Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sword Art Online. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sword Art Online. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 sierpnia 2021

Sword Art Online II

Drugi sezon SAO, tym razem podzielony na trzy wątki. Pierwszym jest Phantom Bullet związany z Gun Gale Online – VRMMO z bronią palną i ekstremalnie podkręconym PvP. Na jego arenie pojawia się typ o jakże idiotycznej nazwie Death Gun, który twierdzi, że jego broń zabija nie tylko awatara, ale także kryjącego się za nim w świecie rzeczywistym gracza. Kirito zostaje zwerbowany do zbadania sprawy.

Spójnością ten wątek odpowiada pierwszemu z sezonu nr 1, ale przebija go lepiej poprowadzonym zakończeniem. Samo GGO ma cięższy klimat (nie tylko przez wzgląd na atmosferę rodem z cyberpunka i postapo), a historia i poruszane tematy tylko temu wydźwiękowi wtórują. Pod przykrywką opowieści z pogranicza fantasy i s-f widz otrzymuje takie zagadnienia jak stalking, kradzież danych, choroby psychiczne, traumatyczne przeżycia i ich wpływ na osobowość. Pewnie, że jest tu sporo głupotek typu wpisywanie danych do turnieju bezpośrednio w grze, zamiast w formularzu poza nią, albo tradycyjne przegadanie przebiegu akcji, które ją spowalnia (bo treść rozmowy dopiero co obejrzeliśmy odcinek wcześniej). Niemniej jednak to nadal dobre 14 odcinków, których finał potrafi utrzymać w napięciu (pomimo zapychania go w sposób, jaki nie powstydziłaby się oryginalna wersja serialowego Dragon Ball Z). Nowe postacie dobrze współgrają ze starymi. Nawiązania do 1. sezonu brzmią naturalnie i nawet naiwność bohaterów oraz umowność przedstawianej rzeczywistości nie przeszkadza.

Drugim wątkiem jest powrót do ALO i pomoc bogini Urd w obronie przed inwazją z Thryma. W tym celu Kirito i spółka muszą mu nastukać, a przy okazji zdobyć Excalibur. To raptem trzy odcinki radosnego naparzania oraz współpracy. Klimat ekipy próbującej pokonać ostatniego bossa w podziemiu przypomniał mi godziny wtopione we wspólne granie w tytuły MMO (ze wskazaniem na World of Warcraft oraz Guild Wars). I chociaż żadna z naszych rozgrywek nie wyglądała tak epicko, potrafiliśmy bawić się równie dobrze, co główni bohaterowie. Cały ten story arc uwydatnia, jak bardzo nasza rozrywka jest uboga (choć ciężko jej odmówić rozwoju). Jest tam taka fajna wzmianka o całym silniku generującym zadania, fabułę i lokację wyłącznie na podstawie mitologii i informacji z internetu. Do tego dochodzą przedmioty w pojedynczych egzemplarzach – no generalnie wszystko, co mi się marzy, odkąd miałem okazję zobaczyć, jak wygląda praca przy organizacji eventów przez GMów w starych MMO. Wracając do serialu – atmosfera tej opowieści jest dużo lżejsza tak w warstwie fabularnej, jak i nowych: wejściówce oraz zakończeniu. Widok kolejnej dziewoi za kratami trochę mnie zaniepokoił, bo myślałem, że będzie to odgrzewanie kotletów w postaci idiotyzmów z poprzedniego sezonu, ale nie – wybrnięto bardzo fajnie.

Trzeci i ostatni wątek zaczyna się niemal równie niewinnie. W ALO pojawia się gracz, który wyzywa wszystkich na pojedynki i nikt nie może mu dokopać, wliczając w to Kirito. Ostatecznie udaje się to Asunie. Gracz w ten sposób chciał sprawdzić, czy ktoś jest na tyle silny, żeby pomóc jego gildii w pokonaniu bossa jako jednej drużynie zamiast kilku. A potem dostajemy w łeb rzeczywistością. Na pierwszy plan wychodzą przesadzone ambicje rodziców w stosunku do dzieci, choroby śmiertelne wśród małolatów, technologie uśmierzające ból, a także rozwój urządzeń umożliwiających AI interakcję ze światem rzeczywistym. Balansowanie obu warstw fabularnych wyszło dobrze, choć nie uniknięto tradycyjnych bzdur w dialogach, np. Asuna pytająca Zekkena w stylu: „Więc te wyzwania rzucane graczom, to żeby wyłonić odpowiedniego?” Brzmi normalnie, prawda? Tylko że to pytanie pada niemal bezpośrednio po walce, w której sama wzięła udział i po tym, jak już Zekken wyjaśnił, dlaczego to robi.

Niemniej jednak to tylko czepianie się z mojej strony. Sword Art Online II jest o niebo lepszy od poprzednika i gdyby nie liczne odniesienia do oryginału, powiedziałbym, żeby tamten olać i zacząć od drugiego sezonu, nawet z jego dziwnymi dialogami. Moja ocena: 5-.

niedziela, 30 września 2018

Sword Art Online

Nie pamiętam, kto polecił mi to anime (choć pamiętam powód), ale gdybym sobie przypomniał, zapytałbym go, czy dobrze się czuje.

Podstawowe założenie jest takie: na rynku pojawia się nowe, tytułowe, wirtualne MMO. Pierwsze 10 tysięcy egzemplarzy schodzi na pniu w dniu premiery. Po zalogowaniu okazuje się, że w głównym menu nie ma opcji wylogowania. Co więcej, śmierć w grze oznacza zgon podłączonego ciała. Podobnie sprawa ma się z ingerencją z zewnątrz. Jedynym ratunkiem dla grających jest dotarcie do setnego poziomu świata SAO i pokonanie ostatniego bossa.

Zacznę od tego, iż nie mam porównania z pierwowzorem, jakim jest light novel o tym samym tytule. Wrażenia obejmują tylko anime. Pierwszym dużym problemem jest samo założenie. Akcja pierwszych bodajże 15 (z 25) odcinków rozgrywa się na przestrzeni dwóch lat. Ciężko mi było zaakceptować fakt, że w międzyczasie absolutnie nikt nie dał rady namierzyć serwerów i rozwiązać sprawy zewnętrznie. A to nie jedyne odniesienie do rzeczywistości, które ciężko przełknąć. Fan gier MMO nieprędko, jeśli w ogóle, pogodzi się z tym, że gracz solo czyści odpowiedniki raidów na swoim poziomie. Ukrywanie poziomów postaci również jest co najmniej dziwne. Pół biedy, gdyby chodziło tylko o obcych sobie graczy, ale że w gildii ich nie widać? Na deser pojawia się postać, która stanowi deus ex machina dla wprowadzania dowolnej bzdury.

Tutaj dochodzimy do drugiego problemu. Kolejne 10 odcinków skupia się na innej grze, której kod bazuje na SAO (delikatnie mówiąc). W tej wersji nie dość, że gra nie ma nic wspólnego z działaniem rzeczywistych MMO, to jeszcze wyrzuca własne zasady przez okno przy byle okazji.

Trzeci problem leży w postaciach i fabule. Najbardziej obrywa się Asunie, która z pewnej siebie dziewczyny szybko zostaje zredukowana do wątku miłosnego w sosie kuro-domowym, a na koniec zamieniona w damę w opałach. W ogóle wydźwięk między pierwszymi 15 odcinkami, a kolejnymi 10 jest taki, jakby za oba segmenty odpowiadały zupełnie inne ekipy. Pierwszy segment jest w miarę jednolity, konsekwentny, ale z przyśpieszonym zakończeniem. W drugim z jakiegoś powodu pojawia się wątek miłosny zahaczający o kazirodztwo, próby gwałtu (z czego jedna rodem z tentacle hentai), a do tego drugi antagonista to skończony kretyn.

Czy w takiej sytuacji w ogóle warto zawracać sobie głowę SAO? Zależy, ile macie czasu i czego szukacie. Bez dwóch zdań SAO ma świetną ścieżkę dźwiękową, a pierwszych motywów: otwierającego i zamykającego słucha się bardzo przyjemnie. Animacja jest pierwszorzędna, a pojedynki w wirtualnych światach zrealizowane widowiskowo i pomysłowo. Dwie rzeczy związane z MMO zrealizowano też niemal podręcznikowo. Po pierwsze: społeczność. Nawet w sytuacji podbramkowej znajdzie się grupa dupków, którzy zrobią innym na złość (gildie bandytów i zwyczajnych świń). Po drugie: klimat. Patrząc na projekty potworów, albo lokacji ciężko nie dać ponieść się atmosferze. Seans przywołał u mnie wspomnienia godzin spędzonych w Ragnarok Online oraz Final Fantasy XIV. Wręcz do tego stopnia, że miałem ochotę wykupić kolejny miesiąc lub dwa abonamentu i pograć. No i w ostateczności, jeśli pogodzić się z brakiem konsekwencji, dziwną zmianą klimatu w drugiej połowie serii oraz nie nastawiać się na nadmierny realizm, jest szansa, że SAO dostarczy przyzwoitej rozrywki. Niestety, o ile przymknąłem oko na to ostatnie, o tyle dwa pierwsze skutecznie paskudziły mi seans. W związku z tym moja ocena: 3-.