niedziela, 13 września 2026

Masters of the Universe (2026)

Gdybym miał wymienić ulubione kreskówki z dzieciństwa, numer jeden to Transformers, numer dwa to Biker Mice from Mars i numer trzy to ex aequo Teenage Mutant Ninja Turtles i właśnie He-Man. Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem franczyzy, ale widziałem tyle odcinków oryginalnej serii, ile się dało w Polsce w latach ‘90. Obejrzałem większość odcinków The New Adventures of He-Man oraz tak z połowę sezonu wersji z 2002 roku. Filmu z Lundgrenem nie oglądałem do tej pory, a Netflixowe odsłony He-Mana zwyczajnie olałem. Biorąc pod uwagę te ostatnie, współczesne trendy w kinie oraz scenę w zwiastunie z wykorzystaniem zaimków, co do której nie było wiadomo, czy jest na poważnie, nie miałem wielkich nadziei. Nie pomógł też schemat z Adamem trafiającym na Ziemię (znowu…).

Na moje szczęście wszystkie obawy poszły w diabły, jak tylko film się zaczął. Fakt, fragment z Adamem szukającym miecza na Ziemi jest żenujący, ale to naprawdę niewielki wycinek filmu. Gdybym miał porównać ten film do czegoś, to byłby to Flash Gordon. Od samego początku widać wyraźne inspiracje, włącznie z rockową oprawą, w której uczestniczy nie kto inny, jak Brian May.

Jeśli chodzi o samą historię, to nie jest to dorosły Adam powstrzymujący Szkieletora i jego przydupasów. Nie, tutaj czaszkowy podbił Eternię, gdy książę był dzieckiem. Adama wysłano na Ziemię, by go chronić i kiedyś tam miał wrócić. No z tym powrotem to tak nie do końca wyszło, lecz ostatecznie Teela ściągnęła go z powrotem. Od tej pory Adam zaczyna ćwiczyć, zbierać sojuszników, wszystko, by pokonać Szkieletora i spółkę.

Całościowo Masters of the Universe to kino przygodowe, fantasy i podszyte ogromną ilością nostalgii oraz fanservice (scena w napisach jest porównywalna do tego, co zaserwował pierwszy Sonic). Jest sporo świetnych scenek żartujących sobie z ksywek postaci. Są nawiązania do klasycznych kostiumów, He-Man jest obrzydliwie dobry, a Szkieletor podły i złośliwy. Wizualnie postacie oddają klimat swoich oryginałów, czasami z drobnymi modernizacjami, ale najważniejsze jest to, iż nie wstydzą się swoich korzeni. Nawet podśmiechujki nie są poniżające, tylko tworzone w myśl zasady, że dobra parodia powstaje, gdy kochasz materiał źródłowy.

Rzeczy, do których się przyczepię (oprócz wspomnianego żenującego epizodu na Ziemi), to banały. Już pal licho zmiany płci czy koloru skóry. Zastanawia mnie brak Orko w trakcie filmu. Nie ma absolutnie żadnego wyjaśnienia na to, ale sam Orko ni z tego, ni z owego jest narratorem finału i nawet go widać przez moment. Jakieś to niekonsekwentne... Kolejna rzecz – Szkieletor. Myślałem, że obecność Jareda Leto zrobi z niego tak nietrafionego złola jak jego Joker, ale nie. Nie dość, że facet jest zabawny, to wszystkie jego dyrdymał pasują do reszty dialogów. Jedyny problem z nim to głos, który bardziej przypomina Bane’a z The Dark Knight Rises niż oryginał, a szkoda. Te konkretne dialogi, gdyby były mówione po staremu, byłyby złotem.

Masters of the Universe to bardzo przyjemna podróż w przeszłość dla fanów serii oraz kino przygodowe fantasy dla wszystkich pozostałych. Na tyle dobra, by czekać na sequel. Moja ocena: 4.

niedziela, 9 sierpnia 2026

The Punisher: One Last Kill

Ten wpis może okazać się rekordowo krótki… W zasadzie odwalony pro forma. Dlaczego? Bo z One Last Kill robiono nie wiadomo jakie wydarzenie, podczas gdy w rzeczywistości jest to odcinek serialu tylko bez dalszego ciągu.

Skąd to skojarzenie? Serial z 2017 miał dokładnie taki sam początek. Frank po raz kolejny jest na „emeryturze” i zmaga się ze swoimi demonami. Stara się ignorować otoczenie i nie zwracać na siebie uwagi, ale zawsze znajdzie się jakiś matoł, który zaburza porządek rzeczy, przez co spuszcza Punishera ze smyczy.

W przypadku One Last Kill pół odcinka jest o Franku, a drugie pół Punisher robi rozróbę. Przyjęło się, iż Punisher w wykonaniu Jona Bernthala nie jest specjalnie wierny komiksom, ale mimo wszystko lubię patrzeć na demolkę w jego wykonaniu. Nie inaczej jest tutaj. Jak już się zacznie, to ogląda się to z uśmiechem na gębie. Problemem jest to, że sumarycznie nie jest to wiele. Mówimy tu o tytule, który trwa może z 48 minut, z czego tylko 50% (może nawet mniej) jest o Franku działającym jako Pogromca. Tyle dobrego, że nadaje się to na krótki seans do kolacji.

Oceniając przez pryzmat akcji z Punisherem można dać 4, ale jako całość jest to raczej 3 i nic, do czego będzie się wracać.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Thunderbolts

Przez naprawdę długi czas byłem fanatykiem MCU. Niezależnie od poziomu produkcji, uwielbiałem każde kiczowate widowisko i sztywny serial. Po Avengers: Endgame coś zaczęło pękać. Dalej oglądałem wszystko spod tego znaku, ale już nie w dniu premiery, mniej chętnie. Aż w końcu zacząłem sobie odpuszczać. Thunderbolts obejrzałem w rok po premierze i z pominięciem kilku seriali. Na moje szczęście te pominięte nie mają wpływu na znajomość czegokolwiek w tym filmie.

O Thunderboltach swego czasu wiedziałem tylko tyle, że taka grupa istnieje. Pierwszy skład, którego perypetie poznałem w polskim wydaniu, zawierał Deadpoola, Punishera, Agenta Venoma, Elektrę i Red Hulka. Nie lada ekipa, nie? A kogo mamy w filmie? Drugą Black Widow, Winter Soldiera, Ghost, Red Guardiana, U.S. Agenta, Taskmastera (no prawie). Nawet nie chodzi już o to, ile z tych postaci kojarzy widz, choć naturalnym jest, że im więcej tym lepiej, lecz o fakt, że wszystkie wpadają do jednej z dwóch kategorii: przerysowanych (Red Guardian) lub nijakich (cała reszta). Tak, piszę to, będąc świadomym bagażu emocjonalno-fabularnego, jaki mają na swoich barkach. Pomimo iż znam go z poprzednich filmów oraz seriali, autorzy Thunderbolts nie byli mnie w stanie przekonać, iż warto zainwestować emocjonalnie w ten skład. Krótko mówiąc, skoro nie obchodzą mnie postacie, co by się nie działo na ekranie, nie będzie mi zależeć.

Na plus policzę, że zagrożenie obecne w filmie nie jest czymś nadciągającym, tylko konsekwencją składowych w samym filmie. Porusza ono także kilka niezłych problemów moralnych i psychologicznych. Szkoda tylko, że rozwiązanie wydaje się być banalne i podane zbyt szybko, ale taki to już urok popkulturowej papki, fabuła musi lecieć do przodu.

Thunderbolts to nie jest najgorsze, co wyszło w MCU. Byłem ciekaw dalszych losów Yeleny, Bucky’ego oraz Walkera, tylko autorzy nie potrafili opowiedzieć ich ciekawie. Cały ten film sprawia wrażenie, że skoro ktoś go zapowiedział, to trzeba go nakręcić i trzymać kciuki, że przynajmniej się zwróci. I dokładnie tak wyszło. Moja ocena: 3+.