Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Karate Kid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Karate Kid. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 września 2025

Karate Kid: Legends

Gdy Cobra Kai okazało się sukcesem, fani zaczęli spekulować, co jeszcze pojawi się w serialu. Była Ali, był Chozen, kto jeszcze? Trafnie wytypowano obecność Terry’ego Silvera oraz Mike’a Barnesa, ale już rolę Ali w całej tej aferze niekoniecznie. Zaś kompletną wtopą okazały się oczekiwania, iż w serii mogliby zawitać Julie Pierce lub Dugan (dla tych co nie pamiętają: bohaterka i główny antagonista z The Next Karate Kid). Niemniej jednak na tej samej fali popłynęły spekulacje, czy dałoby się połączyć klasyczną trylogię z fatalnie nazwaną odsłoną z 2010 roku. Nie wiem jak inni, ale mi szczęka opadła, gdy pojawiły się pierwsze informacje o tym, iż Daniel LaRusso spotka pana Hana.

Głównym bohaterem Legends jest Li Fong – nastolatek, który przeprowadza się z matką (graną przez Ming-Na Wen) z Hong Kongu do Nowego Jorku, gdzie pakuje się w podobne kłopoty, co swego czasu Daniel oraz Dre. No właśnie, Dre. Pamięta ktoś tego typa? Granego przez Jadena Smitha w 2010? Nie ma go tu. Co prawda nie zanegowano żadnych wydarzeń z TKK (2010), ale nie ma też żadnych odniesień do niego. Wracając do Legend, na osobowość Li składają się trzy główne czynniki: znajomość kung fu (której stara się nie nadużywać), trauma po śmierci brata (zwycięzcy turnieju sztuk walki) i łagodny charakter (w przeciwieństwie do Daniela Li nie próbuje się mścić). Szybko okazuje się, że jego umiejętności to za mało i do swego repertuaru musi dodać karate, by mieć jakieś szanse w lokalnym turnieju. Na pomoc przylatuje Han, który następnie zaprasza Daniela.

Widziałem sporo narzekań na fabułę tego filmu (nie wspomniałem o jego pierwszej połowie, gdzie mamy do czynienia z innymi wątkami), że przypomina zlepioną z dwóch różnych. Fakt, nie jest jakoś rewelacyjnie poprowadzona, ale daje radę i można się przy niej wyluzować. Walki to efekt połączenia oryginalnej trylogii z odsłoną z 2010 i dynamiką Cobra Kai. Jest efekciarsko, jest dynamicznie i różnorodnie. Poważniejsze tematy poprzetykano humorystycznymi treningami, a na koniec otrzymujemy taki występ gościnny, że można popłakać się ze śmiechu.

Legendy są pod wieloma względami filmem wtórnym, ale nie przeszkadza to w zapewnieniu lekkiej i przyjemnej rozrywki. Można im zarzucić też nierówne tempo. zbędne wątki lub miejscami dziwne zachowanie postaci, jednak te również nie przeszkadzają w odbiorze. Bawiłem się dobrze i chętnie wrócę do Legend. Moja ocena: 4.

niedziela, 11 maja 2025

Cobra Kai – Season 6

Gdyby serial skończył się na poprzednim sezonie, nie miałbym pretensji. Co prawda zostało kilka furtek, którymi można było pójść dalej, lecz w tym wypadku zamiast raźnym krokiem, przez furtki się przeczołgano…

Kolejny turniej, tym razem na większą skalę. Antagoniści dzielą się na dwie frakcje, co oznacza, że muszą pokonać nie tylko Miyagi-Do, lecz także tych drugich. W rezultacie otrzymujemy nowych przeciwników i dupków.

Z rzeczy, które mi się podobały: całkowite domknięcie WSZYSTKICH wątków. Od potencjalnego romansu między Chozenem i Kimiko, przez relacje Kim Da-Eun z jej dziadkiem, po zemstę Kreese’a. Doceniam to, że wyczerpano pulę postaci (serio zdołano jeszcze coś wycisnąć z The Karate Kid part 3) oraz wątków. Darowano sobie kompletnie jakiekolwiek nawiązania do The Next Karate Kid. Generalnie zamknięcie starych pomysłów i wrzucenie kompletnie nowych – to jest przeważnie na plus.

Trochę waham się odnośnie wątku Kreese’a, gdyż w tej warstwie przewija się sporo uczłowieczania łotrów, za którym nie przepadam. W ostatnich czasach w popkulturze starano się wytłumaczyć działania każdego złodupca, podczas gdy w wielu przypadkach sprawdza się po prostu stwierdzenie, iż ktoś jest czubkiem i/lub zły do szpiku kości. Tyle dobrego, że nie przerzucono tego na wszystkich antagonistów. Np. Terry Silver na moment ma naprawdę przyziemne oblicze, gdy mówi w kontekście choroby (nie powiem czyjej), ale nawet jeśli to prawda, to w ostateczności jest to tylko jeden ze środków do osiągnięcia celu. Wracając do Kreese’a – jeśli mu kibicowaliście i chcielibyście go więcej – to jego występ powinien wam przypaść do gustu. Martin Kove, zwłaszcza w scenach z Zabką daje konkretny popis aktorstwa.

Trzecią kategorią są pomysły, które w ogóle mi nie podeszły. Wszystkie zmiany wciskane w stabilną i rozwiązaną sytuację niepotrzebnie wydłużają seans (co brzmi kuriozalnie przy tak krótkich odcinkach). Do takowych zaliczam wątek z matką Tory, konflikt na linii Demetri-Hawk, czy nagle odkryta przeszłość pana Miyagi sprawiająca, iż Daniel traci pewność siebie. Ten ostatni motyw ciągnie się najdłużej, marnuje czas widza tanim efekciarstwem, a na koniec wychodzi na jaw, iż obawy były zbędne, można przywrócić status quo. To już pijany Chozen i wściekły Mike Barnes mieli więcej sensu.

Mam wrażenie, iż przez wzgląd na tę trzecią kategorię szósty sezon Cobra Kai oglądało mi się najsłabiej, przez co mimo pozostałych pozytywów (dodając jeszcze walki i zakończenie) daję 3+. Mniej wybredni mogą podciągnąć ocenę do 4.

niedziela, 11 grudnia 2022

Cobra Kai – Season 5

Nie mam zielonego pojęcia, jakie szkoły kończyli scenarzyści Cobra Kai, ale placówki, które nauczyły ich rzemiosła (lub konkretni belfrzy) powinni dostać jakieś podwyżki i być promowani na potęgę, bo to się w pale nie mieści, żeby dobijać do piątego sezonu i trzymać tak wysoki poziom.

Zacznijmy od tego, że twórcy sami doszli chyba do wniosku, iż poprzednia seria była zbyt rozciągnięta, a niektóre wątki prowadziły donikąd lub stały w miejscu. Co więc zrobiono? Porządek! Podróż Miguela nie ciągnie się nie wiadomo ile. Kilka odcinków i załatwione. Miguel i Robby rozwiązują swoje niesnaski w najlepszy możliwy sposób – obijają sobie gęby, a potem jest ok. Daniel upada na dno, by się od niego odbić. Johnny odkrywa w sobie nowe pokłady odpowiedzialności i można by tak jeszcze długo wymieniać. Myślą przewodnią jest w każdym razie to, że dosłownie wszystkie wątki i postacie znajdują jakieś rozwiązanie swojej sytuacji, dogadują się i zażegnują konflikty. Nawet najbardziej nieznośna i uparta Sam wreszcie idzie po rozum do głowy. Jeśli nie liczyć końcowego cliffhangera, to przebieg tego sezonu jest najbardziej „karatekidowy” ze wszystkich.

Jak zwykle historia czerpie garściami z przeszłych wydarzeń, tym razem wyciągając najdrobniejsze nawet szczególiki z Karate Kid 3. Nie trzeba znać filmu, gdyż i tak otrzymamy stosowne flashbacki, ale zdecydowanie odziera nas to z zaangażowania emocjonalnego. Jednak nawet bez tego stworzone sytuacje, dialogi i interakcje między postaciami z poszczególnych odsłon wypadają rewelacyjnie i niezmiennie bawią, wyczerpując temat. Gdybym miał sobie poteoretyzować na temat Cobra Kai VI, to zgaduję, że tam oprócz zainicjowanego tutaj turnieju oraz wspomnianego cliffhangera, pojawi się także coś z Karate Kid 4 i wbrew pozorom nie będzie to naciągane.

Jedyne, co mi zepsuło przyjemność, to strasznie nierówne tempo. Od początku sezonu czeka się, aż coś dużego walnie. Niezły kaliber trafia się w trzecim odcinku, a potem nagle jakby powietrze uszło i znowu od 5 odcinka widowisko stara się rozkręcić, lecz jakoś napięcia nie czuć i tak już się ciągnie do końca. Nawet w efekciarskim finale, gdy stawka zdaje się przebijać sufit, nie ma obawy o to, że ktoś źle skończy. I tylko z tego powodu daję 4+. Jeśli komuś tempo odpowiada i docenia pieczołowitość, z jaką zrealizowano CKV, może śmiało podciągnąć ją do 5.

niedziela, 9 stycznia 2022

Cobra Kai – Season 4

Przy każdym sezonie zapominam, że odcinki trwają po około pół godziny. Gdy planowałem sylwestrowy maraton, myślałem o maksymalnie czterech odcinkach. Jak już zacząłem, skończyłem całość o 2 nad ranem. Niestety, po świetnym trzecim sezonie ten mnie rozczarował.

Ogólna idea jest taka, jak zapowiadano. Jako że Johnny i Daniel łączą siły przeciwko Cobra Kai, Kreese również wzywa wsparcie w postaci Terry’ego Silvera. W samych dojo dochodzi do nowych sojuszy, topory wojenne są zakopywane, a niektóre animozje podsycane. Na papierze wszystkie te koncepty brzmią dobrze, jednak ich przedstawienie nie spełniło moich oczekiwań.

Na początek najjaśniejsze punkty sezonu. Terry Silver i cały jego wątek przyćmiewają całą resztę, a im bliżej finału, tym bardziej ta postać dominuje fabułę. Zakończenie z jego udziałem rekompensowało tę warstwę, która mnie zawiodła. Pozytywnie wypadają też historie Tory, Robby’ego, Hawka i wplecenie w jedną z nich Amandy LaRusso. To są płaszczyzny, na których czuć, że coś się rozwija, postacie dojrzewają i stanowi to grunt pod wsparcie innych. Na końcu tej listy znajdują się walki turniejowe, które w wielu miejscach doskonale uzupełniają konflikty.

Do elementów średniej jakości zaliczę nowe postacie i zwiększenie nacisku na te trzecioplanowe, jak np. Anthony’ego LaRusso. Tak – działają jako narzędzia w fabule głównych bohaterów, ale właśnie ciężko je potraktować jak coś więcej. Konflikt między szkołami i filozofiami nauczania jest w porządku, ale jest to element tak oczywisty, że widz zastanawia się, dlaczego poświęcono mu aż tyle czasu. Wynikające z niego sytuacje czasami niepotrzebnie wydłużają seans i pomimo że odcinki są krótkie, nadal miałem ochotę je przewijać. Fajnie, że osiągnięto jakiś kompromis w finale, szkoda tylko, że trwało to cały sezon.

Najsłabiej wypadają postacie Sam, Miguela oraz ich relacji. Ich więzi z nauczycielami i dojo są ok, ale cała reszta już do chrzanu. Po pierwsze – ich durna rywalizacja z duetem Tory i Robby. O ile ci drudzy na początku dają się w to wciągnąć, o tyle po pewnym czasie dociera do nich, że w sumie po jaką cholerę mają się przejmować, skoro mogą po prostu bawić się w swoim towarzystwie. Zaś Sam i Miguel tkwią dalej w tym samym punkcie. W najlepszym wypadku godzą się ze sobą, ale z otoczeniem  już niekoniecznie. Przez te sztuczne dramy seans naprawdę się wlecze i sceny z ich udziałem jeszcze bardziej skłaniają ku przewijaniu. Na deser jest jeszcze historyjka w życiu Miguela wieńcząca sezon. Tak – w tle przewijały się drobiazgi i dialogi wskazujące na kierunek, jaki młody obierze, ale w porównaniu do całego konfliktu jest to strasznie oderwane od reszty i jeśli autorzy nie poprowadzą go umiejętnie, to będzie ta część sezonu, którą faktycznie będzie się przewijać.

Czwarty sezon ma sporo fajnych momentów i ogólnie ogląda się go dobrze. Moją główną i spełnioną obawą jest to, że nie jest tak zamknięty, jakbym sobie tego życzył. W związku z czym odczuwam swego rodzaju przymus oczekiwania na kolejny, pewien niedosyt i jednocześnie brak zapału, jaki towarzyszył mi po trzecim. Moja ocena: 4-.

niedziela, 28 lutego 2021

Cobra Kai – Season 3

Ok, co tu się wyprawia? Biorąc pod uwagę trendy wciskane w popkulturę, showbiznes pełen bezczelnego żerowania na nostalgicznych markach oraz fakt, że to już trzeci sezon, to statystycznie rzecz biorąc ten serial nie ma prawa być tak dobry (albo w ogóle), jak jest… A wciąż jest bardzo dobry…

Między sezonami dwa i trzy mijają chyba ze dwa tygodnie. Johnny jest dobity sytuacją z Miguelem, stracił Cobra Kai oraz uczniów, jego syn uciekł. Córka Daniela została zawieszona, jego biznes upada, a główny konkurent podkupuje mu pracowników oraz podpisuje umowę na dostawę aut od głównego dostawcy Larusso na wyłączność. Tylko Kreese zdaje się święcić tryumfy: Ma nowych uczniów, ich grono rośnie, Miyagi Do zamknięto, a Lawrence nie wchodzi już w drogę.

Pierwsze, co mi przychodzi na myśl odnośnie tego sezonu, to że jest w pewnym sensie mroczniejszy od poprzedników. Jasne, że są uproszczenia typu dość szybka rekonwalescencja Miguela (na szczęście nie natychmiastowa i pasująca do realiów serii) lub sumienie ruszające Hawka po stosunkowo niedawnej i masakrycznej akcji, ale na każde z nich przypada sytuacja o dość ciężkim wydźwięku (wspomniany motyw z Hawkiem, flashbacki z Kreesem lub ostatnia konfrontacja). I niezależnie od końcowego wydźwięku autorom należy się plus za samo podjęcie tematyki.

Druga rzecz – opowieść jest nadal prowadzona w cwany sposób. Powraca kpiarstwo z obecnego traktowania dzieci i ich problemów przez dorosłych (leczenie wszystkich niesnasek uściskami). Z zapowiedzi, wywiadów i im podobnych widzowie spodziewali się powrotu kolejnych postaci z filmów. Autorzy rozegrali te spekulacje po mistrzowsku. Najpierw zmontowali sceny, dialogi (lub wygląd aktorów) tak, żeby widz był pewien, że to tu pojawią się te postacie, a potem zrobili wszystkich w konia i wprowadzili je po swojemu.

Do tego dochodzi jeszcze cała lista zabiegów fabularnych uzupełniających wątki poprzednich sezonów oraz filmów. Najlepszym przykładem fanservice rewelacyjnie wplecionego w opowieść jest wizyta na Okinawie, gdzie zadbano choćby o takie szczególiki, jak tafle lodu ustawione obok siebie (sposób, w jaki je wykorzystano, wywołał u mnie niekontrolowany rechot). Mniejszy kaliber, ale robiący równie wielkie wrażenie, to opowieść Alli o tym, co naprawdę wydarzyło się na początku The Karate Kid, Part II.

Nie zapomniano też o antagonistach. Kilkoro dostało wreszcie więcej scen z tła fabularnego. Żeby było ciekawiej – nie każdego z nich starano się uczłowieczyć. W niektórych przypadkach to po prostu stwierdzenie: stąd się to wzięło. Na deser są jeszcze smaczki typu gościnny występ Dee Snidera.

Teraz trochę ponarzekam. Przy czym jest to tylko czepialstwo. Wątek z policją jest tak samo chytry, jak i głupi. Zgłoszenie Kreese’a i Amandy – to rozegrano dobrze. Wąż w salonie i końcowa walka bez zgłoszenia – co najmniej głupie. Następna sprawa: wspomniana walka. Drugi sezon zakończył się konkretną rozpierduchą. Pomijając na moment realizm, sam sposób nakręcenia to majstersztyk. Problem polega na tym, że poprzeczkę podniesiono tak wysoko, że ciężko to było przebić. Co odbiło się czkawką w finale trzeciego sezonu. Owszem – walka wygląda równie efekciarsko, ale tym razem jedyną nowością jest to, że toczy się na trzech planach jednocześnie. Ostatni drobiazg – mam wrażenie, że ilość fanservice i chęć powiązania trochę przeciągnęły ten sezon i zamiast zamkniętego rozdziału, jak w przypadku dwóch poprzednich, mamy jeden rozciągnięty na dwa sezony.

Powyższy akapit nie zmienia faktów, że trzeci sezon oglądało mi się rewelacyjnie i póki co jest chyba moim ulubionym/najlepszym w całej serii. Nie mogę doczekać się kolejnego. Moja ocena: 5+.

niedziela, 5 maja 2019

Cobra Kai – Season 2

Gdy pojawiły się zwiastuny pierwszego sezonu, ciężko je było traktować poważnie. Ot, kolejne studio chwyta się starej franczyzy. Udało się ściągnąć aktorów z oryginału i wrzucić tyle nawiązań do niego, że wysypują się z ekranu. Biorąc pod uwagę trendy branży rozrywkowej – to nie miało prawa wypalić. Na moje i wielu fanów szczęście autorzy pokazali, że odrobili pracę domową i wycisnęli z serii tyle miodności, że ciężko było uwierzyć. Otrzymaliśmy rewelacyjny serial z dobrze napisanymi i zagranymi postaciami, z którymi można się identyfikować. Problemy były zwykłe, codzienne, ale przez to często boleśnie realne. Zakończenie było jednocześnie ogromnym cliffhangerem, jak i powodem do obaw, że ten sezon to taka „lightning in a bottle” – coś, co się nie zdarza dwa razy. Jednak zwiastuny drugiego sezonu pokazały, że i tym razem się myliłem. Zapowiadana kontynuacja wyglądała tak dobrze, że na tę serię Cobra Kai czekałem z większą niecierpliwością niż na finał Game of Thrones.

Drugi sezon zaczyna się w miejscu, w którym zostawił nas pierwszy. Kreese wrócił i próbuje wkraść się w łaski Johnny’ego Lawrence’a. Cobra Kai wygrało turniej, ale Johnny nie jest zadowolony ze sposobu, w jaki to zrobili jego uczniowie, bo on sam w młodości odwalił podobny numer, a obecność Kreese’a tylko mu o tym przypomina. Po drugiej stronie barykady Daniel na siłę próbuje udowodnić, iż karate w wykonaniu jego dojo jest lepsze, jednak z mizernym skutkiem. Cobra Kai rośnie w siłę, a jedynymi uczniami Daniela są: jego córka i syn Johnny’ego, Robby. Lato jest gorące, a wiszący w powietrzu konflikt tylko zaognia atmosferę.

Już sam zarys tej serii robi wrażenie, a dalej jest tylko lepiej. Dla równowagi nie tylko Johnny musi zmagać się ze współczesnością. Tym razem dostaje się nawet Danielowi, który po wyjściu z bezpiecznego świata handlu samochodami zajął się reklamowaniem swojego dojo. Jego pierwsza reklama dojo na Youtubie zostaje zjechana za cultural appropriation i inne modne „powody” do obrażania się w dzisiejszych czasach. Lawrence w tym samym czasie odkrywa komputery, internet i smartfony, ale pojęcie praw autorskich i posiadanie tychże to dla niego wciąż czarna magia. Zresztą są to tylko drobiazgi na tle większej całości. Rywalizacja obu panów przybrała na sile do tego stopnia, że przeszła na ich uczniów. Kolejne spotkania i konfrontacje robią się coraz bardziej niebezpieczne. Tutaj muszę pogratulować autorom świetnego balansu napięciem. Jest ono rewelacyjnie rozmieszczone w całym sezonie. Są chwile, czasem całe odcinki, pozwalające odpocząć od draki i skupić się na innych aspektach, np. Daniel szukający pocieszenia podczas spaceru na plaży lub Johnny spotykający się z kolegami z Cobra Kai z czasów młodości. I tak – to kolejna grupa oryginalnych aktorów powracających do swoich ról. Z jednej strony takie zabiegi wydają się kiczowate (bo pełne montaży mających wzbudzić tęsknotę za prostszymi i bardziej beztroskimi czasami), ale z drugiej, jak już wspomniałem, są one niezbędne do wzięcia wdechu przed cięższymi chwilami, z finałem na czele. Nie żartuję z tym ostatnim. Ostatni odcinek nie dość, że jako całość trzyma w napięciu, to jeszcze swoim epilogiem potrafi przyprawić o opad szczęki. Jeśli widzieliście zwiastun drugiego sezonu, zapewne pamiętacie cover Cruel Summer w wykonaniu Kari Kimmel, który mógł wydać się ciut przedramatyzowany. I jest to idealny przykład doboru utworu do sytuacji. W zwiastunie to tylko ciekawostka muzyczna, jakich wiele ostatnimi czasy. Natomiast w finale… powiedzmy delikatnie, że wrażenie robi piorunujące i przyprawia o dreszcze. Do tego stopnia, że widz potrzebuje momentu, by ochłonąć, a dopiero potem może zacząć się wkurzać, że w takim punkcie przerwano opowieść (mógłbym powiedzieć, z jakim dużym filmem kojarzy mi się konstrukcja sezonu, ale zespoilowałbym sezon).

Podoba mi się też bardzo sprytne żonglowanie stereotypowymi scenami z dram młodzieżowych: ktoś kogoś widział robiącego coś tam, ktoś kogoś okłamał, ktoś czegoś nie powiedział – takie głupotki. W innych produkcjach są one dość często pozostawiane bez rozwiązania, albo służą wyłącznie zaostrzeniu konfliktu bez wyjaśnienia. Na szczęście nie tutaj. To znaczy zaostrzenie konfliktu i tak może się pojawić, ale bohaterowie dość szybko wyjaśniają sobie co i jak (nawet jeśli konfliktu nie da się zażegnać). Dotyczy to zarówno dzieciaków, jak i dorosłych. Niekiedy robią to w niewłaściwym momencie, ale to już życie.

Bałem się, że obecność Kreese’a spowoduje, że Johnny bezmyślnie wróci do swoich korzeni, ale nie. Autorzy wybrnęli z tego po mistrzowsku, pokazali jak bardzo Lawrence się zmienił (i że ta podróż jeszcze się nie skończyła), a wraz z nim jego relacje z byłym sensei.

Wprowadzono istotne może nie tyle zmiany, co nawiązania. Poprzednio mieliśmy do czynienia ze wspomnieniami przede wszystkim z pierwszego Karate Kida, a taki Terry Silver był tylko wymieniony w dialogu. Tutaj pojawiają się już konkretne sceny z KK3 i KK2. Znajomość filmów nadal nie jest wymagana, bo dostajemy konkrety na ekranie, ale jak ktoś chce zgłębić temat, ma teraz ku temu większy pretekst.

Aktorzy jak zwykle spisują się na medal. Mniej Lawrence’a oznacza, że pozostałe postacie mają większe pole do popisu, zwłaszcza dzieciaki, u których przechodzą największe zmiany. Nowi bohaterowie ładnie komponują się z weteranami serialu.

Akcję okraszono bardzo fajną ścieżką dźwiękową, łączącą klasyki z lat osiemdziesiątych ze współczesnymi utworami lub remiksami.

Są dwa drobiazgi, na które kręcę nosem, ale podkreślam, że na odbiór całości w moim przypadku nie wpłynęły. Po pierwsze – postać Tory. Wydaje mi się ciut przerysowana. Rozumiem, że jest potrzebna, by popchnąć wątek Miguela w konkretnym kierunku i w interakcjach z nim działa to całkiem dobrze, ale jej wszelkie spotkania z Sam są dziwne. Niby uzasadnienie tkwi w charakterze dziewczyny i jej tle społecznym, ale nawet w porównaniu do innych osób stanowiących ucieleśnienie jakichś stereotypów Tory wypada nieco groteskowo.

Po drugie – Daniel. Jak na osobę, która osiągnęła wiele i powinna być świadoma, że nie wszystko zależy od chęci czy umiejętności, że czasami potrzeba odrobiny szczęścia, zachowuje się jak kompletny buc i traktuje z wyższością nie tylko Johnny’ego. Mało tego, jako postać rozwija się najwolniej, może właśnie przez zbyt wielką pewność siebie. Doprowadza to do sytuacji, w której otoczenie gimnastykuje się na wszelkie sposoby, by go udobruchać i przynajmniej doprowadzić sytuację na grunt neutralny (kolejna scena w knajpie) tylko po to, aby następnego dnia wszystko szlag trafił z powodu losowego wydarzenia. I już pan LaRusso zapomina, o czym mówił pewnie z 8 godzin wcześniej. Bucometr wraca do domyślnej, maksymalnej pozycji.

Niemniej jednak na Cobra Kai – Season 2 bawiłem się wyśmienicie i gorąco go polecam. Moja ocena: 5+.

niedziela, 13 maja 2018

Cobra Kai – Season 1

Oryginalna trylogia The Karate Kid powstała w latach osiemdziesiątych, w związku z czym wiele osób urodzonych w tym okresie zapoznała się z nią dopiero w kolejnej dekadzie. Jest to jedna z tych serii, które będą kojarzyć się z rozwojem stacji typu Polsat oraz wciąż prężnie działającymi wypożyczalniami kaset video. W 1994 powstała czwarta część, w której pan Miyagi miał nową uczennicę (w tej roli Hilary Swank), a „złego” nauczyciela grał Michael Ironside. Niestety, ta odsłona nie przyjęła się tak dobrze, jak perypetie Daniela. Podobny los spotkał remake z 2010, w którym rolę mentora odegrał Jackie Chan. Moim zdaniem ten ostatni był w porządku, choć tytułu do dziś mu nie mogę darować.

Założenia pierwszego filmu były proste: Daniel przeprowadza się do nowego miasta. Gdy próbuje zintegrować się z lokalną dzieciarnią, podpada grupce osiłków trenujących karate. Po kilku konfrontacjach z pomocą przychodzi mu pan Miyagi, niepozorny staruszek z Okinawy i dozorca budynku, w którym chłopak mieszka z matką. Miyagi przekonuje trenera osiłków, by zamiast włazić sobie w drogę i tłuc się na ulicy, młodziki zmierzyły się w nadchodzącym turnieju. Od tej pory staruszek rozpoczyna trening Daniela i stosuje przy tym dość niekonwencjonalne metody.

Tutaj należałoby wspomnieć o dwóch sequelach, ale je pominę z powodów opisanych niżej. W ten sposób dochodzimy do Cobra Kai – serialu, którego akcja rozgrywa się tak ze 30 lat po pierwszym filmie. Ówczesny przywódca osiłków – Johnny Lawrence jest w życiowym dołku. Jego dojo Cobra Kai nie istnieje, a samo ugrupowanie otrzymało dożywotni zakaz udziału w jakichkolwiek zawodach karate. Mężczyzna ma problem z alkoholem, jego ojczym chce się go pozbyć ze swojego życia, jego syn nienawidzi go, a w pracy (wykonuje mniejsze i większe naprawy w domach bogatych ludzi) musi znosić liczne poniżenia. Na domiar złego zewsząd jest atakowany wizerunkiem swojego przeciwnika ze szkolnych lat – Daniela LaRusso, któremu powiodło się: jest właścicielem sieci salonów samochodowych, ma duży dom, dwójkę dzieci i kochającą żonę. Pierwszy odcinek składa się przede wszystkim z ciągu wydarzeń, które jeszcze bardziej pogarszają sytuację Johnny’ego, ale wszystko to prowadzi do jednej decyzji: reaktywacji Cobra Kai – miejsca, w którym Lawrence odnalazł siebie oraz poczucie przynależności.

W dzisiejszy czasach, gdy wielka machina rozrywkowa podpina się pod stare franczyzy za pomocą kolejnych remake’ów, rebootów oraz sequeli wątpliwej jakości ciężko nie być sceptycznym. Nie inaczej było z moim nastawieniem względem Cobra Kai. Na szczęście mogę powiedzieć, iż czekała mnie bardzo miła niespodzianka. Jeżeli choć trochę lubisz pierwszą część The Karate Kid, nie ma co czytać dalej – oglądaj serial. Jeśli wciąż się wahasz, kontynuuj.

Serial w bardzo poważny sposób podszedł do materiału źródłowego. Oprócz aktorów powracających w rolach Johnny’ego i Daniela spotka nas wiele powtórek z pierwszego filmu. Ciekawostką jest tutaj perspektywa, w jakiej autorzy podają informacje. Przyjęto założenie, że The Karate Kid to opowieść z punktu widzenia LaRusso. Natomiast w serialu tym samym scenom Lawrence nadaje inny kontekst. Nagle okazuje się, że nie wszystko jest czarno-białe, a obaj panowie mają ze sobą więcej wspólnego, niż podejrzewamy. Pierwszy sezon doskonale oddaje jedną z lekcji pana Miyagi – równowaga. W trakcie seansu ujrzymy naprawdę dołujące chwile, będziemy współczuć jednym i nazywać dupkami innych, w obu przypadkach będą to osoby, po których raczej nie spodziewamy się, że wywołają w nas takie reakcje. Nie zabraknie także neutralnych chwil, humoru (seria potrafi drwić sama z siebie i swoich poprzedników, włącznie z filmem z 2010) oraz radości z osiągnięć bohaterów. Tych ostatnich zbudowano tak, że można przewidzieć ich decyzje na kilka odcinków naprzód. Wręcz do tego stopnia, iż nie ma problemów z uwzględnieniem dziecinnego zachowania dorosłych osób. Fakt – dla niektórych seria może być przez to zbyt przewidywalna, ale nadal będzie podchodzić z szacunkiem do widza i swoich korzeni oraz nie pozostawi zbyt wielu wątków bez konsekwencji.

Ile trzeba nadrobić, by zagłębić się w seans? Teoretycznie nic. Cobra Kai zawiera wystarczająco dużo fragmentów z pierwszego filmu, by widz wiedział, na czym oparto opowieść. W dialogach umieszczono drobne nawiązania do wyprawy na Okinawę (drugi film), a z trzeciej części została tylko wzmianka o antagoniście.

W Cobra Kai są dwie rzeczy, które mi zgrzytają. Pierwszą są pewne aspekty tępoty Lawrence’a. Ja rozumiem, że nie był najbystrzejszy nawet w oryginale, zaś jego brak tolerancji na poczucie nietykalności współczesnej młodzieży oraz ciągłe obelgi pasują do jego charakteru i zacofania. Jednak co innego, gdy chodzi o dopierdzielanie z powodu wyglądu lub samopoczucia, a co innego gdy mowa np. o stanie zdrowia. To pierwsze powoduje, że niektóre postacie wprowadzają istotne zmiany w zachowaniu i imidżu, co ma ręce, nogi oraz uzasadnienie fabularne, ale gdy jednemu uczniowi udaje się wmówić, żeby zapomniał o astmie – to już zakrawa na bzdurę nawet w czymś tak niezobowiązującym. Drugim problemem jest cliffhanger na koniec sezonu. Nie pokrywa się z tym, czego dowiadujemy się podczas serialu oraz, jeśli twórcy widowiska nie napiszą drugiego sezonu z taką samą drobiazgowością, co pierwszego, może całkowicie rozwalić drogę, jaką przebył jeden z bohaterów. Jednak jako że ten sezon wyszedł im bardzo dobrze, mają mój kredyt zaufania. Cobra Kai dostaje ode mnie 5-. Czekam na dalszy ciąg.

niedziela, 19 września 2010

The Karate Kid (2010)

Nie jestem jakimś tam wielkim zwolennikiem remake’ów. Głównie dlatego, że ich lwia część jest zrobiona na odpierdol, gdzie liczy się tylko wyciągnięcie kasy. Dlatego też do Karate Kid podchodziłem z dużym dystansem.

Na początek trochę się poczepiam. Dlaczego tytuł to Karate Kid? Przecież w samym filmie wyraźnie pada określenie, że Dre (główny małolat) ćwiczy kung fu. Nie obchodzi mnie, czy w ten sposób producenci chcą się po prostu podczepić pod znaną markę, czy może wynika to z ich ignorancji. Ta jedna rzecz mi się nie podoba i już.

Dobra, biadolenie z głowy, przejdźmy do dania głównego. Powiem krótko: fajny film! Zarówno jako remake, jak i sam w sobie. Ma na tyle dużo nawiązań, by go uznać za pełnoprawny remake, a jednocześnie jest na tyle autorski, by można go było oglądać bez znajomości oryginalnego filmu. Za to należą się brawa.

Zdjęcia są naprawdę dobre, dbałość o szczegóły duża, a muzyka potrafi momentami urzec. Z postaci największy minus zaliczają główni antagoniści, gdyż tak naprawdę niewiele ich tam, a do tego nie zapadają w pamięć. Główną atrakcją miał być syn Willa Smitha – Jaden jako główny bohater wraz z Jackie Chanem jako mentorem. Jaden dobrze wywiązuje się ze swojej roli, choć bez rewelacji. Po prostu solidne rzemiosło. Podejrzewam natomiast, że Jackie miał największy ubaw. Pomyślcie, przez swoje wszystkie stare filmy był katowany jako uczeń, zaś teraz może odegrać się jako mistrz. Niezależnie od poziomu filmów z jego udziałem, zawsze warto zobaczyć go w akcji. Nie inaczej jest tym razem. Chan daje popis swych umiejętności, a do tego ma okazję wyżyć się na uczniu, każąc mu ćwiczyć w jeszcze dziwniejszy sposób, niż to czynił Pat Morita w oryginale.

Film oceniam na 4+. Miejscami seans może się odrobinę dłużyć, ale jako całość polecam.