Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 6. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

Cobra Kai – Season 6

Gdyby serial skończył się na poprzednim sezonie, nie miałbym pretensji. Co prawda zostało kilka furtek, którymi można było pójść dalej, lecz w tym wypadku zamiast raźnym krokiem, przez furtki się przeczołgano…

Kolejny turniej, tym razem na większą skalę. Antagoniści dzielą się na dwie frakcje, co oznacza, że muszą pokonać nie tylko Miyagi-Do, lecz także tych drugich. W rezultacie otrzymujemy nowych przeciwników i dupków.

Z rzeczy, które mi się podobały: całkowite domknięcie WSZYSTKICH wątków. Od potencjalnego romansu między Chozenem i Kimiko, przez relacje Kim Da-Eun z jej dziadkiem, po zemstę Kreese’a. Doceniam to, że wyczerpano pulę postaci (serio zdołano jeszcze coś wycisnąć z The Karate Kid part 3) oraz wątków. Darowano sobie kompletnie jakiekolwiek nawiązania do The Next Karate Kid. Generalnie zamknięcie starych pomysłów i wrzucenie kompletnie nowych – to jest przeważnie na plus.

Trochę waham się odnośnie wątku Kreese’a, gdyż w tej warstwie przewija się sporo uczłowieczania łotrów, za którym nie przepadam. W ostatnich czasach w popkulturze starano się wytłumaczyć działania każdego złodupca, podczas gdy w wielu przypadkach sprawdza się po prostu stwierdzenie, iż ktoś jest czubkiem i/lub zły do szpiku kości. Tyle dobrego, że nie przerzucono tego na wszystkich antagonistów. Np. Terry Silver na moment ma naprawdę przyziemne oblicze, gdy mówi w kontekście choroby (nie powiem czyjej), ale nawet jeśli to prawda, to w ostateczności jest to tylko jeden ze środków do osiągnięcia celu. Wracając do Kreese’a – jeśli mu kibicowaliście i chcielibyście go więcej – to jego występ powinien wam przypaść do gustu. Martin Kove, zwłaszcza w scenach z Zabką daje konkretny popis aktorstwa.

Trzecią kategorią są pomysły, które w ogóle mi nie podeszły. Wszystkie zmiany wciskane w stabilną i rozwiązaną sytuację niepotrzebnie wydłużają seans (co brzmi kuriozalnie przy tak krótkich odcinkach). Do takowych zaliczam wątek z matką Tory, konflikt na linii Demetri-Hawk, czy nagle odkryta przeszłość pana Miyagi sprawiająca, iż Daniel traci pewność siebie. Ten ostatni motyw ciągnie się najdłużej, marnuje czas widza tanim efekciarstwem, a na koniec wychodzi na jaw, iż obawy były zbędne, można przywrócić status quo. To już pijany Chozen i wściekły Mike Barnes mieli więcej sensu.

Mam wrażenie, iż przez wzgląd na tę trzecią kategorię szósty sezon Cobra Kai oglądało mi się najsłabiej, przez co mimo pozostałych pozytywów (dodając jeszcze walki i zakończenie) daję 3+. Mniej wybredni mogą podciągnąć ocenę do 4.

niedziela, 17 września 2023

Supergirl – Season 6

Ostatni sezon jednego z seriali ze znikającego Arrowverse. Cieszę się, że mam go za sobą. Supergirl nigdy nie była wybitnym, ba, nawet dobrym serialem, a szósty sezon nijak tego nie zmienił.

Historia rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym zostawił nas S5. Otwarcie wygląda dosłownie, jakby ktoś wyciął finał, byle tylko zrobić cliffhanger, a teraz łaskawie go kontynuuje. Zamknięcie tego wątku zajmuje dosłownie parę minut, a następnie przechodzimy do clou serii – Supergirl uwięzionej w Phantom Zone oraz Lexa Luthora próbującego uwolnić świat od Kryptończyków i innych dziwaków (co autorzy zamykają w szafie na większość sezonu, bo chyba nie było ich stać na gażę aktora). Żeby było dziwnie, uwolnienie Kary wcale nie zajmuje całego sezonu, gdzieś w siódmym odcinku jest już po sprawie. Od tej pory mamy do czynienia z nową antagonistką. Żeby było dziwniej, w tym samym czasie Supergirl jest spychana na drugi plan i stanowi wyłącznie wsparcie wszystkich innych historii pobocznych. Każda z nich wydaje się nudna, wydumana i upchnięta tylko dlatego, że to ostatni sezon. Nagle mamy przejmować się losami Dreamer? Nagle mamy odkrywać korzenie Leny Luthor? Jeśli myśleliście, że scena z samymi żeńskimi bohaterkami w Endgame była żenująca, to wyobraźcie sobie cały taki sezon, gdzie pocztówkowymi postaciami są lesbijki Sentinel i Guardian (siostra Olsena przejęła tę rolę). Aby podkreślić, jak bardzo są wypychane na pierwszy plan, podam przykład z finału. Standardowy odcinek to jakieś 45-50 minut trwania. W finale ostateczne starcie z Luthorem i Nyxly z uwzględnieniem występów gościnnych Wynna, Mon-Ela i Jimmy’ego Olsena trwa dokładnie 15 minut. Cała reszta to ślub wspomnianej pary i rozpływanie się nad sobą w kółku wzajemnej adoracji.

Żeby nie było – gdy na moment zapomnieć, że to jest Supergirl (o co nietrudno, bo są odcinki z jej minimalnym lub zerowym udziałem), to pojedyncze epizody nie są takie najgorsze. Niektóre z nich przywodzą na myśl młodzieżowe, kiczowate s-f rodem z lat ’90. Takie zapchajdziury, na które trafiło się przypadkiem podczas skakania po kanałach i w zasadzie mogą sobie lecieć w tle lub usypiać w nocy. Sęk w tym że takich odcinków jest może ze 2 na 20. I te wyjątkowo nie skupiają się na żadnych problemach, tylko głównym wątku, jak głupi by nie był.

To ostatnie podkreśla też problem, jaki fundują autorzy współczesnych komiksów lub innych mediów trykociarskich. Dawno temu superbohaterowie nawet pomimo posiadania życia osobistego byli w pierwszej kolejności właśnie superbohaterami. Z czasem zaczęto dorabiać im bardziej ludzkie twarze (choć w przypadku niektórych poszło to wręcz w kierunku znęcania się, np. Peter Parker i Matt Murdock mają nie pod górkę, tylko po zboczu wulkanu, z którego płynie lawa, a oni idą w betonowych butach). Zaś teraz odnoszę wrażenie, że wszystkie inne ludzkie i przyziemne problemy mają priorytet nad superbohaterstwem. Ba, w przypadku tego sezonu nie chodzi nawet o dylematy Kary (trafia się jeden sensowny, ale będący popłuczynami po Spider-Manie 2 Raimiego), lecz dosłownie wszystkich innych. Tylko po jaką cholerę? Serial nazywa się Supergirl, a nie The Amazing Everyday Life of Supergirl’s Friends!

Jak wspomniałem we wstępie, Supergirl nigdy nie grzeszyła ambicją. Jej największym problemem nie było nawet to, że próbowano z niej zrobić platformę dla treści woke, co odbiło się czkawką już po pierwszym sezonie, gdy ze swojej oryginalnej stacji emigrowała pod skrzydła CW. Choć dawało się zauważyć, że im mniej takich bzdetów, tym znośniej się oglądało. Nie, największymi problemami jest zwyczajna głupota scenariusza, naiwność bohaterów, niepotrzebne zmiany względem komiksów i bezczelna pewność autorów i producentów, że wszystko to da się przepchnąć na fali popularności trykociarstwa z dużego ekranu oraz akceptacji krzykaczy z Twittera. Na pożegnanie serialu ostatni sezon dostaje 1+.

niedziela, 22 stycznia 2023

Legends of Tomorrow – Season 6

Zgodnie z cliffhangerem z piątego sezonu Sara została porwana, a w wyniku typowo durnych dla serii wydarzeń trafia na drugi koniec kosmosu niczym załoga Voyagera, uwalniając po drodze zastępy kosmitów, którzy postanawiają osiedlić się na Ziemi. Legendy chcą złapać ich po kolei, bo a nuż dzięki temu uda się ustalić, w jakim kierunku została porwana pani kapitan.

Oprócz głównego wątku mamy cały zestaw dodatkowych. Panuje tu bałagan pokroju rzucania pierdyliarda przynęt do wody i czekania, która chwyci. Najgorsze jest to, że żadna. Główny zły nijak nie potrafi stworzyć atmosfery zagrożenia nawet w finale, gdy gówno trafia w wentylator. Natomiast pokonanie go jest chyba jeszcze głupszym pomysłem niż dotychczasowe. I tak, będzie kojarzyć się z Troskliwymi misiami. Do tego dochodzi planowanie ślubu przez Sarę i Avę, związki między kilkoma innymi osobami w załodze i poza nią, dwie nowe osoby na pokładzie i John Constantine tracący moc. Żeby jeszcze podkreślić, jak bardzo autorzy wiją się w tym wszystkim, należy wspomnieć o zakończeniu, które (gdyby nie kolejny cliffhanger) mogłoby zamknąć serię zanim definitywnie skasowano cały Arrowverse (który i bez tej decyzji jechał już na oparach).

Kolejnym problemem, jaki mam z Legendami na tym etapie, jest brak klimatu superbohaterskiego. Niby kosmici i otoczka s-f też są wpisane w mitologię DC, ale tutaj nie czuć ani komiksu, ani trykociarstwa. Nawet nie tyle adaptowanych, co po prostu jakichkolwiek. Serial zawsze zajeżdżał plastikiem i tandetą, ale tutaj odnosi się wrażenie, że poza tymi aspektami nie zostało już nic. Aktorzy starają się coś wycisnąć z tego materiału, lecz jest tak durny, iż pozostaje pozazdrościć profesjonalizmu, z jakim do niego podchodzą, bo nawet im powieka nie drga podczas wygadywania kolejnych dyrdymałów. Przynajmniej do czasu, gdyż Dominic Purcell zakończył stałą współpracę na tym sezonie. Ponoć producenci nie traktowali swojej pracy równie poważnie.

Przy czym nie wszystkie wymiany zdań są tak głupie. Niektóre z dialogów potrafią bawić, a spostrzeżenia bywają celne. Uwielbiam to, jak zmienił się Rory / Heat Wave. Jego obecna rola cynicznego komentatora fabuły pasuje do niego w 100%. Np. w drugim odcinku Legendy ścigają kosmitę, którego obstawianą formą jest maź przypominająca sos do burgerów, co Rory kwituje: Sara jest o 1 dzień bliżej śmierci, a ty masz zamiar ścigać majonez?

Oprócz Heat Wave’a ekipę opuszcza także Constantine, choć tu przyczyna jest dużo bardziej złożona. Jeśli wierzyć teoriom, jest to efekt działań firmy J. J. Abramsa, który chciał przeforsować własną wersję postaci w innym tytule, ale niespecjalnie udany Sandman Netflixa pogrzebał również te intencje. Prawdopodobnie stąd też wziął się pomysł sequela filmu z Keanu Reevesem. Co prawda jego interpretacja również jest daleka od komiksów, ale w przypadku braku wersji Ryana zdecydowanie wolę powrót Keanu. A co z Mattem? Dostał angaż na kolejny sezon w innej roli.

Legends of Tomorrow nie bawi, ani nawet nie stanowi dobrej zapchajdziury na czas obierania ziemniaków. Jest to nudny kicz, który ciągnie się bez sensu i nawet dla kilku momentów rechotu nie warto poświęcać czasu. Moja ocena: 2.

niedziela, 19 lipca 2020

The Flash (2014) – Season 6

Sezon, który oglądałem już raczej pro forma. Przyznam się, że Flash od sezonu numer trzy wzwyż był jedną z przyczyn wypalenia się mojego entuzjazmu w stosunku do seriali o trykociarzach, a S6 był tak przeciętny, że nie zauważyłem, kiedy się skończył.

Podobnie jak z pozostałymi odsłonami Arrowverse na przełomie 2019-2020 tak i tu da się podzielić serię na 2 etapy: przed i po Kryzysie na nieskończonych Ziemiach. Ta część zapowiadała się zadziwiająco dobrze: postać Ralpha była rozwijana, Iris wreszcie zajęła się dziennikarstwem i to w ciekawy sposób, zamiast wygadywać dyrdymały typu „We are the Flash.”, a nowy łotr nie był zafiksowany na Flashu. Miał swój cel, do którego dążył po trupach. I to jest chyba jedyny przykład w tym sezonie, w którym Kryzys odbił się czkawką. Po wydarzeniu zresetowano głównego złego – jest nim ktoś inny. Owszem, poprzedni typ również zostaje wplątany w intrygę, ale jego rolę sprowadzono do poziomu pomagiera.

Niezrozumiałe są też dla mnie dwie decyzje, których efekty widać właśnie po Kryzysie. Pierwszą jest przywrócenie do zespołu Wally’ego Westa. Dlaczego akurat teraz? Sytuacja zarówno przed Kryzysem, jak i w trakcie była bardziej dramatyczna. Drugą decyzją jest kompletny retcon Hartleya Rathawaya, który ponownie musi przejść drogę od tego złego do dobrego i potencjalnego sojusznika na przyszłość. Normalnie jakby się skończyły pomysły na poszczególne odcinki. To ostatnie jest o tyle zabawne, że najpierw zaserwowano właśnie takie zapchajdziury, żeby wydłużyć sezon, a potem i tak go uwalono z powodu sytuacji z wirusem w koronie. Rezultatem jest niezamierzony cliffhanger i nie rozwiązany główny wątek sezonu. Śmiechem, żartem, ale na tym przymusowym ciachnięciu sezonu najlepiej wyszła Batwoman, bo gdyby tamta seria trzymała poziom, to jej cliffhanger zachęcałby do czekania na kolejny.

Szósty sezon to więcej dość przeciętnego trykociarstwa z kilkoma przebłyskami. Da się go oglądać, ale równie dobrze można zmienić kanał bez wyrzutów sumienia. Jeśli akurat brakuje wam jakiegoś hałasu do obierania ziemniaków lub wycierania kurzów, można spróbować. Moja ocena: 3+.

niedziela, 16 lutego 2020

Agents of S.H.I.E.L.D. – Season 6

Wraz z zakończeniem piątego sezonu spodziewałem się końca serii. Niemniej jednak nie to jest największym problemem szóstego.

Już sam początek rozczarowuje. Piąty sezon wspominał o trwającej inwazji Thanosa. Szósty po pierwszej scenie przeskakuje o rok… w największe bagno po pstryknięciu, do którego postanawia nie odnieść się ani razu. Kolejną rzeczą, będącą chyba efektem zaprzestania planowania w obrębie całego uniwersum, jest poruszenie kwestii wymiarów równoległych. Coś, co w filmach miało pojawić się dopiero w Spider-Man: Far From Home.

No ok, ale jeśli pominiemy kulejącą integrację z MCU, czy S6 ma coś do zaoferowania? Moim zdaniem nie. Na dzień dobry ekipa jest rozbita, ale żaden z wątków nie angażuje. Ani kosmiczna wyprawa, ani alter-Coulson, ani nowe zagrożenie, które spina oba wątki. Na domiar złego tempo opowieści leży i kwiczy. Po bodajże 7 odcinkach ma się wrażenie, że ktoś za szybko zamknął wątek głównego antagonisty, a tu wątpliwa niespodzianka… wątek trwa i wlecze się do samego końca. Z kolei finał robi numer rodem z Piratów z Karaibów: Latający Holender musi mieć zawsze kapitana, a agenci muszą mieć zawsze Coulsona… Jedynym pozytywnym aspektem fabularnym są wspomnienia o czwartym sezonie, a konkretnie o wydarzeniach z Ghost Riderem.

Podsumowując, szósty sezon jest okropnie nudny. Oprócz nieprzemyślanej integracji z MCU na jego niekorzyść działa też to, że ogląda się go tuż przed albo, jak w moim przypadku, po Endgame. Gdy stawki są już znane, wiadomo dokąd zmierza ta największa, zwyczajnie nie chce się tracić czasu na coś, co szczyt świetności ma za sobą i z jakiegoś powodu nadal otrzyma kolejny sezon. Moja ocena: 2.

niedziela, 10 lutego 2019

Arrow – Season 6

Kolejny przeciwnik – kolejne intrygi zarówno na płaszczyźnie superbohaterskiej, jak i urzędowej (Queen nadal jest burmistrzem).

Na samą myśl o tym sezonie ziewam. Do tej pory myślałem, że czwarty i piąty ładnie obstawiły pewien poziom słabości po obu końcach (choć w rankingu irytujących idą łeb w łeb), a teraz szósty wcisnął się dokładnie między nie.

Po pierwsze: antagoniści – są z rodzaju tych uber genialnych: czego bohaterowie nie zrobią, poniosą porażkę. Dopiero na koniec jest szansa na jakieś rozwiązanie (a w tym sezonie naprawdę nie daje ono satysfakcji). Pół biedy, gdyby to jakoś sensownie opowiedzieć, ale w tym wypadku farsa ciągnie się przez calutki sezon. I choćby dlatego szóstka przegrywa z czwórką. Damien Darhk miał ogrom zasobów i władał magią. Potrafił planować i działać, ale wciąż pozostawał ludzki. Popełniał błędy, miał słabości, ryzykował tak jak bohaterowie. Jednak właśnie przez to (oraz osobowość) seans dawał jakąś namiastkę przyjemności. W sezonie 6 czynnik ludzki zminimalizowano (jeden koleś: zemsta, drugi koleś: bo chce, pozostali: kasa), przez co ci źli przypominają tępych bossów z gry komputerowej. Panowie Michael Emerson i Kirk Acevedo zwyczajnie się marnują, a sezon stanowi przez to kompletne przeciwieństwo frajdy, jaką miałem w trzecim sezonie Legends of Tomorrow.

Po drugie – brak istotnych zmian. Mamy gościnny wątek Deathstroke’a, występ Roya Harpera, najbardziej efekciarski (póki co) crossover i na wymienianiu się kończy. Wątek Slade’a urwano, bo włodarze WB/DC chcą zachować postać do umierającego uniwersum kinowego. Roy to wyłącznie epizody, a z crossoveru został tylko ślub Felicity i Olivera odwalony na szybko. Tyle że są to punkciki na tle całego sezonu. Pozostałą przestrzeń wypełnia (oprócz wiecznie niepokonanych adwersarzy i recyklingu pomysłów typu: Oliver idzie do więzienia) punkt trzeci (o którym niżej). Na domiar złego z serialem pożegnali się Willa Holland (Thea Queen) oraz Paul Blackthorne (Quentin Lance).

Po trzecie – drama, drama, drama. Bohaterowie żrą się z byle powodu. Nieważne, czy mowa o przeszłości, o jakiejś porażce, albo kto komu chomika zabił. Kłótnie i darcie gęby jeden na drugiego wypełniają większą część całego sezonu. Autentycznie zastanawiałem się, czy zamiast tego nie obejrzeć jakiegoś serialu o dzieciakach w liceum. Przynajmniej tam takie zachowanie byłoby uzasadnione. Efektem kłótni jest podział – na kolejne drużyny, kolejne osoby działają też solo, dzięki czemu Green Arrow jest przede wszystkim w tytule, bo w opowieści już nie bardzo. Moja ocena: 2.

sobota, 11 grudnia 2010

Nadrabianie zaległości

W ciągu ostatniego miesiąca World of Warcraft zajął większość mojego wolnego czasu (i nadal zajmuje), stąd też brak wpisów, choć nie brakowało oglądania/czytania/grania itd. W tym wpisie krótko o rzeczach, które czekały na swoją kolej.


Harry Potter and  the Deathly Hallows part 1

Swoją znajomość z książkowym oryginałem zakończyłem na pierwszym tomie, którego nie doczytałem do końca. Zwyczajnie nie podobał mi się, więc nie sięgałem po kolejne. Z kolei filmy obejrzałem wszystkie. Seria miała swoje wzloty i upadki, ale jako całość prezentuje się naprawdę okazale.

Ostatnią opowieść o młodym czarodzieju postanowiono podzielić na 2 części. A jak się prezentuje ten film na tle pozostałych? Cóż, oglądało mi się go lepiej niż poprzedni, ale z kolei nie tak dobrze jak wcześniejsze.

Insygnia posiadają naprawdę mroczną atmosferę, a to co się dzieje w świecie magii przypomina wręcz holokaust. Aktorzy dobrze odgrywają swoje role, choć wielu z nich sprawia wrażenie rzemieślników, nie artystów. Inna sprawa, że tym razem czas poświęcony poszczególnym postaciom jest tak nierówny, że trudno rozwinąć skrzydła w przeciągu kilku minut.

Pod względem muzyki oraz efektów film prezentuje się dobrze, ale dla nich samych nie warto wybierać się na seans. W moim mniemaniu najsłabszym elementem jest niestety główna oś fabuły – poszukiwanie tytułowych insygniów. Film trwa 2 godziny i 20 minut, z czego większość to podróże od punktu A do B. Wędrówka, gadka, wędrówka, gadka i tak w kółko. Wlecze się to niemiłosiernie, a rozkręca w momencie, gdy film ma się ku końcowi.

Miłośnikom Pottera i spółki nie trzeba filmu rekomendować, bo i tak go zobaczą. Jeśli kogoś zniechęciła tylko poprzednia część, tej powinien dać szansę, choć nie powinien spodziewać się cudów. Natomiast jeśli ktoś darował sobie dużo wcześniej, to ten film nastawienia do serii nie zmieni.

Scrubs

Ta nazwa przewija się chyba na każdym forum poświęconemu serialom, najczęściej przy okazji licytowania się o to, która z medycznych serii jest najlepsza. W moim prywatnym rankingu najlepszym był House M.D. Słowo klucz: był, dopóki nie obejrzałem Scrubs (9 sezonów).

Dlaczego przedłożyłem 20-minutowy sitcom nad wujka ciętą ripostę? Może dlatego, że powoli przejada mi się formuła serialu, a może też dlatego, że brak już jakiejś cechy osobowości Grega czyniącej go tym kolesiem, dla którego oglądało się serial. Innym powodem jest humor prezentowany w Scrubs. Jest dużo luźniejszy oraz dużo bardziej przystępny. Nie ma tu jednej postaci, wokół której koncentruje się akcja. Co prawda większość opowieści jest widziana z perspektywy J.D. – początkującego lekarza, ale to nie znaczy, że inne postacie są tylko tłem.

Obok postaci i poczucia humoru największą zaletą Scrubs jest balans między tym, co zabawne, a tym, co zbliża serial do rzeczywistości/codzienności.

Jeśli zaś idzie o wady, to do głowy przychodzą mi tylko dwie. Po pierwsze: główny bohater. Ogólnie to da się go lubić, ale czasem zachowuje się jak totalna pierdoła i jedyne, co chce się zrobić, to strzelić go w pysk. Do tego irytujące są jego huśtawki uczuciowe, przez co parę wątków powtarza się. To jest ta mniejsza wada, zupełnie do przełknięcia. Drugą, która potrafi zaważyć na tym, ile z tego serialu wypadałoby obejrzeć, jest dziewiąty sezon. Technicznie rzecz biorąc Hoży Doktorzy (polski tytuł) skończyli się na ósmym sezonie. Ostatni odcinek był naprawdę dobry i dobitnie podkreślał, że to już pożegnanie. Nie wiem, kto na kim wymógł powstanie dziewiątej serii, ale był to błąd. Ze starych postaci tylko kilka przewija się, a i to w większości gościnnie. Nowi bohaterowie już nie potrafią sprzedać formuły, która bawiła wcześniej, ani przekonać do siebie jako postaci.

8 sezonów Scrubs polecam z czystym sumieniem miłośnikom sitcomów, seriali medycznych oraz obyczajowych. Humor, jak to określił mój przyjaciel, może miejscami wydać się nieco zbyt abstrakcyjny, ale warto dać mu szansę. A co do dziewiątej serii, umówmy się, że nie istnieje.

The Walking Dead - Season 1

Serial, który zapowiadał się na małą rewolucję, jeśli idzie o tematykę telewizyjnej rozrywki. Żywe trupy były do tej pory obecne w grach, komiksach, filmach itd. Pora więc, by zaatakowały także mały ekran.

Pierwszy sezon składa się z sześciu odcinków. Mamy tutaj to, co popularne: niebezpieczny wirus, ludzi zamieniających się w zombie po ugryzieniu przez innego trupa, oraz bohatera, który budzi się ze śpiączki po tym, jak katastrofa rozprzestrzeniła się na dobre. Po wydostaniu się ze szpitala próbuje on przetrwać oraz dowiedzieć się, co się stało z jego rodziną.

Od strony wizualnej temu serialowi nie można nic zarzucić, jest rewelacyjny. Atmosferę, jaką to kreuje ciężko wyrazić słowami, ale gdyby w rzeczywistości wydarzyło się coś podobnego, wyglądałoby to właśnie jak w tym serialu.

Muzyka nieźle podkreśla ową atmosferę, ciąg wydarzeń jest jak najbardziej spójny i wszystko byłoby pięknie... gdyby nie to, że się wlecze, noga za nogą, jak w tytule. To chyba pierwszy raz, jak produkcja o zombie jest tak mało dynamiczna.

Jeśli ktoś lubi takie kino, powinien obejrzeć The Walking Dead, gdyż jest to solidnie wykonany projekt, choć solidnie w tym wypadku oznacza: spełniający normy, ale nie wykraczający poza nie. Nie oceniam serii jako adaptacji komiksu, gdyż go nie czytałem. To już czytelnicy będą musieli zrobić sami we własnym zakresie.