Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halloween. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halloween. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 października 2022

Halloween Ends

Tak jak lubię slashery jako gatunek, tak nawet ja istnienie niektórych odsłon znanych serii poddaję w wątpliwość. To, że kolejna część powstanie po Halloween Kills, nie było tajemnicą. Niestety, potencjalna jakość już budziła pewne obawy, bo Kills nie spełniło oczekiwań.

Już od samego początku widowisko serwuje bzdury. Poprzednia część zakończyła się tak gwałtownie, że oczekiwałem kontynuacji tamtych wydarzeń. A tu niespodzianka: Michael zniknął, Laurie jako tako uporządkowała sobie życie z wnuczką, zaś od tamtej felernej nocy minęły 4 lata… Ends miało chyba za zadanie wprowadzenie nowego antagonisty, bo generalnie na tym skupia się 2/3 fabuły. Michaela jest tu mało, a jego pierwsze pojawienie się ma miejsce w okolicach 40-50 minut filmu. Wbrew pozorom to są akurat pozytywne aspekty. Doliczę także brutalne zabójstwa i w jednej scenie dobrze zrealizowane poczucie, że ofiary mają serialnie przerąbane.

Niestety, reszta jest do chrzanu. Nie dość, że pozytywy to ledwie drobinki rozsiane po prawie dwugodzinnym seansie, to pozostałe elementy skutecznie zniechęcają do czekania na nie. Wiele scen i rozwiązań fabularnych znalazło się tu tylko dlatego, żeby skierować bieg akcji na jakiś tor. Np. nie ma absolutnie żadnego sensownego wytłumaczenia, jak Laurie odgadła, że nowy morderca to ten, a nie inny koleś. Jedyne, co postać mówi, to bzdury o złu, które zobaczyła w jego oczach (tak, nie ona pierwsza rzuca taki tekst, ale wtedy nie stanowił on wymówki, tylko opis tego, jak się Loomis poczuł). Podobnie sprawa ma się z samym następcą, który jest hodowany na nowego Myersa, ale w finale nagle dostaje taki łomot, że postanawia zwrócić Allyson przeciwko Laurie i... Laurie daje się wrobić jak amatorka…

Brakiem konsekwencji wykazano się również w stosunku do Michaela. W poprzedniku był to chodzący czołg, który przetrwał taki lincz, że zombie wersja Jasona Voorheesa mogłaby się zarumienić. Tutaj nagle wszystkie jego obrażenia go doganiają i facet w rezultacie trzyma się długo tylko podczas ostatnich ciosów. Część obyczajowa oraz dotycząca nowego złola jest nudna i sztampowa, a fakt, iż prowadzi donikąd, budzi tylko poczucie zmarnowanego czasu. Moja ocena to bardzo, ale to bardzo wyrozumiałe: 2-.

niedziela, 31 października 2021

Halloween Kills

Ten film robi taki sam numer dla Halloween (2018), co Halloween 2 dla Halloween (1978) – nie dość, że rozgrywa się tej samej nocy, to startuje dosłownie w momencie, w którym poprzednik się zakończył. No prawie, bo zanim faktycznie wrócimy do tej chwili, mamy jeszcze retrospekcję nawiązującą do oryginału.

Halloween (2018) zaskoczył mnie bardzo pozytywnie głównie przez powrót do korzeni w wielu aspektach. Niestety, HK wywala cały ten wysiłek za okno. Umówmy się, slashery to nie jest ambitne kino, ale jeśli nie potrafią zrealizować swojej prostej formuły tak, by bawiła przez półtorej lub niewiele więcej godziny, to coś jest nie halo.

HK robi dobrze następujące rzeczy. Wspomniana retrospekcja oraz powiązanie z pierwszym filmem poprzez powrót konkretnych postaci (np. dzieci, które Laurie niańczyła tamtej felernej nocy) jakoś tak naturalnie pasuje (choć przemowa o tym w barze w trakcie imprezy jest kompletnie od czapy). Sceny morderstw są jednymi z najlepszych w serii. Jak zwykle Michael nie jest wybredny, nieważne kim jest dana postać, jeśli nawinie się pod nóż, zostanie odpowiednio potraktowana.

Motyw zła, którego nie da się pokonać, działa dwojako. Z jednej strony napędza fabułę i daje pretekst do efekciarskich scen. Z drugiej finał widowiska zostaje w tej sytuacji odarty z jakiegokolwiek napięcia. Podobnie sprawa ma się z pomysłami bohaterów. Lincz i sprawiedliwość tłumu wydają się być czymś, co mogłoby wreszcie położyć Myersa na łopatki, ale nawet jeśli pominąć to, co wspomniałem o niepokonanym złu, mieszkańcy Haddonfield zabierają się za to jak pies do jeża (atakowanie jeden po drugim, strzelanie wyłącznie z odległości, z której można wyrwać broń z ręki itd.).

Natomiast elementem kompletnie położonym jest klimat. Nie ma tutaj już tego mordercy-stalkera, z którego perspektywy obserwujemy ofiary. Nie ma gęstej atmosfery strachu i niepewności, że za rogiem może czekać morderca. Ba, nie ma też kibicowania mieszkańcom, żeby dopadli Michaela. Nie licząc samego pomysłu z polowaniem na zabójcę, cała reszta haseł rzucanych przez tłum oraz konsekwencje są tak idiotyczne, że potrafią rozwalić radochę z seansu. Zresztą nie tylko one. Dialogi są w większości słabe, a pierwsza połowa filmu dosłownie wlecze się od morderstwa do morderstwa. Dalej nie jest lepiej. Gdy tylko zmieni się dynamika na ekranie, tempo jest wciąż powolne, a wspomniane idiotyzmy zaczynają rozchodzić się z grupy na pojedyncze postacie. Zdaję sobie sprawę, że mięso armatnie ze slasherów nigdy inteligencją nie grzeszyło, lecz tutaj odnosi się wrażenie, że ten zbiorowy i indywidualny idiotyzm podkręcono do kwadratu. Najgorsze jest to, że zakończenie otwarcie mówi o kolejnym (rzekomo ostatnim) sequelu. Nie mam tu na myśli: HA! Michael jednak żyje! Nie, jest to niemal tak urwane, jak niesławne zakończenia serii Topór.

Jak to w ogóle ocenić? Po głowie kołata mi się trzystopniowa wersja. Moja ocena to 3- - świetne morderstwa, parę niegłupich pomysłów i naprawdę sporo wyrozumiałości z mojej strony dla całej reszty wypełnionej durnotą i wszechobecną nudą. 2 – to ocena dla tych, którzy zaliczają pozycję pro forma i dryfują od jatki do jatki, nie wybaczając pozostałych elementów opowieści. No i w końcu 1 dla tych, których nawet efekciarska rzeź nie przyciągnie przed ekran, bo reszta jest do chrzanu.

niedziela, 28 października 2018

Halloween (2018)

Slashery są chyba jedynymi filmami, których sequele witam z otwartymi ramionami, nawet jeśli ostatnie X odsłon było do kitu. Gdy więc zobaczyłem zwiastun z wkurzoną Jamie Lee Curtis i usłyszałem charakterystyczny motyw muzyczny, pomyślałem: Fuck it, idziemy do kina. Do tej pory w tym roku obejrzałem w kinie tylko jeden film, który nie rozczarował mnie w ten czy inny sposób: Deadpool 2. Od teraz w tym gronie znajduje się także Halloween (2018).

Schemat jest ten sam, co w większości odsłon serii. Michael wyrywa się ze swojego więzienia, obiera kierunek na Haddonfield i zabija każdego, kto stara się utrudnić mu dotarcie do celu.

Jeśli lubicie pierwsze Halloween z 1978 roku, możecie pominąć ten tekst i iść do kina. No chyba że jesteście ciekawi, jak prezentuje się nowa odsłona na tle serii i nie boicie się tycich spoilerów, w takim razie zapraszam do lektury.

Przez cały seans ma się wrażenie, iż ogląda się list miłosny do pierwowzoru i jego fanów. Nowe Halloween bardzo wiernie, choć nie bezmyślnie naśladuje protoplastę (np. scena z autobusem i szwendającymi się wariatami) oraz zapożycza sobie elementy nawet z mniej lubianych odsłon (m.in. są tu maski z Halloween 3). Po wstępie, w którym napięcie odczuwalnie rośnie dostajemy w twarz nieco agresywniejszym motywem przewodnim i ekranem tytułowym z powolnym zbliżeniem do upiornej dyni – numer stosowany przez poprzedników, sprawiający, że fan czuje się swojsko. Wracamy do starań, by twarzy Michaela nie było widać w kadrze, nawet jeśli nie ma maski. Przywrócono stalkerowe zachowanie Myersa i ujęcia z jego perspektywy. Niekiedy na drugim planie dzieje się więcej, niż na pierwszym, co skutecznie przykuwa uwagę i każe śledzić rozwój wydarzeń. W ogóle praca kamery jest rewelacyjna. Niezależnie od tego, czy mamy sceny nocne czy dzienne, akcję czy przestoje, wszystko jest przejrzyste i nie męczy widza. Morderstwa przypominają wcześniejsze odsłony i nie oszczędzają nikogo. W jednej ze scen dostaje się nawet chłopakowi, który jest dużo młodszy, niż zwyczajowe mięso armatnie. Całości towarzyszy naprawdę ponura atmosfera doskonale podkreślona przez muzykę lub jej brak.

Tutaj przejdę to małych spoilerów. Jedną rzecz H2018 robi inaczej. Jeśli ktoś jest fanem serii, zapewne pamięta fakt, iż informacja o tym, że Laurie jest siostrą Myersa, wprowadzono dopiero w Halloween 2 (1981). Na tym fundamencie wybudowano zarówno sequele 4-8 (ze wskazaniem na H20, czyli część siódmą), jak i oba remake’i Roba Zombiego. Autorzy nowego Halloween od początku twierdzili, że kontynuują wyłącznie oryginał, w którym Laurie była przypadkową ofiarą. Dorzućcie do tego motyw zbliżony do H20, gdzie Laurie po 20 latach musiała stawić czoła bratu. Tutaj po 40 latach jeszcze starsza Strode chce na dobre załatwić Myersa. W tej wersji wydarzenia pierwowzoru z uwzględnieniem braku powiązania z mordercą oraz żądza zemsty odbiły się jeszcze bardziej na jej rodzinie i zdrowiu psychicznym, co stworzyło niełatwy, lecz ciekawy grunt pod akcję.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to byłyby to trzy drobiazgi. Po pierwsze – przy niektórych scenach można odnieść wrażenie, że się dłużą (co jest o tyle dziwne, że seans do długich nie należy). Mnie to spotkało gdzieś bliżej końca. Akcja wraz z postaciami ma się przenieść do domu Laurie, który jest położony na kompletnym zadupiu. Ekipa podróżuje tam partiami i właśnie ta podróż trochę mi się dłużyła. Mało tego, bałem się, że skoro po drodze jest las, to jeszcze spędzimy z 15 minut na udawaniu Friday the 13th. Na szczęście tak daleko twórcy się nie posunęli. Po drugie – zakończenie. Z jakiegoś powodu wybrano finał przypominający… Halloween 2 (1981). I znowu boję się, że jeśli seria pójdzie dalej, będą to dyrdymały porównywalne z rozpoczęciem czwórki. Po trzecie – tytuł. Serio? Halloween sequelem Halloween? Zdaję sobie sprawę, że chodzi raczej o przyciągnięcie nowych widzów (bo tak naprawdę do obejrzenia wersji 2018 nie jest wymagana znajomość pierwowzoru, wszystkie informacje i fragmenty tegoż otrzymujemy w trakcie seansu), których numerek lub podtytuł mogłyby odstraszyć, ale to nie zmienia faktu, że efekt końcowy jest kuriozalny.

Podsumowując, jeśli macie ochotę na dobry, mięsisty slasher, a do tego marzy wam się nowa odsłona klasycznej serii uwspółcześniona ze smakiem, z dobrze budowanym i utrzymywanym napięciem (nawet jump scares dobrano w takich ilościach i zrealizowano tak dobrze, że nie mogę się czepić), to lepiej nie można było trafić. Halloween (2018) dostaje ode mnie: 5-.

niedziela, 17 listopada 2013

It's Halloween, everyone's entitled to one good scare.

Pomimo tego, iż ta seria przyczyniła się do utrwalenia formuły slasherów, sama w sobie jest dziwna i widać, że chyba zbyt wiele osób miało różne wizje odnośnie jej przyszłości, co przekłada się na cyrki z poszczególnymi odsłonami.

Halloween (1978)


W Halloween w 1963 6-letni Michael Myers z Haddonfield zabija swoją starszą siostrę Judith, dźgając ją wielokrotnie kuchennym nożem. Po całym zajściu ląduje w psychiatryku. W 1978 ucieka stamąd, zaś jego celem są rodzinne strony. W pościg za nim udaje się dr Loomis.

Kto by pomyślał, że niskobudżetowy, niezależny slasher przyczyni się do ugruntowania pozycji tego gatunku na rynku i pojawienia się pierdyliarda naśladowców (choćby Friday the 13th). Pomimo takiej przynależności Halloween, jako jeden z prekursorów, różni się od utartego schematu. Nastrój jest budowany stopniowo, jak w rasowym horrorze. Haddonfield wraz ze swoimi mieszkańcami jest pokazywane, jako miasteczko, które faktycznie może gdzieś istnieć, przez co świadomość wydarzeń z filmu (które w całości są dziełem człowieka, gdyż Michael pomimo swej wytrzymałości nadal nim jest) powoduje niepokój. Do tego dochodzi muzyka sprawiająca, że ciarki przechodzą po plecach oraz rewelacyjna praca kamery (ujęcia, gdy morderca jest na skraju widoczności, i oświetlenie potęgują strach).

Na sam koniec warto wspomnieć o kilku ciekawostkach. To właśnie Halloween przyczyniło się do spopularyzowania false endings (że niby morderca nie żyje, a zaraz potem wstaje i ponownie atakuje), cliffhangerów na koniec rzezi, czy ujęć z oczu mordercy. Od tego filmu swoją karierę zaczęła Jamie Lee Curtis, którą po dziś dzień fani gatunku nazywają Królową Krzyku. Podsumowując, jeśli interesuje was old-schoolowy slasher, Halloween jest pozycją obowiązkową. Pomimo upływu lat, nadal potrafi przestraszyć, a o to przede wszystkim chodzi. Moja ocena: 5-.


Halloween II (1981)


Choć nakręcony 3 lata później, jest bezpośrednią kontynuacją jedynki. Tak bardzo bezpośrednią, że powtarza jej ostatnią scenę, zaś dalsze wydarzenia mają miejsce jeszcze tej samej nocy. Laurie trafia do szpitala, a Loomis w asyście policji poluje na Myersa. Na wierzch wypływa także motywacja Michaela.

H2 to bardzo sprawnie zrealizowany sequel. Niestety nie oznacza to, że równie klimaciarski, co poprzednik. Potrafi trzymać niekiedy w napięciu, niektóre zgony ma bardzo kreatywne, a zakończenie jest dość efekciarskie, jednak jest to tylko (albo aż) dobre rzemiosło. Zamyka pewien rozdział historii i trzeba przyznać, że robi coś, co Piątkom zajęło 4 filmy. Muzycznie jest nadal ok, wizualnie jest w porządku (pierwsze, co przychodzi na myśl, to przejrzyście), ale i ta warstwa doskonale wpasowuje się we wspomniane rzemiosło. Przez cały film towarzyszyło mi uczucie, że sequel zrobiono raczej pro forma, niż żeby faktycznie postarać się o coś nowego. Dlatego też tylko morderstwa uznałem za kreatywne. Mogło być zdecydowanie gorzej, a jest na tyle solidnie, że Halloween 2 dostaje ode mnie 4.


Halloween III: Season of the Witch


Ten film to chyba największy WTF w historii gatunku, a przy okazji jeden z większych w kinematografii w ogóle. Tak naprawdę przez to WTF nie powinno się o nim wspominać w serii Halloween. Jednak nosi ten sam tytuł, więc wypadałoby napisać przynajmniej, o co tyle szumu.

Zacznijmy od tego, że H3 nie był planowany, jako stricte sequel poprzednich części. Ideą było zrobienie serii, którą łączyłoby samo Halloween, zaś historia opowiadana w każdym filmie dotyczyłaby czegoś zupełnie innego, jak w antologii. Jak postanowiono, tak zrobiono… w tej części. Opowieść dotyczy tego samego święta, jednak nie znajdziecie tu ani Haddonfield, ani Michaela Myersa. Fabuła SotW (nie posiadająca, swoją drogą, nic wspólnego z tym podtytułem) dotyczy lekarza, który w wyniku splotu dziwnych wydarzeń zostaje uwikłany w aferę z halloweenowymi maskami w roli głównej.

Jeśli na moment zapomnieć o tym, że ta odsłona nie ma nic wspólnego filmami Carpentera (o pardon, ma – czasami ich fragmenty widać na telewizorach w tle), to sam w sobie nie jest jakoś specjalnie tragiczny. Owszem, aktorstwo jest słabe, muzyka miejscami zdążyła się zestarzeć, a fabuła nie wszystkim przypadnie do gustu. Jednak na tle slasherowej formuły jest to na pewno świeży pomysł, z licznymi mniejszymi zwrotami akcji, niezłymi ujęciami, takimiż efektami/morderstwami i potrafiącymi zainteresować wątkami (przy odpowiednim dystansie, w przeciwnym razie będzie straszyć, ale głupotą). Nie polecam tego w ramach maratonu, ale jako ciekawostkę już tak. Moja ocena: 3+ (byłoby 4, gdyby skrócić niektóre sceny).


Halloween 4: The Return of Michael Myers


Fani domagają się, fani dostają. Halloween 4 to powrót do sprawdzonej formuły. Po chłodno przyjętej trójce wracamy Michaela Myersa. Czwórka rozgrywa się 10 lat po dwójce. Nie ma już Laurie, jest jej córka (o ironio) Jamie. H4 kompletnie neguje zakończenie H2. Tam Loomis poświęcił się, żeby zabić Michaela. Szpital pierdyknął w powietrze, a widz miał okazję podziwiać gorejące zwłoki mordercy. W H4 wychodzi na to, że Michael tylko zapadł w śpiączkę, a Loomis wyszedł z poparzeniami. Po 10 latach Michael budzi się akurat w momencie, gdy go transportują. Zatem jest to idealna okazja do ucieczki i ruszenia w kierunku Haddonfield. W pogoń za nim ponownie rusza Loomis.

Jason Voorhees był materiałem dużo twardszym do ubicia i tam notoryczne przywracanie go jako złego nie robiło problemu. Ba, żeby kompletnie olać sprawę regeneracji, zrobiono zeń zombie i wszystko było cacy. Natomiast powrotu Michaela jakoś nie jestem w stanie zaakceptować. No ale dobra, zrobię to na rzecz kontynuowania serii.

Halloween 4 to w zasadzie nieco unowocześniona powtórka wydarzeń z jedynki. Niestety poza tym ta odsłona serwuje w cholerę nieścisłości nawet jak na głupawego slashera. Do tego kolejna „śmierć” Michaela jest jeszcze mniej przekonująca niż do tej pory. Na sam koniec dochodzi zakończenie, które jest niegłupim pomysłem, ale bezsensownie zmarnowanym (o tym przy kolejnej części). H4 nie jest tragiczny, ale nawet od fana gatunku wymaga niemałego dystansu, by czerpać z niego przyjemność. Załóżmy, że takiego udzieliłem. W związku z czym moja ocena: 3-.


Halloween 5


W filmie tego co prawda nie ma, ale poza nim ten tytuł w pełni brzmi: Halloween 5: The Revenge of Michael Myers. A film? Jeszcze gorzej niż poprzednio. Michael znowu w pogoni za Jamie. Do tego: a) olano wątek z klątwą/potencjalnym następcą – Jamie trafiła do szpitala; b) Jamie nie zabiła matki, tylko ją dźgnęła; c) Jamie zyskała jakąś psychowięź z Michaelem i bywa, że widzi to, co on.

Nawet jak na slasher powyższe założenia robią się coraz bardziej absurdalne. Podobnie zachowanie doktora Loomisa, który na obecnym etapie obsesji powinien dostać w wariatkowie celę obok Myersa. Filmu nie ratuje absolutnie nic – nuda, nuda, nuda. Nawet gag z fałszywym Michaelem jest tak nadużywany, że się rzygać chce. Stosowany chyba tylko po to, by wydłużyć seans, którego sensownej (choć wciąż nudnej) treści starczyłoby może na godzinę. Moja ocena: 1.


Halloween: The Curse of Michael Myers


Kto… Jak… Huh? Naprawdę, nie mam pojęcia, kto i co brał, żeby wymyślić takie zawiązanie akcji… Halloween 6 stara się powiązać wszystkie (no oprócz H3) części w jedną całość w sposób tak popieprzony i głupi, że zwyczajnie brak na to określenia.

Halloween 4-6 są znane jako tzw. Thorn trilogy, gdyż w każdej z nich przewija się symbol ciernia. Autorzy wyciągają postacie wręcz trzecioplanowe z poprzednich odsłon, byle to jakoś powiązać. Okazuje się, że Michael Myers wcale nie jest tym czystym złem, które zabija dla samego zabijania. Jest kontrolowany przez pewien kult i ma swojego opiekuna, który pilnuje, by zabijał zgodnie z wolą kultu. Na dzień dobry do odstrzału idzie nastoletnia już Jamie, która przed śmiercią zdążyła urodzić dziecko. W jednej z wersji filmu (są 2) jest powiedziane, że to Michael jest ojcem… Tak jest, koleś zgwałcił (pod kontrolą kultu) siostrzenicę, żeby spłodzić potomka… Tylko po kiego, skoro celem było zabicie całej rodziny? Za Myersem tradycyjnie goni już Loomis (jest to jego ostatni film tej serii, gdyż zaraz po nakręceniu aktor Donald Pleasance zmarł), do tego za mięso armatnie robi rodzina Strode’ów, która adoptowała Laurie plus, jak już wspomniałem, postacie wręcz trzecioplanowe. Z ekranu wieje nudą, a okazyjne efekciarskie morderstwo to za mało, by wytrzymać do końca seansu, niezależnie, czy oglądacie wersję kinową, czy producer’s cut. Moja ocena: 1+ (plus za te morderstwa).


Halloween H20: 20 Years Later


Jedno słowo, które idealnie podsumowuje moje wrażenia z tej odsłony: WRESZCIE! Tak jak kiedyś pierwsze Halloween umieściło Jamie Lee Curtis na radarze Hollywood, tak teraz Królowa Krzyku powróciła, by pomóc podupadającej serii. Choć w dzisiejszych czasach jest szansa, że wiele osób zobaczy ten film przez wzgląd na inne nazwiska, które się tu pojawiają, choćby na moment: Josh Hartnett, Jodi Lyn O’Keefe, Janet Leigh, LL Cool J, czy Joseph Gordon-Levitt.

Biorąc pod uwagę, jaki burdel zrobiono w lore serii w częściach 3-6, tutaj postanowiono, że tamte odsłony… w ogóle nie miały miejsca, przez co H20 jest bezpośrednim sequelem H2 i jeśli nie macie w planach zaliczenia całej serii, tak należy to oglądać. Laurie po raz kolejny zmieniła nazwisko, a akcja ma miejsce w szkole w Kalifornii, której postać Jamie jest dyrektorką. Laurie do tej pory przeżywa traumę z lat młodzieńczych, a jej paranoja nie pozwala jej siedemnastoletniemu synowi na normalne życie. Właśnie w takim momencie w jej życiu ponownie pojawia się Michael. Żeby na szybko ustalić, co się działo między 2, a 20, jesteśmy raczeni następującymi faktami: ciała mordercy nigdy nie odnaleziono, choć Laurie widziała, jak się fajczy. Loomis również przeżył pożar, ale zyskał opinię wariata, gdyż resztę jego życia dominowała obsesja na punkcie byłego pacjenta. Ostatnim ogniwem łączącym filmy Carpentera ze współczesną odsłoną jest postać pielęgniarki, która towarzyszyła Donaldowi w pierwszym filmie.

H20 weszło na rynek w momencie, gdy ruszyła współczesna fala slasherów, zapoczątkowana przez Scream, a traktująca temat nieco luźniej, albo inaczej, jak kto woli. Daje się to odczuć w trakcie seansu – jest dynamiczniej, miejscami bardziej krwawo, a młodzież odpowiada czasom, w których nakręcono film. Dodatkowo sam przebieg akcji daje sporo frajdy i satysfakcji. Trzeba pamiętać, że Laurie to nie nastolatka, to kobieta po przejściach i tłamsząca w sobie gniew od 20 lat. W pewnym momencie żyłka pęka i to Michael powinien czuć się zagrożony, a widzowi pozostaje kibicować. Ba, z tego nagromadzonego wkurwa wypłynęło naprawdę świetne zakończenie, które mogło zamknąć serię na dobre i zostawić pozytywne wrażenie po poprzednich rozczarowaniach, ale… cóż, o tym poniżej. Do wad doliczę stosunkowo niewielką ilość morderstw oraz przewidywalne próby straszenia (przede wszystkim oklepane jump scares). W ostatecznym rozliczeniu H20 dostaje ode mnie solidne: 4.


Halloween: Resurrection


What the fuck is wrong with you?! H20 miało idealne zakończenie, dobry moment na odesłanie i tak zszarganej serii z honorami. Ale nie, komuś było mało kasy! Przez co już na początku dowiadujemy się, że Laurie zabiła kogoś innego niż Michael i wylądowała w psychiatryku. 3 lata później Michael włamuje się tam i wreszcie ją zabija. Ok, tyle JESZCZE jestem w stanie zaakceptować (nie takie numery robiono w tym gatunku, ba, serii). Tylko proszę mi wyjaśnić, dlaczego zaraz po tym Myers nie pogonił za swoim siostrzeńcem? Że niby Laurie go ukryła? Nie powstrzymało go to przed odnalezieniem jej samej!

Dalej jest tylko gorzej. Zamiast ścigania kogoś z rodziny, Michael morduje ekipę, która robi sobie reality show w jego starym domu. Sam pomysł na tę część fabuły jest okropny. W dużej mierze wziął się chyba z tego, że Blair Witch Project był na topie i filmy typu found footage robiły furorę. Przez co połowa seansu Resurrection to widok z kamer z owego reality show.

Nie pomaga tu obecność takich osób jak Katee Sackhoff, czy Busta Rhymes (no ten to trafił chyba tylko dlatego, że w poprzedniej był LL Cool J). Morderstwa są nudne, całość się wlecze, a plus przy ocenie jest tylko za ostatni występ Jamie Lee Curtis (szkoda, że nie zachowano tego jako cameo do remake’ów). Moja ocena: 1+.


Halloween (2007)


Remake, którego autorem jest Rob Zombie… i to czuć. Nowa wersja została nie tylko uwspółcześniona, ale także „przybrudzona”. Jedni wezmą to za zaletę, inni niekoniecznie. W samym filmie mamy więcej scen z dzieciństwa Michaela, który pochodził z, w zasadzie, patologicznej rodziny. Tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Niby zawarto to, że Myers to ucieleśnienie zła, a jego oczy zioną pustką, jednak sama historia sugeruje, że wzięło się to z takiej, a nie innej sytuacji rodzinnej i szkolnej. Racjonalizacja niby nadaje pewnego kolorytu, ale odbiera też sporą dawkę grozy samej postaci. Ot, „zwyczajny” psychopata. Sam brud rzeczywistości jest widoczny nie tylko w rodzince mordercy, przewija się także w innych postaciach (stróż nocny i jego kuzyn, którzy gwałcą jedną z dziewczyn z psychiatryka; wulgarni do przesady nastolatkowie itd.). Co prawda zabrakło cameo Jamie Lee Curtis, ale obsada nie jest zła. Malcom McDowell wciela się w Loomisa i wychodzi mu to naprawdę dobrze, zaś smaczku dodaje obecność Brada Douriffa, Danny’ego Trejo oraz Tylera Mane’a – ten ostatni co prawda nigdy nie pokaże twarzy, bo to on gra dorosłego Myersa, ale fani adaptacji komiksowych zapewne kojarzą go z roli Sabretootha w pierwszych X-Men.

Do wad filmu zaliczę przede wszystkim miejscami dziwnie dobraną muzykę (w tym nieco nadużywany motyw przewodni), ucieczkę Laurie przed Michaelem (wydaje się nieco za długa) oraz to, że niektóre sceny próbują szokować na siłę. W związku z tym moja ocena to 4-, jednak osoby, którym nie podobało się dorabianie tłumaczenia do zachowania Myersa, mogą ją śmiało obniżyć o 1. Do tego przeciwnicy filmowej twórczości Zombiego mogą odjąć kolejne oczko.


Halloween II (2009)


Sam początek potrafi zrobić nieźle w konia. Laurie trafia do szpitala i widz ma wrażenie, że nowy film Zombiego będzie nie tylko sequelem, ale wręcz remake’iem sequela! Na szczęście potem wraca na swoje wulgarno-brudne tory. Po raz kolejny otrzymujemy sytuacje, które przyprawiają o „WTF?” na twarzy. Fabuła jest niepotrzebnie przekombinowana. Michael ma wizje „duchów”: dziecięcego siebie i matki, i że niby to ta druga mówi mu, co ma robić. Ok… po co? Kolejnym zabiegiem biorącym widza z zaskoczenia jest fakt, że Myers często biega bez maski (choć z takim zarostem, jaka to różnica) oraz… wrzeszczy… Do tego wątek Loomisa jest niemal kompletnie zbędny i niepotrzebnie wydłużający i tak przynudzającą opowieść.

Całości nie ratują powracający w swoich rolach McDowell, Douriff, czy Mane. Po akcji w szpitalu po głowie chodzi tylko jedno: kiedy koniec? Na tym etapie byłem już tak zmęczony serią i tym filmem, że przysypiałem. Można zobaczyć jako ciekawostkę, ale jeśli ktoś nie trawił remake’u, jego sequela nie ma co zaczynać. Moja ocena: 3-, a schemat jej obniżania opisałem przy poprzednim filmie.