Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 5. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 5. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 marca 2026

Slasher: Ripper

Po świetnym sezonie czwartym, w piąty wpadłem z impetem… I przyrżnąłem w ścianę. Początkowe założenia wyglądają na coś pomiędzy historią Kuby Rozpruwacza, a Vidocq. Jest grupa ludzi, która dopuściła się zbrodni 12 lat wcześniej, a teraz duch z lokalnego folkloru postanawia się na nich zemścić.

Największym problemem tego sezonu jest jego czas akcji. Jeśli ktoś oczekuje, iż epoka zostanie odwzorowana w realistyczny sposób, może sobie od razu darować seans. Jest to niestety ten durny trend wciskania współczesnej reprezentacji, która w tamtych czasach nie miałaby racji bytu. Ale jeśli potraktować to jako alternatywną rzeczywistość, to czy Ripper jest w stanie wybronić się całą resztą? Niestety nie.

Na plus policzę sceny morderstw, tortur i gore. Te nadal trzymają poziom, zaś morderca przypomina bardziej ogarniętego Ghostface’a. Intryga jest… ok, ale jeśli ktoś po prostu potrafi liczyć, odgadnie tożsamość mordercy stosunkowo szybko. Zresztą strzelając na ślepo szanse są niewiele mniejsze. Śledztwo jednego z bohaterów ma kilka jasnych punktów, a zakończenie stosuje pewien zwrot przywodzący na myśl jedną z powieści Agathy Christie. No i aktorzy są całkiem przyzwoici, grając kompletnych skurwysynów.

Pierwszą składową, która kompletnie położyła ten sezon, jest tempo. Pierwsza połowa tak nieudolnie prezentuje informacje, tak bardzo się wlecze, że autentycznie ma się ochotę przerwać. Zwłaszcza jeśli już zdążyliście wytypować sprawcę.

Drugą składową… jest ponownie tempo, ale zepsute w inny sposób (to już naprawdę sztuka, by rozwalić coś na dwa różne sposoby). Zaraz po połowie informacje pojawiają się lawinowo, wątki zamykają się jeden po drugim. Nie ma wątpliwości, kto ma zejść, dlaczego itd. Pozostaje czekanie. Dwa ostatnie odcinki zawierają tak długie przerwy między zabójstwami, jakby komuś skończyły się pomysły, ale nadal musiał zapełnić opłaconą liczbę odcinków. Dawno nie odczułem takiej ulgi, że to koniec, jak przy tym sezonie.

Ripper ma swoje momenty i potrafi błysnąć, ale całościowo jest to najsłabszy z sezonów. Umieszczenie akcji w innym okresie historycznym zapewne miało dostarczyć różnorodności, a okazało się najbardziej naciągną warstwą. Tempo rozwarstwione, a akcja sprawia wrażenie posiadania zapchajdziury. Podobno ma być sezon szósty, który wraca do współczesności. Pewnie z czasem obejrzę, a Ripper dostaje ode mnie: 3+.

niedziela, 25 stycznia 2026

Stranger Things 5

Przygoda w Hawkins dobiegła końca. Pytanie tylko, czy warto było czekać tyle czasu? Oglądać na bieżąco, czy może maratonować, gdy dostępna była całość? Cóż…

Końcówka ST4 postawiła poprzeczkę wysoko, w związku z czym od samego początku wiadomo było, iż stawka w ST5 ma być ogromna. Angażujemy wszystkie główne postacie, antagonista ma być silniejszy niż do tej pory, a wojsko utrudniać, co się tylko da. Pierwszy odcinek oglądało mi się bardzo dobrze, bo w moim odczuciu nie było tam ani jednej zbędnej postaci. Każdy miał coś do roboty, a przypisana rola pasowała do charakteru i umiejętności danej osoby. A potem wszystko spektakularnie się spieprzyło…

Ciężko tak naprawdę zrobić listę tego, co dokładnie nie pykło, bo ilość bzdur jest tak ogromna, że można by je całą dobę wymieniać. Kilka przykładów: Nancy w zasadzie zamienia się w Rambo. Max w trakcie ucieczki odstawia tak długą przemowę, że aż szkoda, że portal pozostał aktywny. Głowa rodziny Wheelerów jest w zasadzie cholera wie po co, a jak tylko ma szansę zachować się jak facet, autorzy wycierają nim podłogę. Will w swoim coming oucie popełnia fabularną wtopę, która sugeruje, że materiału było więcej, tylko ktoś go uwalił. W finałowym starciu autorzy zapominają kompletnie o całej armii potworów, którymi straszyli przez 4 sezony, a które teraz chyba zastrajkowały, bo żadnego nie widać.

Wszelkiego rodzaju plotki, iż życie postaci jest zagrożone oraz że nic nie jest pewne, można włożyć między bajki. Twórcy poszli po linii najmniejszego oporu. Oporu tak małego, iż kreowana na drugie po Vecnie zagrożenie doktor Kay grana przez Lindę Hamilton jest kompletnie niewykorzystana. Jest jedna scena sugerująca, jakim potworem jest Kay, ale po jej przedstawieniu autorzy do niej nie wracają i tak naprawdę pozostaje bez konkluzji. Zresztą w ogóle wojsko to banda niedorajd. W końcowej akcji dzieciaki dosłownie ostrzeliwują bazę ostrą amunicją i po zakończeniu wszystkiego… nikt nie ponosi konsekwencji… Mam tylko nadzieję, iż pani Hamilton przytuliła solidną sumkę za ten durny występ.

Jakby niespełnionych obietnic i głupot było mało, seans wypełniają też rzeczy kompletnie zbędne. Prym tutaj wiedzie trójkąt miłosny w postaci Steve’a, Nancy i Jonathana, którego sceny służą wyłącznie jako zapychacze komediowe. Na moje szczęście ten wątek akurat zakończono, więc tyle dobrego. Coming out Willa był bez sensu wydłużany i pasował do tej dekady jak pięść do nosa. Wątek Dustina i jego nękania w zasadzie urywa się i można by tak wymienić jeszcze wiele rzeczy.

Na koniec czepiania się muszę wymienić wtórność fabularną. Konia z rzędem temu fanowi popkultury, który nie będzie miał jakichkolwiek skojarzeń. Max w umyśle Vecny? Matrix 2-3. Przemowa Henry’ego, że nie jest kontrolowany? Mass Effect 3. Poświęcenie na koniec? No prawie Terminator 2. Nancy? Rambo.

W ramach zachowania równowagi kilka rzeczy robi bardzo pozytywne wrażenie. Miejsce numer jeden należy bezapelacyjnie do Jamiego Campbell Bowera. Jego Vecna dorobił się kilku różnych obliczy i o największe ciary przyprawiają te, które manipulują, mówią spokojnym tonem i widać w nich hamowaną złość. Potworna wersja to przy nich nic.

Zakończenie roku w wykonaniu Dustina jest zabawne i świetnie nawiązuje do jego przyjaźni z Eddiem, choć dlaczego rodzice mieliby mieć z tego radochę – tego nie wiem. Chemia między Dustinem i Stevem nawet w najbardziej wyboistym fabularnie momencie dawała radę. Ostatnie spotkanie Steve’a i spółki jest w tym wszystkim chyba najbardziej przyziemną i realistyczną sceną, bo kto ją przeżył, wie, że ich postanowienie nie ma szans. Natomiast ostatnia sesja Mike’a i ekipy była dla mnie… niezjadliwa. Rozumiem sens ostatniego ujęcia na odkładane segregatory, ale moim zdaniem było to sztucznie ckliwe.

Podobała mi się teoria o tym, czym jest Upside Down i teorie rzucane na temat samego Mind Flyera. Niestety, te ostatnie niewiele ruszyły się od momentu zaprezentowania ich w sezonie czwartym.

Wracając do pytania ze wstępu: Czy warto było czekać? Jeśli o mnie chodzi, to nie. Zabrakło jaj, by zrobić coś naprawdę odważnego. Najciekawsze pomysły pogrzebano, a finał kręcono podobno bez jakiejkolwiek wizji. Do tego pozostaje wrażenie, iż sporo nakręconego lub planowanego materiału gdzieś przepadło. W internecie słyszałem bardzo fajne podsumowanie, z którym zgadzam się całym sercem: Ze wszystkich możliwych kierunków autorzy obrali te, które mnie interesują najmniej. Moja ocena: 3-.

niedziela, 11 grudnia 2022

Cobra Kai – Season 5

Nie mam zielonego pojęcia, jakie szkoły kończyli scenarzyści Cobra Kai, ale placówki, które nauczyły ich rzemiosła (lub konkretni belfrzy) powinni dostać jakieś podwyżki i być promowani na potęgę, bo to się w pale nie mieści, żeby dobijać do piątego sezonu i trzymać tak wysoki poziom.

Zacznijmy od tego, że twórcy sami doszli chyba do wniosku, iż poprzednia seria była zbyt rozciągnięta, a niektóre wątki prowadziły donikąd lub stały w miejscu. Co więc zrobiono? Porządek! Podróż Miguela nie ciągnie się nie wiadomo ile. Kilka odcinków i załatwione. Miguel i Robby rozwiązują swoje niesnaski w najlepszy możliwy sposób – obijają sobie gęby, a potem jest ok. Daniel upada na dno, by się od niego odbić. Johnny odkrywa w sobie nowe pokłady odpowiedzialności i można by tak jeszcze długo wymieniać. Myślą przewodnią jest w każdym razie to, że dosłownie wszystkie wątki i postacie znajdują jakieś rozwiązanie swojej sytuacji, dogadują się i zażegnują konflikty. Nawet najbardziej nieznośna i uparta Sam wreszcie idzie po rozum do głowy. Jeśli nie liczyć końcowego cliffhangera, to przebieg tego sezonu jest najbardziej „karatekidowy” ze wszystkich.

Jak zwykle historia czerpie garściami z przeszłych wydarzeń, tym razem wyciągając najdrobniejsze nawet szczególiki z Karate Kid 3. Nie trzeba znać filmu, gdyż i tak otrzymamy stosowne flashbacki, ale zdecydowanie odziera nas to z zaangażowania emocjonalnego. Jednak nawet bez tego stworzone sytuacje, dialogi i interakcje między postaciami z poszczególnych odsłon wypadają rewelacyjnie i niezmiennie bawią, wyczerpując temat. Gdybym miał sobie poteoretyzować na temat Cobra Kai VI, to zgaduję, że tam oprócz zainicjowanego tutaj turnieju oraz wspomnianego cliffhangera, pojawi się także coś z Karate Kid 4 i wbrew pozorom nie będzie to naciągane.

Jedyne, co mi zepsuło przyjemność, to strasznie nierówne tempo. Od początku sezonu czeka się, aż coś dużego walnie. Niezły kaliber trafia się w trzecim odcinku, a potem nagle jakby powietrze uszło i znowu od 5 odcinka widowisko stara się rozkręcić, lecz jakoś napięcia nie czuć i tak już się ciągnie do końca. Nawet w efekciarskim finale, gdy stawka zdaje się przebijać sufit, nie ma obawy o to, że ktoś źle skończy. I tylko z tego powodu daję 4+. Jeśli komuś tempo odpowiada i docenia pieczołowitość, z jaką zrealizowano CKV, może śmiało podciągnąć ją do 5.

niedziela, 26 lipca 2020

Legends of Tomorrow – Season 5


Ósma odsłona Arrow niemal skończyła się na Kryzysie na nieskończonych Ziemiach, piąta Legend zaczyna się od niego. Osią fabuły jest tym razem ściganie dusz złodupców znanych z kart historii, którym udało się czmychnąć z piekła i wrócić mniej więcej do okresu, w którym pierwotnie zakończyli żywot. We wszystko wmieszane są także trzy boginie losu, które chcą odzyskać dawną moc i ukształtować świat wg swojego widzimisię.

Jeśli to ostatnie brzmi znajomo, to macie rację – jest to niemal kalka pomysłu z drugiego sezonu i planu Legion of Doom. Różni się to tym, że obraną formą jest ta z sezonów trzy i cztery, a sam wątek Mojr jest zepchnięty na dość daleki plan i dopiero w drugiej połowie sezonu daje o sobie znać.

Nie licząc głównego wątku cała reszta sprawia wrażenie, jakby autorzy nie wiedzieli, co robić z postaciami, co starają się maskować humorem (tytuły poszczególnych odcinków to parodie znanych piosenek/filmów/seriali), dziwacznością znaną z czwartego sezonu, nieporadnością Heat Wave’a w kontaktach z córką, Constantinem, któremu sumienie rośnie do niebotycznych rozmiarów i… to w zasadzie najbardziej zauważalne motywy. Pozostałe zdają się być na ich tle wręcz nieistotne/banalne. Ogólny zamysł może wydawać się parodią rozrywki i popkultury jako takiej (np. w drugiej połowie trafia się epizod parodiujący różne, znane seriale i programy), ale jeśli nie liczyć niezłych nawiązań (w jednym z odcinków Legendy trafiają na teren, na którym kręci się… Supernatural… W końcu to ta sama stacja.), wiele z tych zabiegów przypomina dowcip bez pointy.

Z innych rzeczy wartych wymienienia: Ray i Nora opuszczają Arrowverse, Charlie opuszcza Legendy, a cliffhanger na koniec sezonu wydaje się być jakiś taki doklejony. W ogóle nie współgra z wydźwiękiem ostatnich scen.

Jeśli sezony 3 i 4 to wasz konik, piąty stara się być taki sam, choć nie jest tak poradny. Jeśli stać was na wyrozumiałość i lekkie podejście, ocena to 4-. Jeśli nie i czujecie się zmęczeni niewprawnością fabularną, ocena to 3.

niedziela, 5 lipca 2020

Supergirl – Season 5

Będzie krótko, bo sezon jest tak nudny, że nie ma o czym pisać. Można podzielić go na trzy warstwy. Numer jeden – wirtualna rzeczywistość.  Wątek stara się poruszać problemy rodem z Black Mirror, ale w zasadzie tylko o nich wspomina, bez głębszej analizy. Numer dwa – nowy wróg, Leviathan. Grupa osób, która stara się trzymać ludzkość za pysk. Przypisuje się im np. powódź w czasach Noego, zniszczenie Pompejów itp. Numer trzy to powracający po Kryzysie na nieskończonych ziemiach Lex Luthor, brylujący między dwoma poprzednimi.

Założenia brzmią nieźle, ale jak już wspomniałem, efekt końcowy jest nudny. Zamiast rozrywki autorzy fundują bardzo słabe umoralnianie widza. Poruszone problemy (o ile można je tak nazwać) sprowadzają się do: ci ludzie mają źle, a reszta świata nic z tym nie robi! Ale mamy nasze dziewczyny i one wam pokażą!

Jeśli ktokolwiek miałby próbować męczyć się z tym sezonem i szuka pretekstu, to dam mu dwa. Pierwszym jest odcinek z powracającym Wynnem. Nie jest to jakieś scenariuszowe złoto, ale udało się pokazać, że Wynn dojrzał i potrafi stanowić trzon odcinka, nawet jeśli mamy powtórkę z rozrywki w postaci Toymana i jego dziedzictwa.

Drugim powodem jest Jon Cryer i Lex Luthor w jego wykonaniu. Tutaj przeszedł od fajnej interpretacji do pełnoprawnego Luthora. Fakt, wizualnie nie będzie tak  zastraszający jak choćby wersja z komiksu Briana Azzarello, ale jak tylko otworzy gębę i omówi swój plan, nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z Lexem.

Niestety, jeden odcinek i nierówna ilość czasu ekranowego dla Lexa mogą nie wystarczyć, by zatrzymać widza przy ekranie. Już pal licho forsowanie poglądów, czy ogólnie pojętą płytkość. Jeśli serial o trykociarzach nie potrafi bawić komiksowym klimatem albo rozpierduchą, a tylko napina moralizatorskie mięśnie, to jego autorom pomerdały się chyba gatunki i to, czemu mają służyć. Przy całej mojej sympatii do Jona Cryera i jego kreacji są to tylko ochłapy na tle całości. Moja ocena: 1+.

niedziela, 30 czerwca 2019

The Flash (2014) – Season 5

Sezon zaczyna się dokładnie w momencie, w którym poprzedni się skończył. Nie ma żadnego przeskoku typu: pół roku później. W poprzednim sezonie od czasu do czasu pojawiała się tajemnicza dziewczyna. Tutaj od razu dowiadujemy się, że jest nią Nora West-Allen, córka Barry’ego i Iris z przyszłości, a także speedster o pseudonimie XS. Tym samym obsada znowu rośnie.

Nie wiem, co jest dziwniejsze w tym sezonie. Fakt, że motyw przewodni stanowi dokładne przeciwieństwo siódmego sezonu Arrow (w Arrow osoba z zewnątrz stara się rozbić rodzinę/dziedzictwo, we Flashu osoba z zewnątrz stara się utrzymać to w kupie), czy to że panuje tu taki sam bałagan.

Mniej więcej połowa odcinków nadaje się do oglądania. Przypominają klimat sezonów jeden i dwa, tylko trochę bardziej stonowany (z nielicznymi wyjątkami, które właśnie są tymi najlepszymi). Pozostałe odcinki to straszenie nowym łotrem – Cicadą, który cierpi na ten sam syndrom przepakowania, co Thinker, z tą różnicą, że zamiast kombinować, ten ma przypadkowo potężny gadżet do dyspozycji. Mało tego (tutaj rzucę spoilerem), gdy widz ma wrażenie, że ekipie udało się załatwić problem wcześniej, niż ustawa przewiduje, okazuje się, że w linii czasu jest kolejna osoba z tymi samymi możliwościami i trudniej ją pokonać… Yay? Poza tym, gdy robi się wielkie halo z powodu powrotu Reverse Flasha, kolejnego Wellsa oraz pojawienia się Godspeeda, a potem wszystko słabo wykorzystuje, ciężko się nie zdenerwować. Kiczowate perełki pokroju nawalanki między Groddem i King Sharkiem to za mało.

Wracając do bałaganu. Barry pozostaje hipokrytą w kwestii podróży w czasie. Non-stop przypomina Norze, że to jest be, bo przecież o Flashpoincie rzadko się już wspomina. Iris i Barry wreszcie wracają do swoich zawodów, ale nie są nawet w połowie tak wydajni w tym, jak Ralph w swojej działce. Ba, w ogóle wszystko, co nie dotyczy głównych bohaterów jest lepiej zrealizowane, nawet wątek z poszukiwaniem ojca Caitlin. Największa wtopa to jednak szkolenie XS, które wygląda, jakby było pisane z myślą o Kid Flashu, ale ten przecież siedzi w Tybecie i pomimo tego, że mógłby się przydać, nikt po niego nie dzwoni (ba, w piątym odcinku Iris twierdzi, że nie ma po kogo…). A dlaczego akurat to jest słabe? Bo zakończenie sezonu sprawia, że cały ten wysiłek można rozbić o kant tyłka. Na deser zostaje eksploatowany znany choćby z X-Men: The Last Stand wątek lekarstwa na meta umiejętności oraz to, że aktor grający Cisco podobno odchodzi z serialu, a aktorka odpowiedzialna za Caitlin rozważa to samo.

Jeśli więc macie cierpliwość, by wyłapać te przyjemnie kiczowate odcinki, piąty sezon zasługuje na 3-. Jeśli nie macie cierpliwości (co jest bardziej prawdopodobnym wariantem), to sezon jest tak samo słaby jak siódmy Arrow.

niedziela, 21 kwietnia 2019

Agents of S.H.I.E.L.D. – Season 5

Gdzież to agenci jeszcze nie byli? No chyba tylko w kosmosie. Ty to notujesz? Nie, czekaj!

Tak jest, piąty sezon otwiera kombinacja earworma, jakim jest This Must be the Place (Naive Melody) zespołu Talking Heads, oraz szybkie oddelegowanie naszych bohaterów nie tylko w kosmos, ale także w przyszłość, w której nad resztkami ludzkości władzę sprawują pobratymcy Ronana Oskarżyciela – Kree.

Wbrew dość spokojnemu utworowi zawiązanie akcji to trzęsienie ziemi rodem z Hitchcocka. Napięcie również rośnie, ale pada tak w 1/3 sezonu, gdy fabuła przywraca status quo i każe postaciom działać tak, by nie doszło do wydarzeń przedstawionych na początku.

Nie wiem, w którym momencie na dobre zaświeciła się lampka, że może to być ostatni sezon, ale po powrocie do teraźniejszości właśnie tak poprowadzono przebieg wydarzeń. Oprócz próby wpłynięcia na przyszłość powracają postacie i przedmioty, o których widzowie przeważnie zdążyli zapomnieć. Chęć dopięcia wszystkiego na ostatni guzik jest tak wielka, że w fabule sezonu odczuwa się przestoje, a odcinki stylizowane na horror chyba najbardziej cierpią na syndrom zapchajdziury.

Z ciekawostek należy wymienić nawiązanie do już trwającej inwazji Thanosa oraz powrót programu Deathlok.

Gdyby na tym etapie zakończono emisję, może miałbym więcej wyrozumiałości, ale mając świadomość, że będzie ciąg dalszy, ciężko mi się na nią zdobyć, zwłaszcza po bombie, jaką był dla mnie czwarty sezon. Moja ocena: 3+, zaniżona przede wszystkim przez ślamazarne tempo 2/3 tego sezonu.

niedziela, 23 grudnia 2018

Arrow – Season 5

Po naprawdę słabym czwartym sezonie miałem cichą nadzieję, iż seria odbije się od dna. Niestety, pomimo tego, że dużo się w niej dzieje, nie udało się. A może nie udało się, bo właśnie dzieje się za dużo?

Głównym przeciwnikiem w sezonie jest Prometheus, człowiek, który uważa, że Oliver jest hipokrytą ukrywającym swoją naturę mordercy. Adwersarz zrobi wszystko, by udowodnić swoją teorię.

O ile do założenia fabularnego, projektu przeciwnika (kostium jak kostium, ale motyw muzyczny jest całkiem fajny) i zagadki, jaką wokół niego stworzono, nie mogę się przyczepić, o tyle do realizacji już tak.

Liczba postaci ponownie wzrasta, Felicity jest jeszcze bardziej nie do zniesienia, a że jedną z broni Prometeusza jest powodowanie niesnasek, kłótni jest tyle samo, co walk. Zresztą sam Prometeusz też jest męczący. To jedna z tych osób, która ma wiecznie wszystko dopięte tak bardzo na ostatni guzik, że nawet dowolna wtopa po drodze zdaje się być zaplanowana. Trwa to do ostatnich sekund sezonu, co do których miałem nadzieję, iż przetrzebią menażerię, bo z powodu obecności wielu osób wyglądało to trochę, jakby planowano gruntowną przebudowę serii, albo jej koniec. Niestety, tu nastąpił kolejny zawód.

Warto odnotować, iż jest to ostatni rok wspominek Olivera z okresu, gdy rzekomo był na wyspie. Flashbacki są ponownie dłuższe, niż sezon temu, a ich głównym atutem jest dla mnie obecność Kovara granego przez Dolpha Lundgrena.

Z kolei dziwną rzeczą jest wątek romantyczny. We Flashu autorzy mają parcie na trzymanie się komiksowej wersji: Barry musi być z Iris West. Natomiast tutaj pomimo obecności nowej Dinah Drake / Black Canary, Olliego cały czas ciągnie do Felicity.

Na pocieszenie dostałem kilka minut obecności Deathstroke’a, ale sezon jako całość męczy zamiast relaksować. Moja ocena: 2+.

sobota, 11 grudnia 2010

Nadrabianie zaległości

W ciągu ostatniego miesiąca World of Warcraft zajął większość mojego wolnego czasu (i nadal zajmuje), stąd też brak wpisów, choć nie brakowało oglądania/czytania/grania itd. W tym wpisie krótko o rzeczach, które czekały na swoją kolej.


Harry Potter and  the Deathly Hallows part 1

Swoją znajomość z książkowym oryginałem zakończyłem na pierwszym tomie, którego nie doczytałem do końca. Zwyczajnie nie podobał mi się, więc nie sięgałem po kolejne. Z kolei filmy obejrzałem wszystkie. Seria miała swoje wzloty i upadki, ale jako całość prezentuje się naprawdę okazale.

Ostatnią opowieść o młodym czarodzieju postanowiono podzielić na 2 części. A jak się prezentuje ten film na tle pozostałych? Cóż, oglądało mi się go lepiej niż poprzedni, ale z kolei nie tak dobrze jak wcześniejsze.

Insygnia posiadają naprawdę mroczną atmosferę, a to co się dzieje w świecie magii przypomina wręcz holokaust. Aktorzy dobrze odgrywają swoje role, choć wielu z nich sprawia wrażenie rzemieślników, nie artystów. Inna sprawa, że tym razem czas poświęcony poszczególnym postaciom jest tak nierówny, że trudno rozwinąć skrzydła w przeciągu kilku minut.

Pod względem muzyki oraz efektów film prezentuje się dobrze, ale dla nich samych nie warto wybierać się na seans. W moim mniemaniu najsłabszym elementem jest niestety główna oś fabuły – poszukiwanie tytułowych insygniów. Film trwa 2 godziny i 20 minut, z czego większość to podróże od punktu A do B. Wędrówka, gadka, wędrówka, gadka i tak w kółko. Wlecze się to niemiłosiernie, a rozkręca w momencie, gdy film ma się ku końcowi.

Miłośnikom Pottera i spółki nie trzeba filmu rekomendować, bo i tak go zobaczą. Jeśli kogoś zniechęciła tylko poprzednia część, tej powinien dać szansę, choć nie powinien spodziewać się cudów. Natomiast jeśli ktoś darował sobie dużo wcześniej, to ten film nastawienia do serii nie zmieni.

Scrubs

Ta nazwa przewija się chyba na każdym forum poświęconemu serialom, najczęściej przy okazji licytowania się o to, która z medycznych serii jest najlepsza. W moim prywatnym rankingu najlepszym był House M.D. Słowo klucz: był, dopóki nie obejrzałem Scrubs (9 sezonów).

Dlaczego przedłożyłem 20-minutowy sitcom nad wujka ciętą ripostę? Może dlatego, że powoli przejada mi się formuła serialu, a może też dlatego, że brak już jakiejś cechy osobowości Grega czyniącej go tym kolesiem, dla którego oglądało się serial. Innym powodem jest humor prezentowany w Scrubs. Jest dużo luźniejszy oraz dużo bardziej przystępny. Nie ma tu jednej postaci, wokół której koncentruje się akcja. Co prawda większość opowieści jest widziana z perspektywy J.D. – początkującego lekarza, ale to nie znaczy, że inne postacie są tylko tłem.

Obok postaci i poczucia humoru największą zaletą Scrubs jest balans między tym, co zabawne, a tym, co zbliża serial do rzeczywistości/codzienności.

Jeśli zaś idzie o wady, to do głowy przychodzą mi tylko dwie. Po pierwsze: główny bohater. Ogólnie to da się go lubić, ale czasem zachowuje się jak totalna pierdoła i jedyne, co chce się zrobić, to strzelić go w pysk. Do tego irytujące są jego huśtawki uczuciowe, przez co parę wątków powtarza się. To jest ta mniejsza wada, zupełnie do przełknięcia. Drugą, która potrafi zaważyć na tym, ile z tego serialu wypadałoby obejrzeć, jest dziewiąty sezon. Technicznie rzecz biorąc Hoży Doktorzy (polski tytuł) skończyli się na ósmym sezonie. Ostatni odcinek był naprawdę dobry i dobitnie podkreślał, że to już pożegnanie. Nie wiem, kto na kim wymógł powstanie dziewiątej serii, ale był to błąd. Ze starych postaci tylko kilka przewija się, a i to w większości gościnnie. Nowi bohaterowie już nie potrafią sprzedać formuły, która bawiła wcześniej, ani przekonać do siebie jako postaci.

8 sezonów Scrubs polecam z czystym sumieniem miłośnikom sitcomów, seriali medycznych oraz obyczajowych. Humor, jak to określił mój przyjaciel, może miejscami wydać się nieco zbyt abstrakcyjny, ale warto dać mu szansę. A co do dziewiątej serii, umówmy się, że nie istnieje.

The Walking Dead - Season 1

Serial, który zapowiadał się na małą rewolucję, jeśli idzie o tematykę telewizyjnej rozrywki. Żywe trupy były do tej pory obecne w grach, komiksach, filmach itd. Pora więc, by zaatakowały także mały ekran.

Pierwszy sezon składa się z sześciu odcinków. Mamy tutaj to, co popularne: niebezpieczny wirus, ludzi zamieniających się w zombie po ugryzieniu przez innego trupa, oraz bohatera, który budzi się ze śpiączki po tym, jak katastrofa rozprzestrzeniła się na dobre. Po wydostaniu się ze szpitala próbuje on przetrwać oraz dowiedzieć się, co się stało z jego rodziną.

Od strony wizualnej temu serialowi nie można nic zarzucić, jest rewelacyjny. Atmosferę, jaką to kreuje ciężko wyrazić słowami, ale gdyby w rzeczywistości wydarzyło się coś podobnego, wyglądałoby to właśnie jak w tym serialu.

Muzyka nieźle podkreśla ową atmosferę, ciąg wydarzeń jest jak najbardziej spójny i wszystko byłoby pięknie... gdyby nie to, że się wlecze, noga za nogą, jak w tytule. To chyba pierwszy raz, jak produkcja o zombie jest tak mało dynamiczna.

Jeśli ktoś lubi takie kino, powinien obejrzeć The Walking Dead, gdyż jest to solidnie wykonany projekt, choć solidnie w tym wypadku oznacza: spełniający normy, ale nie wykraczający poza nie. Nie oceniam serii jako adaptacji komiksu, gdyż go nie czytałem. To już czytelnicy będą musieli zrobić sami we własnym zakresie.