Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton filmowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton filmowy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 października 2021

If he turns me into a mummy, you're the first one I'm coming after!

Lubię klasyczne horrory. Fakt, do niektórych musiałem przekonywać się powoli (Dracula z Belą Lugosim), inne spodobały mi się od razu (The Wolf Man). Do tej drugiej kategorii zalicza się także Mumia z Borisem Karloffem (tak, jego bardziej znaną rolą jest potwór w flimie Frankenstein). Widowisko z 1932 jest z rodzaju tych powolnych, stonowanych i klimaciarskich. Jego natura zmieniała się w zależności od dekady, w której kręcono nową wersję historii. Jednak gdy w 1999 wyszła kolejna iteracja, trochę się zdziwiłem zmianą konwencji, ale zabawa i tak była dobra.


The Mummy (1999)


Seans rozpoczyna się od podania informacji, kto będzie głównym antagonistą. W tej części horror jest najbardziej odczuwalny i może być trochę mylący. Gdy wieko sarkofagu się zatrzaskuje, jesteśmy rzucani w przód do roku 1926, kiedy to rodzeństwo Jonathan i Evelyn Carnahan stara się odnaleźć Hamunaptrę – legendarne miasto zmarłych. Naturalnie nie są jedynymi zainteresowanymi odkryciem i potencjalnymi skarbami. A im więcej ludzi, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś wypuści pogrzebane tam zło.

Jak już wspomniałem, najwięcej horroru jest na początku. Potem trafia się na jego elementy w trakcie, ale większość opowieści przypomina raczej przygody Indiany Jonesa lub stare filmy przygodowe przyprawione odrobiną współczesnego, czarnego humoru. Jest to w dużej mierze zasługa Brendana Frasera. Nie podejrzewałem go o to, że będzie potrafił poprowadzić cały film i nie wypaść przy tym głupkowato. W ogóle obsada jak na tak kiczowaty zamysł daje z siebie, ile może i nie psuje klimatu. Śmiałbym powiedzieć, że tak mogłaby wyglądać sesja w Pulp Cthulhu.

Porównałem tę wersję Mumii do starego kina przygodowego. To skojarzenie budzą przede wszystkim zdjęcia oraz oprawa dźwiękowa. Odczucie pojawiało się przy ekspozycji danego miejsca albo rzutach np. na całe pomieszczenie. Przy zbliżeniach i w scenach akcji jest już bardzo współcześnie i dynamicznie. Akcję śledzi się bardzo wygodnie, wszystko jest przejrzyste, a widz się cieszy, że nikt nie wpadł na durny pomysł wykorzystania trzęsącej się kamery.

Gdybym miał ponarzekać, to na dwie rzeczy. Pierwszą są efekty specjalne, które już w momencie wypuszczenia filmu wyglądały tak sobie. Zwłaszcza, że starsze tytuły, choćby pokroju Jurassic Park, wyglądały (i nadal wyglądają) lepiej. Chociaż w porównaniu z sequelem (o czym będzie niżej) nie są takie złe. Drugą rzeczą jest czas trwania. I to już bardziej kwestia gustu. Dałoby się opowieść przyciąć w paru miejscach (zwłaszcza w finale, gdy wszyscy bawią się w ciuciubabkę z Imhotepem), ale wtedy straciłaby na płynności i smaczkach (monolog Jonathana odnośnie wielbłądów).

The Mummy z 1999 to przyjemne kino przygodowe z domieszką grozy. W sam raz na weekendowy wieczór. Bawiła w 1999, bawi i teraz. Moja ocena: 4+.


The Mummy Returns


Nie spodziewałem się, że polubię ten film. Jego głównym założeniem jest: więcej tego samego. Zamiast jednego złodupca, mamy dwóch. Zamiast jednej reinkarnacji babki z przeszłości, mamy dwie i tak dalej.

W 1933 kolejna grupa próbuje wskrzesić Imhotepa. Chcą, aby ten pokonał Króla Skorpiona i w ten sposób przejął jego armię, która podbije świat. Akurat w tym samym czasie małżeństwo Rick i Evelyn O’Connel szukają artefaktów związanych ze wspomnianym władyką. Naturalną konsekwencją jest to, że ich drogi się skrzyżują, angażując przy tym kolejne znane oraz nowe postacie.

TMR to już kino przygodowe pełną gębą. Tak, są tam momenty, które mogą kogoś wystraszyć, ale całości bliżej do Piratów z Karaibów niż Drakuli. I muszę przyznać, że byłem zachwycony każdą minutą widowiska. W jego trakcie miałem zmieniające się miejsca akcji. Dekoracje przygotowano z taką dbałością o szczegóły, że brak słów. Zdjęcia są świetne, a symfoniczna muzyka doskonale podkreśla atmosferę. Sceny akcji są dynamiczne, przejrzyste i różnorodne, a ekspozycja nie nudzi. Dodatkowo tytuł gwarantuje graczom Diablo 2 co najmniej jedno wspomnienie niczym flashback z Wietnamu.

Chemia między postaciami jest rewelacyjna. Każdy pasuje do danej frakcji, nikt nie sprawia wrażenia zbędnego. Wielkie brawa należą się za postać Alexa, który odstaje od stereotypów dzieciaka w opałach. Fakt, może go trochę przegięto, ale na potrzeby tej opowieści sprawuje się znakomicie. Dla porównania: W Captain America: The First Avenger jest taka scena, w której Rogers goni jednego złola. Ten ostatni próbuje opóźnić pościg i wrzuca jakiegoś przypadkowego małolata do głębokiej wody. Steve nie byłby sobą, gdyby nie rzucił się na ratunek, ale w momencie, gdy chce skakać, chłopak wynurza się i mówi: Umiem pływać, goń go. Alex jest właśnie takim dzieckiem – wpada w dużo gorsze tarapaty, ale wykorzystuje każdą okazję do tego, by uprzykrzyć życie antagonistom i/lub pomóc rodzinie.

The Mummy Returns to  również worek rozmaitości. Zawarto w nim chyba ze 3 sceny batalistyczne, ze 2-3 pościgi, od groma walk i uciekania. Evelyn z jakiegoś powodu dostała dodatkową historię o reinkarnacji, którą przy okazji powiązano ze scenami z pierwowzoru. Powracają Jonathan oraz Ardeth. Do tego trzeba doliczyć nowych wrogów, w tym sporą ilość mięsa armatniego i zwrot akcji, który przez moment może nawet zaskoczyć (a zaraz potem przypominacie sobie, jak go rozwiązać). Generalnie autorzy robią wszystko, aby cały czas coś się działo i taka karuzela atrakcji może niektórych zmęczyć.

Mnie akurat zazgrzytały dwie rzeczy, ale że są to drobiazgi, wspominam pro forma. Pierwszą jest wiek Alexa. Wprowadza dziurę fabularną. Młody twierdzi, że ma bodajże 9 lat. Tylko że te 9 lat temu to Rick i Evelyn jeszcze się nie znali, a co dopiero mówić o majstrowaniu potomstwa. Drugą są efekty specjalne. Pisałem wyżej, że tutejsze są gorsze od tych z jedynki i jest to połowicznie prawda. Imhotep w swojej trupiej wersji utrzymuje poziom. Gorzej wypada Król Skorpion w wersji CGI, ściana wody oraz armia Anubisa. Ich wygląd niespecjalnie działał już w 2001 i nic się w tej kwestii nie zmieniło. To, co ratuje tę część grafiki, to kreatywność. Choćby projekt i poruszanie się potwora, w jakiego zamieniono Dwayne’a „The Rock” Johnsona zasługuje na uznanie. Sekwencja z kurduplami w dżungli również daje radę, podobnie jak ujęcie na przepaść przypominającą wrota do piekła z ofiarami wystającymi ze ścian.

Ciekawostką jest nie tylko to, że to dopiero drugi film w karierze Johnsona, ale także fakt, iż historia Króla Skorpiona wydała się na tyle ciekawa, iż powstała o nim osobna seria filmów (którą planuję obejrzeć).

Podsumowując, Mumia powraca to doskonały koktajl przygodowy zawierający od groma składników. Sprawił mi więcej frajdy niż poprzednik. Jest absurdalny, ale przy tym widowiskowy i naprawdę dwoi się i troi, aby oglądający nie mógł się oderwać. Moja ocena: 5-.


The Mummy: The Tomb of the Dragon Emperor


Po tym, jak zaskakująco dobrze bawiłem się przy drugiej Mumii, miałem nie lada oczekiwania wobec trzeciej. Pierwsza lampka zapaliła mi się, gdy zobaczyłem datę produkcji: 2008. Kurde, faktycznie zwiastun widziałem przed The Dark Knight Nolana. Siedem lat odstępu między poszczególnymi częściami nie wróży niczego dobrego.

Druga lampka zaświeciła się, gdy zobaczyłem skok czasu w fabule. Z 1933 do 1946. Taki zabieg jest stosowany zazwyczaj, kiedy autorzy chcą drastycznych zmian. I miałem rację – twórcy zrobili to tylko po to, aby Alex był już dorosły i grał równie ważną rolę co jego rodzice. Ironii temu wszystkiemu dodaje fakt, iż w 2008 wyszedł nieszczęsny Indiana Jones 4, który wykręcił dokładnie to samo.

Lampka numer trzy – Evelyn nie jest już grana przez Rachel Weisz, tylko przez Marię Bello. I o ile do jakości aktorstwa nie da się przyczepić, o tyle braku chemii nie mogłem przełknąć. Niby wszyscy bohaterowie są, niby grani tak samo, a jednak czegoś brakuje. Wszystkie interakcje sprawiają wrażenie odgrywanych dla formalności. To ostatnie tyczy się zresztą całego filmu. Nie ma poczucia: Co jeszcze efekciarskiego możemy wrzucić? Tylko odhacza się tu listę zakupów. Kolejna mumia – ok, w końcu o tym jest seria. Ale żeby ta znowu miała armię do dyspozycji, a jedyne, czym się różni, to chińskie, a nie egipskie pochodzenie? Naprawdę współczuję Jetowi Li – facet dał z siebie, ile mógł, ale zarówno od strony aktorskiej, jak i kopanej nie dali mu zbyt wielkiego pola do popisu.

W ogóle na każdym kroku odczuwałem, jakby twórcy nie do końca wiedzieli, co chcą osiągnąć. Wspomniany generał grany przez Jeta Li – skoro jest taki aktor i taka postać, oczekuję efekciarskiego kopania i bitew. Kopania jest mało i do tego mało wyszukane, a bitwy to przede wszystkim masówka CGI, która zlewa się z tłem i męczy oczy.

Nie licząc ekspozycji, żadne z pokazanych miejsc oraz sekwencji nie zaskakują taką dbałością, jak poprzednik. Cholera, nawet walczące yeti zamiast banana na gębie budziły zażenowanie.

Nie chcę już kopać leżącego. Trzecia Mumia zawiodła mnie na tyle, że oglądałem ją na raty, żeby w ogóle przebrnąć. Nudziłem się strasznie, a gdy zobaczyłem, że w połowie widowiska próbowano powtórzyć zwrot akcji z dwójki (zmieniając tylko postać), tylko pacnąłem się w czoło. Moja ocena: 2+.

niedziela, 10 stycznia 2021

There’s no place I can be, since I found Serenity

Ten serial trafił do mnie w dziwny sposób lata temu. Kolega ściągnął go losowo, a potem puścił dalej w świat ze wskazaniem na naszych wspólnych znajomych. Kilkoro z nich dość regularnie powtarzało w rozmowach: „Oglądałeś Fireflya? NIE? Obejrzyj!” Tylko nikt mi nie wspomniał, o czym w ogóle jest ten serial, ani jakiego gatunku oczekiwać. A gdy już to zrobiłem, żałowałem, że nie dałem się namówić wcześniej.


Firefly – Season 1


Trzon opowieści stanowią perypetie załogi statku klasy Firefly o nazwie Serenity, którą dowodzi kapitan Malcolm Reynolds. Mal oraz jego pierwszy oficer Zoe brali udział w wojnie przeciwko siłom Przymierza, które chciały zjednoczyć wszystkie planety. Wbrew heroicznym opowiastkom rodem ze Star Wars tutaj rebelianci przerżnęli sprawę, a ostateczną klęskę ponieśli w dolinie Serenity. Od tamtej pory Mal wraz z ekipą trzymają się na obrzeżach znanych światów i unikają Przymierza, jak potrafią, ale że najlepiej płatna robota nigdy nie jest łatwa, co raz ładują się w kłopoty.

Pilot serialu dosłownie rusza z kopyta i nie zwalnia niemal przez całość seansu. Mamy w nim wspomnianą klęskę, bardzo rozmaitą załogę pokazaną zarówno w chwilach wyluzowania, jak i całkowitego stresu, pasażerów, których obecność odciśnie się na statku, pozyskiwanie nielegalnych towarów, próby opchnięcia tychże w szemranym światku i na pograniczu cywilizacji, pościgi, strzelaniny, western, widoki s-f rodem z Mass Effect, a wszystko wymieszane w taki sposób, że chłonie się to niemal niezauważalnie. Podobny klimat można poczuć chyba tylko w anime Cowboy Bebop.

Historie opowiadane w poszczególnych odcinkach nie są jakieś wyszukane, ale do znanych motywów dorzucono przeważnie jakiś mały zwrot, czasami owocujący w innym odcinku. Większość z nich da się oglądać jako samodzielne opowieści, ale w tle zawsze jest coś, co je spaja. Zresztą nie samą fabułą widz żyje. Akurat w moim przypadku do ekranu ciągnęły mnie postacie. Dziewięć osób, każda całkowicie różna od pozostałych, a jednocześnie tak samo wartościowa dla załogi. Do tego są to chyba jedne z najbardziej ludzkich postaci, jakie widziałem w serialach. Mają swoje wady i zalety, złośliwości rzucają zarówno, żeby komuś dowalić, jaki tylko podroczyć się trochę. Co przy okazji znakomicie pokazuje, jak rewelacyjne dialogi im napisano. Co prawda dziś twórczość pana Whedona kojarzy się przede wszystkim z głupkowatym humorem pokroju Avengers lub dokrętek do Justice League, ale jeśli macie ochotę zobaczyć, jak poprowadzić rozmowę, balansując między komedią, dramatem i mistrzowsko zmieniając nastrój w zależności od potrzeby, obejrzyjcie dowolny odcinek.

Naturalnie, dialogi na papierze to jedno. Potrzebna jest jeszcze ekipa, która je zagra, a nie tylko przeczyta. I ponownie – wszyscy spisują się na medal. Od twardzielki Zoë (granej przez Ginę Torres), przez cynika Mala (Nathan Fillion), po wulkan radości w osobie Kaylee (Jewel Staite). Dzięki efektowi końcowemu poznałem całą grupę aktorów, których nazwisk szukałem później w innych tytułach, bo wiedziałem, że zagwarantują dobrą rozrywkę.

Nie sposób nie wspomnieć też o muzyce, na którą składa się iście wybuchowa mieszanka. Czasami jest to coś z country, innym razem wpada wariacja na temat jakiegoś folku, żeby w kosmosie uderzyć w tony rodem z horroru (przy motywie muzycznym Reaverów do tej pory mam ciarki). Niektóre fragmenty gitarowe przywodziły mi na myśl ścieżkę dźwiękową Terran ze Starcrafta.

Na tle tych achów i ochów są dwie rzeczy, które mogą zgrzytać. Pierwsza to w sumie drobiazg dla wielu osób – leciwe efekty specjalne. Animacje komputerowe w Firefly’u nigdy nie urywały zadka, a po latach sekwencje przelotu statku nad planetami potrafią razić jeszcze bardziej (w scenach w kosmosie nie jest to tak odczuwalne). Druga rzecz powstała nie z winy twórców serialu, tylko stacji telewizyjnej (Fox), która miała go emitować. Serial anulowano po 14 odcinkach. Nie dokończono żadnego z wątków spinających całość, a jak zobaczycie, w jakim momencie urwano historię, możecie się nieźle wkurzyć. Fakt, obecnie można uzupełnić sobie braki fabularne różnymi oficjalnymi, dodatkowymi materiałami (komiksy, film opisywany niżej), ale to nadal nie jest to.

Niemniej jednak, jeśli lubicie nietuzinkowe s-f, cenicie niebanalne postacie, różnorodny klimat i nastroje, to nie czekajcie ani chwili. Koniecznie obejrzyjcie Firefly, nawet uwzględniając potencjalne wkurzenie na koniec. Moja ocena: 5+.


Serenity (2005)


Film pojawił się dwa lata po anulowanym serialu. Jego akcja dzieje się jakiś czas po wydarzeniach z ostatniego odcinka. Inara oraz Shepherd Book opuścili Serenity. Mal i pozostali jak zwykle próbują zarobić i przy okazji ładują się w kłopoty. Żeby urozmaicić scenerię, Mal chce, aby River brała aktywny udział w akcjach, zaś ich śladem podąża kolejny agent, którego zadaniem jest zneutralizowanie zagrożenia, jakim jest rodzeństwo Tam.

Autorzy prawdopodobnie liczyli się z tym, że na podobny zryw (bo okoliczności powstania tego widowiska to materiał na osobną opowieść, którą zawarto w Done the Impossible: The Fans' Tale of Firefly and Serenity) nie będzie szans, więc trzeba pozamykać tyle wątków, ile się da. Udało się to osiągnąć, ale tylko częściowo. Wiadomo, dlaczego River jest tak ważna. Mal ma swoje kilka minut zemsty na Przymierzu, a Reavers dostali więcej tła, które pomimo odarcia ich z tajemnicy, nie umniejszyło wrażenia, jakie na mnie robią.

Sposób prowadzenia opowieści jest taki sam, jak w serialu, więc rezultatem jest w zasadzie dłuższy odcinek specjalny. Przy czym postarano się o to, żeby dało się film oglądać bez znajomości oryginalnej serii (choć naprawdę sporo się przez to traci). Z kolei z perspektywy osoby, która widziała pierwowzór, ciężko nie odnieść wrażenia, iż część rzeczy się dubluje. Sytuacja na linii Mal-River-Simon bardzo przypomina ostatni odcinek, choć wydawało się, że ten konflikt został już rozwiązany. Ponadto Mal zachowuje się, jakby był bardziej zgorzkniały, ale niespecjalnie wyjaśniono powód. Na deser otrzymałem takie rozwiązanie fabularne dotyczące jednej postaci, że do dziś nie jestem w stanie określić, po kiego grzyba je zastosowano.

Jako że widowisko było planowane z myślą o dużym ekranie, efekty specjalne dostały kopa. Ich jakość jest zauważalnie lepsza, a sceny w kosmosie w ostatniej 1/3 filmu robią wrażenie i przywołują banana na gębie. Tylko nie jestem pewien, czy mi się na oczy rzuciło, czy ktoś przepuścił obraz przez jakiś filtr, bo kolory są zdecydowanie mniej żywe od tych z serialu.

Serenity jest warta poświęconego czasu zarówno jako solowa produkcja s-f, jak i kontynuacja serialu. Niemniej jednak nie sprawiła mi takiej radochy, jak protoplasta, a fakt, że żeby otrzymać pełniejszy obraz całości, trzeba także sięgnąć po dodatkowe materiały, działa na jej niekorzyść. Dlaczego pełniejszy, a nie do końca pełny? Przykładem niech będzie komiks o przeszłości Shepherda – pokazuje, skąd się wziął, przez co przeszedł. Niestety fabularnie wypada blado, bo zamiast opowieści otrzymujemy wypunktowaną listę, która potrafi dorzucić jeszcze więcej pytań. Moja ocena: 4.

niedziela, 8 grudnia 2019

You’re not hunting him… he’s hunting you.

Nie myślałem, że zrobię z tego maraton, ale ostatecznie, dlaczego nie? W związku z premierą piątej części Rambo postanowiłem odświeżyć sobie pozostałe odsłony. Niby każdą z nich widziałem po kilka razy, ale gdybym miał sobie przypomnieć ich przebieg, to z dwójki i trójki nie pamiętam nic oprócz miejsca akcji oraz tego, że trójka notorycznie stanowi powód do kpin… Cholera, teraz to sam jestem ciekaw, dlaczego. Jedziemy!


First Blood


Recenzje z założenia są subiektywne, ale w przypadku First Blood byłby to dla mnie uber subiektywizm. Jest to jeden z filmów, które za małolata widziałem wiele razy, a potem jeszcze więcej. Prawdopodobnie pierwszy seans odbył się, gdy miałem dużo mniej lat niż sugerowana kategoria wiekowa. Zresztą popularność gadżetów typu „scyzoryk MacGyvera”, albo „Rambo-nóż” wśród smarkaterii świadczyła o tym, że nie byłem jedyny (dostęp do tych „zabawek” to już osobna bajka). Z jednej strony ocena końcowa miała być wynikiem sentymentu, jakim darzę ten film, z drugiej, po odświeżeniu go stwierdzam, że i bez niego ta opowieść się broni.

Zacznijmy od tego, że First Blood jest adaptacją książki o tym samym tytule. Nie miałem okazji jej przeczytać, ale wiem, że obie wersje różnią się przede wszystkim zakończeniem. Jednak trzon pozostaje ten sam. Głównym bohaterem jest John Rambo, weteran wojny w Wietnamie. John chce odwiedzić ostatniego znajomego ze swojego oddziału, ale na miejscu okazuje się, że ten również poległ – w walce z rakiem. Przybity Rambo idzie przed siebie i ma wątpliwe szczęście zawędrowania do miasteczka Hope. Lokalny szeryf niespecjalnie lubi włóczęgów, więc proponuje, że przewiezie Johna przez miasto, żeby nie było kłopotów. Pozostaje głuchy na to, że Rambo chce tylko coś zjeść przed dalszą drogą. Jak tylko zostawia go poza miasteczkiem, żołnierz zawraca. Szeryf wraca po niego i aresztuje. Podwładni szeryfa obchodzą się z więźniem źle do tego stopnia, że przypominają mu się najgorsze chwile z wojny. W tym momencie uruchamia się instynkt przetrwania, Rambo ucieka, a policja zaczyna obławę.

Pomijając na moment nostalgię, ten film to prawdziwy majstersztyk tego, jak kreować, różnicować i dawkować napięcie. Z konstrukcji dialog-sekwencja-dialog-sekwencja wyciśnięto, ile się dało. Każda sekwencja charakteryzuje się inną dynamiką, a każdy dialog pozwala złapać oddech przed kolejnym kawałkiem akcji. W ucieczce z więzienia mamy szybką mordoklepę, w pogoni przez góry intensywny pościg, w zawalonej kopalni poczucie klaustrofobii i tak aż po finał.

Z jednej strony First Blood to bardzo dobrze zrealizowany akcyjniak, w którym wbrew pozorom nie pada zbyt wiele trupów. Ba, głównym zamysłem jest tu pokazanie problemu żołnierzy powracających z wojny i braku dla nich miejsca we współczesnym świecie, który spycha ich na margines albo chce o nich zapomnieć. Całą tę sytuację podsumowuje Rambo w ostatnim monologu. Nie wiem, czy jest to oscarowy materiał, ale na pewno jeden z lepszych popisów aktorskich Sylvestra Stallone.

Co więcej mogę dodać? Może niektóre dialogi zajeżdżają kiczem (zwłaszcza te w wykonaniu pułkownika Trautmana), a zacietrzewienie niektórych policjantów wydaje się być przerysowane, ale nijak nie umniejsza to wartości First Blood, który udało się zrealizować jako coś więcej niż zwykłe kino akcji. Chyba znowu włączyła mi się nostalgia. W każdym razie, niezależnie od tego, czy patrzycie na FB jako akcyjniak, czy komentarz sytuacji w USA, warto dać mu szansę. Moja ocena: 5.


Rambo: First Blood Part II


Ta część jest problematyczna. First Blood jest tak zrobioną produkcją, że nie potrzebuje sequeli. Jednak kasa musi się zgadzać, więc siłą rzeczy takowe powstaną. Tylko jak rozwiązać problem, że komentarza społecznego z pierwowzoru nie da się powtórzyć/przedłużyć? Nijak, po prostu skupmy się na widowiskowości i dostarczmy rozrywki. Od tego momentu, jeśli porównać każdą kolejną część do pierwowzoru na płaszczyźnie innej niż kino akcji, będą to produkcje gorsze. Jeszcze dwójka próbuje ratować się zwrotami fabularnymi i kontynuacją wydarzeń nie tylko z First Blood, ale także wojny w Wietnamie. Pozostałe części są już bardziej oderwane od tych realiów i stawiają na demolkę.

Druga część rozpoczyna się niedługo po pierwszej. Rambo trafił do więzienia, ale ma szansę na anulowanie pięcioletniego wyroku, jeśli wykona dla wujka Sama jeszcze jedno zadanie. Ma udać się w okolice znanego mu obozu w Wietnamie i przeprowadzić rekonesans. W przypadku znalezienia jeńców ma nie reagować, tylko wracać do bazy. Na miejscu szybko się okazuje, że rozkaz nie był taki oczywisty, a przy pierwszej próbie ewakuacji gówno trafia w wentylator.

Jak już wspomniałem, drugiej części First Blood nie ma co rozpatrywać pod tym samym kątem, co jedynki. Owszem, autorzy starają się nadać podobny wydźwięk tu i tam, ale jest on dużo słabszy, a ostatni monolog Rambo to popłuczyny w porównaniu z oryginałem. Całość zagłusza huk eksplozji, krzyki zabijanych i karabiny plujące kulami na lewo i prawo. Obok Rambo w tym samym roku wyszedł jego największy konkurent: Commando. Oba tytuły wytyczyły kierunek, którym kino akcji podążało wiele lat (wliczając w to kolejne sequele Rambo oraz inną, bardziej współczesną serię autorstwa Stallone’a: The Expendables). Różnica jest taka, że Commando nie próbuje udawać ambitniejszego, a Rambo 2 jeszcze się waha. Ku uciesze widza przy okazji robi również rozpierduchę. Naprawdę jest na co popatrzeć: strzelaniny, wysadzanie pojazdów i budynków, fajczenie wiosek i pól, tony trupów oraz debiut równie kultowego co nóż łuku. W niektórych fragmentach tempo akcji jest tak szybkie, że będziecie wżerać popcorn z prędkością, z jaką karabin Johna strzela. Gdybym miał się tutaj do czegoś przyczepić, to będzie to finałowy pościg helikopterem. Sam w sobie jest w porządku, ale twórcy próbując zwiększyć dynamikę całej sekwencji pocięli ją na tak krótkie kawałki, że przeskoki co sekundę-dwie potrafią przyprawić o ból głowy. Ciekawostką aktorską jest obecność w małej roli Martina Kove, znanego bardziej jako John Kreese z serii Karate Kid.

First Blood Part II to kwintesencja górnej półki kina strzelanego z ery VHS. To film, który może zaczynał się poważnie, ale potem dostarczał jazdy bez trzymanki idealnej na weekendowy wieczór na kanapie, przed telewizorem, z przekąskami i procentami. Pewnie, że jako sequel jest średni, ale jako akcyjniak zasługuje na co najmniej 4+ i przynajmniej jeden seans, żeby wiedzieć, o co tyle huku.


Rambo III


Kontynuujemy trend odchodzenia od poważnych tematów na rzecz radosnej rozwałki oraz dziwnego nazewnictwa sequeli.

Po wydarzeniach z drugiej części Rambo ukrył się w Tajlandii, gdzie zarabia na walkach z lokalnymi osiłkami. Trautman w towarzystwie Griggsa (znany np. z RoboCopa Kurtwood Smith) odnajduje Johna i chce zlecić kolejną misję, tym razem w Afganistanie. Rambo odmawia, w związku z czym Trautman leci sam. Niestety, w trakcie wykonywania zadania wpada w ręce wojsk radzieckich. Dopiero wtedy John rusza swoje cztery litery na odsiecz przyjacielowi.

R3 to podręcznikowo zrealizowany sequel. Jest pretekst – jest rozpierducha. Niestety, jeśli tak na dobrą sprawę nie liczyć skali zniszczenia (więcej eksplozji, więcej sprzętu wojskowego itd.) oraz zmiany zielonego Wietnamu na pustynny Afganistan, ten film nie wyróżnia się niczym specjalnym. Ta odsłona przygód Rambo wygląda, jakby chcieli nakręcić własną wersję Commando z odrobiną realizmu (przy całej mojej sympatii dla perypetii Johna Matrixa, Rambo wydaje się być bardziej prawdopodobnym zabójcą, nawet w widowisku, które obok realizmu tylko stało, a i to krótko), ale cała reszta jest wtórna, nawet jeśli zestawić ją tylko z First Blood Part II. Jakby tego było mało, Rambo 3 miał dodatkowo pod górkę. Film ukazał się w roku 1988, a jest to rocznik takich produkcji, jak Die Hard, They Live, Willow, Young Guns, Bloodsport, Red Heat i wielu innych. Owszem, to różne gatunki, ale chodzi właśnie o ogrom różnorodności, jaki był dostępny w tym samym czasie. Wałkowanie tego samego po raz trzeci przy takiej konkurencji było ryzykowne i chyba wyszło niespecjalnie opłacalnie, bo kolejna odsłona ukazała się 20 lat później.

Rambo III to nie jest zły film. Ba, przez swoją powtarzalność i nieliczne poprawki może okazać się pozycją idealną dla osób, które po prostu chcą kolejnego akcyjniaka bez udziwnień lub moralizatorstwa. W takim wariancie ten film zasługuje na 4. Ja jednak nie bawiłem się aż tak dobrze, dlatego moja ocena to: 3+.


John Rambo


Po wydarzeniach w Afganistanie Rambo powrócił do Tajlandii, gdzie kontynuuje swój cichy żywot. Któregoś dnia grupa wolontariuszy prosi go przetransportowanie ich do wioski Karenów znajdującej się przy granicy ogarniętej przez rewolucję Birmy. Z rewolucji korzystają piraci oraz wojsko plądrujące, co się da. Dzieci są siłą wcielane do armii, mężczyźni zabijani, a kobiety brane do niewoli. Wkrótce podobny los spotyka także wspomnianych wolontariuszy. Organizator całego przedsięwzięcia prosi Rambo, by wraz z oddziałem najemników odbił ich z niewoli.

Przyznam się, że mam dziwny sentyment do tego filmu. Po pierwsze – wyszedł w okresie, w którym horrory kojarzyły się z kategorią PG-13 (który to trend utrzymuje się do dziś), a akcyjniaki wszelkiego rodzaju były łagodzone, aby trafić do jak największej widowni. Rambo olewał sobie takie praktyki i przedstawiał akcję po swojemu. Prawda, że co najmniej jedna scena jest dziś źródłem memów, ale pomimo sztuczności krwi efekt końcowy pozostaje brutalny.

Po drugie – ten film jest bezpardonowy. W pewnym sensie bardzo blisko mu do jedynki. W dosadny sposób pokazuje okrucieństwo wojny, która nie oszczędza absolutnie nikogo. Można powiedzieć, że z widzem włącznie - to najbrutalniejsza i najkrwawsza odsłona w serii. Żeby było ciekawiej cała ta jatka nie zawsze dzieje się z udziałem głównego bohatera, tym samym podkreślając to, co pisałem o konfliktach. Ciężko też nie odnieść wrażenia, że właśnie tak miała wyglądać druga część, ale trzeba było czasu i doświadczenia, by nakręcić ją właśnie tak.

Po trzecie – nawet jeśli porzucić około wojenne dywagacje, głupawe gadki typu „We can live for nothing or die for something.”, John Rambo to kawał świetnego kina akcji. Sceny skradania się utrzymują w napięciu, strzelaniny potrafią rozwalić głośniki, z ekranu leje się krew, ciała fruwają, eksplozje huczą, każde ujęcie jest dynamiczne, ale żadne nie zawiera durnego patentu typu trzęsąca się kamera albo przeskoków tak szybkich, że można dostać oczopląsu. Szybciej od wystrzeliwanej amunicji będzie tylko znikać przygotowany popcorn, zaś zakończenie mogłoby z powodzeniem zwieńczać całą serię.

Do Johna Rambo lubię wracać niemal równie często, co do First Blood, choć z innych powodów. Moja ocena: 5-.


Rambo: Last Blood


Piąty film, którego w ogóle się nie spodziewałem. Z dwóch powodów: Stallone nawet Rocky’ego odstawił na boczny tor na rzecz spin-offów z serii Creed, zakończenie czwórki wydawało się definitywne.

John przez ostatnie 11 lat od powrotu z Birmy doprowadzał rodzinne ranczo do porządku. Razem z nim zamieszkuje przyjaciółka rodziny, Maria Beltran, oraz jej wnuczka, Gabriela. Ta ostatnia za wszelką cenę chce dowiedzieć się, dlaczego ojciec porzucił ją i jej nie żyjącą już matkę. Jej przyjaciółce udaje się zlokalizować wspomnianego typa w Meksyku. Gabriela wbrew ostrzeżeniom Johna robi sobie wycieczkę na południe. Gdy do Johna dociera, że nie pojechała na studia, jak deklarowała, rusza jej śladem.

Gdy szedłem na ten film do kina, miałem spore oczekiwania. Według recenzji, które widziałem, Last Blood był, podobnie jak poprzednik, filmem brutalnym i olewającym sobie trendy panujące w kinie. Rzeczywiście, te aspekty były w filmie, ale w małych ilościach. Do tego pozostałe elementy nie zadziałały.

Pierwsze, co mnie tknęło po seansie, to myśl: Właściwie po co był ten film? Fabuła serii faktycznie domknęła się na czwartej odsłonie. Można do niej dorzucić czarno-biały montaż z napisów z LB i byłoby po wszystkim. Ja rozumiem, że we wszystkich częściach to los rzucał Johna w nieprzyjazne okoliczności i trzeba było sobie w nich radzić, ale tutaj ciężko nie odnieść wrażenia, że jest to jakieś wymuszone. Pewnie, że poprzednio osoby (mniej lub bardziej) bliskie Rambo też nie miały lekko, przez co i on cierpiał, ale tutaj nie czułem żadnych emocji. Fabularnie nic nie sprawiało, żebym miał poczucie integralności opowieści typu: To jest reakcja na to, a to na tamto. Tutaj było raczej: Nic się nie dzieje, więc ona MUSI pojechać do Meksyku. Hmm, znowu martwy punkt, więc ona MUSI zniknąć. I tak do samego końca. Nie opowieść – lista zakupów do zrobienia. Najgorsze jest to, że w tej liście widać, jak autorzy gimnastykują się, żeby z Rambo zrobić znowu maszynę do zabijania. Rozumiecie? Uczłowieczali go przez cztery i pół filmu, tylko po to, by spróbować go znowu zezwierzęcić w finale. Kolejną bzdurą fabularną jest obecność pewnej pani reporter, która jest niczym innym, jak deus ex machina, która dosłownie w dwóch scenach przerzuca fabułę, bo inaczej ta znowu utknęłaby w miejscu. A na koniec dodam, że jeśli ktoś przez cały film podejrzewa, że chyba gdzieś tę konstrukcję już widział, tylko lepiej zrobioną, to podpowiem, że najlepszym (i do tego pierwszym z brzegu) przykładem będzie Taken z Liamem Neesonem.

Żeby nie było, że tylko narzekam na fabułę, jest tam parę drobiazgów, które nawet nieźle wyszły. Relacje Rambo i Marii są bardzo przyjemne. John przy niej wydaje się być niemal normalnym człowiekiem. Normalnie gada, uśmiecha się. Z Gabrielą, którą traktuje jak córkę, jest podobnie. Jednak autorzy podkreślają, że nawet w tak sprzyjających warunkach on nigdy nie pozbędzie się swojej traumy do końca. Noce spędza w wykopanym przez siebie bunkrze, a interakcje z innymi ludźmi są w najlepszym wypadku zdawkowe. Nie zapomniano także o umiejętnościach tropicielskich Johna. Pomijając główny wątek, na samym początku filmu Rambo pomaga lokalnym władzom odnaleźć trójkę turystów w trakcie powodzi.

Niestety, jeśli myśleliście, że braki fabularne zrekompensujecie sobie scenami akcji, muszę was rozczarować. Wbrew  wydźwiękowi i założeniom sceny akcji są może ze dwie? Z czego jedna w finale. Obie to nie lada gratka dla fanów, ale ostatnia zdecydowanie bardziej zapada w pamięć: John polujący na adwersarzy w sieci wykopanych przez siebie korytarzy, liczne pułapki, lejąca się krew. Taki Kevin sam w domu w wersji dla dorosłych. Szkoda tylko, że do pozostałych potencjalnych scen czyni się aluzje zamiast pokazać, co i jak. Tak w 2/3 seansu Rambo udaje się nastukać jednemu mafiosowi. Odnajduje jego dom, następuje cięcie i akcja przeskakuje do poranka, kiedy to policja stara się ustalić na miejscu bieg wydarzeń, a my widzimy wyłącznie efekt końcowy.

Co do rzekomej brutalności… w przeciwieństwie do poprzedników tę również da się policzyć na palcach jednej ręki (dosłownie 3 sceny). No chyba, że mamy na myśli drastyczność, z jaką pokazano kartel i traktowanie kobiet, będących żywym towarem, wtedy faktycznie dobijemy do… 10 scen?

Wszystko to daje w rezultacie film strasznie nijaki, wymuszony, którego niektóre składowe są w porządku, ale żeby do nich dotrwać, trzeba swoje wysiedzieć. Last Blood nie nadaje się ani na rzeź pokroju Johna Rambo, ani na akcyjniaka typu Rambo 2, ani na coś poważniejszego w stylu First Blood. Cholera, zaryzykuję stwierdzenie, że nie sprawdzi się nawet jako tępa, ale relaksująca rozrywka jak The Expendables. W najlepszym wypadku jest to film przeciętny i najsłabszy w serii. Moja ocena: 3-.

niedziela, 27 października 2019

Whoever wins… we lose

Kiedy w 1994 kupiłem pierwszy komiks z serii Aliens vs. Predator, nie spodziewałem się zobaczyć takiego crossoveru na dużym ekranie, a przynajmniej nieprędko. Obaj kosmici charakteryzowali się zupełnie inną dynamiką i połączenie ich w jednym widowisku byłoby nie lada wyzwaniem. Naturalnie, po drodze komiksów przybywało. Były też gry, którym w mniejszym lub większym stopniu udało się oddać klimat obrazkowych protoplastów, ale pierwszy film łączący obie paskudy pojawił się dopiero w 2004 roku.


Alien vs. Predator


Satelity korporacji Weyland wykryły nieznane źródło ciepła oraz podziemną piramidę na Antarktydzie. W myśl zasady: „Kto pierwszy, ten lepszy” Charles Bishop Weyland zamierza zaklepać znalezisko i w tym celu organizuje ekspedycję. Na miejscu znajdują opuszczoną osadę wielorybników z początku XX wieku oraz idealnie wydrążony tunel prowadzący w głąb wyspy, którego 24 godziny temu jeszcze nie było. Wraz z eksploracją rozpoczyna się walka o przetrwanie.

Mój odbiór tego filmu zmieniał się na przestrzeni lat. Gdy wchodził do kin w 2004 roku, miałem spore oczekiwania. Z jednej strony chodziło o połączenie dwóch lubianych przeze mnie serii filmowych, z drugiej nadzieja na widowisko tej klasy, co pierwszy komiksowy AvP.

Pierwszy zgrzyt pojawił się już w zwiastunach. Po pierwsze – opowieść rozgrywała się w czasach mniej więcej współczesnych. Żegnajcie podróże kosmiczne, żegnaj Ryushi, żegnajcie dwurożce. Po drugie – reżyserem i scenarzystą jest Paul Anderson. Jego filmy, niezależnie od tego, czy mowa o adaptacjach, są… specyficzne. Są przeważnie bardzo dynamiczne, ale w rezultacie niezależnie od tematu robią się z nich proste rąbanki. Z całego jego dorobku dobrze wspominam (z różnych względów) dosłownie cztery: Mortal Kombat, Resident Evil, Death Race (2008) oraz Event Horizon. Po trzecie – oprócz komiksów film miał konkurencję w postaci gier komputerowych, zwłaszcza wydanych tuż przed nim AvP (1999) i rewelacyjnego AvP 2 (2001).

W związku z powyższymi efekt końcowy nijak tym oczekiwaniom nie sprostał. Czepiałem się zbyt krótkiego czasu trwania, głupich zachowań postaci, uproszczeń u Ksenomorfów i Yautja oraz motywu z piramidą, który potem był wałkowany do zarzygania (np. Dobry Komiks nr 24B/2004: DK Extra: Alien vs. Predator: Dreszcz polowania lub gra Aliens vs. Predator z 2010). Wtórowałem dowcipom nabijającym się choćby ze sceny z „prezentami” od predatora i cieszyłem się, że seans dobiegł końca.

Drugie podejście robiłem gdzieś w okolicach roku 2008, gdy sequel był już dostępny na płytach. Na zakrapianej imprezie i w odpowiednim towarzystwie film wydawał się już nieco lepszy.

Trzecie podejście miałem na potrzeby tego wpisu. I tu dochodzę do sedna. To trzecie podejście jest już PO Prometeuszu i Covenant… Nagle okazało się, że AvP to nie taki zła produkcja… Jasne, podtrzymuję, że akcja pędzi na złamanie karku, a decyzje postaci nie są najmądrzejsze, ale to nadal pikuś w porównaniu z ostatnimi tworami Scotta. Wspomniane wyżej uproszczenia to m.in. ekstremalnie krótki okres inkubacji obcego, albo wyrżnięcie Predatorów na rzecz fabuły. Akcja jest szybka, ale przez to nie ma tworzenia atmosfery, jak w pierwszym Predatorze, czy Alienie. Piramida nie przeraża, stanowi tylko tło. Brak atmosfery jest też spowodowany brakiem takiego stereotypowego odpowiednika Indiany Jonesa/Lary Croft, który poprowadziłby ekspedycję wolniej i może uniknął niektórych elementów budzenia królowej, albo rozegrał to inaczej. A tak dany skład głupio przyklepuje kilka przycisków i kłopot gotowy.

Dlaczego więc AvP nie jest aż takie złe? Bo wygląd obcych i sceny z ich udziałem są dobre, królowa to nadal kawał zdziry, Predatorzy dobrze się prezentują, pojedynki między kosmitami to najlepsze sekwencje w tym tytule, a błędy popełniane przez ludzkość nie są nawet w połowie tak idiotyczne, jak niemal dowolna rzecz powiedziana lub popełniona przez „naukowców” i kolonistów w Prometeuszu oraz Covenant. Pewnie, że to tylko średni akcyjniak, którego niektórych braków merytorycznych nie usprawiedliwia nawet gatunek, ale to nadal film o klasę lepszy od „dzieł” Ridleya. Moja ocena: 3-.


Aliens vs. Predator: Requiem


Film zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym skończył się poprzednik. Mam tu na myśli również scenę po napisach. Nowy Alien wyrywa się z truchła Predatora, masakruje załogę, co w rezultacie sprawia, że statek spada na Ziemię, w okolice miasteczka w USA. Jednocześnie system alarmowy statku wysyła sygnał na planetę Yautja. Odbiera go jeden osobnik i rusza pomścić pobratymców.

Ten film ma dosłownie trzy zalety. Założenia początkowe, sceny, w których nie ma ani jednego człowieka oraz kilka dość drastycznych decyzji. Założenia opisałem wyżej. Sceny bez ludzi – w zasadzie wszystko co robią Predator i Obcy. Wręcz do tego stopnia, że nawet jak łowca tylko idzie wybrać spluwę, albo rozgląda się po okolicy, to jest to lepsze, niż sceny z ludźmi. Równie dobrze mógłby iść do kibla i nadal byłoby to bardziej ekscytujące. Co do drastycznych decyzji – na dzień dobry facehugger wskakuje na dzieciaka, a w środku filmu podobny los spotyka ciężarną kobietę, która zamiast dziecka rodzi alienowe czworaczki.

Tutaj dochodzimy do bardzo istotnej kwestii odbioru filmu. Jeśli akurat oglądacie go na wieczorze filmowym zakrapianym alkoholem i w odpowiednim towarzystwie, w którym kolega stara się dorobić własne linie dialogowe lub tłumaczyć, że scena, w której Predator i Predalien drą na siebie japy to istotna rozmowa o sensie egzystencjalnym – nie ma bata, żeby się dobrze nie bawić.

Gdyby jednak spojrzeć na Requiem jak na każdy inny film bez okoliczności łagodzących… to jest biednie. Postacie ludzkie w ogóle nie interesują widza, a zważywszy na zakończenie, ich liczba jest bez sensu. Jedyną reakcją, jaką udało im się wywalczyć, jest parsknięcie przy tekście: „Przecież rząd nie oszukałby swoich obywateli, prawda?” Sceny akcji są nudne i słabo widoczne (w sensie ujęć), co jest o tyle żenujące, że film wcześniej takiego problemu nie było. Całości dopełnia fakt, że 90% akcji ma miejsce nocą, przy zgaszonych światłach lub w tak „atrakcyjnych” miejscach, jak kanały. Sytuacji nie ratują nawet warunki kinowe. Krótko mówiąc, przez 90% seansu nic nie widać. Właśnie dlatego moja ocena to: 2-.

niedziela, 20 października 2019

You’re one ugly motherfucker…

Za klasykę zawsze ciężko się zabrać, niezależnie od gatunku filmowego lub rodzaju hobby w ogóle. Raz, że większość osób ją zna. Dwa, że nie da się napisać na ten temat nic nowego, bo wszystko zostało już napisane. Trzy, że przy próbach z tego drugiego łatwo popaść w banał. Cóż, może będzie banalnie i ogólnikowo, ale chcę podzielić się opinią na temat klasycznych odsłon, zanim przejdę do nowszych produkcji. Trzeci film serii (o ile można je tak nazwać), Predators, znajdziecie tutaj. Poniżej dwa pierwsze.


Predator


Oddział komandosów otrzymuje proste w założeniach zadanie: odbić amerykańskiego ministra z rąk partyzantów kryjących się w południowoamerykańskiej dżungli. Na miejscu okazuje się, że nie tylko tambylcy hasają po lesie.

Pomysł rzeczywiście prosty, postacie nieskomplikowane, ale bardzo charakterystyczne, a do tego klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Z jednej strony mamy demolkę świetnie oddającą specyficzne podejście do kina akcji w latach osiemdziesiątych. Nie chodzi o realizm, a efekciarstwo. Zniszczenia powodowane przy okazji ataku na obóz partyzantów, albo ostrzał dżungli, w której coś się ruszyło, ogląda się z uśmiechem na gębie. Z drugiej, gdy poznajemy szczegóły sytuacji oddziału Dutcha, zaczyna się niepokój i zerkanie przez ramię. To ostatnie najczęściej wspominają osoby, które jako dzieciaki zaliczyły polską erę VHS. Mało kto wtedy kontrolował, co małolaty oglądają po nocach. Normą więc był seans Predatora, Candymana, Aliena, czy innego horroru w ciemnym pokoju o 22:00, a po skończonym filmie strach przed dopiero co podziwianą paskudą. W takim wypadku nawet wyjście do kibla stanowiło nie lada wyczyn.

Wracając jednak do filmu – jeśli nie macie odrobiny cierpliwości, będzie się nudzić. Atmosfera zagrożenia jest budowana stopniowo. Czasami są to paskudnie zmasakrowane zwłoki, czasami coś bardziej subtelnego. Wróg przez większość czasu pozostaje niewidoczny, a bohaterowie powoli popadają w paranoję. Więc dlaczego ktoś miałby się nudzić? Bo jednak segment dotyczący ratowania polityka jest prawie jak nie wszystkim pasujący objazd. Fakt, rozwałka jest przednia, ale klimatem odstaje od reszty. Tyle dobrego, że fabularnie jest uzasadniona.

Całości dopełnia świetna muzyka, rewelacyjny projekt antagonisty i niezapomniane one-linery. A tak zupełnie na deser pozostaje cała masa ciekawostek i opowieści związanych z produkcją filmu. Jak choćby te dotyczące oryginalnego wyglądu łowcy z kosmosu, w którego kostiumie na początku siedział… Jean-Claude Van Damme… Albo ta, jak powstał dźwięk wydawany przez Predatora, którego autorem był… Peter Cullen aka Optimus Prime.

Pomijając nostalgię za erą VHS, Predator to nadal dobry film grozy okraszony sporą dawką akcji. Współczesne reedycje zostały ładnie odrestaurowane cyfrowo i nawet leciwe efekty specjalne wciąż świetnie się prezentują (co tylko świadczy o ich jakości). Dla osób w moim wieku nowe edycje to idealny pretekst do odbycia nostalgicznej podróży, dla nowicjuszy gatunku ważna lekcja historii oraz horror pełną gębą. Niezależnie od grupy, do której należycie, nie warto zwlekać z seansem. Moja ocena: 5.


Predator 2


Skoro pierwszy Predator okazał się sukcesem, sequel pozostawał kwestią czasu. Trzy lata później takowy ujrzał światło dzienne.

Tym razem tradycyjną dżunglę zamieniono na miejską, a konkretnie na Los Angeles w roku 1997. Zgodnie z ustaleniami poprzednika trafiamy w sam środek gorącego lata, które nie tylko przyciąga łowców z kosmosu, ale także sprawia, że ludziom konkretnie odbija. Od pierwszej sceny jesteśmy rzucani w wir akcji: policjanci kontra gangi i strzelanina na całego.

Jeśli komuś brakowało realizmu w pierwowzorze, dwójkę może sobie od razu darować. Kino akcji w latach osiemdziesiątych było kiczowato-zabawne. Z kolei w latach dziewięćdziesiątych kiczowatość podkręcono do kwadratu, co jest w stanie zniechęcić sporą grupę widzów. Nie pomaga też to, że Predatora jest mniej niż poprzednio. Nie żeby w jedynce było go jakoś dużo, ale tam miejsce akcji sprawiało, że czuło się jego obecność i oczekiwało, iż kosmita lada moment wpadnie w kadr. Tutaj tego nie ma, choć jesteśmy straszeni co jakiś czas widokiem z oczu łowcy.

Główną różnicą, która moim zdaniem przyczynia się do niższej jakości widowiska, jest odwrócenie ról. W jedynce to zamaskowany brzydal polował na ludzi. W dwójce jego następca niby wybiera sobie największych twardzieli z obu stron prawa, ale tak naprawdę to on jest tym ściganym, przez co pojawia się tylko, gdy scenariusz każe, a jak wspomniałem wyżej, nie jest to częste. Sytuacja przypomina tę z Transformers Michaela Baya, w których połowę lub więcej seansu spędzamy z ludźmi, zamiast tytułowymi robotami.

Kolejnym minusem umieszczenia akcji w mieście jest obecność wielu innych postaci. Pojawiają się m.in. sceny z potencjalnymi ofiarami Predatora jeszcze przed ich zabiciem oraz osobami wypełniającymi tło (jak starsza pani, która musi sprawdzić, skąd dochodzi hałas). Odwraca to uwagę od współpracowników głównego bohatera i jego samego, że o łowcy nie wspomnę. Rezultatem jest brak przywiązania do kogokolwiek i jeśli komuś zdarzy się zejść, w ogóle nas to nie obchodzi. Ba, w przypadku jednej konkretnej śmierci autorzy próbują wzbudzić w widzu te same emocje, które towarzyszyły scenie z jedynki, w której Mac w środku nocy wznosił ostatni toast za swego zmarłego towarzysza, po czym odkładał swoją piersiówkę do worka ze zwłokami. Wykorzystano nawet ten sam motyw muzyczny w tle.

Ostatnią rzeczą, do jakiej się przyczepię, jest kamuflaż kosmity. Tutaj zdecydowanie łatwiej go wypatrzeć i ma się wrażenie, że działa niekonsekwentnie, byle tylko pasował do fabuły.

Czy w związku z powyższymi Predator 2 to zły film? Nie. Sprawdza się jako akcyjniak (podparty dobrą obsadą: Danny Glover, Bill Paxton, Gary Busey) i jakaś tam wariacja na temat polowania na Kubę Rozpruwacza. Ma sporo fajnych efektów specjalnych (łowca popisuje się nowym sprzętem oraz opatruje inny rodzaj ran), a końcowe sekwencje trochę wynagradzają resztę seansu. Mam na myśli scenę w chłodni, która będzie kojarzyć się z marines strzelającymi do ścian w Aliens, oraz pościg i finał w kanałach. Do tego dochodzi ładny easter egg z trofeami, który przyczynił się do czegoś większego. I właśnie jako akcyjniak z nietypowym antagonistą Predator 2 zasługuje na 4. Niestety, w zestawieniu ze swoim protoplastą wypada słabiej: z dobrego horroru stając się średniakiem, który braki maskuje strzelaninami, golizną i krwią. W związku z czym jako sequel dostaje 3+.

niedziela, 25 listopada 2018

A secret society exists, and is living among all of us. They are neither people nor animals, but something in-between.

Gdy przy okazji serii Underworld zachwalałem wygląd wilkołaków, nie wzięło się to znikąd. W dzisiejszych czasach można przebierać w produkcja o zmiennokształtnych, bo obok serii filmowych mamy też seriale poświęcone tej tematyce. Jednak kiedy byłem młodszy, to nie licząc Wolfa z Jackiem Nicholsonem, nie trafiłem na film, który spełniłby moje oczekiwania (nawet pomijając kwestię wyglądu). Pierwszy seans pierwszego Skowytu zanudził mnie. Dog Soldiers było takie sobie, a Teen Wolf z Michaelem J. Foxem to nie ten gatunek. Wszystko to było spowodowane wydumanymi oczekiwaniami, nadmuchanymi lekturą podręcznika do Wilkołaka: Apokalipsy. Z biegiem czasu gust mi się poprzestawiał i teraz w ramach rozrywki wolę kicz filmowy od patosu walki ze Żmijem. W związku z czym nadeszła pora, by dać drugą szansę The Howling oraz zapoznać się z pozostałymi odsłonami serii. Zaznaczam przy tym, że nie czytałem ani jednej z książek, na podstawie których powstały niektóre filmy.


The Howling (1981)


W trakcie swojego śledztwa reporterka Karen White niemal staje się ofiarą mordercy, którego tropem podążała. W wyniku przeżytej traumy kobieta zostaje oddelegowana na urlop zdrowotny do odległego ośrodka wypoczynkowego, mieszczącego się w górach. Na miejscu okazuje się, że trafiła z deszczu pod rynnę.

Autorzy tego filmu chyba nie do końca wiedzieli, co chcą zrobić. A nawet jeśli wiedzieli, to niespecjalnie udało im się przekonać mnie do zamiarów. Skowyt (po Morderczych kuleczkach to zaskakująco dobre tłumaczenie tytułu) z jednej strony zawiera elementy tradycyjnego horroru, który skrywa mordercę, a z drugiej nawiązuje do innej sfery gatunku – potworów robiących jatkę. Choćby z tego powodu dochodzi do dysonansu w trakcie oglądania. Główni bohaterowie starają się rozwikłać tajemnicę i im fabuła serwuje w miarę subtelne podpowiedzi, które sami odrzucają. Natomiast widzowi (na wypadek gdyby nie wpadł na to po tytule) nachalnie wpycha się to w oczy na zasadzie: Oni jeszcze nie wiedzą, że to wilkołaki, ale ty tak, prawda? Nie? To masz tu rysunek wilka! O, a tam księga o podaniach o wilkołakach. Teraz już wiesz, prawda? Prawda?! PRAWDA?!

Projekty i kostiumy wilkołaków są dobre, ale bardzo rzadko widać bestie w całości. Proces przemiany pokazano za pomocą pierwszorzędnej charakteryzacji, tylko że sam w sobie jest on bardzo, ale to bardzo powolny. W takim Underworldzie dzięki współczesnym technikom człowiek przemienia się w bestię w kilka sekund, a może jeszcze komuś po drodze przydzwoni. Z kolei tutaj to trwa i trwa, co kreuje dość kuriozalny efekt np. w jednej ze scen, gdzie koleś zmienia się, a dziewczyna zamiast uciekać (zdążyłaby przy tym zrobić przynajmniej jedną rundkę dookoła całego kompleksu budynków) stoi i wrzeszczy, jak jej reżyser przykazał. Gdyby porównać to do scen ucieczki przed mordercą z dowolnego slashera, w których nie obejdzie się bez głupich potknięć, to te wypadają nad wyraz przekonująco, a my wierzymy w stu procentach w starania ofiar.

Tempo opowieści sprawia, że trochę ciężko się nastawić na konkretny klimat. Pierwsza połowa jest stosunkowo powolna, ale ma swoją atmosferę, tylko miłośnicy rzezi pokroju Critters będą się niecierpliwić w oczekiwaniu na właściwe mięcho. W drugą stronę też to działa, w momencie gdy wszystko się rozkręci, fani spokojniejszych horrorów mogą zacząć ziewać. No chyba że lubicie wszystkiego po trochu, wtedy faktycznie nie ma jak się przyczepić. Mało tego, samo zakończenie jest idealną wypadkową obu tych warstw.

Trochę ponarzekałem, jednak teraz, przy drugim podejściu bawiłem się dobrze. Naturalnie The Howling to w wielu miejscach zlepek oklepanych schematów, ale widać, że włożono w niego trochę serca i starań. Ma swój urok, potrafi nadrobić braki częścią wizualną. Moja ocena: 4.


Howling II: Stirba – Werewolf Bitch


Sequel, który ma jeszcze mniej wspólnego z protoplastą, niż drugi Koszmar z ulicy Wiązów ze swoim. Jest to nie lada osiągnięcie. Między Koszmarami da się doszukać przynajmniej kilku wspólnych elementów, jak postać Freddy’ego lub dom. W Skowycie 2 jedynym nawiązaniem jest widowiskowe zakończenie jedynki oraz to, że głównym bohaterem jest brat Karen White (stąd też alternatywny podtytuł: Your Sister is a Werewolf). Zignorowano resztę zakończenia, pokazującą inną postać, która przeżyła wydarzenia pierwowzoru. Co natomiast łączy oba sequele, to niska jakość.

Zamierzenie lub nie, Stirba jest filmem tak słabym, że dla niektórych aż dobrym, dla innych zniechęcającym do kontynuowania przygody z serią. Zacznijmy od tego, że przez cały czas ma się wrażenie, iż ktoś chyba nie do końca wiedział, o czym ma być ten tytuł. Opowieść wygląda, jakby miała być o wampirach (uczucie to potęguje obecność Christophera Lee oraz miejsce akcji: Transylwania), ale w ostatniej chwili doklejono do tego wilkołaki. Efekt końcowy jest podobny do Hellraisera: Deader, choć na szczęście tutaj całość wyszła lepiej. Ciągle powtarzany motyw muzyczny i jego klimat przywodzi na myśl The Lost Boys, co jest o tyle ciekawe, że widowisko o pijawkach pojawiło się dopiero 3 lata po Stirbie.

Co więcej można powiedzieć? Oprócz głównego wątku nikt chyba nie miał pomysłu na resztę. Mitologia dotycząca zmiennokształtnych nie trzyma się kupy, wizja kultu jest tania i tandetna, a luki w seansie postanowiono wypełnić golizną w ilościach podobnych do tych z Psycho Copa 2.

Efekty specjalne są niezłe. Przemiany oraz charakteryzacja aktorów również potrafi być w porządku. Jak zwykle ujęć całych postaci wilkołaków jest jak na lekarstwo, ale w nagrodę mamy obfite sikanie sztuczną krwią i przerysowaną rzeź.

Skowyt 2 to jeden z tych filmów, z których można rechotać do bólu brzucha, zwłaszcza w towarzystwie osób o podobnym guście. Ja jednak nie mogłem przeboleć zbyt wielu odstępstw od pierwowzoru. Gdyby darowano sobie pokrewieństwo głównego bohatera z Karen, nie miałbym tylu pretensji. Niestety, w ostatecznym rozrachunku dostałem sporo kiczu, który lubię, ale do tego również drugie tyle bzdur, których nie mogłem przetrawić. Moja ocena: 3-.


Howling III


Trzeci Skowyt udowadnia, że seria jako antologia miałaby więcej sensu, a połączenia jedynki i dwójki nie powinno być w ogóle. Niestety, nie oznacza to, że mamy do czynienia z dobrym filmem.

Akcja tej odsłony ma miejsce w Australii. Dziewczyna należąca do grupy wilkołaków chce się wyrwać do cywilizacji. Po dotarciu do Sydney praktycznie od razu udaje się jej zostać aktorką. W tym samym czasie pewien naukowiec dostaje dowody na to, iż zmiennokształtni to nie tylko mit. Przy wsparciu wojska zaczyna poszukiwania nowo odkrytego gatunku.

Bez owijania w bawełnę i tłumaczenia, że film da się oglądać w konkretnych warunkach lub ze specyficznym nastawieniem – Howling III jest okropny. Ekspozycja jest tak poszatkowana i tak zmontowana, że absolutnie nie obchodzi nas, co stanie się dalej. Głównych bohaterów ledwo się pamięta. Aktorstwo jest jednym z najsłabszych, jakie widziałem w kinie klasy Z. Efekty specjalne są mizerne, przemiany jeszcze bardziej toporne, a charakteryzacja i kostiumy tak niskiej jakości, że najgorsze filmy o kaiju zjadają je na śniadanie. Zakończenie częściowo chyba miało zrobić takie samo wrażenie, jak to z jedynki, a wyszła tylko koślawa kalka.

Osobną sprawą jest potraktowanie mitologii wilkołaków. Te z Australii są… torbaczami. Nie, nie żartuję. Zrobiono z tego wręcz osobny wątek, w którym główna bohatera doczekuje się potomka, a my jesteśmy świadkami porodu i umieszczania młodego w torbie. To ja już wolę wersję ze Stirby, gdzie niektóre z tych poczwar rozmnażały się niczym xenomorphy (również nie żartuję).

Jak już wspomniałem, Howling III nie da się polecić nikomu, ani w żadnych okolicznościach. Gdyby nie maraton, nie siadałbym w ogóle do oglądania. Moja ocena: 1.


Howling IV: The Original Nightmare


Ten film to dla mnie jakiś ewenement. Z reguły w seriach horrorów daje się ten sam schemat, ale zmienia na tyle dużo detali, by uzasadnić kolejny numer przy tytule. Czwarty Skowyt to ta sama historia, co w jedynce. Taki numer odwalił chyba tylko Evil Dead. Dlaczego tutaj zastosowano taki zabieg? Pierwsza część podobno stanowiła bardzo luźną adaptację książki o tym samym tytule. Czwarta również jest adaptacją, tylko ma być wierniejsza oryginałowi.

Ponownie nie odniosę się do poziomu adaptacji, ale bez porównań obu produkcji się nie obejdzie. Pomijając różnice typu tam główna bohaterka to dziennikarka, tutaj autorka książek, tą pierwszą i najważniejszą jest klimat. Po wzięciu na warsztat tej samej opowieści Howling IV obchodzi się z nią zupełnie inaczej. Rzezi prawie nie ma, wilkołaków jest tyle, co kot napłakał, ale za to budowania klimatu dwa razy więcej. Darowano sobie epatowanie krwią i golizną. The Original Nightmare nie jest tak nachalny we wciskaniu widzowi w twarz nawiązań do antagonistów. Ma to sens, bo skoro od początku wiadomo, z czym się zadajemy, po co jeszcze o tym przypominać co 10 minut? Wątek z zakonnicą może się kojarzyć z czwartą i piątą częścią Koszmaru z ulicy Wiązów.

Dwie rzeczy, które wypadają minimalnie lepiej w jedynce, to zakończenie i aktorstwo. Nie chodzi nawet o próbę szokowania widza, tylko to, że jest jakby pełniejsze. To z czwórki wygląda na nagłe i urwane. Z kolei gra w kinie tej kategorii nie jest uber istotna, ale da się odczuć różnicę.

Żałuję, że nie oglądałem Skowytu 4 jako pierwszego. Bardziej subtelny klimat, dobre efekty specjalne (choć póki co jest ich najmniej w serii), niezłe wilkołaki (i znowu: najmniej) to dobre argumenty, by sięgnąć po film. Jednak biorąc pod uwagę, że jest to powtórka z rozrywki, która może się trafić po męczących częściach II i III, do tego ma swoje za uszami i w przeciwieństwie do jedynki nie stara się zadowolić dwóch różnych grup miłośników grozy jednocześnie, warto ten wybór przemyśleć. Tyle dobrego, że Howling IV da się oglądać jako samodzielną produkcję. Moja ocena: 3+.


Howling V: Rebirth


Tym razem grupa nieznajomych trafia do zamku na odludziu. Śnieżyca uniemożliwia im opuszczenie miejsca, a pobyt urozmaica im wilkołak mordujący jednego po drugim.

Jeśli komuś zapaliła się lampka mówiąca, że pomysł brzmi znajomo, to ma rację. Rebirth to wariacja na temat rodem House on Haunted Hill, albo And Then There Were None autorstwa Agathy Christie. W zasadzie nic więcej nie da się powiedzieć o tej produkcji. Chyba tylko to, że straszy swoją przeciętnością.

Mamy fajną i klimaciarską budowlę, odrobinę mitologii w tle, znośną grę aktorską, przyzwoitą muzykę i tyci zwrot akcji w finale. Przeciwwagą do tych aspektów są: ślimacze tempo całego seansu, niezbyt angażujący wstęp, nijakie postacie (do tego stopnia, że zapomina się ich imion natychmiast po przebrzmieniu ostatniej sylaby każdego z nich) i tak tragicznie mało wilkołaków, że tę mitologię i stworzenia doklejono chyba w ostatniej chwili. Serio, gdyby nie ostatnie sceny i kilka dialogów, mogłaby to być dowolna inna istota. Z takim podejściem wiąże się jeszcze jeden zgrzyt: niemal nieobecne efekty specjalne. Nie jestem nawet w stanie przypomnieć sobie, czy była jakakolwiek przemiana, czy może zawsze dostawaliśmy gotową bestię.

Nie jest to ani najgorszy Skowyt, ani najgorsza interpretacja motywów z And Then There Were None, ale wymaga sporej dozy wytrwałości w oglądaniu. Moja ocena: 3.


Howling VI: The Freaks


Pomysł wyjściowy jest ciekawy. Do miasteczka na wygwizdowiu trafiają niemal jednocześnie człowiek znikąd oraz cyrk, którego właściciel kolekcjonuje wybryki natury. Tak się składa, że człowiek znikąd tak naprawdę jest wilkołakiem.

W zamyśle brzmi to fajnie, bo nietypowych postaci jest kilka, mogłyby się tłuc, mogłoby być sporo morderstw, klimatu grozy, a przez większość czasu jest nudno. Wyobraźcie sobie Miasteczko Salem Kinga, które po przyjeździe Barlowa zapomniało się rozkręcić, a sam wąpierz pojawia się potem w drobnych scenach dwa razy. Serio, jeśli najbardziej pozytywną reakcję wzbudził we mnie koleś pomalowany na fioletowo (nawet po obejrzeniu wielu filmów o tych potworach jakoś nie wpadłbym na to, by jednego z nich pokazać w ten sposób, choć z drugiej strony w innej wersji potrafią błyszczeć w słońcu...), który wyskoczył ze skrzyni i zjadł mieszkańca miasteczka, chyba coś jest nie tak.

Oprócz tego, że monstrów jest na ekranie mało, jakość ich charakteryzacji również pozostawia wiele do życzenia (no oprócz tego fioletowego). Nawet morderstw jest tyle, co kot napłakał. Aktorstwo jest przeciętne i tylko główny antagonista prezentuje się na tylec ciekawie, że widzi się postać, a nie grającą osobę.. Do tego dochodzi ostateczna konfrontacja, która jest zwyczajnie nudna.

Dla paru scen, słabych kostiumów, nieciekawej fabuły i minimalnej obecności wilkołaka nie warto sięgać po The Freaks. Moja ocena: 2-.


Howling: New Moon Rising


Znany także jako Howling VII: Mystery Woman. Jest to kolejny film, który rozpiernicza poczucie antologii i próbuje powiązać wszystko w przenikającą się całość.

W jednym miasteczku dochodzi do zbrodni. Jego mieszkańcy posądzają o nią lokalny gang motocyklistów. Z kolei w miasteczku obok policja śledzi mordercę, którego podejrzewają o bycie zmiennokształtnym.

Oba te wątki idą obok siebie praktycznie przez godzinę i 10 minut. Cały film trwa godzinę i 29 minut. Efekt końcowy jest bardzo męczący, bo w pierwszym wilkołak pojawia się tylko w aluzjach, a drugi to nic innego jak opowieść postaci podobnej do doktora Loomisa z Halloween, prezentującej fragmenty części 4-6 jako dowody na istnienie wilkołaków. Mało tego, kilka postaci z tych filmów również się pojawia, jednak zrealizowano to tak pokrętnie, tak na siłę, że nawet oglądając Skowyt 7 przy obieraniu ziemniaków można zasnąć… kilka razy.

Kiedy wreszcie obie warstwy fabularne łączą się w finale, wyjaśnienie „zagadki” sprawia tylko radość z tego, że seans dobiega końca. Nie jestem pewien, czy nie przespałem czegoś we wspomnianych ziemniakach, ale jeśli nie, to New Moon Rising ma najmniejszą liczbę scen z wilkołakami. Nie liczę tu retrospekcji. W siódemce jest chyba tylko jedna scena z bestią, w częściowym kostiumie okropnej jakości. Brakowało tylko odgłosu gumy, jaki słychać przy potrząsaniu pustą maską. Przemiana jest żenująca, bo w przeciwieństwie do poprzedników, w których nakładano kolejne warstwy makijażu i innych elementów, tutaj zastosowano najtańszy z możliwych efektów morph, gdy jedno zdjęcie zmienia się w drugie.

New Moon Rising nie da się polecić w żaden sposób. Do tego jest to film tak nudny, że jeśli robicie sobie zakrapiany maraton, macie gwarancję zaśnięcia w trakcie. No chyba że w porę przerzucicie się na oglądanie czegoś innego. Moja ocena: 1.


The Howling: Reborn


Nastolatek dowiaduje się, że jest wilkołakiem, a pierwsza przemiana tuż tuż. Niespecjalnie cieszy go też oferta lokalnego stada, które chce, by do nich dołączył. Zwłaszcza, że grożą nie tylko jemu, ale także dziewczynie, w której się zakochał.

Na każdym kroku widać, że Reborn to współczesna produkcja. Główni bohaterowie są na etapie szkoły średniej, pojawia się wątek  analizy i parodii filmów grozy (trend zapoczątkowany w Scream), dialogi są pełne pyskówek i wymądrzania się, a efekty specjalne nie stronią od CGI.

Przyznam się, że moja opinia będzie mało popularna. Podoba mi się Reborn. Sam w sobie jest to w film bardzo przeciętny pod każdym względem: jakości efektów, fabuły, aktorstwa i tendencyjnego dobory muzyki. Jednak każdy z tych aspektów zawierał coś, co pozwalało mi cieszyć się widowiskiem bardziej, niż powinienem. Efekty są balansowane kostiumami i charakteryzacją stojącymi o klasę wyżej, niż w kilku ostatnich odsłonach. Fabuła zawiera wystarczająco dużo przejrzystej akcji, nawalanki i lejącej się krwi, by przymknąć oko na powolny start. Aktorstwo nie jest Oskarowe, ale postacie potrafią wypaść na tyle naturalnie (nie zawsze, ale jednak), by nie prychać co chwilę z pogardą. Z kolei muzyka jest nastawiona na tanie efekciarstwo, ale jak usłyszałem Don’t Fear the Reaper i Book of Love, to jakoś nie potrafiłem się dalej czepiać.

Osobną kwestią jest to, że Reborn można potraktować jako soft reboot. Nie powiela on jedynki i The Original Nightmare kadr w kadr, ale pewne motywy wydadzą się znajome. Powiększenie stada, scena z pożarem, czy ujawnienie światu prawdy o zmiennokształtnych. Biorąc pod uwagę rok produkcji, to ostatnie zyskało większą skalę i zrealizowano je w ciut podobny sposób, co finisz Rise of the Planet of the Apes pokazany w napisach.

Jak już wspomniałem, Reborn to tak naprawdę średni film, ale podobał mi się, bo autorom udało się zawrzeć akurat takie detale, które grają na moich sentymentach, albo na których mi zależy w trakcie seansu. Dlatego też moja ocena: 4-.

niedziela, 18 listopada 2018

You play a good game, boy, but the game is finished. Now you die.

Seria Phantasm mogła być dla mnie kolejną podróżą do czasów wypożyczalni VHS. Dlaczego nie jest? Po pierwsze: dowiedziałem się o niej (że w ogóle jest to seria, a nie jeden film) gdzieś w okolicach 2006 roku od kolegi, Ratm4na, który jest chyba jedyną osobą w moim najbliższym otoczeniu potrafiącą przetrawić te same kiczowate horrory w ilościach hurtowych (o Psycho Copach i Maniac Copach też dowiedziałem się od niego). Po drugie: polski tytuł. Taki Warlock został przetłumaczony dosłownie: Czarnoksiężnik, w związku z czym nawet rodzima wersja budziła jakieś tam skojarzenia podczas przeglądania spisu kaset. Szczęścia i powodzenia, jeśli liczycie na to samo w przypadku Phantasma. Jakiś geniusz wpadł na to, by przetłumaczyć go jako Mordercze kuleczki. Tak więc nawet jeśli widziałem je w spisie, nic mi to nie mówiło lub podświadomie blokowałem obecność durnej nazwy. Na szczęście same filmy to osobna sprawa.


Phantasm


Fabuła zawiera tak dziwaczne pomysły, że rzucę tylko ogólny opis, żebyście mogli reszty doświadczyć sami. Po pogrzebie znajomego jeden młodzik zauważa, jak grabarz (przez wzgląd na wzrost nazywany Tall Man) jest w stanie unieść samodzielnie niemałą trumnę ze zwłokami. Od tej pory zaczyna się pościg. Dzieciak próbuje przekonać pozostałych znajomych, że nie zwariował, a w okolicy dzieją się dziwne rzeczy, natomiast dziad z cmentarza próbuje go zabić.

Jak już wspomniałem, powyższy opis jest tylko fragmentem tego, co się dzieje. Ilość poszczególnych scen, ich różnorodność i tempo potrafi sprawić, że widz sam czuje się, jakby zaczynał wariować. Nie wiem, na ile było to zamierzone, ale wiele z nich ogląda się z uczuciem, że pochodzą z dużo starszych filmów. Ciężko mi powiedzieć, skąd się to wzięło, ale dodawało swoistego uroku.

Szalonym pomysłom (bo Phantasma naprawdę ciężko porównać do czegokolwiek innego: ani to Friday the 13th, ani Candyman) towarzyszy rewelacyjna muzyka. Autentycznie śmiem twierdzić, że tworzy ona jakieś 80% klimatu całej produkcji. Pozostałe 20% to dosłownie reszta, w tym efekty specjalne, które potrafią bawić kreatywnością i ilością sztucznej krwi.

Dwóch rzeczy nie mogę przeboleć. Po pierwsze – tempo akcji w pierwszej 1/3 widowiska (jakieś 36 minut) potrafi się wlec do tego stopnia, że jest to sprawdzian wytrwałości. Jeśli przed stuknięciem 36 minuty wyłączycie film – oblaliście, bo dalej jest tylko lepiej… prawie. Wspomniałem już o różnorodności i tempie, które odczuwalnie zwiększa się po 36 minucie. Tylko tutaj ciężko nie mieć wrażenia przegięcia w drugą stronę. Jeśli na chwilę odwrócicie wzrok, po czym wrócicie do oglądania, jest całkiem spora szansa, że traficie na scenę tak bardzo oderwaną od poprzedniej, że gdyby nie bohaterowie lub muzyka, moglibyście zastanawiać się, czy oglądacie ten sam film.

Niemniej jednak cały powyższy akapit radzę traktować z przymrużeniem oka, gdyż Phantasm to ciekawe widowisko, wymykające się ździebko klasyfikacji gatunkowej. Warto znieść jego nierówne tempo przez wzgląd na jakość całokształtu. Moja ocena: 4.


Phantasm II


Bezpośrednio po wydarzeniach z pierwszej części główny bohater, Mike, trafia na 7 lat do psychiatryka. Gdy z niego wychodzi, zabiera ze sobą Reggiego i ruszają w pogoń za Tall Manem. Kierunek ich podróży wyznaczają puste groby pozostawione przez Tall Mana oraz wizje, jakie Mike miewa dzięki połączeniu psychicznemu z Liz, dziewczyną będącą jednym z celów łotra.

Na początku muszę uprzedzić, że będę wydziwiał. Phantasm II ma opinię dobrego sequela. Wręcz dorównującego poziomem pierwszemu filmowi. Jednak dla mnie zawiera kilka zgrzytów, które stawiają go o poziom niżej.

Po pierwsze – po zakończeniu jedynki spodziewałem się innego losu dla Mike’a. Ponadto twórcy nie poprzestają na tym i w dwójce serwują dokładnie ten sam numer, więc do trójki podejdę już z większym dystansem.

Po drugie – cała ta część sprawia wrażenie wyciętego trzeciego aktu poprzedniej. Mike i Reggie są zdeterminowani udupić Tall Mana, więc po krótkim początku i wprowadzeniu Liz przeskakujemy do tego wątku tak szybko, a następnie spędzamy z nim tyle czasu, że ma się wrażenie pominięcia środka.

Po trzecie – zmieniono strukturę opowieści. Koniec z uczuciem chaosu, skakaniem od sceny do sceny. Niestety, przy okazji pozbyto się atmosfery zaszczucia i niepewności. Nie ma już tak, że przechodzimy do sceny A i zastanawiamy się, co nas przestraszy, a potem to samo w scenie B i C. Tutaj wiadomo, kiedy należy spodziewać się straszenia. Nawet muzyka nie działa już tak, jak poprzednio (tzn. jest w porządku, tylko nastroju tak nie potęguje), choć motyw przewodni nadal daje radę.

Efekty specjalne stoją na przyzwoitym poziomie, z tymże samej sztucznej krwi jest jakby mniej. Do aktorów nie mam zastrzeżeń. Szwendanie się po cmentarzach miło kojarzy się z Omenem.

Jak już wspomniałem wcześniej, Phantasm II jest przez wielu uważany za dobry sequel. Mnie powyższe braki / zmiany na tyle mierziły, że nie podzielam tej optymistycznej opinii. Niemniej jednak jednorazowy seans jestem w stanie polecić nawet przy takiej ocenie: 3+.


Phantasm III: Lord of the Dead


Trzecie… Mordercze kuleczki to w zasadzie powtórka z dwójki. Tym razem to Mike zostaje porwany przez Tall Mana, a Reggie rusza w pościg, by go ratować. Zaczyna swoją podróż sam, dopiero po drodze trafiają mu się nowi sojusznicy.

W przeciwieństwie do większości slasherów lub nawet sequeli zwykłych horrorów Phantasm robi jedną rzecz inaczej. Typowe sequele niejako resetują sytuację, np. Jason przeważnie zabija nową grupę X lat później, podobnie Freddy Kreuger, a dom i klamoty z Amityville znajdują coraz to nowych właścicieli. W Phantasmach póki co sytuacja jest ciągła. Pomimo kolejnych starć z Tall Manem, on ciągle działa, kontynuuje swoje dzieło, powiększając zasięg, bez rozpoczynania od nowa z powodu porażki. W dwójce można było zauważyć spustoszenie, jakie poczynił w kilku miejscach. W trójce skala tegoż jest odczuwalnie większa i wpływa nie tylko na widza, ale także na postacie, jakie Reggie spotyka na swojej drodze. Muszę przyznać, że zabieg jest ciekawy i zachęcił mnie do sięgania po kolejne sequele.

Jednak jak już wspomniałem na początku, cała reszta to Phantasm II bis. Efekty specjalne są trochę bardziej zróżnicowane i ciut lepszej jakości. W kilku scenach mamy przesadną ilość krwi. Teoretycznie powinno to postawić numer trzy nieco ponad numerem dwa, ale tak nie jest z jednego powodu. Pierwsza 1/3 seansu ma potwornie nierówne tempo. O ile doceniam klimat tworzony pustymi miejscami i sugestiami, dlaczego są w takim stanie, o tyle muszę odnotować fakt, że skutecznie wydłużają oczekiwanie na konfrontacje z właściwym łotrem. W związku z czym Lord of the Dead dostaje taką samą ocenę, co poprzednik: 3+.


Phantasm IV: Oblivion


Mike’a nie udało się uratować. Reggie wciąż ściga Tall Mana, ale coraz bardziej powątpiewa w sens zmagań z tak potężnym przeciwnikiem. Z kolei Mike odbywa inną podróż, obfitującą w wiele ciekawych sytuacji i podającą bardzo istotne informacje na temat intrygi spajającej cztery (póki co) filmy.

Tak jak dwójka jest uważana za dobry sequel, tak czwórka niekoniecznie. I znowu mam odwrotnie. Czwórka zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Rola Reggiego została nieco umniejszona, ale zrobiono to z sensem. Teraz to Mike’owi poświęcono więcej czasu. Jego wędrówka i odkrycia pozwoliły mi wreszcie wypełnić pewne luki w uniwersum Phantasma. Wręcz do tego stopnia, że po seansie czwórki ma się ochotę obejrzeć pozostałe części jeszcze raz, uwzględniając wszystko, czego dowiedzieliśmy się w Oblivionie.

W zasadzie ciężko dodać coś więcej, by nie otrzeć się o poważniejsze spoilery. Pozostaje chyba jeszcze tylko jedna istotna rzecz. Pomimo motywu podróży Oblivion różni się od Phantasma 2 i 3. Ta wędrówka jest bardziej zróżnicowana, prawie tak „skacząca”, jak pierwowzór, a swoim wydźwiękiem zahacza momentami o wątki rodem z Twin Peaks. W rezultacie jest to bardzo specyficzna mieszanka, która zdecydowanie nie każdemu podejdzie (co widać po opiniach na forach internetowych), a do tego, pomimo zawarcia kilku odpowiedzi dotyczących serii, zostawia widza ze sporą liczbą nowych pytań (takie zawieszenie też nie każdego ucieszy). Moja ocena: 4.


Phantasm: Ravager


Stosunkowo świeży film, bo raptem sprzed dwóch lat. Kontynuuje motyw wędrówki i wraca na pełny etat do Reggie’ego. W zasadzie na dwa etaty.

Gdybym miał fabularnie porównać Ravagera do czegoś, to byłaby to Drabina Jakubowa. Z tą różnicą, że dzięki Oblivionowi piąty Phantasm nie zostawia nam jednej wersji tego, co się dzieje. Widzimy prowadzone równolegle dwa wątki i tylko od naszej interpretacji zależy to, czy faktycznie jeden wpływa na drugi, czy może idą zawsze obok siebie. Co prawda ostatnia scena (już w środku napisów) trochę nachalnie sugeruje ten drugi wariant, ale da się przymknąć na to oko.

Pomimo upływu czasu Phantasmowi udało się zachować klimat kina klasy B. Uwspółcześniono go odpowiednio (włącznie z efektami specjalnymi i ich skalą), ale nie da się go pomylić z żadnym innym rodzajem. Aktorsko jest całkiem przyzwoicie. Niestety, jest to też pożegnanie z Angusem Scrimmem, który wcielał się w upiornego Tall Mana. Zmarł przed premierą piątej części.

W moich oczach jedyną poważną wtopą jest ta scena w środku napisów. Gdyby jej nie było, to scena przed napisami byłaby dużo lepszym zakończeniem. Na tyle zamkniętym, by nie robić kolejnych Phantasmów, ale jednocześnie wystarczająco otwartym, by kontynuacja była w miarę naturalna. Przeplatanie się dwóch warstw zrealizowano pomysłowo, płynnie i w popierniczonym duchu części pierwszej i czwartej. Bawiłem się zaskakująco dobrze (rzadko zdarza się to na tym etapie jakiejkolwiek serii) i jeśli robicie maraton Phantasmów, Ravager zasługuje na uwagę. Moja ocena: 4.

niedziela, 11 listopada 2018

Tout, Tout, through and about; your callow life in dismay. Rentum, Osculum, Tormentum: a decade twice over a day.

Seria Warlock to jedna z tych, które widywałem na listach filmów wypożyczalni kaset wideo, ale jakoś nigdy nie było okazji, żeby ją obejrzeć. Dodatkowo w przeciwieństwie do takiego A Nightmare on Elm Street, Candymana czy Halloween, Warlocka nie kojarzyłem nawet z telewizji. Pozostawała tylko ta myśl gdzieś z tyłu głowy, że kiedyś trzeba to będzie nadrobić.


Warlock


W 1691 roku w Bostonie Giles Redferne, łowca czarownic, łapie jednego z czarnoksiężników. Jednak zanim zostanie wykonany jakikolwiek wyrok, jeniec teleportuje się 300 lat w przyszłość. Giles nie odpuszcza i ściga swojego więźnia. Obaj lądują w Los Angeles, pod koniec lat osiemdziesiątych. Czarnoksiężnik chce znaleźć biblię szatana podzieloną na 3 części. Dzięki niej chce zniszczyć świat.

Pierwszym wrażeniem, jakie mnie naszło w trakcie oglądania Warlocka to: Terminator + 9 Wrota. Na to wrażenie składa się motyw podróży w czasie, partnerka z teraźniejszości, powstrzymanie końca świata i szukanie części księgi. Żeby było śmieszniej, gdyby opisać tempo akcji, to również byłby to Terminator, tylko z tempem 9 Wrót. Pomimo wagi wydarzeń, morderstw, pojedynków, opowieść idzie sobie spacerkiem, a czasami się strasznie wlecze. I nie służy to niemal niczemu, niekiedy może tworzy trochę klimatu. W 9 Wrotach sprawdzało się to przez wzgląd na naturę opowieści. Terminator pomimo powolniejszych scen jest kojarzony przede wszystkim z akcją. W tutejszej mieszance są sceny, które potrafią z tego skorzystać, np. nastrój budowany we wstępie osadzonym w 1691, ale gdy to samo tempo przykłada się do polowania na biblię, mniej wytrwały widz odpadnie w 1/3 seansu.

Inna sprawa, że film nie traktuje siebie poważnie. Przynajmniej nie do końca. Morderstwa wyglądają groteskowo i bardziej przypominają Beetle Juice z dodatkiem krwi, albo lżejszą wersję Wishmastera, niż rasowy horror. Też nie jest to konwencja, która podejdzie wszystkim.

Aktorsko jest zadziwiająco dobrze. Efekty specjalne są również w porządku. Może nie wszystkie związane z czarami robią wrażenie, ale jeśli zawierały jakieś dodatki praktyczne (np. obcięcie kończyny), to są troszeczkę wyżej od przeciętnego slashera. O muzyce pamiętam tylko tyle, że była ponura, ale do Omenu to jej daleko.

Jeśli macie ochotę na dosyć powolną, ale solidnie zrealizowaną mieszankę kiczu, horroru, fantasy i groteski, Warlock powinien przypaść wam do gustu. Ja bawiłem się zaskakująco dobrze. Moja ocena: 4.


Warlock: The Armageddon


Tym razem zamiast łowców czarownic tytułowego warlocka będą starali się powstrzymać druidzi. Z kolei motyw podróży w czasie zastąpiono reinkarnacją i tajemnicami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie.

Na dzień dobry widza wita muzyka, która może kojarzyć się z Hellraiserem. Dalej jest podobnie, jak w jedynce, tylko tym razem to warlock ściga oprawców. Tempo jest podobne, postacie mniej przerysowane, choć tak samo stereotypowe. Finał ponownie ma miejsce na wygwizdowiu.

Co odróżnia The Armageddon od pierwszego Warlocka, to morderstwa oraz efekty specjalne. Te pierwsze mogą kojarzyć się z tym, co zrobiono (znowu) w Wishmasterze, gdy dżin dosłownie spełniał życzenia. Te drugie w dzisiejszych czasach wyraźnie odstają jakościowo, ale gdy obejrzeć oba filmy jeden po drugim, są bardziej zróżnicowane i lepszej jakości.

Nie oczekiwałem po drugim Warlocku zbyt wiele, ale oglądało mi się go równie dobrze, co pierwowzór. Może nie gwarantuje takiej głupawki, ale seans był jak najbardziej w porządku. Moja ocena: 4-.


Warlock III: The End of Innocence


Kris Miller dowiaduje się, że otrzymała w spadku pokaźną posiadłość. Dziewczyna zbiera swoją ekipę i jadą pozbierać, co się da, nim budynek zostanie zburzony. Na miejscu jej przyjazdem interesuje się tytułowy czarnoksiężnik.

Autorzy chyba sami nie wiedzieli, o czym ma być ten film. Na początku da się odnotować zmianę głównego aktora oraz muzykę wskazującą, w jakim okresie film wyszedł (1999 rok). Juliana Sandsa zastępuje Bruce Payne. Niestety, nie wiadomo, czy jest to zmiana łotra, jak między Wishmasterem 2 i 3, czy może ta sama postać grana przez innego aktora (co sugerowałaby charakteryzacja).

Wątek z domem i wypadem grupy studentów będzie przywodził na myśl pierdyliard innych horrorów i slasherów. Tylko że te skojarzenia udowodnią wam wyłącznie, jak słabo można kopiować po trochu wszystkich dookoła i uzyskać efekt bez polotu, bez czegokolwiek od siebie. Zresztą morderstwa, motyw z rytuałem, czy nawet wizje/sny również nadają się do gry w stylu: walnij kielicha za każdym razem, gdy wpadniesz na to, gdzie jeszcze coś takiego widziałeś. Nie mam na myśli mechanizmów jako takich, tylko pomysły zawarte w poszczególnych scenach.

W rezultacie otrzymujemy film na winie: wpisz do scenariusza wszystko, co się pod rękę nawinie. Można obejrzeć go pod dwoma warunkami: powyższa drinking game lub bycie fanem znanej z serii Hellraiser Ashley Laurence. Moja ocena: 2-