Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alien. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alien. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 września 2024

Alien: Romulus

Po Alien: Covenant nie miałem żadnych oczekiwań względem następnej odsłony Obcego. No może żeby przynajmniej postacie nie były takimi idiotami, jak dwie poprzednie ekipy. Prawie się udało.

Historia Romulusa ma miejsce między Alien i Aliens. Weyland-Yutani udaje się odzyskać ciało Ksenomorfa dryfującego w kosmosie. Materiał trafia na stację badawczą, o której słuch potem ginie. Przeskakujemy do czasów, w których rozpoczyna się właściwa fabuła. Główna bohaterka, Rain, chce opuścić planetę górniczą należącą do WY, ale korporacja narzuca nowe normy godzin, które ją uziemiają. Dokładnie wtedy odzywają się do niej starzy znajomi, którzy znaleźli wrak wspomnianej wcześniej stacji i potrzebują androida należącego do Rain, by się tam włamać, skraść komory kriogeniczne, dzięki którym będą w stanie przekimać podróż na bardziej przyjazną planetę.

Tutaj zaznaczę, iż nie będę unikał spoilerów, ale tak naprawdę jeśli nie liczyć jednego występu gościnnego (który pominę) oraz finałowej sekwencji (której dostanie się ode mnie), cały film widać w zwiastunie. Podsumowanie i sama ocena będą tradycyjnie w ostatnim akapicie.

Zacznijmy od pozytywów. Ogólne założenia są może oklepane, nieskomplikowane, ale na tyle uniwersalne, że działają. Gdyby je zaadaptować na inne medium (gra komputerowa lub papierowe RPG), sprawdziłyby się równie dobrze. Najbardziej wyróżnia się sam początek dający dużo większy wgląd w warstwy społeczeństwa inne od dotychczasowo poznanych. Do tej pory na podobne smaczki mogli liczyć tylko gracze RPG w podręczniku do Alien RPG.

Strona wizualna zwyczajnie wymiata: od efektów praktycznych, przez odwiedzane lokacje i zabawę oświetleniem, po kostiumy oraz kosmiczny widok za oknami. Jedynym elementem psującym wrażenie jest finałowa pokraka. Tak, to jest koleś w kostiumie, ale ktokolwiek projektował jego wygląd nie miał chyba wglądu w efekt końcowy, bo są ujęcia, w których nadal przypomina CGI bardzo niskiej jakości.

Aktorsko jest przeważnie ok, lecz tak naprawdę z obsady wyróżnia się tylko David Jonsson grający androida Andy’ego. Przez wzgląd na fabułę Pan Jonsson gra praktycznie nie jedną, ale dwie postacie. Numer jeden to osobnik zachowujący się niemal jak dziecko, które trzeba cały czas chronić, ale któremu można zaufać bezgranicznie. Numer dwa to zwrot o 180 stopni. Andy dostaje ulepszenie swojego oprogramowania, staje się pewny siebie, jego reakcje są szybsze, analiza sytuacji bezlitosna i teraz to on może robić za ochroniarza. Sęk w tym, że nowy software jest autorstwa Weyland-Yutani, a im zawsze przyświecają ich własne cele. Pochwalę też Spike’a Fearna – dawno nie miałem ochoty, by kogoś zabili po jednej linii dialogowej, a tu taka niespodzianka.

Fabuła oprócz wstępnych założeń ma w swoim przebiegu mniej więcej po równo dobrych pomysłów i idiotyzmów. Np. dlaczego tylko główni bohaterowie znaleźli stację? Przecież każdy szabrownik w okolicy (a także samo WY) rzuciłby się na nią, jak Steve Rogers na granat. Dlaczego uparto się na wrak Nostromo, skoro po jego trzech eksplozjach nie powinno tam pozostać nic? Ba, biorąc pod uwagę stan stacji, akcję można umieścić nawet po Resurrection, ale ktoś chciał pójść na łatwiznę i żerować na nostalgii. Zresztą to ostatnie wybrzmiewa nie tylko w przedziale czasowym, lecz także w scenach i dialogach żywcem zerżniętych z pozostałych odsłon. Jeśli ktoś ma alergię na to, że nowe postacie jawnie odtwarzają klasyki, w trakcie Romulusa będzie zgrzytać zębami. Wracając jednak do tych bardziej przemyślanych decyzji, podobają mi się smaczki typu uwolnienie facehuggerów. Nie wynika ono z głupiego zejścia na planetę i zdjęcia hełmu, bo chciało się zapalić papierosa. Nie, tutaj w warunkach kontrolowanych podjęto decyzję, która była zgodna z tym, co chcieli zrobić bohaterowie. Pech, że podjęli ją w miejscu, gdzie wisiały sobie te małe pokraki. Podobny smaczek trafia się później, gdy pada ostrzeżenie, że jeśli ktoś strzeli do potworów na najniższym poziomie, to kwas zrobi dziurę na wylot i rozszczelni piętro.

Niestety, Romulus zawiera także rzeczy, którym ciężko okazać wyrozumiałość nawet przy dobrych intencjach twórców. Np. długość inkubacji obcego jest tak niekonsekwentna w stosunku do reszty serii (ba, nawet spin-offów Alien vs. Predator), że nie pozostaje nic innego, jak zrobić facepalm. Prym wiedzie tutaj wątek czarnej mazi. Jest taka plota, że chciano odciąć się od Prometeusza i Przymierza, ale albo ten zamiar nie dotarł do scenarzystów, albo mieli go gdzieś, gdyż Romulus dosłownie jedną animacją niczym klamrą spina wszystkie odsłony Obcego. Gdyby ograniczono się tylko do tej informacji, wrzuciłbym ją do poprzedniego akapitu – nielubiany pomysł, lecz do przełknięcia. Tak dobrze jednak nie będzie. Wątek kiełkuje w jedno z najgorszych zakończeń, jakie widziałem na ekranie. Nie mam pojęcia, kto je zatwierdził, ale powinni mu zabrać wynagrodzenie. Finał to kombinacja wtórności (ze wskazaniem na Aliena) i najgorszych elementów z Resurrection oraz Prometeusza. Do tego wlecze się bez sensu, zamiast zakończyć seans te 15-20 minut wcześniej. Konia z rzędem temu, komu ostatnia konfrontacja z potworem (i nie, nie jest to ksenomorf) nie skojarzy się z tymi filmami.

Gdyby seans Romulusa zakończyć te 15-20 minut wcześniej, nie dość, że zyskalibyśmy niezły cliffhanger, to jeszcze byłoby więcej czasu na dopracowanie efektu końcowego. Zamiast tego rezultatem jest wtórny akcyjniak o konfrontacji z potworami z kosmosu z licznymi głupotkami, lecz na tyle przyzwoity, że ogląda się go przyjemnie aż do ostatniej sekwencji, która swoją brzydotą, durnotą oraz zbyt długim czasem trwania praktycznie zmusiła mnie do obniżenia oceny z 4 na 3+.

niedziela, 3 lipca 2022

Aliens: Fireteam Elite

Bardzo lubię gry kooperacyjne, niezależnie od tego, czy mówimy o tych komputerowych, planszowych, karcianych, czy drużynie w RPGach. W przypadku FPSów świetnie bawiłem się przy obu częściach Left 4 Dead, Vermintide, Borderlands itd. Gdy przymierzałem się do rozegrania kampanii w Vermintide 2, wydawca ogłosił, że wyda jego odpowiednik umieszczony w uniwersum Warhammera 40k: Darktide, a zaraz potem dowiedziałem się o tym, że w drodze na Steam jest Aliens: Fireteam Elite. Dwa coopy w konwencji s-f, które miały się pojawić w podobnym terminie (który w przypadku Darktide dwukrotnie zmieniono)? No żyć, nie umierać!

Niestety, historia gier umieszczonych w świecie Aliens lub AvP udowadnia, że samo uniwersum/tytuł nie gwarantuje dobrej rozgrywki. Z jednej strony wszyscy miło wspominają Alien: Isolation, z drugiej na myśl o Aliens: Colonial Marines otwiera się nóż w kieszeni. Fireteam Elite plasuje się gdzieś po środku, choć w pewnych warunkach szala przechyla się ku lepszej ocenie.

Akcja ma miejsce 23 lata po wydarzeniach z Alien 3. W grze wcielimy się w jednego ze space marines ze statku UAS Endeavor, który otrzymał wezwanie o pomoc z uznanej za zniszczoną stacji rafineryjnej Katanga, orbitującej wokół  planety LV-895. Tradycyjnie dla tego uniwersum, jak tylko nasza noga stanie na stacji, wszystko wygląda co najmniej podejrzanie, a później jest już tylko gorzej.

Trzon rozgrywki stanowi kampania podzielona kilka rozdziałów, a te z kolei na kilka misji. W jej obrębie zwiedzimy wcześniej wspomnianą Katangę oraz kilka miejsc na LV-895. Aby mieć dostęp do wszystkich lokacji we wszystkich trybach, najpierw musimy je ukończyć w kolejności przewidzianej przez twórców. Do dyspozycji gracza oddano kilka klas postaci, z których część jest inspirowana filmowymi space marines z Aliens, a pozostałe to już radosna twórczość autorów gry. Skład oddziału jest dość nietypowy, jak na sieciowe strzelanki kooperacyjne, bo raptem trzyosobowy. Jednak w przeciwieństwie do tytułów z podziałem na klasy postaci tutaj mogą się one dublować. Fakt, ekipa złożona z samych medyków może nie nadążać z eliminowaniem przeciwników, ale jeśli komuś się taki zestaw zamarzy, to nic nie stoi na przeszkodzie.

Tak to wygląda, jeśli chodzi o suche informacje. W przypadku realizacji założeń oraz wrażeń AFE potrafi zrobić tyle samo dobrze, co źle. Na przykład projekty lokacji. Rewelacyjnie odzwierciedlają to, co można zobaczyć w filmach. Duże hale przemysłowe i wojskowe, hangary, ciasne korytarze, a nawet przepastne budowle inżynierów. Wada? Nawet w przypadku ogromnych pomieszczeń mamy bardzo wąskie pole do manewru w postaci kładek i przejść. Dopóki zwiedzamy – robi wrażenie, ale jak tylko zacznie się walka, czar pryska. Kolejnym takim aspektem jest przebieg misji – zawsze taki sam. Pierwsze podejście – jest efekt wow, poczucie walki o przetrwanie. Za drugim i kolejnym – skrypty odpalają się w tych znanych miejscach, brak losowych hord, brak losowego generowania przeciwników (no może ze 2-3 sztuki czasem wypełzną z szybu wentylacyjnego, ale to tyle). Nawet jeżeli misja zawiera jakiś drobny wariant, to będzie on jedynym. Np. w pierwszym etapie kampanii trzeba podłączyć się do terminala tak, żeby nasz pokładowy syntetyk uzyskał dostęp do bazy danych rafinerii. W 75% terminal będzie w korytarzu B, w pozostałych przypadkach w korytarzu A, ale już reszta zadania pójdzie po sznurku.

Czy w takim razie jest sens powtarzać w kółko te same zadania? Tylko, jeśli chcecie zdobyć jak najwięcej nagród, których różnorodność… nie powala. Za każdy udany wypad otrzymujemy punkty doświadczenia profilu, wybranej klasy postaci oraz używanych broni. Do tego dochodzą dwa rodzaje waluty (jedna na sprzęt i rozwinięcia umiejętności, druga na elementy kosmetyczne) i karty wyzwań. Te ostatnie mogą zapewnić dodatkowe nagrody i/lub utrudnienia. Niby wprowadza to powiew świeżości, lecz trwa on niezmiernie krótko, a po fakcie grający zwyczajnie może zacząć unikać pewnych rodzajów kart. Jest jeszcze trochę żelastwa (stałego w postaci broni oraz tymczasowego typu miny) do zdobycia w określonych okolicznościach (innych niż sklep).

Grający solo mogą biegać  z botami. Ba, są karty wyzwań zaprojektowane specjalnie pod taki skład! Szkoda tylko, że reszta gry już nie bardzo. Boty nie potrafią utrzymać na sobie uwagi przeciwnika, są nieskuteczne, a w przypadku pojawiania się i ganiania za nami specjalnych obcych, nie potrafią ich wyeliminować odpowiednio szybko. U mnie skończyło się tym, że nie mogłem zaliczyć finału pierwszego rozdziału kampanii, bo notorycznie dostawałem łomot od ostatniej fali, która zamiast skupiać się na obrońcach statku, latała za mną po całym hangarze, ilekroć musiałem coś uruchomić. Żeby było śmieszniej – boty przynajmniej działały w tym swoim ograniczonym zakresie. Tego samego nie mogę powiedzieć o alienach, które mają problem z detekcją powierzchni, przez co przejścia między niektórymi obiektami są u nich nienaturalne. Jakby atrakcji było mało, przeciwnicy potrafią zapaść się lub utknąć w teksturach i jeśli nie wystaje im choćby kawałek łba lub ogona, nie będzie dało się ich zabić. W czym to przeszkadza? Tutaj ponownie daje o sobie znać to paskudne oskryptowanie. Bez kompletu trupów gra nie zaliczy postępu i nie da się ukończyć misji.

Graficznie sytuacja ma się tak samo, jak z projektami miejsc. Na pierwszy rzut oka jest fajnie, bo ksenomorfy wyglądają prawidłowo, mundury na żołnierzach i sprzęt naśladują filmy, korytarze rafinerii przyprawiają o skojarzenia z Nostromo, a tunele LV-895 dają nam szansę na rozegranie własnego, nie tak durnego Prometeusza. Jednak wystarczy zwolnić tempo, przyjrzeć się otoczeniu i szlag może trafić. Tekstury są w niskiej rozdzielczości, animacje koślawe, liczba klatek taka sobie, zaś modele postaci w ogóle nie mają mimiki twarzy. Nawet jeśli dialogi są mówione, w trakcie gadki nikt nie porusza ustami. Nie chcę krakać, ale taki patent można było stosować 20 lat temu, a nie teraz.

Gra zespołowa sprawia najwięcej frajdy, przez pierwsze poziomy trudności da się przelecieć za pierwszym razem. Gorzej jeśli serwery gry lub wasze łącze odstawi jakiś numer. W przypadku całkowitego odłączenia od aktywnej misji nie da się wrócić i kontynuować sesji. Jeśli skład ma być ten sam, trzeba zacząć od nowa i liczyć, że tym razem nas nie wywali. Kampanię na standardowym poziomie trudności da się zamknąć w 8 godzinach.

Bez zarzutu działają tylko dwa aspekty. Muzyka – bo ta sporo czerpie z filmów, a czego nie weźmie, to po swojemu dorobi tak, że też pasuje. System umiejętności postaci. Każda klasa ma dwie aktywne umiejętności oraz jedną pasywną. Całość jest połączona specjalną siatką z ograniczoną liczbą miejsc. Na siatce możemy umieszczać „klocki” modyfikujące istniejące umiejętności lub dodające nowe, np. zwiększone obrażenia danego typu broni (każda klasa ma określone typy pukawek, z których sobie postrzela, więc nie oczekujcie, że technik polata sobie ze smartgunem).

Aliens: Fireteam Elite to idealny przykład średniaka. Nie jest złą grą, bo jednak strzelnie do alienów, to strzelanie do alienów, a pierwsze podejście robi iście filmowe wrażenie. Jednak sporo tu potknięć i decyzji, które dałoby się zrealizować inaczej, poprawniej lub z większym rozmachem. Nie pomaga też brak nowych map od momentu premiery, podczas gdy w klasach postaci zdążono już namieszać. Zbyt wiele wyrozumiałości trzeba okazać, aby można było polecić ten tytuł z czystym sumieniem. Jedynym wariantem, w którym można sobie pozwolić na zakup, jest kombinacja następujących czynników: lubisz Aliena, masz znajomych do gry (którzy lubią Aliena), wszyscy kupiliście AFE w promocji, nie będziecie mieć wyrzutów sumienia, że odstawiacie grę po 1-2 pełnych ukończeniach niezbyt długiej kampanii. Jeśli któryś z warunków nie zostaje spełniony, może lepiej sobie odpuścić. Moja ocena: 3+.

niedziela, 27 października 2019

Whoever wins… we lose

Kiedy w 1994 kupiłem pierwszy komiks z serii Aliens vs. Predator, nie spodziewałem się zobaczyć takiego crossoveru na dużym ekranie, a przynajmniej nieprędko. Obaj kosmici charakteryzowali się zupełnie inną dynamiką i połączenie ich w jednym widowisku byłoby nie lada wyzwaniem. Naturalnie, po drodze komiksów przybywało. Były też gry, którym w mniejszym lub większym stopniu udało się oddać klimat obrazkowych protoplastów, ale pierwszy film łączący obie paskudy pojawił się dopiero w 2004 roku.


Alien vs. Predator


Satelity korporacji Weyland wykryły nieznane źródło ciepła oraz podziemną piramidę na Antarktydzie. W myśl zasady: „Kto pierwszy, ten lepszy” Charles Bishop Weyland zamierza zaklepać znalezisko i w tym celu organizuje ekspedycję. Na miejscu znajdują opuszczoną osadę wielorybników z początku XX wieku oraz idealnie wydrążony tunel prowadzący w głąb wyspy, którego 24 godziny temu jeszcze nie było. Wraz z eksploracją rozpoczyna się walka o przetrwanie.

Mój odbiór tego filmu zmieniał się na przestrzeni lat. Gdy wchodził do kin w 2004 roku, miałem spore oczekiwania. Z jednej strony chodziło o połączenie dwóch lubianych przeze mnie serii filmowych, z drugiej nadzieja na widowisko tej klasy, co pierwszy komiksowy AvP.

Pierwszy zgrzyt pojawił się już w zwiastunach. Po pierwsze – opowieść rozgrywała się w czasach mniej więcej współczesnych. Żegnajcie podróże kosmiczne, żegnaj Ryushi, żegnajcie dwurożce. Po drugie – reżyserem i scenarzystą jest Paul Anderson. Jego filmy, niezależnie od tego, czy mowa o adaptacjach, są… specyficzne. Są przeważnie bardzo dynamiczne, ale w rezultacie niezależnie od tematu robią się z nich proste rąbanki. Z całego jego dorobku dobrze wspominam (z różnych względów) dosłownie cztery: Mortal Kombat, Resident Evil, Death Race (2008) oraz Event Horizon. Po trzecie – oprócz komiksów film miał konkurencję w postaci gier komputerowych, zwłaszcza wydanych tuż przed nim AvP (1999) i rewelacyjnego AvP 2 (2001).

W związku z powyższymi efekt końcowy nijak tym oczekiwaniom nie sprostał. Czepiałem się zbyt krótkiego czasu trwania, głupich zachowań postaci, uproszczeń u Ksenomorfów i Yautja oraz motywu z piramidą, który potem był wałkowany do zarzygania (np. Dobry Komiks nr 24B/2004: DK Extra: Alien vs. Predator: Dreszcz polowania lub gra Aliens vs. Predator z 2010). Wtórowałem dowcipom nabijającym się choćby ze sceny z „prezentami” od predatora i cieszyłem się, że seans dobiegł końca.

Drugie podejście robiłem gdzieś w okolicach roku 2008, gdy sequel był już dostępny na płytach. Na zakrapianej imprezie i w odpowiednim towarzystwie film wydawał się już nieco lepszy.

Trzecie podejście miałem na potrzeby tego wpisu. I tu dochodzę do sedna. To trzecie podejście jest już PO Prometeuszu i Covenant… Nagle okazało się, że AvP to nie taki zła produkcja… Jasne, podtrzymuję, że akcja pędzi na złamanie karku, a decyzje postaci nie są najmądrzejsze, ale to nadal pikuś w porównaniu z ostatnimi tworami Scotta. Wspomniane wyżej uproszczenia to m.in. ekstremalnie krótki okres inkubacji obcego, albo wyrżnięcie Predatorów na rzecz fabuły. Akcja jest szybka, ale przez to nie ma tworzenia atmosfery, jak w pierwszym Predatorze, czy Alienie. Piramida nie przeraża, stanowi tylko tło. Brak atmosfery jest też spowodowany brakiem takiego stereotypowego odpowiednika Indiany Jonesa/Lary Croft, który poprowadziłby ekspedycję wolniej i może uniknął niektórych elementów budzenia królowej, albo rozegrał to inaczej. A tak dany skład głupio przyklepuje kilka przycisków i kłopot gotowy.

Dlaczego więc AvP nie jest aż takie złe? Bo wygląd obcych i sceny z ich udziałem są dobre, królowa to nadal kawał zdziry, Predatorzy dobrze się prezentują, pojedynki między kosmitami to najlepsze sekwencje w tym tytule, a błędy popełniane przez ludzkość nie są nawet w połowie tak idiotyczne, jak niemal dowolna rzecz powiedziana lub popełniona przez „naukowców” i kolonistów w Prometeuszu oraz Covenant. Pewnie, że to tylko średni akcyjniak, którego niektórych braków merytorycznych nie usprawiedliwia nawet gatunek, ale to nadal film o klasę lepszy od „dzieł” Ridleya. Moja ocena: 3-.


Aliens vs. Predator: Requiem


Film zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym skończył się poprzednik. Mam tu na myśli również scenę po napisach. Nowy Alien wyrywa się z truchła Predatora, masakruje załogę, co w rezultacie sprawia, że statek spada na Ziemię, w okolice miasteczka w USA. Jednocześnie system alarmowy statku wysyła sygnał na planetę Yautja. Odbiera go jeden osobnik i rusza pomścić pobratymców.

Ten film ma dosłownie trzy zalety. Założenia początkowe, sceny, w których nie ma ani jednego człowieka oraz kilka dość drastycznych decyzji. Założenia opisałem wyżej. Sceny bez ludzi – w zasadzie wszystko co robią Predator i Obcy. Wręcz do tego stopnia, że nawet jak łowca tylko idzie wybrać spluwę, albo rozgląda się po okolicy, to jest to lepsze, niż sceny z ludźmi. Równie dobrze mógłby iść do kibla i nadal byłoby to bardziej ekscytujące. Co do drastycznych decyzji – na dzień dobry facehugger wskakuje na dzieciaka, a w środku filmu podobny los spotyka ciężarną kobietę, która zamiast dziecka rodzi alienowe czworaczki.

Tutaj dochodzimy do bardzo istotnej kwestii odbioru filmu. Jeśli akurat oglądacie go na wieczorze filmowym zakrapianym alkoholem i w odpowiednim towarzystwie, w którym kolega stara się dorobić własne linie dialogowe lub tłumaczyć, że scena, w której Predator i Predalien drą na siebie japy to istotna rozmowa o sensie egzystencjalnym – nie ma bata, żeby się dobrze nie bawić.

Gdyby jednak spojrzeć na Requiem jak na każdy inny film bez okoliczności łagodzących… to jest biednie. Postacie ludzkie w ogóle nie interesują widza, a zważywszy na zakończenie, ich liczba jest bez sensu. Jedyną reakcją, jaką udało im się wywalczyć, jest parsknięcie przy tekście: „Przecież rząd nie oszukałby swoich obywateli, prawda?” Sceny akcji są nudne i słabo widoczne (w sensie ujęć), co jest o tyle żenujące, że film wcześniej takiego problemu nie było. Całości dopełnia fakt, że 90% akcji ma miejsce nocą, przy zgaszonych światłach lub w tak „atrakcyjnych” miejscach, jak kanały. Sytuacji nie ratują nawet warunki kinowe. Krótko mówiąc, przez 90% seansu nic nie widać. Właśnie dlatego moja ocena to: 2-.

niedziela, 14 maja 2017

Alien: Covenant

W jakiejś recenzji, czy innej rozmowie na temat nowego Obcego usłyszałem, że Ridley Scott zrobił znowu ten sam film. Po obejrzeniu nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z tym stwierdzeniem.

10 lat po wydarzeniach z Prometheusa statek Covenant leci sobie do celu. Na swoim pokładzie ma 15 członków załogi, 2000 kolonistów, ileś tam embrionów i 1 androida. W wyniku pewnego wydarzenia załoga jest wybudzona, Przymierze spowalnia na czas napraw, co pozwala wyłapać dziwną transmisję z pobliskiej planety. Sama planeta sprawia wrażenie bardziej odpowiedniej pod kolonizację w porównaniu z tą docelową, więc załoga postanawia zbadać sprawę.

O ile Prometeusz kopiował samą strukturę opowieści, tak Covenant już bezczelnie zżyna z pierwszego Aliena. Podobna muzyka, podobna konstrukcja statku, komputer – Matka, a końcowe polowanie na Ksenomorfa to niemal remake 8 pasażera Nostromo. Tym samym pan Ridley zbliżył się do gatunku, który raczej nie leżał w kręgu jego zainteresowań. Mianowicie: slasherów. I jak tylko zaakceptujecie ten stan rzeczy, macie szansę czerpać z seansu jakąś przyjemność.

Do pozytywnych aspektów należy jak zwykle realizacja strony wizualnej. Covenant potrafi zauroczyć lub przyprawić o ciarki swoimi zdjęciami i ujęciami. Atmosferę świetnie uzupełniają sceny gore. Bardzo zgrabnie powiązano go też z Prometeuszem, poniekąd wynagradzając wrażenia z tego ostatniego. Ba, jeśli komuś nie do końca odpowiadał motyw z proto-alienem z tamtego filmu, Covenant dorzuca coś na tyle konkretnego, że da się na niego przymknąć oko. Ostatnim przyzwoitym aspektem jest bohater grany przez Michaela Fassbendera oraz jego wątek, choćby przez samo uszczegółowienie pochodzenia obcego.

Cała reszta jest do chrzanu. Postacie są jeszcze większymi kretynami, niż te z Prometeusza. Wręcz do tego stopnia, że gdzieś w trakcie pierwszych 30 minut zastanawiałem się, czy zaraz wszyscy nie kopną w kalendarz. Tylko co oglądalibyśmy przez pozostałe półtorej godziny? Znowu z jakiegoś powodu autor próbuje forsować motyw wiary, ale na szczęście jest go mniej. Słabo wypadają też zwroty akcji. Co prawda następstwa wydarzeń z Prometeusza wzbudziły moje zainteresowanie, bo nie takiego kierunku się spodziewałem, lecz same zwroty akcji, czy wielkie ujawnienia były łatwe do przewidzenia. Zwłaszcza jeden, który miał być chyba tym największym, a został zespoilowany w zasadzie przez montaż.

Covenant ładnie brzmi i wygląda, nie brakuje mu krwi i niezłych pomysłów, ale jeśli nie interesuje cię powtórka z rozrywki, zamiast niego możesz ponownie obejrzeć nawet Aliena 3 i źle na tym nie wyjdziesz. Natomiast fanom slasherów lub innych serii powiem tyle: to taki typowy środek serii, który zawiera niezłe motywy, ale mało w nim głównego mordercy i zabrakło czegoś sprawiającego więcej satysfakcji z seansu, przez co ostateczny rezultat jest co najwyżej średni. Do obejrzenia na własną odpowiedzialność. Moja ocena: 3-.

czwartek, 14 lutego 2013

Aliens vs. Predator (2010)

W stereotypowych produkcjach związanych z tym uniwersum schemat wygląda następująco: jakiś oddział korporacji Weyland-Yutani prowadzi eksperymenty związane z Obcymi lub technologią Predatorów (albo jednym i drugim), po drodze gówno trafia w wentylator, Obcy opanowują miejsce akcji, dołączają do nich łowcy szkieletów (bo albo zostali zaalarmowani, albo akurat i tak mieli wpaść do Xenomorphów w odwiedziny), a w międzyczasie jakiś naiwniak wzywa pomoc w postaci mięsa armatniego... eee, to jest marines.

Oczywistym jest to, że jako gracze od początku znamy wszystkie strony konfliktu. Niemniej jednak można zrobić tak klimaciarskie wprowadzenie, że będziemy się bać razem z żołnierzem (bo od kampanii marines zazwyczaj warto zacząć). Opisywana przeze mnie wersja AvP tego nie potrafi. Nasz żołnierz jest od razu rzucany w wir akcji, a my jako uczestnicy spektaklu dostajemy w ryj wszystkimi możliwymi kliszami: rola początkującego w oddziale – jest; latynoska babka w oddziale – jest; zdziwienie, że Obcy są w pomieszczeniu, ale ich nie widać – jest. Zero kreatywnego przedstawienia, po prostu wszystkie patenty znane z Aliens i poprzednich PCtowych AvPków, wrzucone na chama i zmiksowane na szybko. Wśród nich znajduje się także motyw piramidy Predatorów, znany ze słabego filmu Paula Andersona.

Kampania Obcego nie ma tego feelingu, co AvP2. Tam mieliśmy okazję „przeżyć” cały cykl: od facehuggera, przez chestbustera, po dorosłego Xenomorpha. Tutaj większość z tego, to przerywniki. Najbardziej irytujący jest fakt, że cele kolejnych misji przekazuje nam królowa, w poprzedniej grze wynikały one z sytuacji.

Chyba tylko do Predatora nie mam za bardzo jak się czepić, bo ogólny patent na fabułę jest taki sam jak poprzednio: polowanie, pomszczenie poległych i obrona honoru w ten, czy inny sposób.

Pozostaje jeszcze kwestia przeplatania się powyższych kampanii. AvP2 prezentowało naprawdę świetne zobrazowanie jednej historii z różnych perspektyw. Smaczku dodawało to, że rozgrywanie w odpowiedniej kolejności (marine, alien, predator) pozwalało na ujrzenie coraz to nowych szczegółów w opowieści, a zakończenia ładnie się nakładały. W omawianej grze niby są wspólne punkty, w których bohaterowie poszczególnych kampanii mogliby się spotkać, ale to nie następuje. Nie wspominając już o tym, że zakończenia nie zazębiają się tak ładnie.

Nowa mechanika rozgrywki jest, zgodnie ze współczesnymi standardami, uproszczona w stosunku do wcześniejszej gry. O ile takiego Obcego niemal nie zmieniono, o tyle u Marine, a już zwłaszcza u Predatora jest to odczuwalne. W przypadku żołnierza jest to banał w postaci baterii. W AvP2 byliśmy ograniczeni baterią, więc trzeba było ostrożnie dawkować oświetlenie, żeby nie przyszło nam błądzić po omacku. Tutaj nawet na otwartej przestrzeni w środku dnia możemy biegać z włączoną latarką, bo baterie zniknęły (a wraz z nimi palnik, który był fajnym urozmaiceniem zmuszającym do szukania przejść w nietypowych miejscach). Do tego żołnierz porusza się dość ociężale, a skakanie to tylko zbędna kosmetyka (bo wspinanie się jest kontekstowe).

Podobnie sprawa ma się ze sprzętem Predatora, u którego w AvP2 kamuflaż zużywał energię pancerza, a do tego powodował zakłócenia w wizjerze maski. Przez co trzeba było się nakombinować, kiedy i czego używać. Tutaj kamuflażu możemy używać do woli (bo nie zużywa energii), ale z kolei nie mam przy sobie badziewnika uzupełniającego  ową energię (w tym celu musimy spowodować wyładowanie w urządzeniach ludzi, by podładować swój ekwipunek). Usunięto zakłócenia oraz trzeci tryb wizjera, pozwalający widzieć innych łowców szkieletów.

Ze zmian, które przypadły mi do gusty wymienię system walki wręcz, tak u Obcego, jak i Predatora. W obu przypadkach bardzo fajnie podkreśla on przewagę fizyczną nad żołnierzami. Elegancko rozwiązano też wysokie skoki – fakt, gra ułatwia to poprzez określenie maksymalnego zasięgu, a nam zostaje tylko wskazanie miejsca do skoku, przez co nie musimy martwić się o precyzję. Biorąc jednak pod uwagę oferowane tempo przemieszczania się, ta zmiana jest jak najbardziej sensowna.

Graficznie jest ok. Niestety ciężko nie odnieść wrażenia, że jakością grafiki próbowano zamaskować taki sobie projekt miejsc. Każde z nich fajnie wyglądałoby na tapecie pulpitu, lub plakacie reklamowym, ale jak tylko zaczniemy się po nim poruszać, raz dwa dostrzeżemy tunelowość konstrukcji (eksploracja sprowadza się do do podążania za strzałką wskazującą cel misji oraz poszukiwania znajdziek - innych dla każdej rasy).

Dźwiękowo sytuacja jest podobna. Jakości nie idzie nic zarzucić, ale już stosowaniu poszczególnych patentów jak najbardziej. Muzyka budująca napięcie i nagle zmieniająca swoją głośność w pustych korytarzach, odgłosy Obcych próbujących się przebić w miejscach, gdzie na pewno nie będziemy walczyć, wszystko tylko po to, by odhaczyć listę standardów, które stosowano w tym uniwersum w konkretnych sytuacjach.

Trybu multiplayer nie testowałem, więc nie będę go brał pod uwagę w końcowej ocenie. Natomiast bez niego pozostałe elementy Aliens vs. Predator są przeciętne, upchane na szybko i dobre jako zapchajdziura w oczekiwaniu na grę, która przynajmniej dorówna staruteńkiemu AvP2. Moja ocena: 3.

sobota, 28 lipca 2012

Prometheus

Lubię głupie filmy, zwłaszcza te, które zdają sobie sprawę z własnej ułomności i śmieją się z niej razem z widzem, ot najświeższy przykład: Cabin in the Woods. Głupotę jestem też w stanie wybaczyć, jeśli jest związana bezpośrednio z konwencją danego filmu, dla przykładu: slashery są przeważnie niemiłosiernie głupie. Czego nie trawię, to głupota serwowana pod przykrywką efekciarstwa i wmawianie widzowi, że to poważne widowisko z poważnymi rozważaniami nad sensem egzystencji, i jeśli się nie podoba, to widz nie rozumie przekazu/treści. Do tej ostatniej kategorii zaliczyłbym Prometeusza.

Otwarcie filmu stara się być monumentalne i pełne patosu. Po czym raz dwa lądujemy w odprawie rodem z Aliens, a zaraz potem mamy powtórkę z Alien. W zasadzie nie przeszkadza mi kopiowany główny mechanizm filmu – wyprawa w nieznane z wrogiem czającym się w ciemnościach. Tylko że po obejrzeniu Prometeusza i zestawieniu go z Alien ma się wrażenie, że albo Obcy wyszedł taki dobry przez przypadek, a Prometeusz to jego nieudana, acz świadoma podróba, albo w drugą stronę – Obcy był w zamierzeniu dobrym horrorem, a przy Prometeuszu coś nie poszło. W nowym filmie Scotta mamy naprawdę wiele scen nawiązujących do oryginału, ale wyglądają tak, jakby miały być i niczemu nie służyć. Wiele rozmów prowadzi do nikąd, wątki poboczne straszą głupotą, a postacie są takimi debilami, że wręcz chciałem, żeby zginęły w ciągu pierwszej połowy. Wyjątek stanowi chyba tylko Michael Fassbender grający Davida.

Przykładem kopiowania scen niech będzie notoryczne łamanie chain of command. W Alienie były z tego powodu kłótnie i dochodziło do rękoczynów. W Prometeuszu też wielokrotnie dochodzi do naruszenia tego łańcucha, ale konsekwencje... pojawiają się tylko raz... Trochę mało jak na 2 godziny filmu. Daruję sobie wyliczanie idiotyzmów merytorycznych, bo raz że to spoilowanie, a dwa że szkoda miejsca. I nie obchodzi mnie to, że pewnie niektóre popełniono na rzecz wyjaśnień w sequelach. Po tak negatywnym wrażeniu, jakie zrobił na mnie Prometeusz, na sequele mi się nie śpieszy. Tego filmu nie da się oglądać nawet w towarzystwie i przy piwie, by rzucać głupie teksty (a taki Aliens vs. Predator 2 świetnie się do tego nadawał). Dwa pozytywne aspekty, jakie udało mi się znaleźć w tym filmie to oprawa wizualna (zdjęcia i efekty) oraz wspomniany Fassbender. Obrazu nie polecam nikomu, chyba że jest już na takim głodzie s-f, że cokolwiek obejrzy, byle gatunek pasował. Moja ocena: 2.

czwartek, 1 lipca 2010

Alien Quadrilogy

Swego czasu dostępny był w sprzedaży zestaw zawierający wszystkie 4 części Obcego. Każda z płyt miała 2 wersje filmu: kinową i reżyserską/specjalną. Całkiem niedawno udało mi się nabyć w Empiku wszystkie filmy, z tymże sprzedawane osobno, bez płyt dodatkowych, za mniej więcej 30zł/szt. W niniejszym wpisie mam zamiar skupić się na wrażeniach z wersji reżyserskich/specjalnych.


Alien – Director’s Cut

Gdy po raz pierwszy oglądałem Obcego, a było to gdzieś w połowie lat ’90, miałem do dyspozycji tylko pożyczoną kopię na kasecie VHS. Obraz był niewyraźny, a dźwięk skopany do tego stopnia, że w zasadzie było słychać tylko lektora i część oryginalnych dialogów (no i wrzaski obcego). Zarówno mój ówczesny wiek (ok. 11 lat, jak mnie pamięć nie myli), jak i sama jakość nagrania, nie pozwoliły mi docenić filmu. Dopiero później, po obejrzeniu kopii z pełnym udźwiękowieniem, wciągnąłem się na dobre.

Wersję reżyserską miałem okazję zobaczyć w kinie i prawdę mówiąc, nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile różnic w stosunku do oryginału zawiera. Oryginalna wersja buduje klimat do praktycznie każdej sceny, tym samym wydłużając je wszystkie. Jeśli ogląda się tak paskudną kopię, jak ja na początku, to zrozumiałym jest, że film zwyczajnie się wlecze. Z pełnym udźwiękowieniem nie ma już takiego wrażenia, gdyż muzyka sprawia, że dreszcze chodzą po plecach, a widz boi się tego, co się stanie. W wersji reżyserskiej wiele z tego budowania klimatu w poszczególnych scenach zwyczajnie wycięto. Sam reżyser twierdzi, że chciał filmowi nadać dużo większą dynamikę poprzez usunięcie tych fragmentów. Czy się udało? Śmiem twierdzić, że tak. Faktycznie odczułem, że ogląda mi się Aliena dużo „szybciej”.

Poza tym, że tu i tam coś ucięto, Ridley Scott zdecydował się też na dodanie tego i owego. Mamy kilka dodatkowych dialogów oraz scen, z których najbardziej w pamięć zapadły mi: wiszący nad Brettem obcy, oraz Ripley, która w trakcie ucieczki trafia do czegoś, co wygląda na zaczątek gniazda potwora. Żeby było ciekawiej, wersja reżyserska (i tylko ona) przyczynia się do pewnej nieścisłości w Aliens, ale to wyjaśnię dalej.

Ciekawa jest wizja statków w tym filmie. W Star Treku były fantazyjne kształty, w Battlestar Galactica (akurat tu mam na myśli stare odsłony, ale sam design był podobny i w serialu z 2004) smukłe myśliwce, Star Wars miało coś pośredniego między dwoma wymienionymi tytułami, a Alien? Alien raczy nas wizją potężnego, niezgrabnego, topornie poruszającego się kloca, jakim jest Nostromo. Jego wahadłowce wcale nie są lepsze. O dziwo, pomimo modernizacji technologii w kolejnych częściach, udało się w statkach zachować coś z klimatu oryginału. Jak dla mnie – brawa za inwencję, bo to naprawdę jest coś innego.

Podsumowując, Alien jest filmem grozy na najwyższym poziomie. Warto zapoznać się z obydwoma wersjami, by mieć szczegółowy obraz całości. Pomimo upływu lat, Obcy straszy równie skutecznie, co kiedyś. Polecam.


Aliens – Special Edition

Obcy: Decydujące Starcie (ech, te polskie tłumaczenia...) jest filmem diametralnie różnym od swego poprzednika. Dzięki niemu też dowiedziałem się, że w ogóle istnieje takie zjawisko, jak wersja reżyserska.

James Cameron pokazał, że ma odwagę robić filmy po swojemu. Zamiast naśladować Scotta i jego horror, zrobił film akcji. Owszem, tu też można podskoczyć ze strachu, jednak straszenie nie jest już celem samym w sobie, jak to miało miejsce w pierwowzorze. Obcych jest dużo więcej, kule lecą we wszystkich kierunkach, żołnierze panikują, a królowa zalicza swój debiut.

Wspomniałem o tym, iż wersja reżyserska pierwszej części powoduje pewną nieścisłość. Alien ujrzał światło dzienne w 1979, Aliens opanowali świat w 1986, Alien DC został wypuszczony około 2003, w której to wersji Ripley widzi zalążek gniazda. Z kolei w obu wersjach Aliens, słyszy się dialog Gormana i Ripley w trakcie takiej scenki: żołnierze wchodzą do gniazda, jego ściany widać przez kamery. Gorman pyta, co to jest, a Ripley odpowiada, że nie wie. Gdyby brać pod uwagę oryginalnego Aliena, zgadza się, nie widziała czegoś takiego na oczy, jednak w wersji DC jest inaczej. Spoglądając na roczniki poszczególnych wydań, nic w tym dziwnego. Poza tym jest to drobiazg, nie wpływający na odbiór całości.

A jak się mają obie wersje Aliens względem siebie? Tutaj krótka piłka: liczy się tylko wersja specjalna/reżyserska. Wersja kinowa wygląda przy niej na wykastrowaną. Dodano jakieś 17-20 minut do oryginału. Mamy tu więcej z przeżyć Ripley po przebudzeniu, dodatkowe ujęcia na statku żołnierzy, fragment z życia kolonistów na krótko przed atakiem obcych, czy moje ulubione sceny z karabinami, w trakcie których dochodzi się do ciekawych wniosków.

Aliens to kawał porządnego kina akcji w otoczce s-f. Jest godnym następcą filmu Scotta, choć całkiem innym.


Alien 3 – Special Edition

Niech mnie szlag... Z tym filmem mam prawdziwą zagwozdkę. Przez naprawdę długi czas byłem święcie przekonany, że największe ilości materiału wycięto z filmów Aliens i Terminator 2, a ich wersje reżyserskie były najdłuższymi, jakie widziałem. Byłem w wielkim szoku, gdy się dowiedziałem, że z trzeciej części Obcego wycięto... jeszcze więcej. Około 30 minut! Fakt, że przy wersjach reżyserskich kolejnych części Władcy pierścieni nie robi to specjalnego wrażenia, ale w momencie wydania Alien Quadrilogy i dowiedzeniu się o zawartości poczułem się, jakby mi ktoś młotem kowalskim w łeb przyłożył.

Moje pierwsze podejście do Alien 3 nie było udane. Film sprawiał wrażenie zrobionego na odwal i w moim mniemaniu niespecjalnie mu wychodziło naśladowanie pierwszej części cyklu. Z czasem go jednak polubiłem i doceniłem za inwencję oraz próby kreowania własnego klimatu.

Właśnie, o ile w podstawowej wersji są to tylko próby, o tyle wersja reżyserska może poszczycić się klimatem pełną gębą. Już sam początek – uratowanie Ripley, a następnie śmierć woła w rzeźni, czy widoki robactwa na każdym możliwym kroku robią dużo większe wrażenie, niż oryginał. Dodatkowo możemy zobaczyć kilka nowych ujęć nieprzyjaznej planety, na której znajduje się kolonia karna. Poza zmianą nosiciela (wół zamiast psa) dorzucono do filmu całą masę dialogów, wątek z próbą złapania obcego (i dopiero potem po pewnych wydarzeniach z tym związanych następuje powrót do zabicia go w sposób znany z pierwowzoru) oraz tła dla poszczególnych osób. Nagle okazało się, że postać chorego umysłowo Golica ma dużo więcej sensu i rację bytu jako taką! Jedyną zmianą, której nie zrozumiem, jest usunięcie narodzin królowej. W kinowym Obcym 3, kiedy Ripley skacze w płomienie na końcu filmu, z jej piersi wyrywa się wreszcie królowa, po czym obie giną. W SE Ripley skacze, ale królowa wciąż pozostaje w jej wnętrzu. Szkoda, bo scena była niesamowicie efekciarska.

Gdybym miał wybierać, którą wersję obejrzeć, zdecydowałbym się na wersję reżyserską/specjalną. Jednak po jej seansie warto byłoby na szybkiego przejrzeć zmienione w stosunku do kinówki sceny, np. z niespokojnym psem na moment przed narodzinami obcego, czy właśnie narodziny królowej z końcówki. Co prawda uważam, że Alien 3 nawet jako SE jest odrobinę gorszy od poprzedników, to wciąż jest filmem dobrym i wartym uwagi.


Alien: Resurrection – Special Edition

Gdy ten film wchodził do kin w 1997, udało mi się z bratem pomylić seanse i wylądowaliśmy na Home Alone 3, zamiast Obcym, ale nadrobiliśmy to niedługo potem.

Do Aliena 3 przekonywałem się długo, więc siłą rzeczy obawiałem się, że z czwórką pójdzie mi jeszcze gorzej. O dziwo – nie. Obcy 4 spodobał mi się już po pierwszym podejściu. Sęk w tym, by na ten film odpowiednio się nastawić. Przede wszystkim nie ma on tak ciężkiego klimatu, jakim charakteryzowały się #1 i #3. Bliżej mu do #2. Różnica polega na tym, że do postaci z Aliens człowiek się przywiązywał, a gdy po pierwszej konfrontacji z obcymi połowa marines gryzła piach, nie krył zaskoczenia i zastanawiał się, co się do cholery stało. W Resurrection postacie są niezłe, ale ich wykańczanie jednej po drugim nie powoduje emocji. Ot, ma się wrażenie, że widzi się napis w scenariuszu: tu xxx ginie.

Cholernie podoba mi się to, co zrobiono z Ripley i obcymi. Nie powielano na siłę schematów. Ellen bardziej przypomina obserwatora całej akcji, niż uczestnika (w porównaniu do reszty załogi), a połączenie jej genów z genami potworów zaowocowało kawałem twardszej niż dotychczas baby. Sami obcy kombinują dużo więcej, niż w poprzednich odsłonach, królowa ewoluuje, powstaje nowy gatunek – krótko mówiąc, cały czas coś się dzieje.

Pewnym zaskoczeniem jest dla mnie osoba Jossa Wheadona w gronie twórców tej części. Nie będę wyrokował, czy to dobrze dla filmu, czy nie. Po prostu się zdziwiłem i tyle.

Reżyser w przedmowie twierdzi, iż wersja reżyserska filmu to ta, która trafiła do kin. Natomiast na DVD znajduje się wersja specjalna, przeznaczona tylko dla fanów. Podpisuję się pod tym twierdzeniem rękami i nogami. W poprzednich częściach zmiany wpływały na odbiór jako taki. Jeśli idzie o Alien: Resurrection, to której wersji się nie obejrzy, efekt będzie taki sam. Brak ciężkiego klimatu nie robi z niego gniotów pokroju AvP 1-2. Obcy 4 wciąż godnie reprezentuje serię i warto go zobaczyć.