Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 2. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2024

Loki – Season 2

Sylvie załatwia Kanga, co powoduje powstawanie pierdyliardów wariantów (czyli de facto multiwersum), a Lokiego przerzuca do siedziby TVA. Z kolei bóg psoty nie potrafi za długo zostać w jednym miejscu, bo coś cały czas teleportuje go w przeszłość i z powrotem. I w tych warunkach musi uratować wszystko, co istnieje, zanim warianty Kanga wezmą się za łby.

Muszę przyznać, że jest to najnudniejsze ratowanie wszechświatów, jakie w życiu widziałem. Do tego stopnia, że gdyby nie streszczenie poprzednich wydarzeń na początku każdego odcinka, nie pamiętałbym co się działo, bo mój mózg w takim tempie wymazywał serial.

Autorzy myślą, że są cwani nadając postaciom imiona typu Uroboros, ale każdy z tych zabiegów jest subtelny niczym zderzenie z rozpędzonym tirem. Natomiast gdy wrócimy do bohaterów stricte marvelowych: Loki ma może ze dwie sceny, gdzie faktycznie jest twardzielem; Sylvie przypomina cień siebie (i to pomijając nową motywację), ludzie z TVA są nudni (autentycznie wykastrowano nawet te obleśne osobowości), a Victor Timely to najbardziej irytujący wariant Kanga ze wszystkich dotychczasowych (uwzględniając nawet Kangów zachowujących się jak stado małp w Ant-Manie 3). Jonathan Majors jest co najwyżej średnim aktorem. Jego kolejne interpretacje Kanga różnią się dosłownie tym, że mówią normalnie lub z coraz dłuższymi przerwami między słowami. Victor Timely oprócz tego sili się jeszcze na osobliwy akcent, który brzmi, jakby przechodził kolejną mutację głosu. W Ant-Manie 3 podobny zabieg (minus akcent) trwał około półtorej minuty. Tutaj jest go od groma i przez kilka odcinków.

Podobnego kalibru jest też zakończenie sezonu przypominające numer wykręcony w trzeciej części Piratów z Karaibów. Loki dostaje nową rolę, osiąga swój chwalebny cel i wciska się w takie miejsce, że a) Tom Hiddleston może już nie wracać, b) postać będzie już zawsze obecna w MCU, chyba że c) ktoś ją zastąpi, bo od teraz MCU już zawsze będzie musiało mieć boga opowieści (stąd moje nawiązanie do Piratów).

Drugi sezon Lokiego polecam wyłącznie jako lek na bezsenność. Podobały mi się dosłownie dwie sceny: Loki walczący po staremu (stosujący iluzje, żywe cienie i kopie samego siebie) oraz inspirowana chyba Dniem świstaka lub Edge of Tomorrow ostatnia konfrontacja z Kangiem. Moja ocena: 2+.

niedziela, 11 lutego 2024

Reacher – Season 2

Od wydarzeń w Margrave minęły dwa lata, siedem miesięcy i 19 dni (Ale kto by liczył?). Po losowym pokazie heroizmu Reacher dostaje wiadomość od Neagly, że jeden z kolegów z ich byłego oddziału został zamordowany. Dość szybko wychodzi na jaw, iż nie dość, że nie jest jedynym, którego spotkał podobny los, to pozostali również mogą być na celowniku. Reacher i spółka stawiają sobie za cel odnalezienie sprawców i wymierzenie sprawiedliwości.

Najważniejszą różnicą w porównaniu do poprzedniego sezonu jest to, że zasięg sprawy przedstawiono na samym początku. Z kolei retrospekcje z dorastania Reachera zostały zastąpione historią powstania jego oddziału i jego dokonaniami. Dodatkowo nawet jeśli nie oglądaliście poprzedniego sezonu, pierwsza scena z udziałem Jacka powie wam wszystko, co musicie wiedzieć o głównym bohaterze. Następnie bez zbędnych ceregieli autorzy przejdą do sedna.

Nie mam pojęcia, czy to kwestia adaptacji tego konkretnego tomu, czy po prostu świetna robota twórców serialu (skłaniam się ku temu drugiemu), ale odniosłem wrażenie, iż cała historia ma lepiej dokręcone śrubki, trzyma uwagę widza przez wszystkie odcinki i nawet w momentach wytchnienia nie pozwala odejść sprzed ekranu. Żaden element się nie dłuży i nie sprawia wrażenia zbędnego. Atmosfera jest cięższa, żadna z postaci z otoczenia Reachera nie ma gwarancji na przeżycie. Fakt – znajdzie się tu trochę humoru, ale żaden jego przejaw nie przeszkadza widzowi w przetrawieniu poważniejszych momentów.

W fabule jest jeden wątek, na który muszę zwrócić uwagę. Nie traktujcie tego jako wady sezonu, ani problemu. Po prostu rzuca się w oczy jako najbardziej nieporadny lub, jeśli jesteście wyrozumiali, urocza próba wprowadzenia zwrotu akcji. Naturalnie dotyczy jednego z członków oddziału Reachera. Gdy ekipa stara się rozgryźć jego rolę w aferze, pewien detektyw rzuca teorię, która podnosi ciśnienie. Naprawdę chciałbym, by los tej postaci okazał się bardziej zagmatwany, ale jeśli będziecie trzymać się zasady brzytwy Ockhama, nie dacie się zaskoczyć. Jedyną rzeczą, którą mógłbym zakwalifikować jako wadę, jest antagonista. Pomimo obsadzenia Roberta Patricka nie wykorzystano jego potencjału. Przewagą łotra nad bohaterami jest znajomość intrygi, ale gdy tylko protagoniści docierają do sedna, finał zdaje się być formalnością. Nieźle skonstruowaną i próbującą przywrócić tę wątpliwość o dalszy los, ale nadal tylko formalnością.

Drugi sezon Reachera jest świetnym akcyjniakiem, który ogląda się jednym tchem. Dla fanów poprzednika jest to pozycja obowiązkowa, dla nowych widzów – jeśli możecie, zacznijcie od S1; jeśli nie macie czasu, śmiało wskakujcie w S2. Intryga wciąga, akcja trzyma w napięciu, sceny akcji może nie są tak krwawe, co poprzednio, lecz nadal efekciarskie i spełniające powinność. Postacie świetnie się uzupełniają i każda ma swoje miejsce właśnie przez wzgląd na umiejętności, a nie przez płeć/orientację/kolor skóry (co podkreślają zarówno retrospekcje, jak i obecne wydarzenia). Przy okazji nie są tylko stereotypami, na jakie są kreowane w momencie dołączenia do oddziału. Nic tylko oglądać. Moja ocena: 5-.

niedziela, 29 maja 2022

Star Trek: The Animated Series

Przyznam się, że za pierwszym razem, gdy odbiłem się od TOSa, z tej serii sprawdziłem kilka odcinków i również sobie darowałem. Jednak teraz, gdy już oryginał zaliczyłem w całości, uparłem się, żeby zobaczyć wszystko i przekonać się, czy seria animowana jest czymś więcej niż źródłem memów.

Zawsze myślałem, że TAS to jeden sezon, a tu niespodzianka – Netflix pokazał dwa. Pierwszy ma 16 odcinków, drugi 6. Jako ciekawostkę dodam, iż animowana wersja jest traktowana przez wielu fanów jak kolejny sezon/dwa oryginału. Czy słusznie? Jak najbardziej. Powraca prawie cała oryginalna obsada (zabrakło Chekova), choć tym razem w wersji dubbingowej. Poszczególne odcinki zachowują epizodyczny charakter serii, a do tego część z nich to sequele historii opowiedzianych w pierwowzorze (np. More Tribbles, More Troubles kontynuujący The Trouble with Tribbles). Ponadto jeśli faktycznie tak to liczyć, to znane ze wstępu „These are the voyages of the starship Enterprise. Its five-year mission (…)” zostaje wypełnione, a rozdział się zamyka.

Natomiast ciężko powiedzieć, do kogo jest skierowany serial. Stworzenie serii animowanej sugeruje chęć trafienia do młodszego odbiorcy. Świadczy o tym także fakt, iż każdy odcinek trwa 24 minuty, przez co opowieści są bardziej dynamiczne (w sensie podawania informacji, nie prezentacji) i skondensowane. Dialogi są nieco wolniejsze, ale tak wyraźne, jak w programach edukacyjnych. Kolorystyka jest wykorzystana do granic możliwości, dzięki czemu obce planety, konstrukcje i istoty wydają się być bardziej naturalne dla tego świata niż w wersji live, gdzie np. różowe kostiumy waliły po oczach taniością i pstrokacizną. Pozwala to także na bardziej fantazyjne i abstrakcyjne kształty w konstrukcjach urządzeń i odwiedzanych miejsc, że nie wspomnę o wprowadzeniu licznych kosmitów (w tym dwóch do załogi Enterprise) o kształtach innych niż humanoidalne. Częste zmiany tła umożliwiają żonglerkę miejscami w obrębie pojedynczych odcinków bez potrzeby budowania planu i dekoracji. Ba, w trzecim odcinku drugiego sezonu pojawia się proto holodeck w postaci Rec Room.

Niemniej jednak to nadal Star Trek – wciąż jest tu sporo gadaniny, która młodego widza może zdezorientować lub zniechęcić. Animacji jest niewiele, a mimika twarzy wręcz nie istnieje. Cały serial sprawia przez to wrażenie statycznego. Na starszą widownię też to działa – fani ST docenią różnorodność, jaką oferuje animowane środowisko oraz tematykę charakterystyczną dla serii (w ramach przełamywania stereotypów: w jednym z odcinków sytuację ratuje oddział złożony z samych kobiet), ale jakość i wykonanie mogą odepchnąć także ich. No chyba że docelowa widownia z połowy lat siedemdziesiątych była mniej wymagająca.

Z ciekawostek muszę wymienić ładne przesunięcia kamery pokazujące wielkość i budowę mostka (w oryginale były to zawsze statyczne ujęcia, tu widać jak poszczególne stanowiska łączą się w całość). W jednym z odcinków potwór wydaje taki sam ryk jak Godzilla. Na koniec warto wspomnieć, iż za TAS odpowiada Filmation – studio, które wiele lat później wyprodukuje takie seriale jak He-Man oraz She-Ra. Zresztą pozostałości po projektach postaci oraz niektóre dźwięki z TAS są widoczne w powyższych tytułach.

Wrażeń z tej serii nie ma sensu rozbijać na poszczególne sezony. Raz, że drugi jest dużo krótszy. Dwa, że sumarycznie trwają mniej niż dowolny sezon TOS. Trzy – oba utrzymują ten sam poziom. Star Trek: The Animated Series ogląda się przyzwoicie i przy odrobinie wyrozumiałości można dać mu 4-. Osoby, które się na nią nie zdobędą, mogą potraktować go jako archaicznie zrealizowaną ciekawostkę. Jeden odcinek wystarczy, żeby przekonać się, czy warto kontynuować seans. W tym wariancie ocena to 3.

niedziela, 22 maja 2022

Star Trek: The Original Series

Zacznę od tego, że 11 lat temu popełniłem wpis na temat marki jako takiej, opisując większość seriali i najnowszy (wtedy) film z 2009 roku. Niestety, na tamtym etapie nie starczyło mi cierpliwości, by zapoznać się do końca z oryginalną serią, nie wspominając już o animowanej. W związku z tym wpis poleciał, a ja chcę zmierzyć się ze Star Trekiem od samego początku.

Pierwotnie znany po prostu jako Star Trek. Nazwy TOS dorobił się z czasem, gdy produkcji w tym uniwersum pojawiało się coraz więcej. Jest to najbardziej archaiczny z tytułów (siłą rzeczy), który pierwotnie emitowano w latach 1966-1969. To niby tylko trzy sezony, a jednak odcisnęły swoje piętno w popkulturze i rozpędziły machinę, która nie ustaje po dziś dzień. Przykład pierwszy z brzegu, w parodiach oraz nawiązaniach do ST i starego s-f to TOS przewija się najczęściej. Sama jego obsada stanowiła swego rodzaju rewolucję. Oczywiście chodzi o obecność Nichelle Nichols grającej Uhurę oraz Georga Takei w roli Sulu. Lata ’60 nie były łaskawe, gdy chodziło o aktorów i postacie innego koloru skóry niż biały. Dobitnie podsumowuje to wypowiedź Whoopi Goldberg, która jako dziewięciolatka rzekomo powiedziała podczas seansu Star Treka: „Come quick, come quick, there's a black lady on television and she ain't no maid!” Zaś samą Nichols, która nosiła się z zamiarem opuszczenia serii, do pozostania zachęcił osobiście nie kto inny niż Martin Luther King Jr. A jak trzyma się sam serial? O tym poniżej.

Season 1


Pomijając na moment lata, w jakich emitowano serial (odcinki są dłuższe od tych ze współczesnych seriali, aktorstwo ma inne standardy itd.) oraz budżet, który skutkował tanim wyglądem, pierwszy sezon sam w sobie zawiera kilka dziwactw. Pierwszym były dwa odcinki pilotowe. Z reguły w takich wypadkach wydarzenia drugiego nadpisują pierwszy, lecz w tym wypadku oba są kanoniczne. Drugim dziwactwem jest liczba odcinków, przeważnie oscylująca w okolicach 22-26. Tutaj jest ich 30.

Jak w ogóle zabrać się do tak starej produkcji z gatunku, który lepiej wypada, gdy ładnie wygląda? Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Do tego Star Treka robiłem trzy podejścia. Za dzieciaka w ogóle nie udało mi się przetrawić serialu, a całkowicie odepchnął mnie trzeci film. W 2009, gdy chciałem obejrzeć wszystko z tej marki, odbiłem się od tytułu około 15 odcinka. Podejście trzecie – skończyłem oglądać! Na tle współczesnych produkcji TOS (ze wskazaniem na pierwszy i trzeci sezon) bardziej przypomina teatr telewizji niż serial, ale dzięki temu miałem wrażenie, że mi mózg odpoczywa w trakcie seansu. Może to z powodu wieku, a może tego, że powoli przejada mi się efekciarska demolka i kicz z innych franczyz.

Pierwszy sezon jest strasznie schematyczny. W założeniach ludzkość na tym etapie swojej historii jest tak wysoko w ewolucji, że większość odcinków to próby, jakim jest poddawana. W rezultacie poza udowodnieniem, że damy radę w każdych okolicznościach, nic się nie zmienia. Status quo zostaje zachowane i co najwyżej nowa postać z danego odcinka jest jednorazowego użytku. Takie rozwiązanie jest jednocześnie nudne i relaksujące. Nudne – bo, jak wspomniałem, nic się nie zmienia (oprócz miejsca akcji). Relaksujące, gdyż pozwala na wskoczenie w dowolny odcinek, gdy nas najdzie ochota na ST. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest dwuodcinkowa opowieść The Menagerie, która jest związana z pilotem.

S1 warto też obejrzeć z punktu widzenia rozwoju marki. To tu zadebiutował Khan Noonien Singh, tutaj po raz pierwszy pokazano też Klingonów, a w piątym odcinku pokazano pierwszą podróż w czasie. Nie każdy epizod dostarczy rozrywki (bo kilka motywów jest przewidywalnych), ale każdemu warto dać szansę (dzięki temu trafia się na takie perełki, jak przedostatni odcinek, który jest jednym z najlepszych w sezonie, jeśli nie w serialu). Pierwszy sezon to dobry wstęp nie tylko do uniwersum Star Trek, ale także do klasycznego s-f. Moja ocena: 4.

Season 2


Od samego początku miałem wrażenie, iż w tym sezonie zwiększono budżet i wyciśnięto wszystko, co się dało. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że kasy było mniej, a efekt końcowy wypadł w moich oczach lepiej. Do stałego składu załogi dołączył nowy członek: Pavel Chekov. Samej załodze poświęca się więcej czasu. Oprócz Kirka, Spocka i Bonesa praktycznie każda inna postać ma więcej linii dialogowych i dłużej okupuje ekran.

Epizodyczna formuła pozostała bez zmian – nadal można oglądać odcinki wyrwane z kontekstu i cieszyć się zamkniętymi opowieściami. Jednak to, co się dzieje w ich obrębie, jest bardziej różnorodne i mniej przewidywalne, co nie znaczy, że zawsze. Obstawiam, że każdy oglądający odcinek The Doomsday Machine wykombinuje sposób na unicestwienie głównego przeciwnika w sekundę po tym, jak zobaczy go od frontu.

Wbrew finansom da się zauważyć poprawę jakości w kostiumach (choć też nie zawsze, np. plastikowe miecze z 25 odcinka będą niezmiennie bawić), pracy kamery (bardziej zróżnicowana i dynamiczna, w niektórych scenach naśladująca kino akcji, a kadry nie są już tak klaustrofobiczne) i oświetleniu tworzącemu bardziej wyrazisty klimat. Nawet muzyka zdaje się być intensywniejsza i mniej kiczowata. Po raz pierwszy w serii dało się odczuć napięcie tam, gdzie autorzy je zamierzyli. Nie jestem pewien, czy przy okazji cały ten przepych nie odbił się na długości sezonu, bo liczba odcinków spadła z 30 do 26. Do tego im bliżej końca, tym coraz częściej pojawiają się dość przewidywalne pomysły, czasami zajadające własny ogon (np. w odcinku z Rzymianami ciężko nie odnieść wrażenia kopiowania tego z nazistami, który miał miejsce raptem cztery odcinki wcześniej).

Niemniej jednak nawet z jego wadami drugi sezon Star Treka jest tym najlepszym i jeśli ktoś miałby zaliczyć tylko jeden lub kilka dobrych odcinków – powinien do niego zajrzeć. Moja ocena: 5-.

Season 3


Zanim zacząłem oglądać ten sezon, obejrzałem dokument o produkcji serialu. Podobno przed jej rozpoczęciem doszło do sporych przetasowań za kulisami, w ramach których na różnych etapach odeszło trzech z pięciu twórców, następnie czwarta, aż sam Rodenberry odsunął się w cień na rzecz innego showrunnera. Dodatkowo budżet znowu ucięto i praktycznie zrezygnowano ze zdjęć w plenerze, ograniczając tym samym możliwości fabularne. Budowane w studiu lokacje też na tym nie zyskały, wiele z nich wygląda biednie, a przy braku udźwiękowienia, kojarzą się z amatorskimi produkcjami teatralnymi, które jakimś cudem trafiły do telewizji. Niestety, odbiło się to na jakości serialu, który zakończono po tym ponownie skróconym (z 26 do 24 odcinków) sezonie.

Przykłady durnych i żenujących pomysłów otrzymujemy już w pierwszym odcinku sezonu, w którym ktoś usuwa Spockowi mózg (The Search for Spock nabiera w tym kontekście nowego znaczenia)… A to dopiero początek. Całą resztę wypełniają średniaki (np. Day of the Dove),  wśród których trafia się raptem tylko kilka perełek (np. odcinek drugi: The Enterprise Incident). Przez resztę seansu towarzyszy nam na zmianę nuda (And the Children Shall Lead) i zażenowanie. Na finałowym odcinku prawie zasnąłem. Ponadto wiele postaci pobocznych znowu stanowi tylko tło. Jeśli ktoś jakimś cudem zapoznał się ze Star Trekiem przez ten sezon i do niego zniechęcił, to wcale się nie dziwię. Zresztą o poziomie niech świadczy fakt, że po obniżeniu lotów (co samo w sobie było spowodowane innymi czynnikami) serial anulowano. Niby jestem w stanie zrozumieć, że ktoś miał jakieś ambicje zrobić nowego z serią (ba, nadal zdarzają się tutaj sceny łamiące normy tamtych czasów, jak np. pocałunek Kirka i Uhury), ale efekt końcowy mi nie podszedł, bo po bardzo dobrym drugim sezonie otrzymałem niemal proceduralne widowisko typu kosmita/potwór tygodnia. Owszem, można odnieść się do tego tak, jak do rzemieślniczej roboty i w takim wariancie od biedy dałoby się wystawić ocenę 4. Dla mnie jednak to za mało, a czekanie na odcinki warte uwagi (które są rozsiane nieregularnie) lub przynajmniej uwydatniające potencjał postaci (a i to niewielu) dłużyło się niemiłosiernie. Moja ocena: 3+.

Na koniec dodam, iż oglądana przeze mnie wersja była tą zremasterowaną. Powiem krótko: tak powinno się remasterować starocie. Odświeżono dźwięk i obraz, a efekty specjalne poddano tylko lekkiemu liftingowi tak, żeby nie odstraszały archaicznością, ale jednocześnie bez przesady, żeby nie wydawały się nie na miejscu w tak starym show. Jeśli podchodzicie do ST: TOS, to właśnie tę wersję polecam, zaś serialowi jako całości daję z czystym sumieniem 4+.

niedziela, 27 marca 2022

Batwoman – Season 2

Pierwszy sezon był tragiczny. Odtwórczyni głównej roli, Ruby Rose, pożegnała się z serialem i w sumie nie wiadomo, czy ze swojej winy, atmosfery na planie, czy jeszcze czegoś innego. Wystarczy powiedzieć, że na odchodnym było słodko, a parę miesięcy później zaczęło się publiczne pranie brudów. Jak to wpłynęło na drugi sezon (oprócz oczywistej zmiany bohaterki)? Wydaje mi się, że odejście Ruby tak jakby spadło autorom z nieba, bo mieli teraz cały sezon zapchajdziury.

Kate Kane zaginęła. Jej kostium znalazła nowa bohaterka: Ryan Wilder (spełnienie marzeń wszelkiego rodzaju aktywistów, bo tym razem nie dość, że jest lesbijką, to jeszcze jest Afroamerykanką). Raz dwa wkręciła się w ekipę Batwoman i… to tyle? Poszczególne odcinki łączy kilka motywów: poszukiwania Kate przez różne osoby (od jej ojca, przez ekipę Batwoman, po Alice), walka z kolejnymi złolami (np. Black Mask) i osobista zemsta Ryan.

Z pozytywnych aspektów muszę wymienić samą Ryan. W przeciwieństwie do Kate i pomimo głupot wygadywanych w podobnym tonie jest bardziej wiarygodna (przynajmniej w pierwszej połowie sezonu). Ma problemy z obsługą ekwipunku, często dostaje łomot i ogólnie widać, iż musi stawiać czoła konsekwencjom swoich niepowodzeń. Drugim jest (i sam nie wierzę, że to piszę) Black Mask. Nie jest to rewelacyjna interpretacja, ale potrafi sprawić wrażenie trzymania za pysk sporej grupy i wypada lepiej od wersji Ewana McGregora z Birds of Prey. Dla równowagi postać Stephanie Brown spieprzono dokumentnie. Trzecim jest gra aktorska Alice, ale do tego przyzwyczaił nas poprzednik (jeśli ktoś go oglądał).

Cała reszta jest po staremu. Brak logiki w przebiegu fabuły (finał czternastego odcinka to bodaj jedna z najgłupszych rzeczy, jaką widziałem w serialach), bezsens stojący za istnieniem organizacji Crows, policja będąca niemal wyłącznie w roli antagonistów, zasady fizyki wyrzucone przez okno, sztywne aktorstwo, żałosne sceny akcji i jeszcze większa taniocha bijąca z ekranu. Tradycyjnie każdy facet to dupek (no chyba że jest gejem lub ma skórę inną niż biała) lub idiota (tutaj nie chroni nawet kolor skóry, no chyba że jest gejem), a każda kobieta to lesbijka (przez co ma się wrażenie, że nieważne, jaki procent całej populacji stanowią osoby homoseksualne, wszystkie bez wyjątku mieszkają w Gotham). Żeby było śmieszniej – motyw z niby zaginioną Kate jest dojony do oporu. Przez pół sezonu wszyscy jej szukają, potem niby znajdują i robią nawet jakiś pogrzeb, a następnie okazuje się, że jednak żyje w dość specyficznej sytuacji (usprawiedliwiającej obsadzenie innej aktorki, która, paradoksalnie, wizualnie bardziej pasuje na siostrę Alice) i o tym (o ponownym odkrywaniu i reagowaniu) jest drugie pół sezonu. Wszystko tylko po to, by na stałe obsadzić Ryan w ekipie Batwoman (bo na początku autorzy zwodzą widza, iż to nie jest takie pewne). O braku pomysłów na ten sezon niech świadczy fakt, że jeden z odcinków poświęcono bieda wersji Resident Evil. Z tą różnicą, że substancją zarażającą była felerna partia narkotyków, a nie wirus z tajnego laboratorium. Na koniec zostaje finał, który nieudolnie kopiuje… finał drugiego sezonu Arrow

Najbardziej zaskakujące jest to, iż z prawie każdym odcinkiem serial zalicza coraz niższą oglądalność, a jednak powstał trzeci sezon. W międzyczasie stacja CW została wystawiona na sprzedaż, zaś obsadę opuścił również Dougray Scott (i całe szczęście dla niego). Nie mam pojęcia, jakim cudem udaje się to finansować. W każdym razie Batwoman S2 dostaje ode mnie: 1+.

niedziela, 13 lutego 2022

The Witcher – Season 2



Pierwszy sezon miał dla mnie niewiele pozytywnych aspektów. Drugi ma ich chyba jeszcze mniej. Mało tego, po zakończeniu seansu S2 odniosłem wrażenie, że autorzy przeczytali dwa i pół opowiadania, a także obejrzeli intro do komputerowego Wiedźmina. Dlaczego akurat tak? Bo faktycznie Mniejsze zło i Wedźmina zaadaptowano w miarę sensownie, Ziarno prawdy co najwyżej połowicznie, a wygląd Vesemira przypomina tego z gry komputerowej.

Na plus na pewno policzę efekty zwiększonego budżetu. Zbroje Nilfgaardu wreszcie nie przypominają taniego plastiku (żeby nie powiedzieć, której męskiej części ciała). Potwory wyglądają zdecydowanie lepiej od nieszczęsnego złotego smoka z poprzedniego sezonu, choć projekt tego czegoś, co (zgaduję) miało być skolopendromorfem, jest idiotyczny. Geralt i Jaskier trzymają poziom, Ciri jest sensowniej zagrana, Cahir tak nie irytuje, Dijkstra zdecydowanie na plus, Nivellen niezły, Rience znośny, przyzwoite zdjęcia w plenerze. Cieszy brak bzdur pokroju magów-baterii i nawiązania do czerpania energii oraz niebezpieczeństwa, z jakim wiąże się to ostatnie w przypadku ognia. A wisienką na torcie dla spostrzegawczych jest drzewo z medalionami wiedźminów. Jeden z nich to kopia medalionu dołączanego do kolekcjonerskiej wersji gry. Sam taki posiadam, a co!

Cała reszta ponownie do chrzanu. Pozostałe postacie są słabe (Filavandrel) lub nie do zniesienia (Fringilla, Francesca, Yennefer, Lambert i Eskel), a reszty się nie zauważa. Fabuła ponownie ucierpiała na odstępstwach od książek i jest pełna bzdur. Największą ofiarą tych ostatnich jest Eskel, z którego zrobiono kompletnego dupka, w niewyjaśniony sposób zainfekowano, by zamienił się w leszego, a na koniec spierniczono polowanie na niego. W momencie jego przemiany wszystkie medaliony w Kaer Morhen zaczęły drgać – norma, wykrywają magię. I potem na hura przestają wykrywać magicznego leszego lub wiedźmini przestają się nimi kierować i na ślepo szukają potwora po zamku… W samym Kaer Morhen będzie jeszcze kilka wątków, przy których będziecie przewracać oczami. Vesemir, który nie ma nic przeciwko sprowadzaniem prostytutek, Geralt odmawiający Triss upojnej nocy, Vesemir próbujący zrobić z Ciri wiedźminkę (taką pełną z mutacją itd.) oraz kilka innych. Sytuacja poza wiedźmińskim siedliszczem również jest popaprana. Ot, choćby wieże, które w książkach służyły do teleportacji i od razu wiadomo było o ich przypadłościach (owiana złą sławą Wieża Mewy) tutaj zamieniono na  „tajemnicze monolity”. Jakby zmian było mało, wątki dotyczące teleportacji potworów i skakania między wymiarami bez sensu pokręcono. Gdy już otrzymamy jakiś inny wymiar, bohaterowie wpadają na dziki gon, który przypomina dublerów Kurgana z Nieśmiertelnego. No i tradycyjnie Geralta jest mało w jego własnym serialu.

Po zakończeniu ostatniego odcinka czułem się, jakbym zgłupiał. Największą ironią tego serialu jest to, że kupiono do niego prawa, gdyż każda stacja stara się stworzyć opowieść fantasy, która odniesie sukces podobny do Gry o tron. Wiedźmin, zwłaszcza saga, nadaje się do tego idealnie, gdyby tylko w pełni wykorzystać napisaną już treść, zamiast bawić się w wyrównywanie proporcji koloru skóry w każdej możliwej grupie społecznej z serialu. Moja ocena: 2.

niedziela, 23 stycznia 2022

Kajko i Kokosz – Sezon 2


Nie czekałem na ten sezon, więc jego pojawienie się nieco mnie zaskoczyło. Natomiast zawartość już nie. Tym razem zamiast sześciu mamy dziewięć odcinków. Ponownie – każdy po 15 minut. Tak jak poprzednio każdy z nich adaptuje coś z komiksów, co zresztą widać po tytułach: Dzień Śmiechały, Szkoła latania, Na wczasach itd.

Tak naprawdę ciężko powiedzieć o tym sezonie coś więcej, niż o poprzednim. Ma dokładnie ten sam bagaż zalet i wad, więc jeśli ktoś chce się z nim zapoznać, zapraszam do lektury tego tekstu.

Podzielę się jednak pewną ciekawostką z rodzaju: Tajemnica dzieciństwa została rozwiązana! W tym wypadku chodzi o piosenkę ze wspomnianego zeszytu Na wczasach. W trakcie podróży trubadur pokładowy śpiewa „przebój”: Bum tralala, chlapie fala, po głębinie statek płynie! Zawsze zastanawiałem się, czy pasażerowie mają dość przeboju przez wzgląd na wałkowanie tych dwóch wersów ad nauseam, czy może chodzi o głos śpiewaka. Autorzy serialu dobitnie pokazali, że chodzi o oba. Może to zabrzmi dziwnie, ale tego typu smaczki dużo są dużo bardziej widoczne niż poprzednio. Przy okazji stanowią też kolejny aspekt świadczący o ciągłości serialu. Dołączają tym samym do Milusia, złotego pucharu i Wita.

Niemniej jednak, podobnie jak w pierwowzorze, ciężko o jakieś większe zachwyty. Ot, serial po prostu jest, da się go obejrzeć nawet w ramach mini maratonu i czasem parsknąć śmiechem, ale nadal nie potrafię nazwać go dobrym. Moja ocena: 3+.

niedziela, 21 listopada 2021

The Mandalorian – Season 2

Pierwszy sezon udowodnił, że autorzy są w stanie stworzyć samodzielną opowieść w uniwersum Star Wars i nie oglądać się na bzdury z nowych epizodów. Z kolei drugi sezon pokazuje, jak zintegrować tę autorską historię z istniejącymi.

Mando ma jasny cel, musi dostarczyć swojego podopiecznego do jakiegoś Jedi, aby dzieciak mógł odbyć stosowny trening. Cały sezon to niemal zamknięte historie. Spajający je wątek przewija się w dialogach, ale jeśli nie liczyć dwóch ostatnich odcinków, nie dominuje. W rezultacie ten sezon ogląda się bardzo wygodnie.

Na każdym kroku widać, iż producent sypnął kasą. Samych statystów jest więcej, a to dopiero początek. Odwiedzane planety są bardziej zróżnicowane, zaś kamera nie zachowuje się już tak, jakby ekipę stać było na pokazanie tylko dwóch budynków lub kilku sekund panoramy. Wszystkie miejsca są niemal osobnymi aktorami. Ich wygląd utrzymano w brudnym klimacie znanym z poprzednika, Rogue One oraz Republic Commando. Ponadto niemal każdy epizod ma jakiś gościnny występ. Mam na myśli nie tylko postacie związane już z franczyzą (Bo-Katan – Katee Sackhoff, Rosario Dawson – Ahsoka Tano, Boba Fett – Temuera Morrison), ale także jednorazowe występy takich osób jak Timothy Olyphant, Titus Welliver i Bill Burr. Naturalnie nie można też zapomnieć o powrocie nadwornego złola ponownie granego przez Giancarlo Esposito. Cholera, jest jeszcze jeden występ, którego nie wymienię, żeby nie psuć zabawy tym, którzy jeszcze sezonu nie widzieli, ale powiedzmy tylko, że te zachwyty i opady szczęk, o jakich mogliście słyszeć o finale, są jak najbardziej uzasadnione.

Warto też wspomnieć, iż tym razem serwowane fabuły nie są już tylko kopiami znanych konwencji. Tutejszym bliżej do tego, co widziałem w Clone Wars niż epizodów 7-9. Fakt, znajdzie się kilka scen, w których można pomyśleć, że nawet jak na Gwiezdne wojny, postacie są aż za bardzo nietykalne, ale na tle całości jest to drobiazg. Zwłaszcza, że wątki niektórych z nich rozwinięto i fajnie popatrzeć, że fabularnie nie stoją w miejscu i np. otrzymały większą rolę w danym miejscu/społeczności.

Jeśli pierwszy sezon Mandaloriana przypadł wam do gustu, drugi jest obowiązkowy. Jeśli nie, cóż, warto spróbować, gdyż jakościowo S2 jest jednak lepszy, bogatszy i bardziej dopracowany. Moja ocena: 5.

niedziela, 5 września 2021

Doom Patrol – Season 2

Obawiałem się tego sezonu. Zacząłem go oglądać, ale przerwałem już w pierwszym odcinku, bo bałem się, że po tym, jakie wrażenie zrobił na mnie pierwszy, drugi mu nie dorówna. W międzyczasie powoli pojawiało się też zmęczenie adaptacjami komiksowymi. Akurat teraz znalazłem czas, żeby wrócić do tego popierniczonego widowiska i muszę przyznać, że przerwa + zmęczenie okazały się idealnym połączeniem na czerpanie jak największej frajdy z tego serialu.

W drugim sezonie podopieczni doktora Cauldera nie ratują świata, ani jego samego. Muszą stawić czoła najgroźniejszemu z przeciwników: sobie. Każda postać stara się uporać ze swoimi demonami i przeszłością. A żeby nie było za łatwo, w domu pojawia się także córka Nilesa – Dorothy, która nie dość, że przywodzi na myśl skrzyżowanie Dorotki z krainy OZ z kotem, to jeszcze do jej mocy należy przywoływanie wyimaginowanych przyjaciół, wśród których znajduje się choćby gigantyczny pająk. Dorothy ma ponad 100 lat, wygląda na 11 lat (i tak też się zachowuje) i bardzo łatwo sprawić jej przykrość lub ból. Gdy do tego dojdzie, odruchowo przyzywa najgroźniejszych znajomych z rodzaju tych, co zabijają wszystkich i wracają do siebie.

Jakby kłopotów było mało, gdy bohaterowie próbują coś zmienić w swoim życiu, przeważnie powoduje to większy problem (przy czym nadal nie chodzi o zagładę świata, perspektywa tejże pojawia się dopiero na końcu sezonu). Może to być kłótnia między osobowościami, która poskutkuje wypuszczeniem tej najmniej stabilnej, może to być przyzwanie poltergeista seksu, którego mogą pokonać Sex Men (tacy Ghostbusters polujący na seks-duchy), może to być wypuszczenie pasożytów Scants, które żerują na głupich pomysłach, aby je potem zamienić w esencję geniuszu. Ta ostatnia trafia do ich królowej, dzięki czemu władczyni zyskuje więcej mocy. Jak się zastanowić, to zakonnica z piłą mechaniczną przewijająca się przez głowę Jane jest na tle tego wszystkiego całkiem przyziemnym pomysłem. Krótko mówiąc: Tak, drugi sezon jest jeszcze bardziej zakręcony.

Kalejdoskop pomysłów i zmagań bohaterów z przeszłością i teraźniejszością postawił przed aktorami nie lada wyzwanie. Najlepsze jest to, że cała ekipa potrafiła mu sprostać. Nie ma tu źle zagranej postaci, zaś efekt końcowy jest taki, że ciężko nie współczuć tej zgrai wyrzutków.

Na koniec tradycyjnie ponarzekam, choć niewiele. Szkoda, że ten sezon nie jest tak zamknięty, jak poprzedni. Mamy tu nie lada cliffhanger i gdybym skończył oglądać sezon w takim tempie, w jakim był emitowany, wkurzałbym się na czekanie na dalszy ciąg (który na tamtym etapie nie był pewny). Drugi zgrzyt dotyczy wątków postaci. Każda jest kopana przez życie i czasami naprawdę chciałoby się jakąś dobrą wiadomość, chwilę wytchnienia. Widz musi nastawić się na to, że nawet jeśli taka scena nastąpi, na bank przyczyni się do większego bałaganu gdzieś dalej.

Niemniej jednak takie drobiazgi nie wpływają na poziom sezonu, po prostu są zauważalne. Natomiast samo widowisko dostaje ode mnie 5.

niedziela, 15 sierpnia 2021

Sword Art Online II

Drugi sezon SAO, tym razem podzielony na trzy wątki. Pierwszym jest Phantom Bullet związany z Gun Gale Online – VRMMO z bronią palną i ekstremalnie podkręconym PvP. Na jego arenie pojawia się typ o jakże idiotycznej nazwie Death Gun, który twierdzi, że jego broń zabija nie tylko awatara, ale także kryjącego się za nim w świecie rzeczywistym gracza. Kirito zostaje zwerbowany do zbadania sprawy.

Spójnością ten wątek odpowiada pierwszemu z sezonu nr 1, ale przebija go lepiej poprowadzonym zakończeniem. Samo GGO ma cięższy klimat (nie tylko przez wzgląd na atmosferę rodem z cyberpunka i postapo), a historia i poruszane tematy tylko temu wydźwiękowi wtórują. Pod przykrywką opowieści z pogranicza fantasy i s-f widz otrzymuje takie zagadnienia jak stalking, kradzież danych, choroby psychiczne, traumatyczne przeżycia i ich wpływ na osobowość. Pewnie, że jest tu sporo głupotek typu wpisywanie danych do turnieju bezpośrednio w grze, zamiast w formularzu poza nią, albo tradycyjne przegadanie przebiegu akcji, które ją spowalnia (bo treść rozmowy dopiero co obejrzeliśmy odcinek wcześniej). Niemniej jednak to nadal dobre 14 odcinków, których finał potrafi utrzymać w napięciu (pomimo zapychania go w sposób, jaki nie powstydziłaby się oryginalna wersja serialowego Dragon Ball Z). Nowe postacie dobrze współgrają ze starymi. Nawiązania do 1. sezonu brzmią naturalnie i nawet naiwność bohaterów oraz umowność przedstawianej rzeczywistości nie przeszkadza.

Drugim wątkiem jest powrót do ALO i pomoc bogini Urd w obronie przed inwazją z Thryma. W tym celu Kirito i spółka muszą mu nastukać, a przy okazji zdobyć Excalibur. To raptem trzy odcinki radosnego naparzania oraz współpracy. Klimat ekipy próbującej pokonać ostatniego bossa w podziemiu przypomniał mi godziny wtopione we wspólne granie w tytuły MMO (ze wskazaniem na World of Warcraft oraz Guild Wars). I chociaż żadna z naszych rozgrywek nie wyglądała tak epicko, potrafiliśmy bawić się równie dobrze, co główni bohaterowie. Cały ten story arc uwydatnia, jak bardzo nasza rozrywka jest uboga (choć ciężko jej odmówić rozwoju). Jest tam taka fajna wzmianka o całym silniku generującym zadania, fabułę i lokację wyłącznie na podstawie mitologii i informacji z internetu. Do tego dochodzą przedmioty w pojedynczych egzemplarzach – no generalnie wszystko, co mi się marzy, odkąd miałem okazję zobaczyć, jak wygląda praca przy organizacji eventów przez GMów w starych MMO. Wracając do serialu – atmosfera tej opowieści jest dużo lżejsza tak w warstwie fabularnej, jak i nowych: wejściówce oraz zakończeniu. Widok kolejnej dziewoi za kratami trochę mnie zaniepokoił, bo myślałem, że będzie to odgrzewanie kotletów w postaci idiotyzmów z poprzedniego sezonu, ale nie – wybrnięto bardzo fajnie.

Trzeci i ostatni wątek zaczyna się niemal równie niewinnie. W ALO pojawia się gracz, który wyzywa wszystkich na pojedynki i nikt nie może mu dokopać, wliczając w to Kirito. Ostatecznie udaje się to Asunie. Gracz w ten sposób chciał sprawdzić, czy ktoś jest na tyle silny, żeby pomóc jego gildii w pokonaniu bossa jako jednej drużynie zamiast kilku. A potem dostajemy w łeb rzeczywistością. Na pierwszy plan wychodzą przesadzone ambicje rodziców w stosunku do dzieci, choroby śmiertelne wśród małolatów, technologie uśmierzające ból, a także rozwój urządzeń umożliwiających AI interakcję ze światem rzeczywistym. Balansowanie obu warstw fabularnych wyszło dobrze, choć nie uniknięto tradycyjnych bzdur w dialogach, np. Asuna pytająca Zekkena w stylu: „Więc te wyzwania rzucane graczom, to żeby wyłonić odpowiedniego?” Brzmi normalnie, prawda? Tylko że to pytanie pada niemal bezpośrednio po walce, w której sama wzięła udział i po tym, jak już Zekken wyjaśnił, dlaczego to robi.

Niemniej jednak to tylko czepianie się z mojej strony. Sword Art Online II jest o niebo lepszy od poprzednika i gdyby nie liczne odniesienia do oryginału, powiedziałbym, żeby tamten olać i zacząć od drugiego sezonu, nawet z jego dziwnymi dialogami. Moja ocena: 5-.

niedziela, 20 czerwca 2021

Avatar: The Last Airbender

Po raz pierwszy z Avatarem zetknąłem się przy okazji recenzji niesławnej adaptacji M. Night Shyamalana. Filmu co prawda nie oglądałem, ale z opinii jasno wynikało, że pierwowzór jest więcej niż dobry. Cóż, to dopiero eufemizm stulecia. Powiedzieć o Avatarze, że jest dobry, to jak powiedzieć, że na pustyni jest ciepło.

Opowiadana historia dotyczy Aanga – ostatniego maga wiatru, który jest kolejnym wcieleniem Avatara, istoty potrafiącej władać wszystkimi czterema żywiołami. Problem polega na tym, że Aang gdzieś zniknął. Odnalazło go rodzeństwo nastolatków, Katara i Sokka, pochodzących z plemienia magów wody z Bieguna południowego. Sęk w tym, że obydwa wydarzenia oddziela 100 lat, w trakcie których naród ognia praktycznie podbił świat. W takich realiach świeżo odnaleziony 12-latek musi opanować pozostałe żywioły i przywrócić równowagę na świecie.

Ciężko napisać mi coś ponad to, że w serialu podoba mi się wszystko. Pomimo tego, że główni bohaterowie są dziećmi, autorzy rzucają ich w dorosły świat pełen poważnych problemów. Począwszy od zwykłego dorastania, przez pogodzenie się z utratą rodziny lub przeznaczeniem, po stawianie czoła trudom świata ogarniętego wojną. Pewnie, że większość z tych okoliczności jest umowna i postaciom idzie łatwiej, niż spodziewalibyśmy się po naszej rzeczywistości, ale zachowano tu istotną zasadę realizmu: każde działanie ma swoje konsekwencje. Te ostatnie pokazano po mistrzowsku. Czasami bardzo niepozorne czynności dają efekty dużo później.

Bohaterowie zachowują się adekwatnie do swojego wieku, swoich rozterek oraz tła, z jakiego się wywodzą. Przy czym to ostatnie nie definiuje ich jako ludzi. Rozwijają się, dorastają i zmieniają. Naturalnie, nie wszyscy. Świat potrzebuje szaleńców, upartych osłów oraz osób święcie wierzących w swoje racje – takich też tu znajdziecie. Humor jest przeważnie głupkowaty, ale pasuje do sytuacji i uczestników. Autorzy serwują go w odpowiednich dawkach, więc nawet jeśli wam nie podejdzie, przynajmniej nie będzie nachalny.

Postacie to nie wszystko. Twórcy przedstawiają nam ciekawy świat z bogatą historią oraz zróżnicowanymi kulturami. Magia jest połączona ze sztukami walki, a fantazyjne zwierzęta z powodzeniem mogłyby pojawić się w równie niesamowitych światach tworzonych przez świętej pamięci Benoît Sokala.

Jeśli chodzi o strukturę fabularną, to poszczególne sezony kojarzą mi się z oryginalnymi Gwiezdnymi wojnami. Pierwszy to Nowa nadzieja, drugi to Imperium kontratakuje, a trzeci to Powrót Jedi. Ogromną zaletą jest zamknięcie opowieści. Żadnego zawieszenia, żadnego urwania, kompletna historia. Jako ciekawostkę należy wspomnieć, że zastanawiano się nad czwartym sezonem, ale wspomniany we wstępie film fabularny skutecznie zarżnął pomysł.

Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do tego, że animacja w pierwszych odcinkach jest nieco słabsza od tego, co jest dalej. Nie zmienia to faktu, że Avatar: The Last Airbender to kawał mądrze i konsekwentnie poprowadzonego widowiska, na którym nie nudziłem się ani ja (całość widziałem dwa razy), ani moja córka (która leci przez nie ponownie). Moja ocena: 5+.

niedziela, 6 grudnia 2020

Dark (2017) – Season 2

Pierwszy sezon zostawił widza z nie lada cliffhangerem. Dobrze go wspominam, choć do tej pory mam pretensje o nierówne tempo i fakt, że fabuła spowalniała na rzecz postaci, podczas gdy oglądający się nudził.

Drugi sezon rusza z kopyta. Nie tylko jesteśmy świadkami wydarzeń z 2053, ale także z 1921, czyli dwóch nowych przedziałów obok tych znanych z pierwowzoru (choć ten pierwszy zaliczył gościnny występ).

Odbiór opowieści jest różny od S1. Mamy o dwa odcinki mniej, co sprawia, że w ogóle nie ma scen budujących klimat, a te obecne czasami zmieniają się na ekranie z częstotliwością kul wystrzeliwanych przez karabin. Twórcy podciągają wiedzę wielu postaci do takiego poziomu i w takim tempie, żeby nie było powtórki z Ulricha oraz Jonasa. Jednak żeby nie ograniczać się tylko do pchnięcia postaci, fabuła również rusza. Mamy motyw z końcem świata, przypominający trochę serial Heroes. Jest sporo scen dorabiających tło do znanych wydarzeń (np. co się działo dzień przed zniknięciem Mikkela albo tego samego dnia, ale w miejscu, którego nie widzieliśmy). W rezultacie dzieje się dużo, dzieje się szybko i czasami naprawdę trzeba uważać, żeby czegoś nie przegapić. Tutaj przyznam się, że cieszę się, że nie oglądałem tego sezonu, gdy wyszedł. Odświeżyłem sobie pierwszy, a w drugi wszedłem z marszu i nie traciłem wątku, bo wciąż pamiętałem, kto jest kim, niezależnie od przedziału czasowego. Nie żeby autorzy ułatwiali to ostatnie, gdyż poznajemy inne wersje kilku postaci, a do tego interakcje między tymi znanymi robią się coraz bardziej zagmatwane.

Czego zatem można się przyczepić? No właśnie wprowadzonych zmian. Mniej wizualnej ekspozycji na rzecz krótkich dialogów, które nie zawsze coś wnoszą. Do tego końcowy cliffhanger robiący jeszcze większy bałagan (choć jeśli jesteście akurat fanami komiksów Marvela lub DC, to się raczej uśmiechniecie) oraz fakt, że bez pierwszego sezonu na świeżo w zasadzie nie ma co podchodzić do drugiego. Przy czym muszę podkreślić, że nawet przy wizualnej i klimaciarskiej przewadze S1 lepiej oglądało mi się S2, zaś to czepialstwo jest stricte informacyjne. Jeśli o mnie chodzi, bawiłem się bardzo dobrze i jak tylko znajdę moment, zabieram się za sezon numer trzy. Moja ocena: 5-.

niedziela, 22 listopada 2020

The Boys – Season 2

Tym razem zacznę od narzekania. Stało się to, czego się obawiałem przy okazji pierwszego sezonu (ze wskazaniem na jego finał). Zmiany wprowadzone względem komiksu zaczynają się mścić. Wątek Butchera jest dla mnie za wolny, trochę oderwany od reszty i traci impet. W komiksie Butcher miał jedną motywację, która z tomu na tom pchała go w coraz bardziej ekstremalne rozwiązania i napędzała jego wewnętrznego wkurwa. Dało się to odczuć w jego zachowaniu przez całą opowieść oraz w pierwszym sezonie. Tutaj już nie bardzo. Tyle dobrego, że pojawił się Terror, choć nie w takim zakresie, jakiego oczekiwałem.

Drugą rzeczą, której się czepię, jest wątek The Deep, jeszcze bardziej oderwany od głównej linii fabularnej i dopiero w finale owocuje wydarzeniem, które pomaga… innej postaci, pozostawiając tym samym tutejszego Aquabuca w punkcie wyjścia z początku sezonu.

Na szczęście pozostałe aspekty są niezmiennie dobre. Homelander dalej wymiata, fabuła dalej wyśmiewa wiele aspektów obecnej rzeczywistości (bonusowe punkty zbiera za bezczelne darcie łacha z idei wciskania kogoś na piedestał tylko przez wzgląd na to, że jest jakiejś orientacji seksualnej, rasy lub płci) oraz pokazuje, jak podatne na manipulację są poszczególne grupy społeczeństwa. Nie obyło się bez nawiązań do popkultury: od subtelnych typu logo kręconego filmu, po scenę z przesłuchaniem. Najbardziej obawiałem się zmiany płci u Stormfront (to nie jedyna taka zmiana, ale w tym sezonie najbardziej eksponowana), a okazało się, że dźwigała na swoich barkach chyba z połowę opowieści. Fakt, kobieca wersja ma zupełnie inną dynamikę z Homelanderem niż facet w komiksie, ale autorzy wiedzieli, jak ten fakt wykorzystać w historii, przez co nie jest to zmiana dla samej zmiany. Wciąż mamy sporo krwawych scen, niektóre pokazywane naprawdę lekką ręką. Więc co jeśli przy pierwszym sezonie kręciło wam się w głowie, przy drugim może być gorzej. Motyw rodziny i przynależności podkreślono. Żeby było ciekawiej, to uwydatnienie sprawdza się po obu stronach barykady. Zakończenie tym razem zdaje się popychać show w kierunku bliższym komiksom.

Drugi sezon sprawił mi sporo frajdy, ale nie tyle, co pierwszy. W związku z czym moja ocena uwzględnia zgrzytające mi rzeczy, wymienione wyżej: 4+. Osoby, którym akurat te elementy pasowały, mogą rozważyć podniesienie oceny.

niedziela, 24 maja 2020

Titans – Season 2

Przy pierwszym sezonie bawiłem się lepiej, niż oczekiwałem. Do drugiego podchodziłem już z jakimś entuzjazmem, ale nadal ostrożnie. I okazało się, że słusznie. W tym sezonie jest sporo dobrych rzeczy, lecz trochę też spaprano.

Pierwszy odcinek na szybko sprząta cliffhanger z poprzedniego sezonu i przeskakuje o trzy miesiące. Efektem czego jest soft reboot serii. Tak jakby ktoś zorientował się, że apokalipsa to jednak trochę za dużo dla nie do końca uformowanej drużyny. W związku z tym fabuła drugiego sezonu jest dużo bardziej przyziemna, osobista i wyjaśnia wszystko, co stało za upadkiem poprzedniego składu Titans. Dick Grayson jest zmotywowany, by odtworzyć ekipę z nowymi ludźmi, ale na drodze do tego staje Deathstroke, Cadmus i kilka innych przeciwności losu.

Pierwsze osiem odcinków łyknąłem raz dwa. Atmosfera jest tu ciut lżejsza niż poprzednio, klimat jakby bardziej komiksowy, bo postacie starają się wyglądać i zachowywać jak superbohaterowie z kart zeszytów. Pod wieloma względami zawiązywanie się nowej wersji Tytanów będzie przypominało Young Justice, co policzę na plus. Jason Todd to nadal dupek, ale nawet on zalicza kilka scen, w których robi się go żal. Dick Grayson wreszcie wie, co robić ze swoim życiem. Starfire nie wygląda już jak prostytutka i też jest w pełni świadoma swoich możliwości. Superboy ma historię podobną do wspomnianego YJ, tylko że ta wersja zachowuje się jak dziecko, a nie wiecznie wkurzony nastolatek (żeby nie było, obie wersje miały swoje uzasadnienie i obie przypadły mi do gustu). Raven jest lepiej wyważona i gdy ma powód do strachu, to faktycznie boi się, a nie ciągle się trzęsie na zapas. Beast Boy też dostał coś do roboty, żeby nie skończyło się tylko na ślinieniu się do Rachel. Ponadto na deser mamy weteranów z poprzedniego składu: Hawka, Dove, Wonder Girl plus jeszcze kilka niespodzianek.

Pora trochę ponarzekać. Jak już zauważyliście akapit wcześniej – pierwsze osiem odcinków było w porządku. Od dziewiątego i do końca sezon zaczął się wlec. Niestety jest to patowa sytuacja. Z jednej strony chciano pokazać fabularną podróż od punktu A do B i to się chwali. Z drugiej jej przebieg i zakończenie są tak oczywiste, że ogląda się to raczej pro forma.

Nie jestem fanem podstarzałego Bruce’a Wayne’a, bo to wygląda, jakby był już w drodze do Batman Beyond, ale z drugiej strony to nie komiks, w którym Bruce był w tym samym wieku, a w międzyczasie miał ze 3 Robinów, którzy zdążyli dorosnąć. Gdyby jednak uwzględnić jakąś dozę realizmu, to faktycznie przy drugim Robinie mógłby już mieć tyle lat. Wayne’a gra tutaj znany z Gry o tron (Jorah Mormont) Iain Glen. Od strony aktorskiej pasuje, natomiast jeśli idzie o wygląd, to jakoś ciężko mi wyobrazić go sobie w kostiumie Batmana. Co prawda w 11. odcinku jest scena, w której faktycznie poza, sposób poruszania się i walki dodaje mu wiarygodności jako Batmanowi, ale jest to krótkotrwały efekt. Minimalnie podobny los spotkał Deathstroke’a. Tutaj gra go Esai Morales. Starszy, bardziej wykalkulowany i zdystansowany Deathstroke robi wrażenie, ale w kostiumie wydaje się być jakiś taki mały (co jest o tyle dziwne, bo do niskich nie należy). Może to kwestia tego, że podobnego wzrostu Manu Bennett (Deathstroke z Arrowverse i mój faworyt w tej roli) jest bardziej przypakowany i zajmował więcej miejsca w kadrze. Niemniej jednak pan Morales spędza w kostiumie sporo czasu, bierze udział w wielu scenach akcji i bijatykach, a przy okazji jest bardzo ludzką wersją tej postaci (kto wie, czy też nie najwierniejszą adaptacją w wersji live). Po prostu nie budzi we mnie takiego niepokoju, jak Bennett w drugim sezonie Arrow.

Oprócz tempa odcinków 9-13 jest jeszcze jedna rzecz, która nie przypadła mi do gustu. Wchodzę na terytorium spoilerów, więc jak ktoś chce się sam przekonać, zapraszam akapit niżej. W finale sezonu zostaje odstrzelona jedna postać. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ta śmierć jest tak bez sensu, w tak durnych okolicznościach, nie mająca nic wspólnego z rozwojem innych bohaterów, którzy mogliby się tu przydać, że ręce opadają. Wydaje się, że wciśnięto ją tylko po to, by mieć jeden wątek więcej w kolejnym sezonie, ale jeśli tego nie rozegrają dobrze, ta decyzja może odbić się czkawką.

W trakcie pierwszej połowy sezonu byłem święcie przekonany, że dam mu 5, taką miałem frajdę. Jednak spowolnienie w drugiej, durny wątek na koniec oraz pewne drobiazgi związane z dwoma postaciami sprawiły, że podobnie jak poprzednikowi muszę dać 4. Z tymże chciałbym podkreślić, że jest to na tyle dobrze napisany sezon, iż warto dać mu szansę nawet bez znajomości pierwszego.

niedziela, 15 grudnia 2019

Cloak & Dagger – Season 2

Osiem miesięcy po wydarzeniach z pierwszej serii życie Tandy i Tyrone’a uległo diametralnej zmianie. Ona wróciła do baletu, wzmocniła więzi z matką, z którą uczęszcza na spotkania ofiar przemocy domowej. On z dobrego chłopca stał się ściganym przez policję w związku z oskarżeniami o zabójstwo brata. Razem już bardziej świadomie próbują wykorzystać swoje moce do czynienia dobra, a przy tym muszą stawić czoła nowemu przeciwnikowi, zrodzonemu z tej samej eksplozji, w wyniku której oni stali się Cloakiem i Dagger.

Tak jak pierwszy sezon niesamowicie mnie zaskoczył, tak drugi rozczarował. Punkt wyjściowy jest w porządku – tutaj nie zmieniłbym nic. To z dalszą częścią mam problem. Pomimo tego, że poszczególne odcinki łączą różne wątki fabularne, tego powiązania nie odczuwa się tak intensywnie, jak w pierwszym sezonie. Z jednej strony wiele z odcinków to zamknięte opowieści, przez co z drugiej strony przynajmniej 3 z 10 sprawiają wrażenie zapchajdziury. W środku sezonu zaserwowano przyzwoity cliffhanger i myślałem że przynajmniej druga połowa będzie w stanie utrzymać napięcie, ale tak się nie stało. Cliffhanger rozwiązano w strasznie oczywisty, żeby nie napisać banalny sposób, a po nim powtórzono to samo, tylko zmieniając postać.

Na plus policzę to, że opowieści w poszczególnych epizodach są dobre same w sobie, zaś ciężkawy ton z Season 1 został utrzymany. Pogłębiono też informacje o lokalnych wierzeniach, a wewnętrzne konflikty bohaterów przedstawiono tak, żeby mieli nie lada orzech do zgryzienia. Jest to o tyle ciekawe, że po pierwszym sezonie nie zawsze można liczyć na głębszy (a czasem jakikolwiek) rozwój postaci. To ostatnie dotyczy nie tylko Tandy i Tyrone’a, ale także Brigid O’Reilly. Zakończenie sezonu jest na tyle fajne, że nawet mimo anulowania serialu nie mam z tym problemu. Jest przy tym na tyle otwarte, iż bez przeszkód można kombinować dalej, jeśli ktoś kiedyś zdecyduje się wskrzesić produkcję. Na deser otrzymujemy smaczek w postaci nawiązania w dziewiątym odcinku, w którym wspomina się o artykule o Luke’u Cage’u autorstwa Karen Page.

Podsumowując, Season 2 to nadal dobry serial superbohaterski, ale w porównaniu do oryginału tylko dobry. Na szczęście wciąż na tyle dobry, by nie żałować decyzji. Moja ocena: 4.

niedziela, 10 listopada 2019

Runaways – Season 2

Młodociani uciekinierzy ukrywają się przed swoimi rodzicami i jednocześnie próbują pokrzyżować ich plany.

Po przeciętnym pierwszym sezonie nie nastawiałem się w żaden konkretny sposób na ten. I muszę przyznać, że wyszło mi to na zdrowie. Pierwsze siedem odcinków stara się w strasznie wydłużony i pokrętny sposób zamknąć wątek antagonisty z pierwszego sezonu. Potem opowieść zdecydowanie zrywa z komiksowym pierwowzorem i leci po swojemu. Tutaj autentycznie odczułem zainteresowanie, bo coś się działo. Zainteresowanie potrwało może ze dwa odcinki i znowu spadło do zera. Przyczyna prozaiczna, wszystko zmierzało do punktu wyjścia, w jakim seria znajdowała się na początku sezonu numer dwa. Rezultat porównałbym do Black Lightning, gdyby oba sezony BL upchnąć w półtora, a następnie ostatnią 1/3 powtórzyć jeszcze raz.

Pomijając rozczarowanie konstrukcją fabuły, mam jeszcze inne problemy z tym sezonem i rzekomą przynależnością serii do MCU. Tym razem pada jedna wzmianka (w 9. odcinku) dotycząca Wakandy, więc o czymś to niby świadczy, ale jest motyw, który można było dogadać między serialami. Otóż w pierwszym tomie komiksu (zbiorczego wydania) gościnny występ zaliczają Cloak i Dagger – wynajęci przez rodziców dzieciaków. Dochodzi nawet do konfrontacji uciekinierów z tą dwójką, która dość szybko zostaje rozwiązana. W serialu nie uświadczycie obecności tych bohaterów w żadnej postaci. Widać C&D byli zajęci w tym samym czasie w swoim serialu (drugi sezon wciąż przede mną).

Kolejną rzeczą, która nie przypadła mi do gustu, jest wycięcie istotnego wątku z komiksu. Otóż w pierwszym tomie przewija się motyw zdrajcy. Jak łatwy do rozszyfrowania by nie był – jest tam i stanowi istotną oraz interesującą część opowieści. Tutaj nie dość, że zmieniono tożsamość tegoż, to rozwodniono go na tyle, że ciężko mówić o zdradzie (nawet jeśli pozostałe dzieciaki starają się tak to odegrać). I jeszcze wkręcono go w zakończenie, które w ogóle nie przypadło mi do gustu.

Nie wiem, jak powinienem zarekomendować ten sezon. Do poziomu Inhumans na szczęście mu daleko, ale patrząc na skalę, to tyle samo brakuje mu do Daredevila. Niby intryga jakaś jest i to całkiem znośna, jeśli nie zna się komiksu, albo zwyczajnie olewa pierwowzór. Od biedy może lecieć w tle, gdy chcemy urozmaicić sobie obieranie ziemniaków lub wypełnianie PITa (pod warunkiem, że wypełniacie je dla całej najbliższej rodziny). Inaczej nie warto sobie zawracać głowy, gdyż nawet w dolnych warstwach stanów średnich znajdą się lepsze, niekoniecznie trykociarskie produkcje. Moja ocena: 3-.

niedziela, 9 czerwca 2019

Black Lightning - Season 2

Tak jak pierwszy sezon zostawił mnie z uczuciem obojętności (bez rewelacji, ale i bez żałowania zainwestowanego czasu), tak drugi to istna kolejka górska. Niestety, nie do końca przemyślana, bo zamiast serwowania różnych wrażeń, na każdy dobry pomysł przypada spadek formy.

Otwarcie sezonu jest jednym najbardziej konsekwentnych, jakie widziałem w serialach, a już na pewno w Arrowverse. Oprócz kontynuacji wątków osobistych, pociągnięto też te społecznościowe – to na plus. Na minus trzeba policzyć to, że te drugie szybko się rozmywają, przez co gdy w późniejszych odcinkach pojawia się jakiś protest, to nie do końca wiadomo, przeciwko czemu (oprócz ogólnie pojętej niesprawiedliwości).

Kolejnym takim przykładem oraz powodem do zwiększenia zaangażowania widza są zmiany w postaciach. Drugi sezon uświadomił mi, dlaczego pierwszy nie dość, że był średni, to jeszcze pozostawiał mnie obojętnym na losy bohaterów. Otóż tutaj autorzy wreszcie postanowili naruszyć nietykalność postaci w zauważalny sposób. BL przynajmniej raz dostaje konkretny łomot, Jefferson traci stanowisko w pracy, struktura rodziny zostaje zachwiana, a do tego mamy powracającą osobę, która przechodzi przemianę. Ten ostatni wątek poprowadzono na tyle dobrze, że wręcz kibicowałem zaangażowanym personom. Ba, jego (prawie) koniec naprawdę mnie zaskoczył… Tylko że efekt końcowy strasznie rozmyto kolejnymi odcinkami, a w finale sezonu pokazano, że tak naprawdę wszystkie te starania można rozbić o kant tyłka…

Pozostałe elementy stoją na tym samym poziomie, co poprzednio. Średnie sceny akcji oraz efekty specjalne (choć tych jest więcej przez wzgląd na większą liczbę zaangażowanych metaludzi). Muzyka ciut bardziej zróżnicowana i całkiem fajna. Nawet główny zły powrócił, tylko przydupasów zmienił. Gdyby nie zakończenie sezonu, dałbym mu wyższą ocenę, a tak S2 jest dla mnie górną półką stanów średnich. Moja ocena: 3+.

niedziela, 19 maja 2019

Agent Carter

Zanim inne stacje zaczęły emitować seriale będące częścią Marvel Cinematic Universe, ABC miało pod swoimi skrzydłami dwie produkcje: Agents of S.H.I.E.L.D. oraz Agent Carter (netflixowy Daredevil pojawił się dosłownie 3 miesiące później). Tarczownicy mają już 5 sezonów, szósty właśnie ruszył, a pani Carter zakończyła swoją przygodę na dwóch. Szkoda, bo pomimo świetnej rozrywki w czwartym sezonie Agentów, Agentka była, moim zdaniem, dużo lepszą produkcją, o czym, mam nadzieję, uda mi się przekonać was poniższym tekstem.


Season 1


Rok po zakończeniu drugiej wojny światowej Peggy Carter próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie. Z frontu trafia do SSR, organizacji będącej swego rodzaju przodkiem Tarczy. Niestety, rok 1946 nie jest łaskawy dla płci pięknej, a osiągnięcia naszej bohaterki są pomijane. Pomimo tego, że pani Carter jest lepszą agentką, niż cała SSR razem wzięta, współpracownicy częściej proszą ją o kawę i noszenie papierów, niż udział w misjach. Jakby tego było mało, akurat w tym czasie wynalazki Howarda Starka trafiają na czarny rynek, zaś on sam zostaje oskarżony o zdradę kraju. Główny podejrzany kontaktuje się z Peggy i prosi o pomoc w oczyszczeniu go z zarzutów. Jako że agencja jest niespecjalnie skora do współpracy, nasza Angielka musi działać na własną rękę.

Tutaj muszę zaznaczyć, że jestem strasznie nieobiektywny w przypadku tego sezonu. Uwielbiam go za wszystko: świetnie odtworzone realia powojennych USA polane marvelową fantastyką, kapitalna muzyka, konkretne powiązanie z Captain America: The First Avenger, fajny klimat szpiegowski i aktorstwo zjadające wiele seriali komiksopochodnych na śniadanie.

Bardzo podoba mi się fakt, iż Peggy jest zmuszona działać niemal sama. Asystuje jej jedynie lokaj Starka – Edwin Jarvis, grany przez Jamesa D’Arcy. Za samo to sezon zyskuje plusa, bo nawet w przypadku śledztwa pozostałych agentów nie odczuwa się tutaj zbędnego odwracania uwagi od głównej bohaterki oraz rozdmuchania ekipy wspomagającej. Sceny, w których Carter musi improwizować, są najlepsze. To jest zdecydowanie to, czego mi obecnie brakuje w serialach DC, a co z powodzeniem (przeważnie) stosuje Netflix w swoich produkcjach.

Kolejną rzeczą, która zwiększa czerpaną przeze mnie radochę, to nawiązania do filmowej rodziny. Hayley Atwell powraca jako Peggy, a Dominic Cooper jako młody Howard Stark. W jednym z odcinków pojawia się młody Vanko, ojciec głównego łotra z Iron Mana 2, Neal McDonough znowu wciela się w Dum Dum Dugana. Nawet Arnim Zola ma swoje kilka sekund.

W dobie seriali posługujących się jednym trikiem, straszących tandetą i kiczem, czy potrzebującym specjalnych wymówek, by je polecić, miło obejrzeć produkcję stworzoną z taką starannością, o silnej i zaradnej postaci, której profesja nie wyprała z człowieczeństwa i kobiecości. W 8 odcinkach upchnięto przyjemny, szpiegowski serial, przy którym nie nudziłem się nawet przez chwilę. Moja ocena: 5.


Season 2


Peggy zostaje oddelegowana do filii SSR działającej w Los Angeles. Pretekstem jest pomoc w rozwiązaniu zagadki pewnego morderstwa, a tak naprawdę szef nowojorskiego oddziału chce mieć ją z głowy. Jednak samo morderstwo szybko okazuje się cząstką grubszej afery, w którą oprócz agentki Carter wplączą się także Jarvis i Stark.

Oprócz miejsca akcji w strukturze zmieniło się sporo. Warstwy szpiegowskiej jest mniej, marvelowej fantastyki więcej, odcinków również, a oprócz tego otrzymujemy dodatkowe sceny z przeszłości Peggy, poprzedzające nawet pierwszego Kapitana Amerykę. Nie wszystko z tego wyszło na dobre.

Większa liczba odcinków oraz tła fabularnego pozwala z jednej strony lepiej zbudować opowieść, z drugiej spowolnić jej tempo. Podobnie sprawa ma się ze wspomnianą fantastyką a’la Marvel. Wolałem serię niemal czysto szpiegowską, niż kombinację tejże z czymś, co kojarzy się ze słabym, trzecim sezonem Agents of S.H.I.E.L.D. Do tego trzeba jeszcze dorzucić mniejszą liczbę nawiązań do MCU i komiksów jako takich oraz cliffhanger, który nie doczekał się kontynuacji, bo serial anulowano.

Do części wizualnej (uwzględniając kostiumy, zdjęcia i lokacje odwzorowujące USA tamtych lat), aktorskiej oraz muzycznej nie mogę się przyczepić. Te trzymają poziom poprzedniego sezonu.

Podsumowując, oba sezony Agentki Carter zebrane razem trwają mniej, niż przeciętny sezon wielu innych produkcji. W związku z czym jeśli podobał wam się pierwszy, można przynajmniej pokusić się o spróbowanie drugiego. Niestety, nie udało mu się zauroczyć, ani zachwycić mnie tak, jak poprzednikowi, choć bawiłem się całkiem dobrze i na koniec żałowałem, że więcej sezonów nie będzie. Moja ocena: 4.

niedziela, 5 maja 2019

Cobra Kai – Season 2

Gdy pojawiły się zwiastuny pierwszego sezonu, ciężko je było traktować poważnie. Ot, kolejne studio chwyta się starej franczyzy. Udało się ściągnąć aktorów z oryginału i wrzucić tyle nawiązań do niego, że wysypują się z ekranu. Biorąc pod uwagę trendy branży rozrywkowej – to nie miało prawa wypalić. Na moje i wielu fanów szczęście autorzy pokazali, że odrobili pracę domową i wycisnęli z serii tyle miodności, że ciężko było uwierzyć. Otrzymaliśmy rewelacyjny serial z dobrze napisanymi i zagranymi postaciami, z którymi można się identyfikować. Problemy były zwykłe, codzienne, ale przez to często boleśnie realne. Zakończenie było jednocześnie ogromnym cliffhangerem, jak i powodem do obaw, że ten sezon to taka „lightning in a bottle” – coś, co się nie zdarza dwa razy. Jednak zwiastuny drugiego sezonu pokazały, że i tym razem się myliłem. Zapowiadana kontynuacja wyglądała tak dobrze, że na tę serię Cobra Kai czekałem z większą niecierpliwością niż na finał Game of Thrones.

Drugi sezon zaczyna się w miejscu, w którym zostawił nas pierwszy. Kreese wrócił i próbuje wkraść się w łaski Johnny’ego Lawrence’a. Cobra Kai wygrało turniej, ale Johnny nie jest zadowolony ze sposobu, w jaki to zrobili jego uczniowie, bo on sam w młodości odwalił podobny numer, a obecność Kreese’a tylko mu o tym przypomina. Po drugiej stronie barykady Daniel na siłę próbuje udowodnić, iż karate w wykonaniu jego dojo jest lepsze, jednak z mizernym skutkiem. Cobra Kai rośnie w siłę, a jedynymi uczniami Daniela są: jego córka i syn Johnny’ego, Robby. Lato jest gorące, a wiszący w powietrzu konflikt tylko zaognia atmosferę.

Już sam zarys tej serii robi wrażenie, a dalej jest tylko lepiej. Dla równowagi nie tylko Johnny musi zmagać się ze współczesnością. Tym razem dostaje się nawet Danielowi, który po wyjściu z bezpiecznego świata handlu samochodami zajął się reklamowaniem swojego dojo. Jego pierwsza reklama dojo na Youtubie zostaje zjechana za cultural appropriation i inne modne „powody” do obrażania się w dzisiejszych czasach. Lawrence w tym samym czasie odkrywa komputery, internet i smartfony, ale pojęcie praw autorskich i posiadanie tychże to dla niego wciąż czarna magia. Zresztą są to tylko drobiazgi na tle większej całości. Rywalizacja obu panów przybrała na sile do tego stopnia, że przeszła na ich uczniów. Kolejne spotkania i konfrontacje robią się coraz bardziej niebezpieczne. Tutaj muszę pogratulować autorom świetnego balansu napięciem. Jest ono rewelacyjnie rozmieszczone w całym sezonie. Są chwile, czasem całe odcinki, pozwalające odpocząć od draki i skupić się na innych aspektach, np. Daniel szukający pocieszenia podczas spaceru na plaży lub Johnny spotykający się z kolegami z Cobra Kai z czasów młodości. I tak – to kolejna grupa oryginalnych aktorów powracających do swoich ról. Z jednej strony takie zabiegi wydają się kiczowate (bo pełne montaży mających wzbudzić tęsknotę za prostszymi i bardziej beztroskimi czasami), ale z drugiej, jak już wspomniałem, są one niezbędne do wzięcia wdechu przed cięższymi chwilami, z finałem na czele. Nie żartuję z tym ostatnim. Ostatni odcinek nie dość, że jako całość trzyma w napięciu, to jeszcze swoim epilogiem potrafi przyprawić o opad szczęki. Jeśli widzieliście zwiastun drugiego sezonu, zapewne pamiętacie cover Cruel Summer w wykonaniu Kari Kimmel, który mógł wydać się ciut przedramatyzowany. I jest to idealny przykład doboru utworu do sytuacji. W zwiastunie to tylko ciekawostka muzyczna, jakich wiele ostatnimi czasy. Natomiast w finale… powiedzmy delikatnie, że wrażenie robi piorunujące i przyprawia o dreszcze. Do tego stopnia, że widz potrzebuje momentu, by ochłonąć, a dopiero potem może zacząć się wkurzać, że w takim punkcie przerwano opowieść (mógłbym powiedzieć, z jakim dużym filmem kojarzy mi się konstrukcja sezonu, ale zespoilowałbym sezon).

Podoba mi się też bardzo sprytne żonglowanie stereotypowymi scenami z dram młodzieżowych: ktoś kogoś widział robiącego coś tam, ktoś kogoś okłamał, ktoś czegoś nie powiedział – takie głupotki. W innych produkcjach są one dość często pozostawiane bez rozwiązania, albo służą wyłącznie zaostrzeniu konfliktu bez wyjaśnienia. Na szczęście nie tutaj. To znaczy zaostrzenie konfliktu i tak może się pojawić, ale bohaterowie dość szybko wyjaśniają sobie co i jak (nawet jeśli konfliktu nie da się zażegnać). Dotyczy to zarówno dzieciaków, jak i dorosłych. Niekiedy robią to w niewłaściwym momencie, ale to już życie.

Bałem się, że obecność Kreese’a spowoduje, że Johnny bezmyślnie wróci do swoich korzeni, ale nie. Autorzy wybrnęli z tego po mistrzowsku, pokazali jak bardzo Lawrence się zmienił (i że ta podróż jeszcze się nie skończyła), a wraz z nim jego relacje z byłym sensei.

Wprowadzono istotne może nie tyle zmiany, co nawiązania. Poprzednio mieliśmy do czynienia ze wspomnieniami przede wszystkim z pierwszego Karate Kida, a taki Terry Silver był tylko wymieniony w dialogu. Tutaj pojawiają się już konkretne sceny z KK3 i KK2. Znajomość filmów nadal nie jest wymagana, bo dostajemy konkrety na ekranie, ale jak ktoś chce zgłębić temat, ma teraz ku temu większy pretekst.

Aktorzy jak zwykle spisują się na medal. Mniej Lawrence’a oznacza, że pozostałe postacie mają większe pole do popisu, zwłaszcza dzieciaki, u których przechodzą największe zmiany. Nowi bohaterowie ładnie komponują się z weteranami serialu.

Akcję okraszono bardzo fajną ścieżką dźwiękową, łączącą klasyki z lat osiemdziesiątych ze współczesnymi utworami lub remiksami.

Są dwa drobiazgi, na które kręcę nosem, ale podkreślam, że na odbiór całości w moim przypadku nie wpłynęły. Po pierwsze – postać Tory. Wydaje mi się ciut przerysowana. Rozumiem, że jest potrzebna, by popchnąć wątek Miguela w konkretnym kierunku i w interakcjach z nim działa to całkiem dobrze, ale jej wszelkie spotkania z Sam są dziwne. Niby uzasadnienie tkwi w charakterze dziewczyny i jej tle społecznym, ale nawet w porównaniu do innych osób stanowiących ucieleśnienie jakichś stereotypów Tory wypada nieco groteskowo.

Po drugie – Daniel. Jak na osobę, która osiągnęła wiele i powinna być świadoma, że nie wszystko zależy od chęci czy umiejętności, że czasami potrzeba odrobiny szczęścia, zachowuje się jak kompletny buc i traktuje z wyższością nie tylko Johnny’ego. Mało tego, jako postać rozwija się najwolniej, może właśnie przez zbyt wielką pewność siebie. Doprowadza to do sytuacji, w której otoczenie gimnastykuje się na wszelkie sposoby, by go udobruchać i przynajmniej doprowadzić sytuację na grunt neutralny (kolejna scena w knajpie) tylko po to, aby następnego dnia wszystko szlag trafił z powodu losowego wydarzenia. I już pan LaRusso zapomina, o czym mówił pewnie z 8 godzin wcześniej. Bucometr wraca do domyślnej, maksymalnej pozycji.

Niemniej jednak na Cobra Kai – Season 2 bawiłem się wyśmienicie i gorąco go polecam. Moja ocena: 5+.

niedziela, 27 stycznia 2019

The Punisher (2017) – Season 2

Jeśli przyjrzeć się Punisherowi, jakiego mieliśmy w drugim sezonie Daredevila, a następnie w swoim solowym, da się zauważyć spadek ilości scen z zabijaniem przestępców. Chciałbym móc powiedzieć, że ten trend się nie utrzyma, ale nie mogę.

Z jednej strony mamy kontynuację wątku z Billym Russo, w którym powraca większość bohaterów drugoplanowych z poprzedniego sezonu. Z drugiej strony mamy nowego antagonistę, na którego celownik Frank dostaje się zupełnie przypadkowo. Dowcip polega na tym, że za tym antagonistą stoi spisek o skali porównywalnej do sezonu pierwszego. Różnica jest taka, że tym razem ta połowa fabularna nie jest związana w żaden sposób z przeszłością Castle’a, więc i widza zupełnie nie obchodzi. Mało tego, jeśli nie liczyć dosłownie kilku scen w całym sezonie, ta warstwa wlecze się niemiłosiernie i wydaje się być strasznie wymuszona. Nie żeby motyw z Russo był lepszej jakości. Jego wątek jest chaotyczny, rozwleczony przez wyrzuty sumienia kilku osób i niby można go sobie tłumaczyć stanem Billy’ego, ale równie dobrze można byłoby go skrócić. Oba wątki są często i gęsto przegadane, a także wypełnione głupimi decyzjami bohaterów. Gdyby je zmienić lub uniknąć, historia ponownie uległaby skróceniu.

Czy jest cokolwiek, dla czego warto obejrzeć ten sezon? Kilka rzeczy. Po pierwsze – aktorstwo. Aktorzy spisują się na medal i nawet dla samego Bernthala można pokusić się o seans. Po drugie – sceny akcji. Idealnie podsumował to Billy w pierwszym sezonie: „God damn, Frankie. I love to watch you work.” Nie inaczej jest tutaj. Gdy Castle bierze się za swoje, jest na co patrzeć. Szkoda tylko, że takich scen jest mało, a ta zamykająca serial niepotrzebnie robi smak na coś, czego pewnie już nie zobaczymy (obym się mylił). Po trzecie – muzyka. Ścieżka dźwiękowa Punishera była dobra od pierwszych zwiastunów pierwszego sezonu, a w drugim tylko podbito stawkę, sięgając choćby po klimaty typu piosenki w wykonaniu The White Buffalo, zespołu znanego ze rewelacyjnej oprawy muzycznej serialu Sons of Anarchy.

Pomiędzy słabymi i rozwleczonymi, a dobrymi elementami sezonu wciśnięto całą masę przeciętności i nijakości. Przez co Season 2 ogląda się jak zapchajdziurę między innymi serialami. Miałem nadzieję, że tym razem będzie więcej Punishera w Punisherze, ale wątków pobocznych i rozterek postaci drugoplanowych jest tyle, że czasami zahacza to o rozwadnianie serii znane z produkcji stacji CW (Arrowverse). Można obejrzeć, ale polecić się nie da. Moja ocena: 3.