niedziela, 2 sierpnia 2026

Thunderbolts

Przez naprawdę długi czas byłem fanatykiem MCU. Niezależnie od poziomu produkcji, uwielbiałem każde kiczowate widowisko i sztywny serial. Po Avengers: Endgame coś zaczęło pękać. Dalej oglądałem wszystko spod tego znaku, ale już nie w dniu premiery, mniej chętnie. Aż w końcu zacząłem sobie odpuszczać. Thunderbolts obejrzałem w rok po premierze i z pominięciem kilku seriali. Na moje szczęście te pominięte nie mają wpływu na znajomość czegokolwiek w tym filmie.

O Thunderboltach swego czasu wiedziałem tylko tyle, że taka grupa istnieje. Pierwszy skład, którego perypetie poznałem w polskim wydaniu, zawierał Deadpoola, Punishera, Agenta Venoma, Elektrę i Red Hulka. Nie lada ekipa, nie? A kogo mamy w filmie? Drugą Black Widow, Winter Soldiera, Ghost, Red Guardiana, U.S. Agenta, Taskmastera (no prawie). Nawet nie chodzi już o to, ile z tych postaci kojarzy widz, choć naturalnym jest, że im więcej tym lepiej, lecz o fakt, że wszystkie wpadają do jednej z dwóch kategorii: przerysowanych (Red Guardian) lub nijakich (cała reszta). Tak, piszę to, będąc świadomym bagażu emocjonalno-fabularnego, jaki mają na swoich barkach. Pomimo iż znam go z poprzednich filmów oraz seriali, autorzy Thunderbolts nie byli mnie w stanie przekonać, iż warto zainwestować emocjonalnie w ten skład. Krótko mówiąc, skoro nie obchodzą mnie postacie, co by się nie działo na ekranie, nie będzie mi zależeć.

Na plus policzę, że zagrożenie obecne w filmie nie jest czymś nadciągającym, tylko konsekwencją składowych w samym filmie. Porusza ono także kilka niezłych problemów moralnych i psychologicznych. Szkoda tylko, że rozwiązanie wydaje się być banalne i podane zbyt szybko, ale taki to już urok popkulturowej papki, fabuła musi lecieć do przodu.

Thunderbolts to nie jest najgorsze, co wyszło w MCU. Byłem ciekaw dalszych losów Yeleny, Bucky’ego oraz Walkera, tylko autorzy nie potrafili opowiedzieć ich ciekawie. Cały ten film sprawia wrażenie, że skoro ktoś go zapowiedział, to trzeba go nakręcić i trzymać kciuki, że przynajmniej się zwróci. I dokładnie tak wyszło. Moja ocena: 3+.

niedziela, 26 lipca 2026

Mortal Kombat 2 (2026)

Mortal Kombat z 2021 wynudził mnie jak diabli. Nawet go sobie ostatnio odświeżyłem, bo zastanawiałem się, czy może nie byłem zbyt surowy. Nic z tych rzeczy, to naprawdę co najwyżej średni film. W związku z tym nie miałem zbyt wielkich oczekiwań co do sequela. I wiecie co? To jest mniej więcej taki szok, jak między pierwszym zwiastunem filmowego Sonica, a kolejnymi. Można? Można.

Zacznijmy od tego, że Mortal Kombat 2 to nie jest jakiś wybitny film. To prosta nawalanka czerpiąca garściami z gier. Czy to źle? No chyba tylko, jeśli spodziewaliście się Obywatela Kane’a. Garściami to w zasadzie mało powiedziane. Lepszym określeniem byłoby wiadrami. Począwszy od ekranu z logo twórców, który nawiązuje do otwarcia komputerowego Mortal Kombat 2 z 1993 roku, przez klimaciarskie miejsca pojedynków, po wygładzenie pierdół fabularnych, które były całkowicie zbędne.

Od pierwszych chwil widać też, że ktoś solidnie sypnął kasą. Skala wydarzeń jest większa. Kostiumy bardziej zróżnicowane. Postaci jest więcej (przy czym obecność takich osób jak Quan Chi daje duże pole do popisu na przyszłość), zaś każde odwiedzane miejsce cieszy oko ogromem detali. Do tego dochodzą pojedynki. Nie odczuwa się przestojów między nimi. Natomiast one same są widowiskowe, krwawe i tak mortalowe, że ciężko się przyczepić.

Aktorsko wypadło całkiem nieźle. Tak jak lubię Karla Urbana, tak niespecjalnie cieszyło mnie obsadzenie go w roli Johnny’ego Cage’a. Biję się w pierś, pan Urban nie dość, że dowiózł, to jeszcze jest to jeden z najlepszych występów w filmie (drugim jest Kano). Reszta jest ok, choć obecnego Shang Tsunga nadal uważam za najgorzej zagranego. Dla porównania obejrzałem sobie znowu film z 1995 i to naprawdę niesamowite, jaką robotę odwalał świętej pamięci Cary-Hiroyuki Tagawa. Jednym uśmieszkiem lub spojrzeniem dyktował atmosferę w scenie. Chin Han niezależnie od tego, jak najbardziej podły plan wprowadza w życie (a naprawdę jest on godny tej postaci), jego brak charyzmy kompletnie niweczy efekt końcowy.

Brzmi jak sequel idealny, nie? Ale i tak się poczepiam. Po pierwsze muzyka – niby klasyczny motyw gdzieś tam się przewija, ale nie robi takiej roboty, jak w filmie z 1995. Natomiast reszta utworów wyleciała mi z pamięci, jak tylko seans dobiegł końca. Po drugie – taki trochę false advertising. Zwiastuny obiecują skupienie historii wokół Cage’a, podczas gdy najwięcej czasu poświęcono… Kitanie. Nie mam pretensji o efekt końcowy, tylko o te zapowiedzi. Trzy – wspominałem już o cienkim Shang Tsungu? Ta…

Niemniej jednak Mortal Kombat 2 (2026) stanowi ogromny krok naprzód w stosunku do poprzednika i gdyby nie to, że bierze z niego wiele informacji stricte fabularnych, MK z 2021 można by sobie kompletnie darować. Moja ocena sequela: 4+.

niedziela, 5 lipca 2026

The Super Mario Galaxy Movie

Pierwszy film nie był ambitny, ale dał mi tyle frajdy, ile wart był zakup biletu do kina, a potem płyty DVD. Drugi film jest jeszcze głupszy i niestety w ten sposób, który już mi nie do końca podchodzi.

Fabuła kręci się wokół Bowsera juniora, który porywa Rosalinę, by dokończyć tworzenie broni, o jakiej zawsze marzył wraz ze swoim ojcem. Przy okazji chce też uwolnić ojca, by udowodnić mu, ile jest wart. Potem cały film sprowadza się do Peach szukającej Rosaliny oraz Mario i spółki goniących za Bowserem juniorem.

Pomimo czasu trwania zbliżonego do poprzednika przez cały seans miałem wrażenie, że ten film jest o połowę za długi. Pewnie, jeśli nastawiamy się na to, że ma być kolorowo i głośno niemal non-stop, to macie półtorej godziny odpowiedniej zabawy. Fani wyłapią masę nawiązań do innych gier Nintendo (jednego typa wysunięto tak bardzo na pierwszy plan, że jego sceny są jednymi z najbardziej efekciarskich, zaś ludzie już spekulują, czy dostanie własny film), a przeciętny widz lub niedzielny gracz będzie się zwyczajnie nudził. Tak było w moim przypadku. Nie ratowały go wątki dość istotnie rozwijające tło Bowserów oraz księżniczek (w scenie po napisach do obsady dołącza Daisy). Przez cały czas trwania filmu odnosi się wrażenie, iż rozbicie go na dwie osobne podróże (Peach i braci) jest zbędnym zabiegiem. Jakby to miały być dwa osobne filmy lub odcinki serialu, które z jakiegoś powodu połączono w jeden.

Oczywiście nijak to nie przeszkodziło filmowi zarobić kupę szmalu. Kolejna odsłona to tylko kwestia czasu. Poprzednika oglądałem kilka razy i bawiłem się dobrze za każdym. Na tym byłem w kinie i jakoś mnie do niego nie ciągnie. Moja ocena: 3.