Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Sapkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Sapkowski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 kwietnia 2025

Andrzej Sapkowski – Rozdroże kruków

Do nowego Wiedźmina podchodziłem bardzo sceptycznie. Pierwszym powodem był Sezon burz, który zwyczajnie mnie wkurzył swoim badziewiarstwem. Drugim powodem jest to, że Rozdroże kruków to prequel. Saga wiedźmińska w postaci książkowej ma definitywne zakończenie i jeśli pan Sapkowski chce coś do niej dopisać, to wokół istniejącego materiału. Tym razem padło na młodzieńcze lata Geralta, gdy na szlaku jest od niedawna, ale samo Kaer Morhen jest już po słynnym pogromie. Zresztą wydarzenia związane z tym ostatnim stanowią oś fabuły Rozdroża.

Zaczyna się od tego, że Geralt jak zwykle wtrącił się między wódkę, a zakąskę. Od razu naszła mnie myśl, że dalej znowu będzie lista odhaczanych banałów mających podkreślić wyższość Wiedźmina literackiego nad komputerowym, a tu niespodzianka. Nie dość, że dzięki obecności kilku postaci zwykły schemat wiedźmina i roboty przebiega inaczej, to jeszcze korespondencja między bohaterami pobocznymi dopełnia klimatu. Intryga nie jest przez nikogo streszczana, tylko rozwija się naturalnie, zaś zasięg wydarzeń jest większy od tego z opowiadań, lecz mniejszy od sagi. Autor nie doi do oporu motywu z przerabianiem znanych utworów na wiedźmińskie realia. Fakt, taki zabieg nadal tu jest, ale autentycznie czuć, iż to tylko dodatek, a nie jedyny pomysł, bo zabrakło innych. Przy okazji nie jestem pewien, czy nie inspirował się trochę grami, gdyż pada tu więcej informacji na temat innych szkół i postrzegania ich przez społeczeństwo, których nie kojarzę z poprzednich książek.

Bardzo podoba mi się, iż Geralt uczy się ponad to, co wyniósł z Kaer Morhen. Ma swojego tymczasowego mentora, a i od życia dostaje niejedną lekcję. Fajnie też dla odmiany poczytać, iż nie wszyscy próbują go robić w konia, że jest spora grupa ludzi autentycznie wdzięcznych za pomoc i gotowych zapłacić wyznaczoną cenę. Ba, nawet rady są niekiedy udzielane tak rozsądnie, że aż chce się ich posłuchać. Przy finale zastanawiałem się tylko, czy nie dałoby się rozwiązać go inaczej, gdyż sytuacja jest dramatyczna, ale przez wzgląd na istnienie pozostałych książek, nijak nie powoduje napięcia. Z drugiej strony z tych samych powodów jest to chyba najbardziej optymalne zakończenie i kolejna lekcja dla Geralta.

Przez Rozdroże kruków leci się w zawrotnym tempie. Rozdziały i przerywniki są krótkie i napisane tak, by od razu chcieć przewrócić stronę, a tych jest raptem 300, więc na bardzo upartego jest to lektura na 1-2 wieczory. I znowu – z jednej strony chciałoby się więcej tak napisanego Wiedźmina, z drugiej, zważywszy na konstrukcję powieści, objętość jest w sam raz. W moich oczach pan Sapkowski zrehabilitował się za słaby Sezon burz. Polecam Rozdroże kruków absolutnie każdemu fanowi Geralta. Spojrzenie na uniwersum z jego dużo młodszej perspektywy nadało powiewu świeżości. Liczba odniesień do wydarzeń z poprzedników jest mała i nie przesłania właściwej historii. Czy da się to czytać w przypadku nieznajomości poprzednich książek? Jak najbardziej. Niezależnie od kolejności czytanie o tym, jak zmienił się świat daje sporo frajdy. Moja ocena: 5.

niedziela, 19 września 2021

Andrzej Sapkowski – Ostatnie życzenie

Niniejszy wpis nie będzie pierwszym wrażeniem z lektury. Wiedźmina czytam chyba po raz czwarty i zamierzam zestawić swoje odczucia z tymi, jakie miałem podczas pierwszego podejścia.

Gdy kończyłem szkołę podstawową, moja ówczesna polonistka, która była rewelacyjnym przykładem tego, że z uczniami dało się zrobić więcej niż zawartość programu nauczania, nakierowała mnie na kilka książek, co do których zakładała, że mogą mi się spodobać. Część z nich łyknąłem od razu, bo np. do Stephena Kinga nie trzeba było mnie namawiać, tylko wskazywać konkretne tytuły. W zbiorze polecanych lektur była twórczość pana Andrzeja. Niestety, na tamtym etapie jakoś nie nastawiałem się przychylnie do polskiej fantastyki. Raz że poprzednia nauczycielka naszego języka skutecznie mnie do tego zniechęciła, a dwa, że nie wyobrażałem sobie czegoś polskiego, co mogłoby wciągnąć mnie równie mocno, jak znany mi już Władca pierścieni oraz początki Świata Dysku. Po przejściu przez sito egzaminów wstępnych do szkoły średniej stwierdziłem, że może by jednak spróbować tego Sapkowskiego. To się, cholera, zdziwiłem…

Ostatnie życzenie to 6 opowiadań i 7 spajających je przerywników. Gdy czytałem je po raz pierwszy, byłem oczarowany tym, że można mieszać elfy i czarodziejów z otoczką, która wydawała się tak swojska, czy to przez wzgląd na język i zwykłe bluzgi, pewne zachowania, czy stwory, które do tamtej pory kojarzyły mi się wyłącznie z polskim folklorem. Do tego głównym bohaterem nie był żaden spadkobierca królewskiego rodu, żaden szlachetny rycerz, ani nawet pierdołowaty mag. Był nim wiedźmin – facet, z którym los obchodził się naprawdę paskudnie niemal na każdym kroku, podczas gdy on sam chciał po prostu przeżyć. Czarodzieje nie ratowali świata niczym Gandalf i spółka, tylko byli jego szarą eminencją i realizowali własne cele (co stawiało ich bliżej Bene Gesserit z Diuny). Natomiast szlachta niewiele różniła się od tej z Pieśni lodu i ognia oraz serii Franka Herberta, więc tutaj zero zaskoczenia.

Każde opowiadanie przedstawia fragment świata wiedźmina, wspomina o jego historii, a jednocześnie racjonuje to na tyle rozsądnie, że nie trzeba przekopywać się przez kilka stron opisu przyrody, by dojść do momentu, w którym Geralt tylko wyjrzał zza węgła. Do tego dochodziły dynamicznie napisane sceny akcji, przez co całość czytało się błyskawicznie.

Po latach każde sięgnięcie po Ostatnie życzenie to dla mnie trochę jak powrót w rodzinne okolice. Wiem, co mnie czeka, ale i tak z chęcią zabieram się za lekturę. Dialogi nadal mnie bawią, atmosfera opowiadań ciągle sprawia, że chętnie rozegrałbym jakąś klimaciarską sesję RPG, tylko brak już efektu wow (spowodowany pochłonięciem dużej ilości słabszej i lepszej literatury oraz ogromu popkulturowej papki). Szkoda też, iż żaden z seriali (zarówno polski, jak i Netflixa) nie sprostał zadaniu i nie przedstawił wiedźmińskiego świata nawet w połowie tak zachęcająco, jak to zrobił autor pierwowzoru. Z drugiej strony dzięki ich brakom dużo chętniej wracam do czytania. Zdaję sobie sprawę, iż nie jest to żaden Obywatel Kane polskiej fantastyki, że wielu osobom nie podobają się opisy walk lub że można by długo wymieniać drobiazgi, które zgrzytają temu, czy tamtemu. Ba, nawet jeśli znalazłbym elementy identyczne z tymi z wydanego wiele lat później Sezonu burz, tu mnie nie denerwują. Moja ocena będąca w dużej mierze wynikiem sentymentu: 5.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Andrzej Sapkowski – Sezon burz

„Miecze wiedźmina. Miecz pierwszy jest stalowy. Stal syderytowa, ruda pochodząca z meteorytu. Kuta w Mahakamie, w krasnoludzkich hamerniach. Długość całkowita czterdzieści i pół cala, sama głownia długa na dwadzieścia siedem i ćwierć. Wspaniałe wyważenie, waga głowni precyzyjnie równa wadze rękojeści, waga całej broni poniżej czterdziestu uncji. Wykonanie rękojeści i jelca proste, ale eleganckie. Miecz drugi, podobnej długości i wagi, srebrny. Na jelcu i całej klindze znaki runiczne i glify. Cena wywoławcza tysiąc koron za komplet.”

Akcja nowej powieści o wiedźminie Geralcie ma miejsce między jednym związkiem z Yennefer, a kolejnym (wg chronologii na Wikipedii: po Ostatnim życzeniu, a przed Kwestią ceny). Po kilku pozytywnych opiniach zasłyszanych bezpośrednio po premierze książki miałem nadzieję, że uda mi się przyjemnie spędzić czas w podróży do Krakowa (która z Suwałk trwa przeważnie 9-10 godzin, w zależności od połączeń). Niestety z każdą przeczytaną stroną rosła we mnie niechęć.

Pierwsze, co mnie zaczęło zniechęcać, to pomysły na główne wątki. Wydawały się bez polotu, czasami połączone na siłę, a miejscami zwyczajnie wtórne. Drugą rzeczą były postacie, przy których cały czas towarzyszyło wrażenie, że są uboższymi wersjami już istniejących bohaterów. Irytowała mnie naiwność Geralta, który na tym etapie oryginalnych opowiadań nie zachowywał się w ten sposób (no chyba, że ja coś źle pamiętam). Tutaj daje się podejść jak dziecko jednemu z adwersarzy, po czym następuje scena, która mnie załamała. Scena rodem z przerysowanych filmów szpiegowskich, gdzie jeden z głównych złych zamiast dorżnąć bohatera (albo przynajmniej próbować), trzyma go przy życiu (podtruwając go, lub czekając na coś tykającego w tle) i wyjaśnia mu wszystkie swoje plany. W Sezonie burz taka scena ma miejsce nawet nie pod koniec książki, tylko mniej więcej w połowie… Trzecią rzeczą działającą mi na nerwy była swoista wyliczanka. W pewnych momentach tej książki nie czytało się jak powieści, tylko jak listę zakupów: opis syfu dla samego syfu – jest; wiedźmin zabija potwora – jest; wiedźmin daje się zrobić na szaro przy zapłacie – jest; wiedźmin idzie z XXX do łóżka – jest; jeszcze kilka podrozdziałów o baraszkującym wiedźminie – jest; itd. Czwarty przytyk – język. Pan Sapkowski ma zwyczaj pisania wtrąceń w innych językach. W zasadzie dopóki były to wtrącenia pisane w całości w danym języku (tzn. w oryginalnej dla tego języka pisowni), nie miałem nic przeciwko – nawet jeśli któregoś nie rozumiałem (bo np. francuskiego nigdy się nie uczyłem). Ale to, co ma miejsce w nowej powieści powoduje, że nóż otwiera mi się w kieszeni. Zastosowane spolszczenia angielskich słów są tego samego kalibru, co polskie tłumaczenie tytułu: Resident Evil – Retrybucja. Tak więc mamy w dialogach: apprehendujesz, zinwentowali, estymować itp. Nie mówię, że wszystkie są niepoprawne, po prostu ich nie znoszę, a w tej książce jak na złość miałem ich od cholery i jeszcze trochę.

Mógłbym poprzyczepiać się jeszcze paru pierdół, ale jaki to sens. Po tym tekście i tak widać, że Sezon burz nie przypadł mi do gustu. Moja ocena: 2-, zawyżona nieco przez sentyment do poprzednich literackich odsłon Wiedźmina oraz świadomość, że mogło być gorzej.