niedziela, 4 października 2026

Reacher - Season 4

Jest Reacher, jest afera. Tylko o ile w poprzednich odsłonach Jack działał na zlecenie lub miał jakąś osobistą stawkę, tutaj wkręca się całkowicie przypadkowo… ale jak już wdepnie, to po uszy.

Dwie rzeczy, które rzucają mi się tutaj w oczy, to fakt, że śledztwa i zamotania jest tutaj więcej niż poprzednio, oraz to że Reacher częściej dostaje łomot. To pierwsze to ogromna zaleta, bo atmosfera wisząca nad postaciami jest naprawdę gęsta, stawki wysokie, a wygrana nie tak czysta. Przy czym jedyny poważny zwrot akcji jest mniej więcej w połowie sezonu i tym razem nie było tu niczego, co odciągnęłoby moją uwagę od niego.

Niestety ta druga rzecz trochę mnie irytowała. Nie mieliśmy tutaj gigantycznych twardzieli, szwadronów śmierci ani nawet lokalnego osiłka, którzy mieli zastraszać choćby wizualnie, a mimo to co chwila ktoś Jacka nokautował… przynajmniej w pierwszej połowie sezonu. Dlaczego to takie irytujące? Znowu z dwóch powodów. Po pierwsze Reacher zawsze jawił mi się jako siła natury, taki rozpędzony tytan nie do zdarcia. Po drugie w finale jatka jest tak krwawa, brutalna, iż każdy normalny człowiek powinien przekręcić się tam kilka, jak nie kilkanaście razy… ale nie Reacher. Stanowi to bardzo dziwny kontrast z pierwszą połową sezonu. Zupełnie jakby ktoś przypomniał sobie po drodze, o jakiej postaci opowiada serial. Nie wiem, może przesadzam, ale jakoś wyjątkowo niekonsekwentnie prowadzono ten sezon.

Tak naprawdę to mój jedyny zarzut. Może niektórym nie odpowiada oglądanie w kółko, jak ktoś jest niezniszczalny, ale mi to odpowiada. Zwłaszcza, że intryga była zgrabna, postacie poboczne miały co robić i przez większość czasu nie było poczucia, że ktoś jest na doczepkę (może dziennikarz trochę na początku, potem było w porządku). Końcówka trochę się dłużyła, gdy próbowano powstrzymać „prezentację” głównego McGuffina sezonu. Ogólnie dobrze mi się oglądało, ale słabiej niż poprzednio. Mimo to nie czuję się zniechęcony. Czekam na kolejne sezony. Moja ocena: 4+.

niedziela, 27 września 2026

Spider-Man: Brand New Day

No Way Home był dla mnie filmem bardzo dobrym nawet ze swoimi wtopami. Fakt, na szczycie pozostaje Spider-Man 2 Raimiego, ale NWH jest dla mnie numerem dwa. Bardzo cieszyło mnie jego zakończenie, gdyż a) była szansa na pozbycie się MJ, której nie trawię, b) zapowiadał się bardziej przyziemny klimat w następcy. Cóż… połowicznie się sprawdziło.

Film otwiera sekwencja z pojedynkami z różnymi mniej lub bardziej znanymi przeciwnikami Pająka. Taka adaptacja komiksowych okładek. Między poprzednim filmem a obecnym mija kilka lat. Przyjaciele Petera dostali się do MIT, ukończyli ją i prowadzą swoje życie nieświadomi istnienia Parkera. Natomiast Spidey dalej bohaterzy, pomaga policji, wpada na trop większej sprawy i ciągle nie może przeboleć MJ.

Nie będę zdradzał wszystkich szczegółów fabuły, bo kwestię tożsamości jednej z postaci trzymano w tajemnicy nie bez powodu. Na plus policzę bardzo osobisty wątek Petera: jego zastanawianie się nad sensem wszystkiego z powodu kompletnie rozwalonego życia prywatnego, dualizm człowieka i pająka, powstrzymywanie się przed korzystaniem z pełni swoich zdolności, relacja z Frankiem (pięknie się uzupełniają). Kolejny: obecność Hulka i cały wątek stanowiący zalążek do wprowadzenia mutantów Jednak największą gwiazdą całego widowiska są sceny bujania się na sieci tak po mieście, jak i w trakcie walk. Bez gadania są to najlepiej nakręcone sceny w dowolnej produkcji o Pająku. Podejrzewam, że na autorów mogła mieć wpływ gra studia Insomniac, która ten element zrealizowała równie widowiskowo.

Średnie pomysły to próba przywrócenia Neda i MJ. Tak jakby autorzy nie mieli jaj, by zapomnieć o nich na dobre. Wynikła z tego jedna przyzwoita rzecz, mianowicie poważna rozmowa MJ z Peterem na temat tego, że ona w tym wydaniu nic do niego nie czuje. Podobny zabieg pojawił się, gdy swego czasu Quill rzucił się ściskać młodszą wersję Gamory.

Największą bzdurą jest antagonistka grana przez Sadie Sink. Po pierwsze, ta postać nie miała prawa się tak zachować jako ona. Gdyby to była kwestia Phoenix Force, pewnie. Najgorsze jest to, że po drodze przyczynia się do śmierci niewinnych osób, a Peter próbuje jej bronić twierdząc, iż nie jest morderczynią. Inna sprawa, że sama postać wybiera najgłupsze możliwe momenty, by zaatakować swój główny cel. Dosłownie tak durne, że gdyby pomyślała odrobinę, to tego filmu w ogóle by nie było.

Bardzo słabym pomysłem jest też apka śledząca ruchy Spider-Mana. Jeśli jest ogólnie dostępna, każdy bandzior powinien ją mieć choćby po to, by wiedzieć, kiedy brać nogi za pas.

Mimo wszystko bawiłem się dobrze, a za powrót do bardziej przyziemnego klimatu należą się ogromne brawa. Spider-Man: Brand New Day to solidna pozycja dla wszystkich fanów Pająka. Moja ocena: 4+.

niedziela, 13 września 2026

Masters of the Universe (2026)

Gdybym miał wymienić ulubione kreskówki z dzieciństwa, numer jeden to Transformers, numer dwa to Biker Mice from Mars i numer trzy to ex aequo Teenage Mutant Ninja Turtles i właśnie He-Man. Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem franczyzy, ale widziałem tyle odcinków oryginalnej serii, ile się dało w Polsce w latach ‘90. Obejrzałem większość odcinków The New Adventures of He-Man oraz tak z połowę sezonu wersji z 2002 roku. Filmu z Lundgrenem nie oglądałem do tej pory, a Netflixowe odsłony He-Mana zwyczajnie olałem. Biorąc pod uwagę te ostatnie, współczesne trendy w kinie oraz scenę w zwiastunie z wykorzystaniem zaimków, co do której nie było wiadomo, czy jest na poważnie, nie miałem wielkich nadziei. Nie pomógł też schemat z Adamem trafiającym na Ziemię (znowu…).

Na moje szczęście wszystkie obawy poszły w diabły, jak tylko film się zaczął. Fakt, fragment z Adamem szukającym miecza na Ziemi jest żenujący, ale to naprawdę niewielki wycinek filmu. Gdybym miał porównać ten film do czegoś, to byłby to Flash Gordon. Od samego początku widać wyraźne inspiracje, włącznie z rockową oprawą, w której uczestniczy nie kto inny, jak Brian May.

Jeśli chodzi o samą historię, to nie jest to dorosły Adam powstrzymujący Szkieletora i jego przydupasów. Nie, tutaj czaszkowy podbił Eternię, gdy książę był dzieckiem. Adama wysłano na Ziemię, by go chronić i kiedyś tam miał wrócić. No z tym powrotem to tak nie do końca wyszło, lecz ostatecznie Teela ściągnęła go z powrotem. Od tej pory Adam zaczyna ćwiczyć, zbierać sojuszników, wszystko, by pokonać Szkieletora i spółkę.

Całościowo Masters of the Universe to kino przygodowe, fantasy i podszyte ogromną ilością nostalgii oraz fanservice (scena w napisach jest porównywalna do tego, co zaserwował pierwszy Sonic). Jest sporo świetnych scenek żartujących sobie z ksywek postaci. Są nawiązania do klasycznych kostiumów, He-Man jest obrzydliwie dobry, a Szkieletor podły i złośliwy. Wizualnie postacie oddają klimat swoich oryginałów, czasami z drobnymi modernizacjami, ale najważniejsze jest to, iż nie wstydzą się swoich korzeni. Nawet podśmiechujki nie są poniżające, tylko tworzone w myśl zasady, że dobra parodia powstaje, gdy kochasz materiał źródłowy.

Rzeczy, do których się przyczepię (oprócz wspomnianego żenującego epizodu na Ziemi), to banały. Już pal licho zmiany płci czy koloru skóry. Zastanawia mnie brak Orko w trakcie filmu. Nie ma absolutnie żadnego wyjaśnienia na to, ale sam Orko ni z tego, ni z owego jest narratorem finału i nawet go widać przez moment. Jakieś to niekonsekwentne... Kolejna rzecz – Szkieletor. Myślałem, że obecność Jareda Leto zrobi z niego tak nietrafionego złola jak jego Joker, ale nie. Nie dość, że facet jest zabawny, to wszystkie jego dyrdymał pasują do reszty dialogów. Jedyny problem z nim to głos, który bardziej przypomina Bane’a z The Dark Knight Rises niż oryginał, a szkoda. Te konkretne dialogi, gdyby były mówione po staremu, byłyby złotem.

Masters of the Universe to bardzo przyjemna podróż w przeszłość dla fanów serii oraz kino przygodowe fantasy dla wszystkich pozostałych. Na tyle dobra, by czekać na sequel. Moja ocena: 4.