderlands. Gdy już się z tym pogodzimy, gra nagle się rozkręca i nie pozwala oderwać od monitora.

Fabuła jest z fragmentu na fragment coraz lepsza. Postacie potrafią zainteresować, zwroty akcji zaskoczyć, a humor nie jest nachalny i obleśny, jak to miało miejsce w Pre-Sequelu, ale nadal zdrowo pojechany. No po prostu proporcje idealne. Ba, bohaterowie zostali tak napisani, że nawet w przypadku tych znanych od początku serii można odkryć coś nowego i wywołującego emocje. Ciekawostką jest uwzględnienie wszystkich odsłon marki. Takim najbardziej zakręconym przykładem będzie wspomniany wcześniej pasażer na gapę (tutaj jakby nieco stonowany, ale jednocześnie bardziej przerażający). Otóż pierwszy raz z tym wątkiem można było zetknąć się w jednym z DLC do Borderlands 2. Następnie został on rozwinięty w Pre-Sequelu, a tutaj można zobaczyć konkluzję. Innym wydarzeniem jest przesłuchanie Atheny z TPS. Jeśli zastanawialiście się, jak do niego doszło, odpowiedź znajdziecie tutaj. I tak dochodzimy do bardzo istotnego elementu, jakim jest czas akcji. Tales zaczynają się po Borderlands 2, a przed intrem Pre-Sequela. Z kolei rozdziały 4 i 5 mają miejsce po tamtym wprowadzeniu.

Klimat oryginalnych gier oddano pierwszorzędnie. Styl grafiki znany z poprzednich produkcji Telltale games lekko zmieniono, by pasował do stylistyki uniwersum (i nie mam na myśli samej podmiany kolorów, czy tekstur). Obecność postaci znanych z wcześniejszych odsłon tylko to wrażenie potęguje. Całości dopełnia świetne aktorstwo oraz genialnie dobrana muzyka. Przy okazji drugiego sezonu The Walking Dead narzekałem, że piosenki dodane do napisów końcowych każdego odcinka były strasznie tanim chwytem. Tutaj tego nie odczuwałem, ba, wręcz cieszyłem się każdą kolejną piosenką. Do tego stopnia, że jak zaczął się czwarty odcinek miałem ochotę krzyczeć: YEAAAAH! LET’S DO THIS SHIT!

Mechanikę lekko zmodyfikowano. Zagadek w ogóle nie uświadczycie, zostały same QTE oraz wybór jednej z czterech kwestii podczas rozmowy. Mimo to nie odczuwa się braków. Ostatecznie producenci pozostali wierni swojej konwencji. Osobiście doceniam rezygnację z przeciągania obiektów kursorem, ale z drugiej strony nie rozumiem, dlaczego nie można wybierać dialogów liczbami 1-4. Drobiazg, lecz zauważalny. Ciekawe są też same konwersacje. W pozostałych grach studia grało się, jakby to nazwać… bezpiecznie? Neutralnie? Głównie przez wzgląd na setting takie wybory miały więcej sensu. W Tales również jest to możliwe, ale zważywszy na to, iż mamy do czynienia z Borderlands, zawsze trafi się opcja, która na tle pozostałych będzie wyglądała na kompletny przypał, zapewniając przy tym najwięcej frajdy. Wybory potrafią też odbić się większymi konsekwencjami, niż miało to miejsce w TWD, czy TWAU. Podobnie jak w tym drugim, na koniec dostaniemy swego rodzaju zestawienie naszych wyborów. W Wilku były to wypowiedzi napotkanych NPCów, tutaj będzie to dostępność ludzi. W finale czeka nas starcie przypominające samobójczą misję z Mass Effect 2, a skład będziemy mogli uzupełnić postaciami dostępnymi w zależności od naszych wyborów.

Na koniec należy wspomnieć o jednej wadzie, jaka może wpłynąć na odbiór gry. Jeśli Tales są waszą pierwszą podróżą na Pandorę, to nawet przy całej wyrozumiałości wiele rzeczy może się wydać zbyt abstrakcyjnych lub zwyczajnie głupich. Natomiast jeśli macie za sobą przynajmniej Borderlands 2, wiecie, że posiadanie najładniejszego roweru z mięcha jest powodem do dumy. Będziecie też cieszyć się każdym wrzuconym smaczkiem i zastanawiać, czy przedstawione wydarzenia (kudos za odwagę na wprowadzenie naprawdę drastycznych zmian w uniwersum) zostaną uwzględnione w kolejnej odsłonie Borderlands, niezależnie od tego, czy mowa o głównej serii, czy innym spin-offie. Ja bawiłem się przednio, odzyskałem chęć do złupienia następnej krypty, a Tales polecam wszystkim fanom. Moja ocena: 5.

wtorek, 20 października 2015

Borderlands: The Pre-Sequel DLC: Claptastic Voyage

Nie mogę powstrzymać się od złośliwości… ten dodatek powinien nazywać się CRAPtastic Voyage.  Nie dość, że podobnie jak wersja podstawowa zawiera wszystko, co najgorsze w serii, to jeszcze śrubuje to do granic absurdu.

Handsome Jack dowiedział się, że jego poprzednik ukrył niejaki H-source gdzieś we wnętrzu Claptrapa. Zamiast rozbebeszyć przygłupiego robota i oszczędzić nam frustracji, wysyła nas do środka.

Od razu wymienię plusy tego DLC: kilka smaczków, w tym zakończenie, oraz projekty niektórych miejsc. Reszta jest do chrzanu.

Zacznijmy od tego, że całą rozgrywkę spędzimy w bebechach największego i najbardziej irytującego debila w tym uniwersum. Ba, dało to pretekst do spotkania wielu aspektów jego zidiociałej osobowości. Claptrap, większość fabuły oraz „humoru” są na tak żenująco niskim poziomie, że gdyby była opcja pomijania dialogów, gralibyśmy w błogiej ciszy. Ale nie, rozgrywka jest pełna momentów (jeszcze więcej niż w TPS), w których musimy odczekać czyjąś gadkę, żeby się cel zaktualizował. Do tego rzygać się chce, jak po raz kolejny jakaś postać (przeważnie fragment osobowości Claptrapa) próbuje nam pomóc, a w rezultacie uruchamia alarm, zaś my musimy odpierać kolejne fale wrogów. Dlaczego czepiam się także fabuły? Bo Athena po zakończeniu podstawki dała jasno do zrozumienia, kiedy opuściła swego pracodawcę, ale co tam: jeszcze jedno zlecenie…

Walka jest najgorszą w serii. Pół biedy, jeśli chodzi o zwykłych wrogów na naszej trasie, starcia z bossami to prawdziwy wrzód na dupie. Osoby odpowiedzialne za nie są albo niewyżytymi sadystami, albo zwyczajnie nie mają pojęcia o tym, jak wygląda zbalansowana rozgrywka. Podam najbardziej ekstremalny przykład – fragment ostatniej walki. Przeciwnik jest ogromny, ataki niszczące, po okolicy latają dwa dodatkowe niemilce, żeby można było załapać Second Wind (bo będziecie ginąć… często…), a teren jest poszatkowany na kawałki chyba tylko po to, by uwzględnić mechanikę z niską grawitacją i wyrzutniami. Więc zapierniczacie po okolicy, niczym króliczek Duracella na Red Bullu, prujecie ile sił, przeklinacie najmniejsze nierówności terenu (choć z dwojga złego wolę to, niż boss uciekający pod tekstury, co też mi się zdarzyło), upierdliwe efekty ograniczające widoczność (strzelanie w bossa podczas Second Wind kończy się szybszym zejściem, a dodatkowe mobki są małe i dość szybko latają) i po 3 restartach wreszcie udaje się zabić ćwoka… Zwrot akcji! Kolejna forma! Jeszcze bardziej wytrzymała, a wy nie macie amunicji! No dobra, kontrolowane samobójstwo, respawn, uzupełnienie amunicji i jedziemy z tą fazą. Zrobiłem do niej dwa podejścia. Za drugim razem zużyłem CAŁĄ amunicję (dosłownie, do wszystkich rodzajów broni), wliczając w to kilka doładowań z areny i miałem dość. Sam boss nie jest wymagający, bo przed jego atakami da się schować, dodatkowe moby da się ubić, ale to jest tak nudne, żmudne i bez sensu rozwleczone, że traci się koncentrację i byle błąd może nas kosztować cały wtopiony czas. Poddałem się, usunąłem grę, zakończenie obejrzałem na Youtubie (muszę przyznać, że scena Jacka robiącego prządek z tymi cholernymi śmietnikami na kółkach daje cień satysfakcji).

Mam tylko nadzieję, że Tales from Borderlands tchnie jakiś powiew świeżości, bo Claptastic Voyage jest tak złe, że wyzerowało moje zainteresowanie potencjalnym Borderlands 3 i sprawiło, iż przestałem się dziwić zamknięciu 2k Australia. Moja ocena: 1+.

Dodano 17.01.2016
Ostatecznie udało mi się pokonać ostatniego bossa i cieszyć się eksterminacją claptrapów, ale nijak nie wpłynęło to na moją opinię o tym dodatku.

niedziela, 11 października 2015

Borderlands: The Pre-Sequel

Zacznę sucharem. Jak doprowadzić do zamknięcia studia produkującego gry? Zlecić mu stworzenie Borderlands: The Pre-Sequel. No dobra, skoro już się pośmialiśmy, należy się parę słów wyjaśnienia. Pre-Sequel faktycznie jest ostatnią produkcją studia 2k Australia, ale czy jej sprzedaż oraz jakość były jedynymi czynnikami, jakie wpłynęły na zamknięcie firmy – tego nie wiem. Wykorzystuję ten fakt tylko po to, by się wyzłośliwiać – tak bardzo mnie ta gra wkurzyła.

BTPS jest takim samym zabiegiem, jak Arkham Origins. Na kolejny sequel mieliśmy poczekać dobrych kilka lat, więc żeby podtrzymać zainteresowanie marką, wydawcy postanowili przepchnąć na szybko kolejną grę, wciskając jej akcje w okolice już wydanych części. Jednak dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Osoby odpowiedzialne za liczenie potencjalnych zysków nigdy nie biorą pod uwagę, że takie zabiegi mogą spowodować przesyt, a w rezultacie odbić się negatywnie na sprzedaży nie tylko zapychacza, ale i kolejnych części serii.

Borderlands 2 uraczyło nas zakończeniem łudząco podobnym do tego z Assassin’s Creed. BTPS rozpoczyna się złapaniem znanej z The Secret Armory of General Knoxx Atheny, która pracowała dla Handsome Jacka. Lilith wraz ze swoją ekipą przesłuchuje ją, zaś cały Pre-Sequel to jej opowieść/retrospekcja z wydarzeń między B1 i B2. Jack wynajmuje własną drużynę poszukiwaczy krypty, jednak jego plany zostają pokrzyżowane przez atak wojsk Dahl na stację Hyperiona. Po brawurowej ewakuacji na pobliski księżyc naszym zadaniem będzie pomóc Jackowi odzyskać stację, a następnie zająć się pierwotnym zleceniem.

Początkowe założenie fabularne oraz przybycie na stację nastrajają bardzo pozytywnie. Szybka akcja, dużo się dzieje, nawet stare postacie zazdroszczą, gdyż one tylko wysiadły z autobusu (początek Borderlands). Swoją drogą, takich autoironicznych komentarzy w grze jest mnóstwo. Niestety, nie ratują one całej reszty. Jak tylko emocje opadną i zagłębimy się w rozgrywce, odnosi się wrażenie, że Pre-Sequel zebrał wszystko, co najgorsze w serii, nie poprawiając niczego, dodając minimalną liczbę zmian.

Fabuła (tak, wbrew pozorom seria posiada takową), mimo smaczków dla fanów, nie stanowi wystarczającego pretekstu do kupienia gry za pełną cenę. Obecność znanych NPCów jest wytłumaczona, ale mnie nie przekonała. Jack miał być kreowany na bohatera, ale dość szybko daje się wyłapać, że to podpucha, przez co cała opowieść jest w zasadzie bez sensu. Poczucie humoru straciło na jakości. Mniej więcej połowa gagów nadaje się do czegokolwiek, a i to nie robią zbyt dobrej roboty przy zabawianiu grającego. Natomiast druga połowa… cóż, słyszałem plotkę, że jest tak hermetyczna z powodu tego, iż autorzy pochodzą z Australii. Poprzednie części były bardziej uniwersalne.

Po raz kolejny mamy do czynienia z przeciwnikami – gąbkami. Ile to się trzeba nastrzelać, żeby ich ubić… A końcowe wariacje na temat znanych z jedynki Strażników oraz bossowie tak mnie wymęczyły, że zamiast satysfakcji czułem ulgę na zasadzie: no wreszcie… Paradoksalnie, strzały w głowę wykonuje się łatwiej, niż kiedykolwiek i zawodzą w przypadku tylko kilku paskudów. Balans jest cokolwiek dyskusyjny także w drugą stronę. Przeciwnicy strzelają z taką siłą, że tarcza stanowi tylko ozdobnik w ekwipunku postaci. Serio, w tej odsłonie ginąłem częściej, niż w poprzednich razem wziętych… z dodatkami… Ba, jeśli to dla was nadal za łatwo, system lootu również da solidnie w kość. Takich ilości bezużytecznego złomu nie widziałem już dawno. Może w wersji grupowej jest lepiej, lecz w wariancie solo walka jest nudna, albo frustrująca, albo oba naraz.

Dostępne postacie (4 w podstawce + 2 z DLC) wydawały mi się strasznie nijakie pod względem umiejętności i drzewek talentów. Jak dla mnie to wyraźna oznaka, że pora zrobić coś nowego w mechanice, bo jedna aktywna umiejętność, okazyjny talent aktywowany przy zabiciu oraz w cholerę pasywnych składa się na strasznie nudny model gry. Akurat równolegle do BTPS grałem także w Dying Light i tam, dla odmiany, rozwój postaci był naprawdę dobry. Złapałem się też na tym, iż brakuje mi również uników z DL.

Rozmiar nowych obszarów jest zauważalnie mniejszy od tego z Borderlands 2, co jest bardziej charakterystyczne dla samodzielnych dodatków, niż pełnoprawnych gier (zwłaszcza, że skutkuje to krótszym czasem gry, choć biorąc pod uwagę jakość, to może być akurat zaleta). Oprócz nowych pojazdów, otrzymamy także zmniejszoną grawitację, pozwalającą na dłuższe skoki (zaś impet lądowania może zadawać obrażenia wrogom). Jednak wcale nie oznacza to większej swobody. Projekty miejsc nadal cierpią na syndrom niewidzialnych ścian i wystających pikseli, a kolejne zablokowanie się na jakimś kawałku terenu potrafi doprowadzić do białej gorączki. Przyznaję, że ładnie wyglądają i są klimaciarskie, ale gra się na nich topornie. Całościowo oprawa graficzna nie odstaje od tego, co widzieliśmy w poprzedniej grze, podobnie warstwa dźwiękowa.

Jako że będziemy chodzić po obszarach, na których nie ma powietrza, nowością w naszym ekwipunku będzie aparat tlenowy, a wraz z nim trzeci pasek – uciekające powietrze. To ostatnie pozwoli nam przebywać nie tylko „na zewnątrz”, ale także przedłużać skoki oraz uderzać przy lądowaniu. O ile w założeniach brzmi to fajnie, o tyle w realizacji wygląda na kompletnie zbędny mechanizm. Pojemniki, źródła powietrza oraz urządzenia tworzące kopuły z tymże są porozrzucane tak gęsto (wliczając w to loot), że nasz zapas praktycznie sam się uzupełnia niemal na bieżąco. W pojazdach powietrza nie zużywamy. Kolejnymi nowościami są: bronie laserowe (zachowujące się, jak znane z innych gier railguny) oraz obrażenia typu frost (tak przy okazji, jeśli w dwójce irytowały was zadania wymagające konkretnego rodzaju obrażeń, to tutaj jest jeszcze gorzej). Jak to się stało, że tu lasery mamy, a w B2 ich nie było? Można to zwalać na setting, można to zwalać na Mr. Torgue’a (który laserów nienawidzi i chce zniszczenia wszystkich egzemplarzy). Podobnie z obrażeniami od zimna – choć te, obecne tylko w kosmosie mają więcej sensu (i nawet się przydają).

Czy w takim razie jest sens w ogóle zawracać sobie głowę Pre-Sequelem? Tak, pod trzema warunkami: 1) macie ekipę do grania, 2) wszyscy lubicie uniwersum i koniecznie chcecie nowych miejsc do złupienia, 3) wszyscy kupiliście grę w promocji typu 5 ojro za sztukę. Nawet w takim zestawieniu ocena to maksymalnie: 3+. Jeżeli chcecie tylko pograć w coś sieciowego, a wybór padł na Borderlands nie ze względu na setting, lepszym wyborem będzie B2. Niestety, ja grałem sam. Co straciłem nerwów, to moje. Moja ocena: 2+.

środa, 16 września 2015

Borderlands 2 DLC – Część 2

W części 1 spisałem wrażenia z większych DLC, przypominających dodatki do jedynki. W części drugiej znajdują się rozszerzenia stanowiące swego rodzaju serię: Headhunter 1-5. Każde z nich wprowadza nie za duży obszar, paru bossów, drugie tyle zadań głównych i nieco nagród. Dodatki Headhunter nadają się na szybkie, krótkie i intensywne sesje z Borderlands 2. Na szczęście cenowo jest adekwatnie do ilości zawartości, a w promocji to w zasadzie można brać w ciemno.


T.K. Baha’s Bloody Harvest


Pierwszy Headhunter, utrzymany w klimatach Halloween. Wpadamy na obszar, którym „opiekuje się” zombie T.K. Baha, dla którego najpierw ubijemy bossa, a potem przyniesiemy ulubione „cukierki”.

Małe to to, ale treściwe. Zadania skutecznie przeganiają nas po całej lokacji, przeciwnicy stanowią wariacje na temat znanych już potworów. Jednak tutaj szkielety nie są tak upierdliwe, jak to miało miejsce w Tiny Tina’s Assault on Dragon Keep. Oprócz podstawowego bossa jest drugi, ukryty. Lokacja jest niezwykle klimaciarska, w pewnym sensie piękna (zakładając, że ktoś lubi halloweenowe klimaty) i wypełniona smaczkami. W zasadzie nie ma się do czego przyczepić, tylko brać i grać. Moja ocena: 4+.


The Horrible Hunger of the Ravenous Wattle Gobbler


Headhunter numer dwa. Tym razem motywem przewodnim jest Święto Dziękczynienia. Tylko o ile Halloween w wydaniu Borderlands 2 było, z perspektywy całej reszty, w miarę normalne, o tyle Święto Dziękczynienia jest już typowym Borderlands. W wielkim skrócie: mamy show telewizyjny, prowadzącym jest Mr Torgue, towarzyszy mu jego równie umięśniona babcia, a my zapolujemy na zmutowanego indyka olbrzyma… I to nawet w połowie nie brzmi tak absurdalnie, jak wygląda… Samo polowanie to osobna bajka, której nie będę spoilował. Powiem tyle, jeśli podoba wam się narracja w wykonaniu Mr Torgue’a, nie zawiedziecie się.

Jak miałbym się do czegoś czepić to tego, że zadanie główne wymaga na pewnym etapie broni z efektem Slag. Na wyższych poziomach nie stanowi to problemu, ale jeśli podchodzicie do dodatku na 15 poziomie, możecie jej jeszcze nie posiadać (a nie widziałem, by gra zapewniła egzemplarz specjalnie na tę sekwencję). No i całościowo – humoru jest więcej niż w pierwszym Headhunterze, ale wizualnie jest standardowo, przez co dla mnie Headhunter 2 wypadł ciut gorzej. Moja ocena: 4.


How Marcus Saved Mercenary Day


Trzeci Headhunter parodiuje Święta Bożego Narodzenia, zaś na nowy, zaśnieżony obszar dostaniemy się przez szafę w sklepie Marcusa!

Niby wielkościowo teren tego dodatku nie odbiega od tego, co było w Headhunterze 2, ale nadal odnosi się wrażenie, że wszystko jest bardziej ściśnięte. Ba, biegania w tę i z powrotem też jest odczuwalnie mniej niż poprzednio. Projekt samego miejsca jest prześliczny dla tych, którzy lubią zimowe plenery i odcienie niebieskiego. Atakujące nas bałwanki rozpadają się na kawałki, a boss nie lubi, jak się śpiewa wesołe piosenki. Dodatkowo jest tu taki mały detal sugerujący, że lepiej rozegrać ten dodatek po podstawce (pomimo dostępności w trakcie).

Podsumowując – od strony realizacji nie ma się do czego przyczepić. Od strony ilości zawartości już można kręcić nosem. Jest dobrze, ale mniej. Moja ocena: 4-.


Mad Moxxi and the Wedding Day Massacre


Caaaaaaaaaan you feeeeeeeeeeeel the loooooooooooove toniiiiiiiiiiiiiiiiiight? A z innej, choć równie niepoważnej beczki, osią fabuły jest ślub przedstawicieli klanów Hodunk i Zaford, które znowu biorą się za łby. Sami przedstawiciele niespecjalnie są zainteresowani drugą połówką, więc Mad Moxxi ma plan, by wszystko poszło pomyślnie... uwzględniając "logikę" Borderlands...

W zarośniętej lokacji otrzymujemy klimaty weselno-pijacko-irlandzko-borderlandsowe. Naszym zadaniem będzie stworzenie eliksiru miłości, a droga będzie usłana trupami, whisky i pękającymi balonami. No i kilka zakochanych robotów się trafi… i łowienie potworów… i sam nie wierzę w to, co wypisuję, gdyby nie fakt, że tak właśnie wygląda ten dodatek. W zasadzie nie mam nic więcej do dodania. Jak lubicie takie mieszanki z typowym dla serii humorem, Headhunter 4 spodoba się wam. Moja ocena: 4.


Sir Hammerlock vs. the Son of Crawmerax


Na wyspie Wam Bam miała się odbyć impreza. Trafiamy na miejsce jako pierwsi i na naszych oczach jakieś cholerstwo porywa Sir Hammerlocka. Nie zastanwiamy się ani chwili, ruszamy na ratunek.

Wyspa miesza klimaty pirackie, znane z pierwszego dużego DLC do B2, z kurortem turystycznym (tu przyszło mi na myśl Dead Island). W całość upchnięto sporo humoru odnoszącego się do postaci z poprzedniej gry. Znalazło się nawet miejsce na meta humor w wykonaniu starych poszukiwaczy krypty, którzy z rozrzewnieniem wspominają exploit, jakiego można było użyć w walce z oryginalnym Crawmeraxem.

Niestety, reszta nie jest taka różowa (i znowu trafiło na dodatek z Sir Hammerlockiem). Pomimo świetnie wyglądającej wyspy, zawartość jest przeciętna. Jest tu dużo więcej łażenia niż czegokolwiek innego. Zwłaszcza w przypadku drugiego zadania. Humor nie każdemu to zrekompensuje, przez co tak wątpliwy zakup najlepiej zachować na promocję. Moja ocena: 3.

piątek, 11 września 2015

Borderlands 2 DLC – Część 1

Do pierwszej części wydano kilka dodatków, które rozszerzały teren działań, liczbę poziomów postaci, przeciwników, arsenał itd. Ogólnie mówiąc, wszystkiego po trochu. Do drugiej dodatków wydano dużo, dużo więcej. Począwszy od dwóch postaci, przez pierdylion skórek, na rozszerzeniach podobnych do tych z jedynki skończywszy. Niniejszy wpis będzie koncentrował się właśnie na czterech pierwszych z rodzaju tych ostatnich.


Captain Scarlett and Her Pirate's Booty


Legendy mówią o zaginionym skarbie kapitana Blade’a. Jego bogactwa są tak wielkie, iż ludzie przelewają dla nich krew. Poszukuje go królowa piratów równie odważna, co niebezpieczna, która nie zawaha się przed niczym, by go zdobyć. Strzeże go potworny Lewiatan. Zaś Poszukiwacze Krypty, którzy ośmielili się zawędrować do miasteczka Oasis stawią czoła potwornościom, jakie im się nie śniły.

Niezależnie od wydźwięku, jaki ma ten tekst, w grze jest on prześmiewczy i utrzymany w podobnym tonie, co wstęp do Zombie Island z pierwszej gry. Jednak w przeciwieństwie do DLC z poprzednika, autorzy wyciągnęli wnioski i bardziej przyłożyli się do roboty. Wszystkiego jest tu więcej: więcej nowych obszarów, większy rozmiar nowych obszarów, nowy pojazd, nowi przeciwnicy, nowe tekstury na starych przeciwnikach, nowy rodzaj broni, nowe unlocki i… na tym nie koniec. No po prostu można dostać zadyszki.

Wrażenia? Pozytywne. Duży dodatek, świetne projekty miejsc (kilka z nich potrafi wręcz zauroczyć), dużo do roboty/zwiedzania/zabicia/ograbienia, 2 bossów raidowych, popierniczone postacie (wręcz odnosi się wrażenie, że ktoś chciał spróbować podkręcić ten aspekt w stosunku do już zwariowanej podstawki) i równie popierniczone zadania, wśród których oprócz głównego wątku związanego z szukaniem skarbu, trafiają się takie perełki, jak robot-cenzor, próbujący zaprowadzić porządek na niemoralnej Pandorze. Nie odczuwa się tu przestojów i nawet zadania zostały pogrupowane tak, by backtracking był albo ledwie zauważalny, albo przynajmniej nieupierdliwy. Jeśli miałbym się czegoś czepić, to właśnie tego lekkiego backtrackingu oraz ostatniego bossa, który niespecjalnie mi się podobał (począwszy od projektu, przez walkę i na sposobie włączenia w opowieść kończąc). Niezależnie od tego, czy gracie solo, czy w grupie, Captain Scarlett and Her Pirate’s Booty to dobry zakup dla każdego miłośnika Borderlands 2. Moja ocena: 4+.


Mr. Torgue's Campaign of Carnage


I znowu mamy dodatek, którego akcja kręci się wokół pojedynków na arenach. Z tymże tutaj nie jest to seria bezsensownych strzelanek. Turnieje są organizowane przez Mr. Torgue’a, w walkach obowiązują zasady, zawodnicy zajmują miejsca w rankingu, każdy musi mieć sponsora, a na całym biznesie łapska chce położyć Mad Moxxi. Dodatkowo zasady zasadami, a życie sobie.

Początek obiecuje wiele i w zasadzie wywiązuje się z tych obietnic. Największe wrażenie robią nowe miejsca, zwłaszcza krater, w którym rozpoczynamy grę. W Kampanii położono nieco większy nacisk na pojazdy i związane z nimi zadania, jednak nie jest to zapychacz, jak to miało miejsce w Armory w B1. Sposób, w jaki zaprojektowano lokacje łączące sekwencje piesze z samochodowymi, jest po prostu świetny. Nie odczuwa się ani kawałka pustej przestrzeni, ani natłoku wszystkiego. Krótko mówiąc: idealny balans. W pozostałych przypadkach też można się zdziwić. Ponadto wydaje się, że w kwestii pustyni, albo złomowiska nie da się już więcej powiedzieć. Jednak autorzy udowadniają, że jak oni się za nie wezmą, gracze nie będą się nudzić. Zwiedzimy także przyzwoitej wielkości miasto, które notorycznie kojarzyło mi się z Dead Island, tylko zamiast do zombie strzelamy do członków gangu.

Z innych drobiazgów otrzymujemy nowego bossa raidowego, nowe tekstury na starych przeciwnikach (no Motor Momma to wręcz przykład minimum wysiłku) oraz zaskakująco dużą liczbę nawiązań do muzyki (niemal oczekiwałem całej listy piosenek Guns N’ Roses) i filmów. Są jednak 2 rzeczy, do których muszę się przyczepić. Po pierwsze – ostatniego bossa da się exploitować tak samo bezczelnie, jak tych z ostatniego DLC do pierwszej gry. Po drugie, nawet jeśli zdecydujemy się na wykonanie wszystkich zadań, czas rozgrywki jest krótszy od tego z pierwszego dodatku. Nadal jednak jest to dodatek wart zakupu, zwłaszcza w promocji, tak dla wariantu solo, jak i grupowego. Moja ocena: 4.


Sir Hammerlock's Big Game Hunt


Sir Hammerlock zaprasza nas na nowe terytorium łowieckie, na którym czają się nieznane nam bestie oraz zastępy dzikusów czczących Handsome Jacka.

Tak jak dwa poprzednie dodatki można było rozegrać w zasadzie w dowolnym momencie gry (po dobiciu do wymaganego poziomu, choć tak po prawdzie Campaign ma wzmiankę o tym, kiedy się dzieje), tak rozpoczęcie tego jest wskazane po ukończeniu głównego wątku podstawki. Przyczyną jest bezpośrednie kontynuowanie tegoż, więc jeśli nie skończyliście Borderlands 2, narażacie się na spoilery.

W ramach dodatku otrzymujemy kilka nowych obszarów, bardzo krótką fabułę, nowy pojazd, nowe tekstury i nowych przeciwników (w tym dwóch bossów raidowych, z czego jeden jest ukryty). Niestety, Polowanie jest dużo słabsze od poprzedników. Nie tylko jego historia jest krótka, jako całość też nie grzeszy długością. Poczucie humoru tym razem nie powoduje emocji, a główny antagonista pomimo oczywistej parodii pewnego stereotypu, wypada naprawdę blado. Jakby tego było mało, odniosłem wrażenie, że nowe lokacje nie były specjalnie testowane. Dość często zdarzało mi się utknąć na „wystającym pikselu”, albo odbić się od niewidzialnej przeszkody, co w trakcie walki potrafi solidnie wkurzyć.

Osobnym problemem są przeciwnicy. Niezależnie od naszego poziomu, są to istne gąbki na kule. Przebijanie się przez kolejne grupki jest tak żmudne i nudne, że ma się ochotę wyłączyć grę. Na domiar złego, w przypadku ludzi absolutnie nic nie tłumaczy takiego stanu rzeczy. Dzikusy z drewnianymi tarczami i oszczepami napsuły mi krwi bardziej, niż cały oddział badass lancerów z Crimson Lance z jedynki. I to wciąż nie koniec problemów… Wśród tych rozwrzeszczanych sukinsynów biega sobie nowy rodzaj upierdliwca – szaman. Szamanów nie da zdjąć się headshotem, bo chronią ich maski (które nie spadają po trafieniu). Sami w sobie posiadają w cholerę punktów życia. Ataki wręcz mogą na nich nie działać (wliczając w to np. umiejętność Zer0), zaś swoimi potrafią zabić 1 strzałem. Do tego ich pociski mają zawsze jeden z efektów (elektryczność, slag, czy najbardziej upierdliwe - wysysanie życia, które leczy ich do pełna niemal natychmiastowo). Jeśli myślicie, że bardziej przegiąć się ich nie da – jesteście w błędzie. Te małe cholery ulepszają swoich towarzyszy. Pamiętacie, jak Goliat z podstawki ewoluował? No to wyobraźcie sobie taki sam efekt, tylko rzucany na mobki dookoła, po którym kilku dzikusów zamienia się w kilku badassów, zaś w momencie przemiany wszelkie ubytki w HPkach są uzupełniane. Żeby chociaż jeszcze szamani występowali w miarę rzadko, ale nie, w każdej grupce trafią się co najmniej 1-2 sztuki…

Pomimo iż samo DLC jest krótkie, po przebiciu się przez kilka grup dzikusów miałem ochotę odstawić je na dobre, bez kończenia. Ani ostatni boss, ani strzępy fabuły, ani wiele skrzyń z lootem na końcu nie wynagrodzi tej mordęgi. Nawet w promocji radziłbym przemyśleć zakup. Moja ocena: 2+.


Tiny Tina’s Assault on Dragon Keep


Jeśli nie macie możliwości zorganizowania sesji RPG na żywo lub chociaż przez Skype, ten dodatek jest dla was! Zagrajcie w grę, której bohaterowie grają w RPG! Ok, przyznaję, to ostatnie nie brzmi zachęcająco… ale w zasadzie tak właśnie wygląda. Bohaterowie z Borderlands grają w RPGa, wcielając się w postacie z sequela, więc wiele naszych akcji zostanie opatrzonych ichnim komentarzem. Przypomina to trochę narrację z Bastionu.

Naszym zadaniem będzie uratowanie pewnej królowej z rąk okrutnego czarnoksiężnika. Jeśli komuś skojarzyło się to ze stereotypem przygody do jakiegoś systemu fantasy, to ma rację. Assault parodiuje przede wszystkim Dungeons and Dragons, ale dostaje się także Władcy pierścieni, grom MMORPG, czy samej idei rzucania kostką na… w zasadzie cokolwiek. I nie jest to tylko kwestia narracji. Pomysły Tiny oraz innych postaci często pojawiają się w grze znienacka, co potrafi wpłynąć na dynamikę rozgrywki. Tutaj trzeba postawić sprawę jasno – jeśli nie jesteście w stanie przymknąć oka na tę otoczkę i przeszkadza wam nagła śmierć (już pominę, z jakiego powodu), ten dodatek nie jest dla was. Osoby nastawione neutralnie oraz miłośnicy papierowych RPG mogą go z kolei brać w ciemno. Naturalnie, ci ostatni będą czerpać najwięcej frajdy.

Autorom dodatku należą się gratulacje za wprowadzenie wielu smaczków oraz dość nietypowego (jak na tę grę) zwrotu akcji. Jeśli myśleliście, że Tina ma narąbane we łbie… to macie rację, ale zawartość DLC i tak może was zaskoczyć. Przy okazji odnosi się ono do konkretnego wydarzenia z podstawki, więc jeśli jej nie ukończyliście, otrzymacie duży spoiler. Dodatkowo, akcja tego dodatku uwzględnia także Mr. Torgue's Campaign of Carnage (małym stopniu, ale jednak).

Klimat nowych lokacji stanowi świetną mieszankę Borderlands i elementów fantasy, choć można się czepić znacznie mniejszej swobody, niż w poprzednich rozszerzeniach. W mechanice zaszły drobne zmiany. Wiele obiektów zostało przyozdobionych kostkami k20. Aktywacja niektórych z nich wymaga eridium (podobnie jak karmienie srającego lootem jednorożca… nie, nie żartuję…), którego droprate zauważalnie wzrósł. Czego nie zmieniono, to odporność przeciwników na pociski. Głupie szkielety potrafią wytrzymać więcej, niż się spodziewacie. Na domiar złego w dodatku jest jedno (dobrze że tylko jedno) zadnie wymagające broni z konkretnymi rodzajami obrażeń, dowcip polega na tym, że zleceniodawca takowej nie zapewnia. Osobną bzdurą jest to, iż trzeci cel tego samego zadania wymaga krytycznego strzału, by je ukończyć, więc jak macie pecha – będziecie strzelać do usranej śmierci.

Podsumowując, Assault jest wart uwagi, jednak przez wzgląd na swoją specyficzność nie każdemu przypadnie do gustu. Moja ocena: 4+.