Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dan Simmons. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dan Simmons. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 września 2023

The Terror – Season 1

Przyznam, iż moją motywację do zapoznania się z książką wzbudziła informacja o tym serialu. Skoro nie mogłem mieć Hyperiona, to chociaż coś innego z adaptacji prozy Simmonsa obejrzę. Wrażenia z książki znajdziecie w tym wpisie, a do tych z sezonu pierwszego zapraszam poniżej.

Jako że dokładne losy wyprawy Erebusa i Terroru nie są znane, Dan Simmons mógł uzupełnić braki po swojemu. Z podobnego założenia wyszli chyba autorzy serialu. Za punkt wyjściowy obrali powieść, ale na tym koniec. Lwia część widowiska przebiega zupełnie inaczej niż w książce. Relacje między postaciami są kompletnie różne (najbardziej widoczny przykład to Crozier i sir John). Zmieniono też składowe samych bohaterów, np. lady Cisza mówi, ba, dogaduje się po inuicku z Crozierem. Rola Magnusa sprowadza się ledwie do występu gościnnego, podczas gdy w książce Simmons wyraźnie dał do zrozumienia, iż bez niego Hickey nie miałby argumentu siły. Natura samej opowieści również jest inna. Podczas gdy książka to opowieść w dużej mierze historyczna z dopchniętym horrorem tu i tam, serial przez 2/3 całości kładzie nacisk właśnie na grozę. Obecność i zachowania Tuunbaqa są lepiej maskowane i faktycznie w pierwszej kolejności kojarzą się z niedźwiedziem polarnym. Potem gdzieś w środku autorzy przypominają sobie, że jest od groma wydarzeń bez udziału pokraki, ale aranżują je po swojemu, aby na koniec przywrócić potwora. Druga połowa odstaje od książki już tak bardzo, że twórcy chyba po prostu robili własną wersję włącznie z zakończeniem.

Najbardziej na tych zmianach ucierpiał wątek samego Tuunbaqa i szamanów. W książce są chyba ze dwa rozdziały poświęcone wyłącznie mitologii Inuitów. Co prawda odzierają stwora z tajemniczości, ale wiążą go z wydarzeniami i wybranymi postaciami. Tutaj nie dość, że nie wyjaśnia się prawie nic, to jeszcze przez wzgląd na zmiany względem literatury po zakończeniu wątku widz pozostaje z wrażeniem: To już? To tyle?

Jeśli jednak na moment założyć, że serialowy Terror nie jest adaptacją i zaakceptować jego horrorowe zapędy, to wychodzi całkiem dobry serial. Aktorzy są rewelacyjni w swoich rolach, upiorna muzyka przywodzi na myśl kompozycje Jarre’a lub Vangelisa, a osoby odpowiedzialne za kostiumy, rekwizyty, zdjęcia odwaliły taką robotę, że z ekranu wręcz wieje chłodem i na czas seansu aż się chce otulić kocem… albo pięcioma… I tak właśnie warto potraktować ten tytuł. Nie jako adaptację książki, tylko wariację na temat wydarzeń znanych z historii. W przeciwnym razie Terror powodowałby zbyt wiele frustracji. Przyznam też, że o ile serię ogląda się lepiej, niż czyta książkę, z tą drugą warto zapoznać się przed seansem choćby przez wzgląd na diametralnie inne zakończenie. Moja ocena: 4-.

niedziela, 27 sierpnia 2023

Dan Simmons – Terror

Terror odtwarza przebieg tragicznej w skutkach wyprawy badawczej z maja 1845 roku. Dwa statki – HMS Erebus i HMS Terror – pod dowództwem doświadczonego żeglarza, sir Johna Franklina, wyruszyły ku północnym wybrzeżom Kanady, celem poszukiwania Przejścia Północn-Zachodniego. To ciąg przesmyków pomiędzy wyspami Archipelagu Arktycznego, gdzie od kilkuset już lat, kosztem wielu istnień ludzkich, szykano możliwości opłynięcia Ameryki Północnej, chcąc zaoszczędzić na odległości przemierzanej drogą morską pomiędzy wybrzeżami Atlantyku i Pacyfiku. Na statkach zgromadzono spore zapasy żywności, które w teorii miały wystarczyć na około pięć lat. Wyposażono je w silniki, konieczne do przebijania się przez lód, i zapas węgla. Wtedy, w maju 1845 roku, ostatni raz widziano je w Anglii…”

Zazwyczaj pochłaniam różne lektury w dość rozsądnym tempie, nawet przy moim ciągłym braku lub słabej organizacji czasu. Mimo to Terror zajął mi rok. Nie dlatego, że był długi (choć 645 stron to na dzisiejsze czasy niemało). Nie dlatego, że był ciężki (choć opis wyprawy do najsympatyczniejszych nie należy). Był często nudny i nie potrafił zdecydować się na konwencję.

Zacznijmy od tego, o czym wspomniałem w cytacie na początku: Terror odtwarza przebieg wyprawy. Istotnie, takie przedsięwzięcie miało miejsce. Wrak Erebusa znaleziono w 2014 roku, a wrak Terroru w 2016. Sam przebieg nie jest dokładnie udokumentowany i naprawdę wiele pozostaje w sferze domysłów. Dało to spore pole do popisu dla pana Simmonsa. W efekcie otrzymujemy bardzo realistyczne opisy niemal każdego aspektu podróży. Od budowy statków, przez poszczególne stanowiska, zasoby, organizację marynarki, porównania do innych wypraw, po wszystko, co ma związek z Inuitami. Raj dla każdego fana historii i wypraw morskich. Problemem numer jeden jest powtarzalność i chronologia wydarzeń. Powieść zaczyna się, gdy okręty są już na dość zaawansowanym etapie i dopiero mają podjąć decyzję o felernym postoju. Autor serwuje czytelnikowi ciężką atmosferę i już dodaje pewne wskazówki, że będzie źle, choć sugerują one zagrożenie pokroju niedźwiedzia polarnego. Następnie jesteśmy rzucani w liczne retrospekcje sprzed wyruszenia i dopiero, gdy znamy już CAŁE tło, wracamy na pokłady. Taki zabieg nie jest niczym nowatorskim, ani nie stanowi problemu sam w sobie. Sedno tkwi w tym, iż jakieś ¾ informacji sprzed wypłynięcia z Anglii nie ma wpływu na fabułę. Daje pogląd na tło niektórych członków załóg, ale jednocześnie niepotrzebnie wydłuża lekturę.

Powtarzalność jest wymuszona przez charakter opowieści. Wielu uczestników zmarło w podobnych okolicznościach, w związku z czym opisy konających na szkorbut i wszystkie jemu podobne „atrakcje” powtarzają się regularnie i są niemal zawsze równie szczegółowe. Do tego stopnia, że po 400 stronach, gdy tylko zacznie się wyliczanie symptomów, czytający rzuca słowem „szkorbut” na długo przed autorem. Pozostaje jeszcze kwestia tego, że jeśli ktoś jest zbyt wrażliwy, będzie się tymi opisami brzydzić (a dochodzą jeszcze detale odnośnie zapachu).

Problem numer dwa to mieszanie konwencji. Jednym z zagrożeń, któremu muszą stawić czoła bohaterowie, jest przez dłuższy czas nienazwana bestia. Przypomina niedźwiedzia polarnego, ale to mylne wrażenie. Jeśli potraktować Terror jako powieść historyczną, część nadnaturalna związana z mitologią Inuitów pasuje do niej jak pięść do nosa. Jeśli nastawiać się wyłącznie na horror, ciągnące się w nieskończoność opisy realiów skutecznie rozwadniają nastrój. Zabieg z częścią nadnaturalną jest dla mnie o tyle dziwny, że i bez niej dzieje się naprawdę sporo. Sama wyprawa, morale załogi, rola religii, walka o przetrwanie, bunt wiszący w powietrzu, próba zachowania pogody ducha poprzez chwytanie się resztek zwyczajów cywilizowanego świata – tona materiału i jeszcze trochę. Ludzie padali tam prawie hurtowo i bez obecności jakiegoś drapieżnika.

Z twórczości Simmonsa uwielbiam (to chyba żadna niespodzianka) Hyperiona. Z kolei Upadek nieco mnie  rozczarował. Niemniej jednak z wielką ochotą zabierałem się za Terror, a że wyszło, jak wyszło… Mikstura gatunkowa nie udała się. Miłośnicy aspektu historycznego wyciągną z tej knigi najwięcej frajdy, choć muszą przeboleć powtórki oraz fragmenty nadnaturalne. Fani horroru mogą podjąć próbę zmierzenia się z grozą Terroru, ale jest szansa, że zasną, zanim trafią na coś wartego ich uwagi. Moja ocena: 3+.

poniedziałek, 12 września 2011

Dan Simmons – Upadek Hyperiona

„Intruzi atakują Hegemonię, niszcząc kolejne planety. Ludzkość walczy już nie o zwycięstwo, lecz o przetrwanie. Na Hyperionie pielgrzymi docierają do Grobowców Czasu, gdzie się przekonują, że prawdziwym przeciwnikiem ludzkości są digitalne istoty stworzone w odległej przeszłości przez informatyczne bóstwo. Teraz wytworzyły własną osobowość i dysponują niewyobrażalną potęgą, zdolną dokonać gigantycznych zniszczeń...”

Przez tę książkę przemęczyłem się. Dosłownie. Miała mnóstwo wspaniałych pomysłów i dywagacji w konwencji s-f, ale forma, w jakiej to podano była dla mnie cholernie odpychająca. Im bliżej końca książki, tym więcej się dzieje: walki na kilku planetach jednocześnie, pielgrzymi walczący o życie, panikujące władze Hegemonii, brak zaufania, TechnoCentrum dolewające oliwy do ognia oraz buntująca się ludność, ALE... całe to zamieszanie obserwujemy z perspektywy jednej z postaci – Severna. Dopóki jest on pośrednikiem między przewodniczącą Hegemonii, a pielgrzymami – akcja jakoś się toczy, lecz w momencie, gdy decyduje się ruszyć w swoją stronę, każdy rozdział z jego udziałem wlecze się jak flaki z olejem. Owszem, jego przemyślenia i spostrzeżenia są potrzebne w fabule, jednak jak już wspomniałem – jest to forma strasznie toporna, spowalniająca akcję i zniechęcająca do dalszego czytania.

O ile Hyperiona oceniłbym na 5, o tyle Upadek to 4 dla tych, którym nie przeszkadza sposób prowadzenia akcji, oraz 3 dla osób, którym się to dłużyło.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Dan Simmons – Hyperion

Już dawno nie zbierałem szczęki z podłogi po przeczytaniu książki. Zacznę od zacytowania opisu z tyłu okładki: „W obliczu zbliżającej się nieuchronnie międzygalaktycznej wojny na planetę Hyperion przybywa siedmioro pielgrzymów: Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul. Mają za zadanie dotrzeć do mitycznych grobowców, by znaleźć w nich budzącą grozę istotę. Zna ona jednak, być może, tajemnicę, która pozwoli zapobiec zagładzie całej ludzkości. Każdy z pielgrzymów będzie mógł przedstawić swoją prośbę, lecz wysłuchany zostanie tylko jeden. Pozostali zginą.”

W ten oto sposób zaczyna się podróż będąca mieszanką niesamowitej liczby elementów. Mamy tu kosmiczne bitwy rodem z klasycznych filmów s-f, mamy rozważania na temat moralności, religijności oraz egzystencji, jest walka o przetrwanie, znajdzie się też miejsce na miłość, osobiste sukcesy i porażki, wzloty i upadki, grozę i tajemnicę, a wszystko to okraszone wspaniałymi opisami nieziemskich (dosłownie i w przenośni) technologii, istot, czy krajobrazów.

Akcja toczy się na kilku płaszczyznach. Na najdalszej z nich opisana jest sytuacja polityczno-militarna Hegemonii. Nieco bliżej znajduje się wspomniana wcześniej pielgrzymka, która wynikła częściowo z owej sytuacji, lecz w większej mierze przyczyniły się do tego wydarzenia z opowieści pielgrzymów. Przeszłość związała ich w jakiś sposób z Hyperionem. Dlatego to właśnie oni zostali wybrani, by odbyć tę wędrówkę. Ich historie stanowią główną treść książki. Każda z nich ma inny sposób narracji oraz inną atmosferę, a mimo to wszystkie wciągają z niesamowitą siłą.

Największą wadą Hyperiona jest jego zakończenie. Z jednej strony świetnie nawiązuje do pewnej znanej wszystkim historii (nie zdradzę jakiej, gdyż to akurat ma wpływ na odbiór całości) i zostawia sporo miejsca na własną interpretację, a z drugiej pozostawia wielki niedosyt (bo do naszej interpretacji chciałoby się dorzucić jeszcze kilka wypełniaczy).

Odniosę się jeszcze do przewijającego się w wielu opisach porównania do Diuny. Otóż Hyperion na samym początku faktycznie sprawia wrażenie podobnego, ale trwa to bardzo krótko. Jedyne, co łączy oba tytuły, to przynależność gatunkowa. Cała reszta jest zupełnie inna.

Hyperion oszałamia swoim bogactwem i różnorodnością. Zdecydowanie pozycja obowiązkowa dla każdego fana s-f, choć tak po prawdzie to ludzie stroniący od tego również powinni spróbować.

P.S. Na okładce z tyłu można zauważyć napis głoszący, że wkrótce zobaczymy ekranizację. Cóż, najbliższy temu stwierdzeniu projekt, jaki można znaleźć na IMDB sugeruje, że stanie się to najwcześniej w 2013, więc nie takie wkrótce. Do tego projektu będzie trzeba nie lada wyczucia, gdyż biorąc pod uwagę jego złożoność, bardzo łatwo spieprzyć sprawę. Do czego, mam nadzieję, nie dojdzie.