niedziela, 15 marca 2026

Slasher: Ripper

Po świetnym sezonie czwartym, w piąty wpadłem z impetem… I przyrżnąłem w ścianę. Początkowe założenia wyglądają na coś pomiędzy historią Kuby Rozpruwacza, a Vidocq. Jest grupa ludzi, która dopuściła się zbrodni 12 lat wcześniej, a teraz duch z lokalnego folkloru postanawia się na nich zemścić.

Największym problemem tego sezonu jest jego czas akcji. Jeśli ktoś oczekuje, iż epoka zostanie odwzorowana w realistyczny sposób, może sobie od razu darować seans. Jest to niestety ten durny trend wciskania współczesnej reprezentacji, która w tamtych czasach nie miałaby racji bytu. Ale jeśli potraktować to jako alternatywną rzeczywistość, to czy Ripper jest w stanie wybronić się całą resztą? Niestety nie.

Na plus policzę sceny morderstw, tortur i gore. Te nadal trzymają poziom, zaś morderca przypomina bardziej ogarniętego Ghostface’a. Intryga jest… ok, ale jeśli ktoś po prostu potrafi liczyć, odgadnie tożsamość mordercy stosunkowo szybko. Zresztą strzelając na ślepo szanse są niewiele mniejsze. Śledztwo jednego z bohaterów ma kilka jasnych punktów, a zakończenie stosuje pewien zwrot przywodzący na myśl jedną z powieści Agathy Christie. No i aktorzy są całkiem przyzwoici, grając kompletnych skurwysynów.

Pierwszą składową, która kompletnie położyła ten sezon, jest tempo. Pierwsza połowa tak nieudolnie prezentuje informacje, tak bardzo się wlecze, że autentycznie ma się ochotę przerwać. Zwłaszcza jeśli już zdążyliście wytypować sprawcę.

Drugą składową… jest ponownie tempo, ale zepsute w inny sposób (to już naprawdę sztuka, by rozwalić coś na dwa różne sposoby). Zaraz po połowie informacje pojawiają się lawinowo, wątki zamykają się jeden po drugim. Nie ma wątpliwości, kto ma zejść, dlaczego itd. Pozostaje czekanie. Dwa ostatnie odcinki zawierają tak długie przerwy między zabójstwami, jakby komuś skończyły się pomysły, ale nadal musiał zapełnić opłaconą liczbę odcinków. Dawno nie odczułem takiej ulgi, że to koniec, jak przy tym sezonie.

Ripper ma swoje momenty i potrafi błysnąć, ale całościowo jest to najsłabszy z sezonów. Umieszczenie akcji w innym okresie historycznym zapewne miało dostarczyć różnorodności, a okazało się najbardziej naciągną warstwą. Tempo rozwarstwione, a akcja sprawia wrażenie posiadania zapchajdziury. Podobno ma być sezon szósty, który wraca do współczesności. Pewnie z czasem obejrzę, a Ripper dostaje ode mnie: 3+.

wtorek, 3 marca 2026

Return to Silent Hill

W całym moim życiu są póki co trzy gry, którym daję ocenę 6 bez względu na ich wady. Jest to Planescape: Torment, Final Fantasy 7 i Silent Hill 2. Ten ostatni oprócz fenomenalnej historii stanowi dla mnie podręcznikowy przykład tego, jak robić dobre horrory. Jest to gra w moich oczach tak dobra, że remake może jej co najwyżej buty czyścić. Gdy ogłoszono kolejną odsłonę filmowego Silent Hill, dodano, że reżyser pierwszego filmu wraca na pokład, a historia ma się kręcić wokół mojego ukochanego tytułu, miałem nadzieję, iż obejrzę widowisko na co najmniej takim poziomie, jak film z 2006. Wiecie co? Dawno nie czułem się tak zawiedziony, wkurzony i sponiewierany przez machinę zwaną Hollywood.

Nie mijają 4 minuty filmu, a wszystko jest źle. Słoneczko świeci, James jest w zajebistym humorze. Spotyka Mary, która ucieka z miasteczka, ale chyba jednak musi tam wrócić, zaś Sunderland pyta, jak ono się nazywa. I tu widzimy przepiękną, skąpaną w słońcu panoramę uroczego Silent Hill… Jeśli ktoś nie grał w grę, może nie wie, dlaczego już tutaj ciśnienie skoczyło mi tak, że i brane leki nie pomagają. Odniosę się do może trochę bardziej znanych produkcji. To tak jakby filmowego Kruka lub Władcę pierścieni zrobić na nowo, ale znane z nich monologi rozpoczynające seans dać na tle Szybkich i wściekłych i twierdzić, że to jest to samo. No ale przecież potem okazuje się, że to sen! Wspomnienie! Czy coś tam. Nie, to nadal niczego nie poprawia. Nawet listu z gry nie potrafili przepisać, stworzyli swoją wersję, która przy oryginale brzmi miałko.

Tu przyznam jedno. Przez cały film przewija się sporo sekwencji, wyglądających na przeniesione żywcem z gry, np. James przeglądający się w lustrze, charakterystyczne ujęcie w kiblu z pisuarami na pierwszym planie lub niektóre późniejsze z eksploracji miasteczka. Szkoda tylko, że tutaj są to zabiegi stricte kosmetyczne. Dalej jest gorzej.

Return to Silent Hill wygląda tak, jakby autorzy w ogóle nie zrozumieli gry. Na siłę próbują powiązać go z pierwszym filmem za pomocą podobnych scen straszenia robalami oraz motywem ze złożami płonącymi pod miastem. Po co? Nie wiem. Tutaj nie ma to sensu. W grze każdy potwór coś symbolizował, zwłaszcza, gdy brał udział w przerywniku. Return rozwala ten zamysł na dwa sposoby. Pomimo kategorii wiekowej R, nie potrafi skorzystać z jej możliwości. Przykład numer jeden: scena z Piramidogłowym i manekinami. W grze budzi ona co najmniej odpychające skojarzenia, bo taki był zamysł. W filmie najpierw zmieniono manekina na bardzo przesadzoną wersję (serio, jak zobaczycie ten tyłek CGI, padniecie z zażenowania) i ułożono w taki sposób, że w przeciwieństwie do gry, gdzie ta scena mimo paskudnego wydźwięku ma kilka interpretacji, tutaj nie ma wątpliwości do czego ma dojść… i nie dochodzi, bo autorzy rozwiązują ją w iście slasherowy sposób.

Przykładem numer dwa jest dokładnie następna scena, gdy James jest w stanie spojrzeć w oczy… Piramidogłowemu… Nie trzeba geniusza, bo skojarzyć, czyje to oczy. Sęk w tym, że w grze oprawca pojawiał się jako manifestacja psyche Jamesa i zawsze był czynnikiem zewnętrznym. W filmie w pewnym momencie jest przedłużeniem woli Jamesa. Tak, w rezultacie James kontroluje to, co ma się wydarzyć. Przykro mi, ale rzucając sucharem, jest to piramidalna bzdura.

To samo dotyczy postaci i przebiegu fabuły. James mieszkający w Silent Hill? Mary będąca częścią kultu i dlatego umierająca? W grze to było proste: Mary jest chora, kropka. Niepotrzebny żaden inny zewnętrzny powód komplikujący sprawę, bo choroba to tylko punkt wyjściowy, reszta to James i jego myśli. Postacie Eddiego i Laury kompletnie zarżnięto. Przy czym tej drugiej dostaje się bardziej, bo wymawia kwestie z gry, ale w zestawieniu z interpretacją postaci w filmie nie uderzają one z taką samą mocą. Angela ma częściowy materiał z gry, lecz tylko te najbardziej oczywiste fragmenty, ledwo dotykając traumy postaci. A Maria... brak mi słów, jak bardzo odarto tę postać z subtelności, z dialogów podszytych czymś złowieszczym. Połowa tego wynikała z faktu, iż w trakcie akcji gry Maria znikała i wracała. Tutaj tego nie ma, a zakończenie jej wątku jest co najmniej frustrujące.

Dochodzi do tego zakończenie samego filmu. Jest w nim sekwencja z gry, jeden wariant, który na moment przywrócił moją wiarę, że jak na tym zakończą seans, to przynajmniej będą mieli jaja. Takiego wała! Zaraz po nim następuje powtórka z otwarcia. Nie obchodzi mnie, czy to majaki umierającego umysłu, czy może faktycznie doszło do cofnięcia czasu. Niech ich szlag trafi.

Był taki czas, gdy grałem w Silent Hill 2 co najmniej raz w roku. Nie potrafię podkreślić, jak wielkie ta gra ma dla mnie znaczenie. Nie potrafię też opisać, jak bardzo wściekły jestem na Return, bo dalej już są tylko bluzgi, podniesione ciśnienie i chęć wyładowania się fizycznie. Myślałem, że Revelation nie rozumie materiału źródłowego. Myliłem się. Moja ocena: 1. Rozważałem dodanie plusa za odwzorowanie niektórych scen z gry, ale doszedłem do wniosku, że to tylko kalkowanie najprostszych fragmentów i nie należy się.

niedziela, 1 lutego 2026

The Room 4: Old Sins

Poprzednie trzy gry stanowiły zamkniętą całość. Część czwarta pomimo numeru w tytule to bardziej spin-off dotyczący innych ludzi, choć parających się podobnymi sprawami. Historia dotyczy tajemniczego zniknięcia pewnego naukowca i jego żony oraz poszukiwań jeszcze bardziej tajemniczego artefaktu. Wszystko wskazuje na to, że rozwiązanie zagadki może kryć się na strychu ich domu, ukryte w dziwacznym domku dla lalek.

W trakcie gry odniosłem wrażenie, iż po szaleństwach trzeciej części autorzy postanowili cofnąć się niemal do korzeni. Do dyspozycji mamy strych (choć to za dużo powiedziane, bo w nim samym niewiele jest do roboty) oraz poszczególne pokoje domku dla lalek, do których dostaniemy się dzięki znanemu nam monoklowi ze specjalnym szkłem. Dalej to już standard: tu wstaw jakiś klocek, tam coś przesuń, rozwiąż łamigłówkę i zbierz przedmiot potrzebny na zewnątrz domku lub w następnym pomieszczeniu.

Gdybym miał się czegoś czepić, ale dosłownie czepić, to wspomniałbym o ilości postawionych przed nami zadań. Niektóre pomieszczenia lub obiekty (zwłaszcza co bardziej pokręcone meble) wyglądają, jakby mogły zawierać więcej zagadek. Po co? Bo wiele z nich w zasadzie nie stanowi wyzwania. Na pierwszy rzut oka widać, co i gdzie trzeba przestawić, by coś otworzyć. Nie ma nawet szukania przełączników ukrytych w dziwnych miejscach. Z drugiej strony takie podejście bardziej relaksuje i nie wystawia cierpliwości gracza na próbę.

Jeśli ktoś miał frajdę z poprzednich części, Old Sins go nie zawiedzie za bardzo. To więcej tego samego. Atmosfera gęstnieje z każdym rozwiązanym pokojem, grafika i udźwiękowienie są odpowiednio klimaciarskie. Niby można grać w The Room 4 w oderwaniu od pozostałych gier, lecz jest tam kilka informacji, które mogą spoilować poprzedników lub wywołać lekkie zamieszanie. Owszem, TH4 jest przyzwoitą wizytówką serii, może miejscami wtórną. Jeśli jednak chcielibyście sprawdzić, o co chodzi, to już lepiej zacząć od pierwszej gry. Moja ocena: 4-.