Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scream. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scream. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2026

Scream 7

Co zrobić, gdy w wyniku kretyńskiej polityki traci się swoje główne gwiazdy i zamiast domknięcia Krzyków 5 i Krzyk 6 jako trylogii trzeba ratować się czymś innym? Powstaje Krzyk 7.

Fabuła jest tak kretyńska, że nawet Krzyk 3 może się pacnąć w czoło z zażenowania. Pod pretekstem rzekomego powrotu Stu, (tak, tego, któremu niemały telewizor spadł na łeb w jedynce), Sidney znowu staje się celem. Gale wraca. No i żeby nie było, że Scream 5 i Scream 6 zostały olane, do grupy dołączają Mindy i Chad.

Wracając do fabuły, nie znajdziecie tu nic, czego nie było wcześniej. Skojarzenia zwłaszcza z częściami 2-4 będą widoczne najbardziej. Gdyby chociaż ta część próbowała wzorem Piątku 13-ego rozprawić się z kompletnie nową grupą ludzi, może coś dałoby się z tego wykrzesać, ale nie. Protagoniści są znani, a antagoniści… Obstawiam, że co najmniej jednego zgadniecie od ręki, a drugiego traficie nawet na chybił trafił. I jest to najgorszy duet w historii marki. Tak, z uwzględnieniem serialu włącznie.

Ten film Ratują dosłownie dwie rzeczy. Sceny zabijania są przyzwoite. Nie tak widowiskowe, jak w części szóstej, ale wciąż trzymają poziom. Drugą są występy gościnne zaaranżowane w ramach jednego patentu, który jest bardzo współczesny. Nietrudno zgadnąć, o jaki wynalazek chodzi, ale nie będę spoilował. Wystarczy powiedzieć, że to jeden z nielicznych razów, gdy seria przyznaje się do istnienia Krzyku 3.

Czy warto obejrzeć Scream 7? Absolutnie nie. Jest to film wtórny i durny. Nawet w trakcie maratonu po tym, co zaserwowała część szósta, człowiek będzie się wahać, czy wrzucić coś innego na ekran, czy może w ogóle zakończyć imprezę. Siódmy Krzyk sprzedał się mimo to wyśmienicie, będzie ciąg dalszy. Oby lepszy. Moja ocena: 2-.

niedziela, 19 marca 2023

Scream VI

Na początek rzecz najbardziej oczywista – numerek w tytule udowadnia, jaką bzdurą był ten ostatni w poprzedniej odsłonie. Natomiast sam fakt, że doczekaliśmy się kolejnej części po średniackim poprzedniku, był już co najmniej zaskakujący.

Mija rok od ostatniej masakry w Woodsboro. Ocalałe dzieciaki starają się ułożyć sobie życie w Nowym Jorku. Najbardziej bez szwanku wydaje się być rodzeństwo Meeks-Martin. Gorzej w przypadku sióstr Carpenter. Sam zmienia terapeutów jak rękawiczki, a Tara twierdzi, że wszystko jest ok, dopóki ktoś nie rozdrapuje przeszłości, lecz tak naprawdę na imprezach chleje na umór i podejmuje tak słabe decyzje, że pozostała trójka musi wyciągać ją z kłopotów. W takich okolicznościach atakuje morderca.

Na każdym kroku czuć, iż autorzy odrobili pracę domową i starali się unikać błędów piątego filmu, jednocześnie akceptując to, że w ogóle miał miejsce. Aktorki grające siostry Carpenter dostały zdecydowanie ciekawszy materiał, a w przypadku Samanthy nie stosuje się już jednej sztuczki – „ducha” Billy’ego. Niestety, Mindy i Chad dalej działają mi na nerwy. Gale wróciła do korzeni, a najbardziej zaskakującym powrotem jest ten w wykonaniu Kirby Reed, która „zginęła” w Scream 4. No ale w myśl zasady – skoro nie pokazali do końca, jak umiera, zawsze jest szansa, że przeżyła.

W fabule widać najwięcej gimnastyki. Sam wstęp stanowi integralną część całej intrygi, a nie tylko pretekst do szydzenia z gatunku. Podobnie zresztą ma się sprawa z wieloma elementami – na początku sprawiają wrażenie naśladownictwa, ale zamiast bezmyślnego kopiowania, jak to miało miejsce poprzednio, autorzy serwują zwrociki, smaczki i różne warianty znanych patentów (Gale dostająca po gębie). Nowy Jork może nie jest  w pełni wykorzystany, ale na pewno sprawdza się tutaj lepiej niż w słabym Friday the 13th VIII: Jason Takes Manhattan. Morderstwa są odpowiednio krwawe i pokazane w taki sposób, że czasami można się skręcić z bólu, zamiast odhaczyć dźgnięcie pro forma. Całość okraszona taką ilością fanservice (zarówno dla fanów serii, jak i gatunku), że nawet słabą część trzecią ma się ochotę ponownie obejrzeć.

Scream VI od bycia bardzo dobrym powstrzymują dwie rzeczy. Po pierwsze – tożsamość mordercy. Scenarzyści chwalonymi przeze mnie manewrami w tej jednej kwestii zapędzili się w kozi róg. Z jednej strony dali tradycyjne dla serii rozwiązanie – i tego się nie czepiam. Mało tego, doskonale wyjaśnia, dlaczego nie zobaczymy tu Sidney (za kulisami chodziło o kasę, ale w filmie ma to swój smaczek). Z drugiej sugerowali po drodze (to właśnie te małe zwroty akcji), że może któremuś z dotychczasowych bohaterów odbiło. Ba, osoba, którą podejrzewa się o to w pierwszej kolejności, nadawałaby się idealnie, ale autorzy wycofują się z tego biegiem tylko po to, żeby potem spróbować tego jeszcze dwa razy (ostatni dotyczy nie tyle weterana, co stereotypu przewijającego się od pierwszej części). Pardon, ale po pierwszym razie nawet najmniej czujny widz będzie miał się na baczność. Z tożsamością jest jeszcze jeden problem. Dobór osoby w kostiumie w danej scenie często sugeruje, iż jest to ktoś sporych rozmiarów (ujęcia, w których Ghostface góruje nad ofiarą robią wrażenie). W filmie takie postacie są dosłownie dwie i jedną w ciemno i trafnie zaklepiecie jako mordercę. Niestety, nijak się to ma do współudziałowca. Nie spoilując tożsamości – efekt jest taki sam, jak sporej wielkości kaskader grający Taskmastera w Black Widow przez cały film, a po zdjęciu maski okazuje się, iż kryje się za nią malutka Olga Kurylenko.

Po drugie – przeżywalność. Jak już wspomniałem, od strony realizacji rzeź wygląda szczegółowo i efekciarsko. Natomiast przetrwanie niektórych z tych sekwencji zwyczajnie nie ma sensu. Podczas seansu doliczyłem się co najmniej 3 (jak nie 4) sytuacji, w których ofiara nie powinna przeżyć i tu nawet nie chodzi o gatunek (bo mięso armatnie zawsze długo się w nim kaleczy), tylko niekonsekwencję. Skoro realizacja zadawanych ran sugeruje, iż jest to coś poważnego, autorzy powinni zdecydować się na odstrzelenie danego typa/typiary, a nie ciągnąć to dalej. Wierzcie mi, dźgnięcia z pierwszego Krzyku przypominają zwykłe ukłucia w porównaniu z tymi z VI, a jednak ofiary w #1 schodziły szybciej.

Pomimo mojego narzekania na Scream VI bawiłem się dobrze, zwłaszcza jak na tak daleką numerowo odsłonę serii. Jeśli ktoś jest fanem franczyzy, koniecznie powinien obejrzeć nowy Krzyk. Jeśli piątka nie wynudziła cię za bardzo, szóstka powinna zabawić. Fanom slasherów jako takich również powinna przypaść do gustu. Moja ocena: 4-.

niedziela, 20 lutego 2022

Scream (2022)

Czwarta część Krzyku zrobiła na mnie pozytywne wrażenie lata temu, co było nie lada osiągnięciem po słabej trójce. Potem dwie różne stacje trzasnęły trzy sezony serialu (sezon 1, sezon 2, sezon 3) i nastała cisza. No ale skoro teraz mamy modę na wyciąganie staroci z szafy (by w niektórych przypadkach nie powiedzieć: trupów) i liczenie, że nostalgia załatwi sprawę, dlaczego nie spróbować tego samego z serią Scream?

Na celownik mordercy trafiają dzieciaki, które są w jakiś sposób spokrewnione z bohaterami poprzednich odsłon. A jako że niniejsza produkcja podąża tym samym szlakiem, co ostatni Matrix lub Ghostbusters (to porównanie nasuwa się zwłaszcza po zobaczeniu dedykacji dla Wesa Cravena), nie mogło zabraknąć weteranów, tzw. legacy characters. Żeby było ciekawiej, nie ograniczono się do najbardziej oczywistej trójki. Jest też np. pewna policjantka z czwórki, a nawet siostra Randy'ego, która zaliczyła mega krótką scenę w Scream 3.

Z jednej strony nowy Krzyk robi wszystko podręcznikowo: zawiązanie intrygi, krwawe zgony i kilka cwanych nawiązań. Z drugiej wpada w pułapkę swoich korzeni. Podobnie jak Matrix Resurrections bez sensu kopiuje poprzedników. Niby ma to jakieś uzasadnienie fabularne, ale odnosi się wrażenie, iż zabieg zastosowano przede wszystkim, żeby zakpić z oryginału.

Tu dochodzimy do potraktowania poprzedników. Sytuacja życiowa Gale i Dewey'ego w czwórce była na etapie: Wreszcie odrobina normalności! Dlaczego się tego nie trzymano? Ich życie zostało bez sensu wywrócone do góry nogami w ten sam sposób, co Lei i Hana Solo w Epizodzie VII. Do tego aktorzy wyglądają na zmęczonych i przynajmniej jedna z postaci (nie wiem, czy na życzenie osoby odgrywającej) zawija się dość wcześnie (choć występu Jamie Lee Curtis z Halloween 8 nie przebije). Przy czym policzę na plus, że w przypadku pozostałych udało się utrzymać jakieś napięcie na tyle, iż nie napiszę, co się z nimi stało, bo to zrealizowano dobrze.

Gorzej sprawa wygląda z antagonistą. Obstawiam, że każdy, kto zaliczył poprzednie odsłony, odgadnie przynajmniej jednego z morderców w parę sekund po pojawieniu się tegoż na ekranie. Po prostu brak słów, jak bardzo się nie postarano. Zresztą drugą osobę też można dość szybko i poprawnie wytypować. Największym grzechem tego duetu jest jednak to, że wpadają w motywację wyśmiewaną w Scream 2.

Nowi protagoniści wypadają słabiej od tych ze Scream 4. Serio zapamiętałem tylko jedną z bohaterek, a i to pewnie wyłącznie z powodu jej pokrewieństwa z istotnym złodupcem oraz stojącego za nią tła fabularnego. Pozostali stanowią najgorszy przykład mięsa armatniego porównywalny z najbardziej obskurnymi odsłonami Piątku 13-ego. Swoją drogą to zabawne, jak bardzo scenarzyści unikają nawiązań do Scream 3, jedynej odsłony łamiącej schemat liczby morderców, byle tylko istotne wydarzenia zwalić na Billy'ego, a nie Romana. Jednocześnie nie przeszkadza im ściąganie siostry Randy'ego, która (jak wspomniałem wyżej) do tej pory była tylko tam.

Na deser dodam, że tytuł powtarza idiotyzm zastosowany w serii Halloween. Mogę mieć tylko cichą nadzieję, iż ten trend zdechnie szybciej niż pierwsza ofiara każdego Krzyku.

Podobno prace nad kolejnym sequelem już trwają. Nie mam pojęcia, co jeszcze da się wymyślić, zwłaszcza w kwestii głównego złego, ale ten Krzyk słabo zrealizował kluczowe dla serii kwestie. Na szczęście dość poprawnie wypadły te charakterystyczne dla gatunku jako takiego. Nadal uważam, że Scream 3 jest najgorszą odsłoną filmową. Natomiast Scream (2022) wypada tylko minimalnie lepiej od Scream 2. Moja ocena: 3+.

niedziela, 24 listopada 2019

Scream: Resurrection

Kolejna seria, której produkcja okazała się ciekawsza od efektu końcowego. Zacznijmy od krótkiej lekcji historii. Scream the TV Series było produkowane dla MTV. Powstały dwa sezony, zapowiedziano trzeci i słuch o serii zaginął. Zakończenie drugiego było zbyt otwarte, by to ot tak zostawić, ale ostatecznie nie byłoby to niczym nowym. Ciekawe jednak jest to, że powstały dwa odcinki specjalne, które domknęły większość wątków i postawiły sprawę tak, że albo akceptujemy jednego człowieka i fabuła się zamyka, albo mamy drugiego i pozostaje nam gdybanie, co mogłoby się dziać dalej. Na tym etapie prawa do serialu trafiły do innej stacji i bum, powstał sezon numer trzy.

Resurrection pomimo bycia trzecią odsłoną nijak nie nawiązuje do dwóch poprzednich. Tym samym konstrukcja serii zaczyna przypominać antologię podobną do Slashera. Obecna stacja oprócz kontynuowania opowieści po swojemu uzyskała prawa pozwalające na wykorzystanie oryginalnej maski Ghostface znanej z filmów oraz postarała się o powrót Rogera Jakcsona podkładającego oryginalny głos. Szkoda tylko, że na tym kończą się pozytywne aspekty Resurrection.

Fabuła jest standardem dla wszystkiego, co powstało pod szyldem Scream. Mamy jakiś sekret z przeszłości i mordercę, który chce, żeby wszyscy dowiedzieli się o nim X lat później. Motywacją mają być kolejne trupy osób w jakiś sposób powiązanych z tajemnicą.

Będę to powtarzał do znudzenia – nie przeszkadzają mi schematy w kolejnych produkcjach z gatunku slasherowatych. To trochę jak z jedzeniem lubianego dania, tylko jeśli ktoś je przesoli, ma się ochotę wywalić całość do kosza. Resurrection jest właśnie takim spapranym daniem. Jest to najkrótszy sezon (raptem sześć odcinków), a miałem wrażenie, że oglądam maraton jakiegoś tasiemca. Na etapie oglądania Resurrection byłem względnie świeżo po seansie Slasher: Solstice, którego każdy odcinek zawierał coś ciekawego i spełniał wymogi slasherowej jatki. Zaś tutaj każdy odcinek wlókł się, jak pijany ślimak pod górkę. Postacie na siłę próbowano wcisnąć w role inne niż mięso armatnie. Oberwało się przy tym mordercy, bo nie dość, że kiepsko go powiązano z intrygą, to jeszcze została nim osoba, której archetyp przeważnie ginie (albo zostaje mocno pocięty) w innych przedstawicielach gatunku. Jedni nazwą to zwrotem akcji, ja nazwę wynajdywaniem koła od nowa. Zwłaszcza, że tożsamość da się odgadnąć bez problemu, a jak tylko to nastąpi, odruchowo pacniecie się w czoło. Morderstwa są nudne i jest ich naprawdę mało. Próbowano przywrócić głupkowaty humor znany z kinowych odsłon, ale wszyło to na odwal. Tyle dobrego, że szybko się o tym zapomina.

Czy warto w ogóle zawracać sobie głowę Scream: Resurrection? Tylko jeśli jesteście na bezludnej wyspie i obejrzeliście już wszystkie odcinki Mody na sukces. Moja ocena 1+ (plus za Rogera i maskę).

niedziela, 4 września 2016

Scream: The TV Series – Season 2

Oprócz streszczenia pierwszego sezonu na dzień dobry dostajemy zabawne nawiązanie. Podobnie jak Scream 2, drugi sezon serialu rozpoczyna się sceną w kinie, a żeby było jeszcze dziwniej – motyw grany w tle przypomina… Halloween. Jakby smaczków było mało, tytuły poszczególnych odcinków tego sezonu nawiązują do mniej lub bardziej znanych horrorów i slasherów.

Niestety, dobre wrażenie trwa tak do połowy sezonu. Potem całość wydaje się coraz bardziej przekombinowana, pomysły coraz słabsze i nawet aktorsko coraz gorzej. Do tego tożsamość mordercy wydaje się naciągana. Choć przyznam, że na to można patrzeć dwojako. Opcja numer jeden: cieszymy się, że jego obecność została w pierwszym sezonie tak dobrze zakamuflowana. Opcja numer dwa: jest to niekonsekwentny wybór, bo nic nie wskazywało na taki obrót spraw. Może i były jakieś podpowiedzi, ale ten sezon dał ciała z angażowaniem mnie do tego stopnia, że mogły mi umknąć. No i tradycyjnie dla serii piosenki dobrano tak kiczowato, że chce się tylko kpić z każdej sceny z ich użyciem.

Ocena końcowa zależy w dużej mierze od tego, jak bardzo spodoba wam się pomysł z mordercą. Mnie takie rozwiązanie nijak nie dało frajdy i jedyne, co w związku z takim ukierunkowaniem postaci było niezłe, to końcowy cliffhanger. Tylko czy przy tak średnim sezonie jest sens liczyć na ciąg dalszy? Okaże się. Drugi sezon Scream: The TV Series dostaje ode mnie: 3+.

czwartek, 9 czerwca 2016

Scream: The TV Series – Season 1

Pierwszy film przywrócił slasherom ich miejsce w kinematografii. Sequele już takiego piętna nie odcisnęły. Po latach postanowiono powrócić do pomysłu, przerabiając go na serial. Fabuła z grubsza przypomina oryginał. Jest jakiś mroczny sekret z przeszłości, który stanowi pretekst do zabijania. Jest pokolenie, które za to beknie i są postacie odzwierciedlające stereotypy z pierwowzoru.

Ze względu na czasy, w jakich toczy się akcja, wiele rozwiązań z serialu będzie budziło skojarzenia z czwartym filmem. Na szczęście nie oznacza to porzucenia innych elementów charakterystycznych dla całej serii. Mamy więc tradycyjne wyśmiewanie niektórych konwencji kinematografii, pyskatych nastolatków o wydumanych problemach oraz mordercę. Aby wydłużyć seans do dziesięciu odcinków serial dodaje nieco nowości. Większość postaci ma coś do ukrycia, przez co niektóre z relacji przypominają to, co się dzieje w małych miasteczkach z powieści Stephena Kinga. Maska mordercy różni się od tej z filmów. Jest trochę mniej charakterystyczna, przez co łatwiej ją skopiować bez wychodzenia do sklepu. Stereotypy, które odegrały pewną rolę w pierwszym filmie tutaj mogą zaskoczyć, co wiąże się z kolejnym punktem: zabawą w szukanie mordercy. Nie jest trudno odgadnąć, kto za tym stoi, ale dzięki różnicom w stosunku do Scream może ktoś da się zaskoczyć.

Realizacja całości nie odbiega za bardzo od kinowych produkcji o tej tematyce. Przyznam się, że po MTV spodziewałem się większej liczby złagodzeń. Na szczęście myliłem się. Nie oznacza to jednak, że jest idealnie. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz muzyka działała mi tak bardzo na nerwy. Utworów instrumentalnych zwyczajnie nie kojarzę, a wszystkie piosenki mające podkreślić atmosferę danej sytuacji są okropnie kiczowate, słabe i żenujące.

Drugim problemem jest tożsamość mordercy. Mimo zabiegów mających zrobić widza w konia, co bardziej skupiony oglądający odgadnie ją bez problemów. Na domiar złego, zakończenie z tym związane pozostawia niedosyt i obawę, że w drugim sezonie może to zostać olane.

Serialowy Krzyk nie jest żadnym wybitnym osiągnięciem, ale jeśli czwórka przypadła wam do gustu, to pierwszy sezon nowej serii też ma szansę się spodobać. Moja ocena: 4-.

niedziela, 17 kwietnia 2011

What’s your favourite scary movie?

Scream (1996)

W momencie gdy ten film wyszedł, slashery kojarzyły się przede wszystkim z utartym schematem, nieśmiertelnym zabójcą i z maksymalnie głupią fabułą (lub jej brakiem). Do tego większość z nich zaliczała się do długich serii. Nie żeby mi taki stan rzeczy przeszkadzał, takie filmy po prostu się lubi, albo nie. W połowie lat ’90 nie robiono już zbyt wielu filmów tego rodzaju (zwłaszcza jeśli porówna się ów okres do lat ’80), ale to nie przeszkadzało Wesowi Cravenowi stworzyć Krzyku. Co ciekawe, nie jest to pierwsza seria zapoczątkowana przez tego reżysera. Jest on także twórcą Koszmaru z ulicy Wiązów.

Do wydania Krzyku w zasadzie trzaskano sequele znanych serii, trzymając się formuły spopularyzowanej w latach ’80 (choć niektórych nowych filmów też się to tyczyło) - grupa świeżo zaprezentowanych osób (przeważnie nastolatków) trafia pod nóż jakiegoś zabójcy. Scream oferował podobny schemat, z kilkoma jednak różnicami. Po pierwsze (i bodaj najważniejsze) – nie wiadomo, kto jest zabójcą. Jest to bardzo dobry zabieg, gdyż widz angażuje się w seans i w czasie trwania sam kombinuje nad tożsamością mordercy. Po drugie – głównych postaci jest stosunkowo niewiele, ale dzięki temu mamy okazję dowiedzieć się o nich więcej, może nawet polubić i przejąć się ich losem. Nie twierdzę, że nie było slasherów, które nie próbowały stosować tych dwóch patentów, ale to jednak Krzyk jest z nimi kojarzony.

Kolejną cechą charakterystyczną filmu jest fakt, że obok atmosfery przerażenia, wszechobecny jest pastisz. Scream naśmiewa się z formuły slasherów, samego siebie oraz wielu klasycznych już tytułów. Muzyka doskonale podkreśla panującą atmosferę, aktorzy faktycznie grają postacie, a pomniejsze zwroty akcji potrafią zaskoczyć. Krzyk jest widowiskiem dobrej jakości nie tylko jako slasher, ale także i horror. Ode mnie 4.

Scream 2

Wes Craven nieczęsto zajmuje się reżyserowaniem sequeli. W przypadku Krzyków jest inaczej – wyreżyserował je wszystkie.

Niestety nie przełożyło się to na jakość samego filmu. Scream 2 jest poprawnie zrealizowanym slasherem, ale nie budzi grozy. Muzyki potęgującej atmosferę jest odczuwalnie mniej. Więcej jest z kolei części komediowej. Nie chodzi tu o gagi rodem z głupawek młodzieżowych, ale o liczne aluzje do kina. Tak jak poprzednio wyśmiewane były slashery jako gatunek, tak tutaj dostaje się sequelom (bez względu na gatunek).

Jak już napisałem wyżej – największym grzechem tego filmu jest to, że nie straszy. Stał się takim standardem, z którego naśmiewał się jego poprzednik. Ode mnie: 3.

Scream 3

Przy tym filmie odnosi się wrażenie, że tu już chodzi tylko o gagi (naśmiewanie się z konceptu trylogii), cameos i aluzje. Owszem, pan Craven nadal stara się nas straszyć, ale tak po prawdzie jeśli nie liczyć kilku scen z majakami / snami, to cała reszta jest jeszcze gorsza, niż poprzednio.

Na plus policzę przede wszystkim próbę powiązania trójki z jedynką. Całkiem fajny zabieg, ma swoje uzasadnienie i nadaje się do powieści detektywistycznej. Tutaj niestety przedłuża tylko seans. Najgorsza w całym filmie jest finałowa (o ile tak można nazwać bodaj 40 minut do końca filmu) konfrontacja z mordercą. Gonitwy i zabójstwa w wielkiej posiadłości zwyczajnie się wloką, a widz tylko zerka na zegarek z nadzieją, czy już zaraz seans dobiegnie końca. Ode mnie 2, a i to przede wszystkim za nawiązanie do pierwowzoru oraz Jaya i Cichego Boba, którzy przewinęli się w grupce turystów.

Scream 4

Świeżynka obejrzana w piątek. Historia zatoczyła koło. Sidney wraca do Woodsboro w ramach promowania swojej książki. Dewey jest szeryfem, Gale jego żoną. Skoro wszyscy są na miejscu, pora na mordercę. Tym razem psychol atakuje koleżanki siostry ciotecznej Sidney – Jill (która w pewnym sensie jest młodszą wersją Sid).

Pomimo czwórki w tytule, cała fabuła jest tak skonstruowana, żeby przypominać remake i jednocześnie nabijać się z jego idei. O ile znajomość dwójki i trójki nie jest jakoś specjalnie wymagana do obejrzenia numeru 4, o tyle jedynkę naprawdę warto znać/odświeżyć sobie, gdyż przez większość seansu jesteśmy raczeni nawiązaniami do niej.

Bardzo fajny jest już sam początek, w którym film kpi sobie ze swoich poprzedników. W trakcie seansu nie zabraknie wymądrzających się nastolatków, będących potencjalnym mięsem armatnim. Atmosfera się zagęszcza, schemat jest powtarzany, ale widz nie odczuwa zmęczenia, wręcz przeciwnie. Współczesne slashery/remake’i są jakieś takie puste i tylko sprawiają wrażenie strasznych. Scream 4 to kontynuacja łącząca w sobie młodą obsadę i współczesne rozwiązania (Youtube, Twitter, live stream, etc.) oraz klimat i grozę rodem z klasycznych slasherów. Dorzućmy jeszcze całkiem niezły zwrot akcji na koniec, a otrzymamy obraz tego, co się dzieje w trakcie seansu. Małym zgrzytem, który odrobinę psuł mi przyjemność z posiedzenia w kinie, było zachowanie niektórych postaci. Nie chodzi o głupotę, raczej irytującą pewność siebie, graniczącą z bezczelnością (to wydaje się być cechą rozpoznawczą obecnych nastolatków). Tak czy siak, oglądało mi się go dużo lepiej niż 2 poprzednie filmy i uważam, iż Scream 4 zasługuje na miano Krzyku obecnych czasów. Ode mnie 4-.