niedziela, 9 sierpnia 2026

The Punisher: One Last Kill

Ten wpis może okazać się rekordowo krótki… W zasadzie odwalony pro forma. Dlaczego? Bo z One Last Kill robiono nie wiadomo jakie wydarzenie, podczas gdy w rzeczywistości jest to odcinek serialu tylko bez dalszego ciągu.

Skąd to skojarzenie? Serial z 2017 miał dokładnie taki sam początek. Frank po raz kolejny jest na „emeryturze” i zmaga się ze swoimi demonami. Stara się ignorować otoczenie i nie zwracać na siebie uwagi, ale zawsze znajdzie się jakiś matoł, który zaburza porządek rzeczy, przez co spuszcza Punishera ze smyczy.

W przypadku One Last Kill pół odcinka jest o Franku, a drugie pół Punisher robi rozróbę. Przyjęło się, iż Punisher w wykonaniu Jona Bernthala nie jest specjalnie wierny komiksom, ale mimo wszystko lubię patrzeć na demolkę w jego wykonaniu. Nie inaczej jest tutaj. Jak już się zacznie, to ogląda się to z uśmiechem na gębie. Problemem jest to, że sumarycznie nie jest to wiele. Mówimy tu o tytule, który trwa może z 48 minut, z czego tylko 50% (może nawet mniej) jest o Franku działającym jako Pogromca. Tyle dobrego, że nadaje się to na krótki seans do kolacji.

Oceniając przez pryzmat akcji z Punisherem można dać 4, ale jako całość jest to raczej 3 i nic, do czego będzie się wracać.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Thunderbolts

Przez naprawdę długi czas byłem fanatykiem MCU. Niezależnie od poziomu produkcji, uwielbiałem każde kiczowate widowisko i sztywny serial. Po Avengers: Endgame coś zaczęło pękać. Dalej oglądałem wszystko spod tego znaku, ale już nie w dniu premiery, mniej chętnie. Aż w końcu zacząłem sobie odpuszczać. Thunderbolts obejrzałem w rok po premierze i z pominięciem kilku seriali. Na moje szczęście te pominięte nie mają wpływu na znajomość czegokolwiek w tym filmie.

O Thunderboltach swego czasu wiedziałem tylko tyle, że taka grupa istnieje. Pierwszy skład, którego perypetie poznałem w polskim wydaniu, zawierał Deadpoola, Punishera, Agenta Venoma, Elektrę i Red Hulka. Nie lada ekipa, nie? A kogo mamy w filmie? Drugą Black Widow, Winter Soldiera, Ghost, Red Guardiana, U.S. Agenta, Taskmastera (no prawie). Nawet nie chodzi już o to, ile z tych postaci kojarzy widz, choć naturalnym jest, że im więcej tym lepiej, lecz o fakt, że wszystkie wpadają do jednej z dwóch kategorii: przerysowanych (Red Guardian) lub nijakich (cała reszta). Tak, piszę to, będąc świadomym bagażu emocjonalno-fabularnego, jaki mają na swoich barkach. Pomimo iż znam go z poprzednich filmów oraz seriali, autorzy Thunderbolts nie byli mnie w stanie przekonać, iż warto zainwestować emocjonalnie w ten skład. Krótko mówiąc, skoro nie obchodzą mnie postacie, co by się nie działo na ekranie, nie będzie mi zależeć.

Na plus policzę, że zagrożenie obecne w filmie nie jest czymś nadciągającym, tylko konsekwencją składowych w samym filmie. Porusza ono także kilka niezłych problemów moralnych i psychologicznych. Szkoda tylko, że rozwiązanie wydaje się być banalne i podane zbyt szybko, ale taki to już urok popkulturowej papki, fabuła musi lecieć do przodu.

Thunderbolts to nie jest najgorsze, co wyszło w MCU. Byłem ciekaw dalszych losów Yeleny, Bucky’ego oraz Walkera, tylko autorzy nie potrafili opowiedzieć ich ciekawie. Cały ten film sprawia wrażenie, że skoro ktoś go zapowiedział, to trzeba go nakręcić i trzymać kciuki, że przynajmniej się zwróci. I dokładnie tak wyszło. Moja ocena: 3+.

niedziela, 26 lipca 2026

Mortal Kombat 2 (2026)

Mortal Kombat z 2021 wynudził mnie jak diabli. Nawet go sobie ostatnio odświeżyłem, bo zastanawiałem się, czy może nie byłem zbyt surowy. Nic z tych rzeczy, to naprawdę co najwyżej średni film. W związku z tym nie miałem zbyt wielkich oczekiwań co do sequela. I wiecie co? To jest mniej więcej taki szok, jak między pierwszym zwiastunem filmowego Sonica, a kolejnymi. Można? Można.

Zacznijmy od tego, że Mortal Kombat 2 to nie jest jakiś wybitny film. To prosta nawalanka czerpiąca garściami z gier. Czy to źle? No chyba tylko, jeśli spodziewaliście się Obywatela Kane’a. Garściami to w zasadzie mało powiedziane. Lepszym określeniem byłoby wiadrami. Począwszy od ekranu z logo twórców, który nawiązuje do otwarcia komputerowego Mortal Kombat 2 z 1993 roku, przez klimaciarskie miejsca pojedynków, po wygładzenie pierdół fabularnych, które były całkowicie zbędne.

Od pierwszych chwil widać też, że ktoś solidnie sypnął kasą. Skala wydarzeń jest większa. Kostiumy bardziej zróżnicowane. Postaci jest więcej (przy czym obecność takich osób jak Quan Chi daje duże pole do popisu na przyszłość), zaś każde odwiedzane miejsce cieszy oko ogromem detali. Do tego dochodzą pojedynki. Nie odczuwa się przestojów między nimi. Natomiast one same są widowiskowe, krwawe i tak mortalowe, że ciężko się przyczepić.

Aktorsko wypadło całkiem nieźle. Tak jak lubię Karla Urbana, tak niespecjalnie cieszyło mnie obsadzenie go w roli Johnny’ego Cage’a. Biję się w pierś, pan Urban nie dość, że dowiózł, to jeszcze jest to jeden z najlepszych występów w filmie (drugim jest Kano). Reszta jest ok, choć obecnego Shang Tsunga nadal uważam za najgorzej zagranego. Dla porównania obejrzałem sobie znowu film z 1995 i to naprawdę niesamowite, jaką robotę odwalał świętej pamięci Cary-Hiroyuki Tagawa. Jednym uśmieszkiem lub spojrzeniem dyktował atmosferę w scenie. Chin Han niezależnie od tego, jak najbardziej podły plan wprowadza w życie (a naprawdę jest on godny tej postaci), jego brak charyzmy kompletnie niweczy efekt końcowy.

Brzmi jak sequel idealny, nie? Ale i tak się poczepiam. Po pierwsze muzyka – niby klasyczny motyw gdzieś tam się przewija, ale nie robi takiej roboty, jak w filmie z 1995. Natomiast reszta utworów wyleciała mi z pamięci, jak tylko seans dobiegł końca. Po drugie – taki trochę false advertising. Zwiastuny obiecują skupienie historii wokół Cage’a, podczas gdy najwięcej czasu poświęcono… Kitanie. Nie mam pretensji o efekt końcowy, tylko o te zapowiedzi. Trzy – wspominałem już o cienkim Shang Tsungu? Ta…

Niemniej jednak Mortal Kombat 2 (2026) stanowi ogromny krok naprzód w stosunku do poprzednika i gdyby nie to, że bierze z niego wiele informacji stricte fabularnych, MK z 2021 można by sobie kompletnie darować. Moja ocena sequela: 4+.