Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 1. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 września 2025

I Know What You Did Last Summer (2021) – Season 1

O istnieniu tej wersji dowiedziałem się już jakiś czas temu, ale po serialowym Krzyku nie miałem ochoty zagłębiać się w podobny zabieg w innej franczyzie. Gdy zapowiedziano kolejną odsłonę filmu, odświeżyłem poprzedników i w ramach czekania na film postanowiłem nadrobić tę pozycję.

Zanim przejdę do sedna, muszę wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Otóż zarówno pierwszy film jak i niniejszy serial nie są oryginalnymi tworami. Bazują na książce autorstwa Lois Duncan pod tym samym tytułem. Nie czytałem, nie odniosę się do poziomu adaptacji, choć wedle komentarzy w Internecie i pomijając główne założenia żadna z wersji nie jest wierna literackiemu protoplaście.

No właśnie – założenia bez zmian. Grupa pijanych nastolatków potrąca kogoś na drodze i zamiast wziąć odpowiedzialność, pozbywa się zwłok. Rok później każdy z uczestników felernej nocy dostaje wiadomość, że ktoś jeszcze wie, co się wtedy wydarzyło. Pierwszą różnicą w stosunku do filmu jest to, że nie potrącono jakiegoś losowego przechodnia, tylko siostrę bliźniaczkę jednej z bohaterek. Reszta przebiega w pewnym sensie podobnie. Rok później relacje między postaciami są pochrzanione, a od momentu otrzymania groźby zaczynają padać trupy.

Morderstwa to naprawdę mocny punkt tej produkcji. Niejedno mogłoby zainspirować Jigsawa do stworzenia nowego ustrojstwa do szlachtowania ofiar. Serialowy Koszmar odbiega od filmowego rodzeństwa naciskiem na poszczególne elementy. Więcej tu roztrząsania przeszłości oraz zmagania się z własnymi demonami, wśród których prym wiedzie sumienie. Na bardzo upartego można się pokusić o bardzo (podkreślam, BARDZO) zawoalowane porównanie do Zbrodni i kary. Tytuł oddala się też od tradycyjnego slashera. Fakt, mamy mordercę i regularnie padające trupy, ale brak np. pościgów lub antagonisty śledzącego swoją ofiarę i przewijającego się w kadrach w tle.

Byłem naprawdę zaskoczony poziomem tej produkcji. Użyto slasherowego formatu i zmieniono nacisk na poszczególne warstwy, jednocześnie zachowując krwawość. Potrącenie jest nie tyle przyczyną rozpadu relacji postaci, co uwydatnia, iż od początku nie były one zdrowe. Natomiast za kompletną wtopę uważam tożsamość mordercy. Nie wiem, czy przespałem jakąś wskazówkę, ale moim zdaniem ta postać zwyczajnie nie pasowała. Skutkuje to takim sobie zakończeniem, które bardziej kojarzy się z Wild Things (1998) niż Koszmarem minionego lata. A na deser zaserwowano cliffhanger, który pasuje do tego serialu jak pięść do nosa. Ze względnie przyziemnego i może nawet prawdopodobnego thrillera w ostatnich sekundach zrobiono z tego serialu twór podobny do Halloween lub Piątku 13-ego. Dodatkowym problemem tej wstawki jest to, że serię anulowano. Bawiłem się dobrze, ale ocenę muszę zaniżyć do 4-. Jeśli ktoś zastanawia się, co robić z czasem podczas oczekiwania na nową odsłonę, serial powinien zapewnić mu nieco przyzwoitej około slasherowej rozrywki (a już na pewno lepszej od trzeciego Koszmaru).

niedziela, 27 lipca 2025

Creature Commandos – Season 1

Gdy DC restartowało swoje komiksy w ramach nowo utworzonej linii New 52, miało to być całkowicie nowe otwarcie. Niestety, szybko okazało się, iż niby początek ma sporo naleciałości z poprzednich przygód superbohaterów. Nastawiona na nowych czytelników marka zawierała odniesienia do wydarzeń, których sama nie pokazała, a które były np. jednym z filarów mitologii danej postaci. Do tego upychała te wydarzenia w bardzo krótkich okresach, co czyniło je jeszcze bardziej absurdalnymi. Po co o tym piszę? Otóż James Gunn odwalił właśnie ten sam numer i jak na ironię premierę pierwszej produkcji określono mianem początku Nowego DCU.

Kiedy Gunn obejmował stery kinowo-serialowego uniwersum DC, również postawił na kompletny reset… a przynajmniej tak to wyglądało dopóki nie obejrzało się pierwszego sezonu Creature Commandos i nie poczytało, co jeszcze jest w planach. CC na dzień dobry zawiera odniesienia to The Suicide Squad, ale żeby nie było za łatwo w połapaniu się, TSS w tym uniwersum przebiegł ciut inaczej, przez co np. taki Weasel żyje. Wiadomo też, że mają powrócić Blue Beetle oraz Peacemaker. Tyle jeśli chodzi o uproszczenie na rzecz nowej widowni.

Założenia Creature Commandos są podobne do Suicide Squad, tylko jego członkowie są mniej ludzcy z wyglądu (stąd nazwa). W tym sezonie ekipa ma za zadanie chronić księżniczkę Pokolistanu przed siłami Circe. Oczywiście po misji wychodzi na jaw, iż sprawa ma drugie, a może i trzecie dno, na co trzeba zareagować za zgodą lub wbrew przełożonym.

Fabuła jest przyzwoita, rozwałka świetna, animacja robi wrażenie, aktorzy dają nie lada popis, zaś całość nie obraża widza, ani go nie poucza. Fani komiksów (a nawet i Arkhamverse) raczej nie dadzą się zaskoczyć zwrotami akcji, bo obecność jednej postaci w zasadzie sama mówi, co się stanie. Mimo wszystko to miłe, że autorzy starali się namieszać i zaangażować. Tu w zasadzie mógłbym skończyć tekst, gdyż CC to widowisko warte uwagi każdego miłośnika trykociarzy z DC.

Niestety, jest pewna bariera, o którą co wrażliwsze osoby mogą się rozbić. Jej pierwszym aspektem jest brutalność – ten serial nie oszczędza nikogo. Postacie są bite, poniżane, krew się leje, a fakt przynależności do tych dobrych niczego nie zmienia – jak ktoś ma umrzeć, to umrze. Drugim jest pesymizm zwiększający się z każdym kolejnym odcinkiem. Jeśli uważaliście, że Gunn sięgnął po mroczną tematykę w Guardians of the Galaxy vol. 3, to zapnijcie pasy, bo Creature Commandos zostawia Strażników w tyle. Wydarzenia z retrospekcji poszczególnych bohaterów bywają tak nieprzyjemne, że wręcz fundują oglądającemu depresję. Historia, która zaczyna się głupawo i jajcarsko niczym wspomniany wcześniej The Suicide Squad, szybko zmienia barwy na ciemniejsze i tak już zostaje. Myśleliście, że uniwersum Zacka Snydera było ponure? Przy niektórych wątkach z tego serialu jest wręcz hura-optymistyczne.

Kolejna rzecz, która mi trochę zgrzyta, nawiązuje do przeszłości członków CC. Otóż wbrew temu, co mówi Amanda Waller, te pokraki nie są z gruntu złe. Spośród wszystkich łotrów wybrano akurat tych, którzy byli w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie. Wszyscy bez wyjątku są ofiarami okoliczności. Nie ma tu ani jednej postaci, która walczy o odkupienie. Są tylko ci, którym los rozdał badziewne karty, a potem jeszcze dał w pysk i/lub wypruł flaki.

Niemniej jednak początek DCU podołał zadaniu i rozbudził moją ciekawość. Następny w kolejce jest Superman (2025). Póki co Creature Commandos dostają ode mnie 4+. Polecam każdemu, komu niestraszne są historie pomiatające własnymi bohaterami.

niedziela, 25 maja 2025

Like a Dragon: Yakuza – Season 1

Gdy zapowiadano ten serial, miałem mieszane uczucia. Z jednej strony lista japońskich nazwisk przy realizacji robiła wrażenie, z drugiej Yakuza nie miała szczęścia do adaptacji filmowej, zaś ta dobra, teatralna, jest mniej znana. Niestety, obawy były w większości uzasadnione.

Pomimo iż serial wyszedł niedawno (czyli ma do dyspozycji większość dorobku serii), kompletnie olał wydarzenia Yakuzy 0, czym na dzień dobry kompletnie rozpieprzył linię czasową. Chwilę potem poskakał po jej resztkach za pomocą tego, czym zajmowali się bohaterowie już na samym początku, a na koniec spalił pozostałości na wiór jedną rozmową. To wszystko w ciągu kilkunastu pierwszych minut pierwszego odcinka. Dalej było gorzej. Ja rozumiem, że serial ma także nazwę Ryû ga Gotoku ~Beyond the Game~, ale w moich oczach to nie usprawiedliwia kolosalnych zmian w fabule. Czego oczekiwać? Z gier trafiło tu trochę postaci, miejsca akcji, kilka relacji, kilka wydarzeń i kilka dat. Cała reszta? Fanficowa wyobraźnia autorów serialu.

Zacznę od wspomnianej rozmowy, bo to ona sprawiła, iż porzuciłem całą nadzieję. Kazuma, Nishiki, Yumi i Miho mają ochotę opuścić sierociniec i swojego nudnego opiekuna. W oryginale Kiryu i Nishikiyama byli tak zafascynowani przynależnością „ojca” do yakuzy, że sami się pchali w jej szeregi. Od zawsze mieli do niego szacunek i chcieli, by był z nich dumny. Tutaj? A idź pan w cholerę – mniej więcej taką mają postawę. Kiryu potem stara się odkręcić całą aferę już przed głową rodziny Dojima i zapewnia, że służyła ona wyłącznie zaprezentowaniu jego możliwości i chęci dołączenia do klanu Tojo, lecz nadal nie ma to nic wspólnego z Kazamą, bo o jego przynależności do organizacji dzieciaki nie wiedziały aż do momentu pojawienia się bandytów w sierocińcu.

Ramy czasowe kompletnie popaprano. Wg serialu bohaterowie byli wciąż w sierocińcu w roku 1995, podczas gdy Kiryu i spółka byli już dorośli pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy to miały miejsce wydarzenia z Yakuzy 0. Co więcej, Kiryu nigdy nie deklarował chęci zostania Smokiem Dojimy. Doszło do tego, bo nastukał Shibusawie, który chciał być za takiego uważany. Jedyne, co się czasowo zgadza, to osadzenie teraźniejszych wydarzeń w 2005, kiedy działa się większość akcji z Yakuzy/Yakuzy Kiwami. Z kolei bar Serena nie był frontem dla działalności przestępców. Ba, wierchuszka rodziny Dojima nawet nie wiedziała o jego istnieniu. Dopiero Nishikiyama spierdzielił neutralność tego miejsca. A Millennium Tower wygląda jak jakiś koszmarek stworzony przez Tima Burtona dla Clampa z Gremlins 2.

Zanim przejdę dalej, chciałbym zwrócić uwagę, iż mam za sobą już dwa akapity narzekań i wszystko na podstawie pierwszej połowy pierwszego odcinka. Wracając do tematu – postaciom pobocznym również rozwalono biografię oraz wizerunek. Np. taki Date wygląda tak ze 20 lat młodziej niż powinien. Zamiast zniszczonego przez życie i przemielonego przez system weterana policji dostajemy nie mogącego usiedzieć na tyłku przeciętniaka, który nie rzuca się z motyką na słońce tylko dlatego, że Kiryu mu nie przytaknął. Shibusawa cierpi na ten sam przypadek, co teatralny (swoją drogą dobór serialowego też jest od czapy) Shimano – zamiast smukłego cwaniaka, który stanowił wyzwanie dla Kiryu i zaplanował nie lada intrygę, mamy niskiego grubasa dokonującego prostackiego włamania do sejfu… Można by tak długo wymieniać. Majima, który ma wciąż oboje oczu w 1995 i jest go piekielnie mało nawet jak na drugi plan, Taiga, który NIE siedzi w więzieniu i zachowuje się wieśniacko. Zresztą Goro wcale nie wypada lepiej, ma może jedną scenę bliską grom. W pozostałych jest takim samym burakiem (nie czubkiem) co Saejima.

Na plus na pewno policzę aktorów wcielających się w role Kiryu i Nishikiyamy. Nie są może idealnym odzwierciedleniem swoich odpowiedników z pierwowzoru, ale ich manieryzmy oraz transformacja z głupich gnojków w członków yakuzy jest świetna. Ich spojrzenia spode łba pasują do natury widowiska i faktycznie mogłyby być tymi, którymi raczą nas bohaterowie z gier. Przy czym muszę podkreślić, że aktorzy teatralni (Eiji Takigawa jako Kiryu i Gaku Sano jako Nishiki) byli lepiej dobrani. Zwłaszcza Takigawa, który swoją posturą górował nad wszystkimi i z twarzy było mu bliżej do Kazumy.

Od strony wizualnej jest całkiem przyjemnie. Fikcyjna Japonia i wersja live-action Kamurocho przykuwają wzrok. Da się z nich wyłuskać odrobiny klimatu. Z muzyki… nie pamiętam nic. Podczas gdy z gier kojarzę piosenki z karaoke, utwory otwierające i pojedyncze z niektórych części (np. motyw przewodni Kuze).

Zawiodłem się na scenach akcji. Z jednej strony te zawarte w show potrafią zrobić wrażenie swoją efektownością i brutalnością. Z drugiej jest ich podejrzanie mało jak na tak napakowaną franczyzę. Do tego niektóre z nich (np. finałowe mordobicie między Kiryu i Nishikiyamą) nie wzbudziły we mnie żadnych emocji (podczas gdy to samo starcie w Yakuza Kiwami genialnie oddawało to, o jak osobistą stawkę się toczy).

Fabuła sama w sobie nie jest zła, jeśli nie zna się oryginału. Ot, ktoś kradnie sporą sumę (10 miliardów jenów), jest kilka frakcji, które chcą ją odzyskać, w przeciwnym razie dojdzie do rzezi. Intryga nie jest skomplikowana, co może stanowić plus dla osób oczekujących niezobowiązującej rozrywki i minus dla widzów, którzy szybko rozgryzą, co się stało i będą się nudzić.

Bez znajomości gier i z jako taką tolerancją na klimaty gangsterskie w realiach Japonii serialową Yakuzę da się obejrzeć, lecz może to być męczące. W tym wariancie daję: 3. Niestety, jeśli nastawiać się na adaptację, to jest tu tyle zmian, spłycania i nieznajomości materiału źródłowego, że szkoda czasu oraz nerwów. Zmarnowany potencjał, który oceniam na: 2.

niedziela, 13 kwietnia 2025

Chucky – Season 1

Cult of Chucky zostawił serię w ciekawym, ale trudnym fabularnie punkcie. Reboot ni cholery niczego nie ułatwił. W związku z tym do serialu podchodziłem z niemałymi obawami.

Sam początek też nie napawał optymizmem. Kojarzył się z naprawdę niskobudżetowymi slasherami wypchanymi stereotypami. Chucky trafia w ręce odludka, którego pasją jest tworzenie makabrycznych rzeźb z lalek. Czyli co, powtórka z Andy’ego Barclaya, ale jako że to nastolatek, to będzie bardziej podejrzany niż poprzedni protagonista? Wszystkie uprzedzenia poszły w cholerę pod koniec pierwszego odcinka. Chucky wrócił z przytupem!

Nie będę streszczał całego serialu, wystarczy, że powiem: Chucky zabija, o jego możliwościach dowiaduje się coraz więcej dzieciaków, kolejne trupy padają w wymyślny i krwawy sposób, pojawia się coraz więcej postaci z przeszłości psychola, a całość jest przerywana wspomnieniami z okresu sprzed pierwszego filmu. Rezultatem jest prawdziwa uczta dla fana laleczki. Chucky nie dość, że kontynuuje wszystkie filmy (co prawda do takiej trójki odnosi się tylko jednym, zdaniem (wzmianka o pobycie w szkole wojskowej), ale nie pomija żadnej), to jeszcze to robi w sposób charakterystyczny dla serii (coraz bardziej wymyślne moce voodoo, byle tylko siać chaos). Przy okazji odpowiadam na pytanie: Czy trzeba znać wszystkie poprzednie produkcje? Jeśli chce się czerpać 100% satysfakcji, to oprócz rebootu tak. Niby czasem trafią się urywki filmów, lecz te stanowią wyłącznie uzupełnienie historii. Bez kontekstu rzadko która cokolwiek wyjaśnia.

Muszę też wspomnieć o drugiej rzeczy, która mnie zaskoczyła. Autorzy oprócz robienia sobie krwawych heheszków, straszenia widza i wprowadzania coraz większego zamętu poruszają kilka dość istotnych problemów dotyczących młodzieży. Chucky nie stroni od dyskusji o samobójstwie, stanie zdrowia psychicznego, skutkach znęcania się. Szkoda tylko, że dokładnie ten aspekt zawiera kilka minusów. Pierwszym jest dość pobieżne potraktowanie każdego z problemów. Drugim jest trochę dziwna decyzja odnośnie głównego bohatera. Otóż jego największym sekretem nie jest osobliwe hobby, tylko to, że jest gejem. Gdyby to były lata osiemdziesiąte, jego obawy byłyby dużo bardziej zasadne. Współcześnie? No pewnie znalazłby się matoł, który by go za to gnębił, ale na pewno nie w stopniu, jaki sobie wyobraża bohater. Ostatecznie Chucky to nie doktorat na temat młodzieży i jej problemów. Oba minusy to raczej czepialstwo z mojej strony, gdyż na tyle, na ile uwzględniono te dywagacje, wypadają odpowiednio naturalnie w serialowej rzeczywistości. Zwłaszcza iż katalizatorem kilku z nich jest Chuck. Zamiast własnych natrętnych obaw, czy diabełka na ramieniu, wątpliwości i czarne myśli podsyca kurduplowaty morderca. Gdy jego słowa trafiają na podatny grunt, można się poczuć nieswojo.

Bardziej zasadnym argumentem przeciwko show jest jego nierówne tempo scen z antagonistami. Tak – liczba mnoga. Nie chodzi o lalkę, tylko te z Jennifer Tilly, Fioną Dourif oraz niektóre retrospekcje. No zwyczajnie dałoby się kilka z nich skrócić, bo widz już wie, czego oczekiwać, ale serialowi wcale się nie śpieszy, by to pokazać. I właśnie dlatego pierwszy sezon dokonań morderczej zabawki dostaje tylko: 5-.

niedziela, 12 stycznia 2025

Knuckles – Season 1

Serial zaczyna się zaraz po wydarzeniach z drugiego Sonica. Dlaczego Knuckles? Tails jest z natury tak grzeczny, że opowieść o jego przystosowaniu się do życia na Ziemi byłaby nudna. Z kolei Knuckles to wiecznie niespokojny wojownik kierujący się własnymi zasadami, w których nie ma miejsca na siedzenie na tyłku i oglądanie telewizji. Na jego szczęście powód, by nie trzymać się zasad pani Wachowskiej, trafia się od razu. Durny powód, ale powód. Dodatkowo za samym Echidną gania ekipa, która chce wykorzystać jego moc w sposób, jaki Robotnik planował w przypadku Sonica. Towarzyszy mu Wade Whipple – pierdołowaty zastępca Toma.

O ile pomysł zgłębienia losów Knucklesa wydaje się w porządku, o tyle realizacja pozostawia w cholerę do życzenia. Największą wadą obu filmów były wątki ludzkie. Chyba każdy trzymał kciuki, by było ich jak najmniej. Cóż, nie w tym serialu. Po drugim odcinku (z sześciu) naszego wkurzonego Echidny jest tak mało, że tytuł zahacza wręcz o tzw. false advertising.

Jakby tego było mało, cały serial kojarzy się z memem: Mamo, chcę X! Przecież mamy X w domu. Zamiast Jima Carreya w roli komediowo-pokracznej jest Cary Elwes (jeden z jego słabszych występów). Zamiast Robotnika jest Rory McCann (Ogar z Gry o tron). Nawet końcowy mech wygląda jak pochodzący ze złomowiska kuzyn robotów z Avatara i Matrix Revolutions. Scena „nauki” we śnie Wade’a to popłuczyny po Tenacious D: Pick of Destiny, a finał starcia Knucklesa i Buyera to niemal kalka pierwszego Sonica. I mógłbym tak długo, ale po co?

Wartości, które próbuje przekazać serial: przyjaźń, lojalność, poszukiwanie domu, pokonywanie słabości – wszystko niby jest i brzmi pięknie, lecz ginie w natłoku żenującego humoru, słabych dialogów i bez sensu rozwleczonej akcji. Można obejrzeć dla powracającego Idrisa Elby, ale na waszym miejscu przygotowałbym sobie jakieś sudoku lub coś do czytania na odcinki, które nawet tej prostej rzeczy nie zapewniają. Moja ocena: 3-.

niedziela, 19 maja 2024

Secret Invasion – Season 1

Miała to być seria poważniejsza od poprzednich. Przywracająca na dobre Nicka Fury, wypełniona szpiegowskim klimatem i paranoją, adaptująca istotne wydarzenie z komiksów. Sam nie wiem, dlaczego na tym etapie jeszcze się łudziłem.

Zacznijmy od tego, że komiksowi Skrullowie to skurwysyny. Natomiast MCU popełniło błąd wprowadzając frakcje, których zadaniem jest wywołanie w widzu współczucia. Tak, mowa o wydarzeniach z Captain Marvel. Przez co ciężko nie odnieść wrażenia, że Secret Invasion to pretekst, by to wszystko przynajmniej częściowo odkręcić. Mamy więc frakcję Skrulli, którym znudziło się czekanie na dotrzymanie obietnicy i stworzenie nowego domu dla ich rasy na Ziemi. Postanowili, że sami sobie skolonizują naszą planetę, a nas wyrżną w pień. Sposób eliminacji (przynajmniej w założeniach) przypomina z grubsza to, co odwalił Skynet, ale jak tylko przystępują do jego realizacji, wszystko trafia szlag.

To niesamowite, że seria, która powinna trzymać w napięciu i opowiada o dość zamotanym konflikcie, usypia widza już w pierwszym odcinku. Przy drugim musiałem zrobić tygodniową przerwę, bo do nudy dołączyła piramidalna głupota. Uprzedzam, że od tej pory w tekście będą pojawiać się spoilery. Aby utrzymać zainteresowanie, autorzy stosują tanie chwyty typu odstrzelenie Marii Hill w pierwszym odcinku, mieszanie różnych mocy w kolejnych, wsadzanie Skrulli, gdzie się da itd. To ostatnie powoduje wykastrowanie postaci Fury’ego, bo nagle dowiadujemy się, że niemal niczego z poprzednich filmów nie zrobił sam, niczego nie rozkminił i taki z niego szpieg, jak z koziej dupy trąba. Od samego początku jego karierą, awansami oraz operacjami kierowali Skrulle, bo był ich sojusznikiem. Zresztą sam Nick nie ma nawet połowy swojej poprzedniej charyzmy, gadanego, czy palety wyzwisk.

Rhodes okazuje się Skrullem, ale jego zachowanie jest tak nietypowe, że aż dziwne, iż nikt się nie połapał. Najbliżej był Falcon, lecz tylko w wyciętej z The Falcon and the Winter Soldier scenie. Ta sama scena klaruje również ramy czasowe, czyli od kiedy Rhodey nie jest sobą. Bez niej reżyser SI sugerował, iż James został porwany przed Civil War

Na seans składają się głównie szantaże, próby zamachów, przesłuchania, porwania, pościgi i egzekucje. Trafia się jedna duża strzelanina, jedna prowokacja pokroju tej z X-Men: First Class i kilka demonstracji działania koktajlu z mocy różnych postaci (Hulk, Captain Marvel, Groot, Drax etc.). Z całego repertuaru tylko ta strzelanina robi przyzwoite wrażenie, choć psuje je właśnie brak reakcji na zachowanie Rhodesa.

Jest jedna postać, do której nie mogę się czepić. Grana przez Olivię Colman Sonya Falsworth. Sonya jest tym, czym kiedyś był Fury. Tylko Nick był cyniczny, zaś Sonya wiecznie uśmiechnięta i złośliwa. Każda scena z jej udziałem sprawiała mi frajdę. Niezależnie od tego, czy pani Falsworth kogoś torturowała, omawiała strategię, czy po prostu gadała na jakikolwiek temat.

Z punktu widzenia MCU Secret Invasion robi dosłownie JEDNĄ rzecz, która ma jakikolwiek wpływ. Od teraz ludzie potrafią identyfikować Skrulli i otwarcie na nich polują. Cała reszta? Fury wraca w kosmos, Rhodes na swoje stanowisko, większość Skrulli z Ziemi nie żyje… a nie, chwila, mamy jeszcze napakowaną mocami Emilię Clarke. Niestety, ani gra pani Colman, ani te… „zmiany” nie są wystarczającymi powodami, by męczyć się z Secret Invasion. No chyba że cierpicie na bezsenność, wtedy jeden-dwa odcinki będą, jak znalazł. Moja ocena: 2.

niedziela, 5 maja 2024

Fallout (2024) – Season 1

Nigdy nie byłem jakimś ogromnym fanem Fallouta. Ba, za pierwszym razem odbiłem się od tej gry i nie miałem ochoty do niej wracać. Nie pomogła też nasiadówka po jednej sesji RPG, w trakcie której dwoje znajomych przez półtorej godziny (albo i dłużej) przerzucało się wspomnieniami z gry, a ja nudziłem się jak mops. Kilka lat później zrobiłem drugie podejście i wsiąkłem. W rezultacie na przestrzeni lat skończyłem Fallouta, Fallouta 2 oraz Fallouta 3. Próbowałem Brotherhood of Steel i New Vegas, ale te przegrywały z czymś innym w danym momencie. Kiedyś postaram się do nich wrócić. Fallouta 4 widziałem tylko na gameplayach.

Zapowiedź serialu nie napawała mnie optymizmem. W dobie adaptacji zawierających ogromne i bardzo często głupie zmiany względem oryginału, z których wiele powstało dla Amazona, obawy były uzasadnione. Zwłaszcza, że podobnie jak w przypadku filmowych Dungeons & Dragons tak i tu reżyser twierdził, iż serial nie jest dla fanów. W związku z tym do seansu siadałem z negatywnym nastawieniem.

Pierwszy odcinek potwierdził kilka obaw, ale pokazał też, że ma sporo do zaoferowania. To wystarczyło, bym połknął haczyk i siedział przyklejony do ekranu, aż obejrzałem całość. Serialowy Fallout opowiada o losach trzech postaci: mieszkanki krypty, rekruta Bractwa Stali oraz Ghoula, który przed wojną był aktorem, a teraz jest łowcą nagród. Wszyscy mają wspólny cel, lecz jego realizacja służy każdemu z nich do osiągnięcia czego innego.

Z tym twierdzeniem reżysera to połowicznie prawda. Fani znający gry na wylot, ze wskazaniem np. na fabułę New Vegas, linię czasu, wydarzenia dotyczące Bractwa, czy nawet sam powód wybuchu wojny, będą co chwila łapać się za głowę, bo wiele szczegółów nie trzyma się kupy. Jest taka teoria spiskowa, iż Todd Howard (producent w Bethesdzie sprawujący pieczę nad seriami Fallout i The Elder Scrolls) ma kompleks na punkcie tych odsłon serii, których Bethesda nie zrobiła. Oznacza to dosłownie wszystkie oprócz trójki, czwórki i 76. Właśnie to miałby być powód do nieścisłości i niejakiego dowalania pozostałym grom. Z drugiej strony po premierze serialu twierdził, iż drugi sezon wygładzi wszystkie te niezgodności. Niestety, nawet jeśli to zrobi, pozostaje kilka bzdur, które po prostu przeczą logice świata. Wspomnę o jednej, ale za to takiej, której nie da się „odzobaczyć”. Przez nią będziecie podświadomie szukać podobnych motywów. Otóż w Bractwie jest postać o imieniu Dane. Dane jest grany przez osobę transpłciową. Sęk w tym, iż dialogi sugerują, że postać także jest transpłciowa. Po pierwsze: Bractwo nijak nie pozwoliłoby na obecność takiej osoby w swoich szeregach. Po drugie: biorąc pod uwagę świat postapokaliptyczny, tam nie ma zwyczajnie warunków na jakiekolwiek terapie, zabiegi, by coś takiego przeprowadzić.

W samo Bractwo wbiję jeszcze jedną szpilę. Jeden z głównych bohaterów, Maximus, jest przyzwoitej postury i generalnie gdyby chciał, mógłby solidnie dać w ryj. Mimo to pozostaje obiektem drwin i kpin chuderlaków, którzy złożyliby się dwukrotnie po jego ciosie. Niby pada argument, że takim ludziom udało się po prostu przegadać resztę, ale nadal podejrzane, że każdemu się udało. Chyba wszyscy olali Charyzmę przy tworzeniu postaci, skoro dali się namówić.

Jeśli jednak potraktować obecnie Fallouta jako alternatywną linię czasu i przymknąć oko na jego bzdurki, otrzymujemy krwawy, bezpardonowy, groteskowy i wyrazisty serial. Wbrew gadaniu reżysera tylko fani będą czerpać tyle radochy z widowiska, które w rewelacyjny sposób oddaje klimat tego świata. Fakt, kolorystycznie będzie się raczej kojarzył z Falloutem 4, ale poza tym ma odniesienia do licznych drobiazgów z poprzedników. Najlepsza jest integracja. Seria nie ogranicza się tylko do wymieniania znanych przedmiotów, broni lub miejsc. Zamiast tego są one naturalnie wplecione w to, co podziwiamy na ekranie. Gdy poznajemy Lucy, opowiada o sobie dokładnie tak, jakby czytała swoją kartę postaci. Charakterystyczna zmutowana fauna próbuje zrobić postaciom kuku. Interakcje oraz walka wraz ze swoimi efektami przypominają testy w turowych grach z marki (autentycznie dałoby się powiedzieć, kto i kiedy zawalił jakiś test albo kiedy wszedł krytyczny sukces), zaś przedmioty typu Stimpack leżą sobie w tle lub korzysta się z nich dokładnie w sytuacjach znanych z gier.

Przy charakteryzacji, kostiumach oraz miejscach odwalono kawał nieziemskiej roboty. Wszystko wręcz krzyczy: Fallout. Tego stylu nie da się pomylić z niczym innym. Nawet przemoc w pokrętny sposób oddaje groteskowość odpowiednika z gier. Jeśli ktoś pamięta swój pierwszy raz, gdy w komputerowym Falloucie strzał z broni wyrwał przeciwnikowi pół ciała, tutaj uśmiechnie się na widok równie krwawych zagrań.

Aktorom należą się brawa. Dzięki nim postacie dosłownie nabierają życia. Lucy zaczyna strasznie naiwna. Jej poglądy oraz cała wiedza boleśnie zderzają się z rzeczywistością oczekującą ją poza kryptą. Maximus niby pozostaje wierny Barctwu, ale jego ideały gdzieś tam zostają zweryfikowane. Ghoul ma chyba najbardziej przerąbane, bo nie dość że musiał poniżać się jako człowiek, to jako mutant jest na skraju zdziczenia. Jeśli Walton Goggins (o którym wspomniałem przy okazji Kruka 3) nie dostanie za tę rolę żadnej nagrody, będę naprawdę rozczarowany. W rolach drugoplanowych znajdziecie jeszcze kilka mniej lub bardziej znanych nazwisk, ale o tym lepiej przekonać się samemu.

Pierwszy odcinek potrafi odrzucić. Fani będą zgrzytać zębami, bo wiele rzeczy nie będzie zgadzać się z grami, z kolei widzowie nie znający gier mogą zniechęcić się z powodu dość osobliwej natury serialu. Jeśli jednak przetrwacie do drugiego, to niezależnie od tego, w której grupie jesteście, Fallout zaoferuje wam świetny klimat, bardzo dobre aktorstwo i intrygi sięgające dużo dalej niż losy głównych bohaterów. Fakt, znajdzie się tu sporo dziur fabularnych i braki w logice, ale po wyłączeniu myślenia dałem się wciągnąć i dobrze się bawiłem. Moja ocena: 4.

niedziela, 14 kwietnia 2024

The Crow: Stairway to Heaven – Season 1

Gdy Miasto Aniołów okazało się finansową porażką, postanowiono spróbować innego podejścia. Wrócono do historii Erica Dravena, produkcję przerzucono do Kanady i obniżono kategorię wiekową do PG-13. Rezultatem miał być serial przystępny dla większej liczby widzów. Brzmi znajomo? Tak, kłania się powtórka z serialowego RoboCopa.

Jako dzieciak, który na Polsacie dostał po prostu więcej Kruka, byłem zafascynowany serialem i kilkoma nowymi koncepcjami. Jako dorosły, który wrócił do Stairway to Heaven po latach, męczyłem się przez 2/3 seansu. Zacznę od pozytywów.

Po pierwsze: dzięki temu serialowi odkryłem Marka Dacascosa, świetnego ekranowego mordoklepę, którego rola w Only the Strong (wraz z Tekkenem 3) sprawiła, że ćwiczyłem Capoeirę przez kilka lat. Wspomniany film miał być trampoliną do szczytu sławy, ale niestety jego słaba promocja, która nałożyła się na okropną adaptację Double Dragon, przyczyniła się do wyhamowania kariery. Nadal był chwalony właśnie za Kruka oraz późniejsze Braterstwo wilków, ale nigdy nie osiągnął rozpoznawalności kalibru Chucka Norrisa lub Jean-Claude Van Damme’a, a szkoda.

Po drugie: w serii przewija się kilka pomysłów zarówno zaczerpniętych z komiksów, jak i całkiem autorskich. Do tych pierwszych należy obecność Skull Cowboya oraz żeńskiego Kruka. To ostatnie przypisuje się inspiracji serią The Crow: Flesh & Blood, ale jest to tak ogólnikowy pomysł, że nie wiadomo, ile w tym prawdy. Natomiast autorskim patentem jest przeciwieństwo Kruka: Wąż – zły człowiek zabity przez Kruka, wskrzeszony przez węża, z podobnym zestawem mocy. Motyw z odkupieniem win lub przywróceniem równowagi w otoczeniu również jest niczego sobie. Tylko tu popełniono jeden z najgłupszych błędów, jakim było owinięcie tego wszystkiego wokół historii Erica Dravena i Shelly Webster.

Oryginalny Kruk był jak celny cios w gębę. Zemsta miała być krótka, zwięzła i do sedna. Do tego równie okrutna, co los, jaki spotkał niedoszłych nowożeńców. Teraz wyobraźcie sobie ugrzecznienie tej historii, rozciągnięcie jej na 22 odcinki oraz wrzucenie schematu łotra tygodnia. Taki opis nawet w połowie nie odda stopnia rozwodnienia filmu. Eric i Shelly byli przedstawieni jako dobrzy ludzie. Pani Webster była nawet zaangażowana społecznie, bo to z jej inicjatywy powstała petycja sprzeciwiająca się eksmisji z budynku Top Dollara. W serialu ta sama para niby jest przedstawiana tak samo, ale potem z jakiegoś powodu zamiast wymierzać sprawiedliwość Eric musi naprawiać świat… Jasne, bez tego nie byłoby serialu, ale czy w takim razie nie lepiej stworzyć nowego i bardziej szemranego protagonistę? Nie musi to być od razu Earl Jasona Lee, ale cokolwiek usprawiedliwiającego taki pomysł. Na pewno nie był to Draven. Stąd też właśnie takie kwiatki jak Węże – straszak na głównego bohatera.

Działanie mocy Kruka też jest jakieś dziwne. „Tryb” mściciela odpala się, gdy Eric jest w podbramkowej sytuacji (z postrzeleniem włącznie). Na twarzy magicznie pojawia się makijaż, Dravenowi zmienia się osobowość i zaczyna tłuc złoli. Później wychodzi na jaw, iż krucze alter ego to dosłownie druga osoba. Jest nawet odcinek, w którym Eric jest podzielony na śmiertelnego siebie i nieśmiertelnego Kruka. Do tego więcej ludzi ma świadomość istnienia takiego powrotu zza grobu. Dowiadujemy się o całych frakcjach próbujących poznać moce lub przetransferować swoją duszę do ciała mściciela z myślą o wiecznym życiu.

Jeśli myśleliście, że ta warstwa zaczynała być dziwna, to przy następnej oplujecie się piciem. Odstawcie, co tam macie. Jako że przedział czasowy został rozwleczony, a właścicielem budynku nie jest już Top Dollar, Eric nawet w swej nieumarłej formie musi pamiętać o takich przyziemnych sprawach jak czynsz, praca. Musi też tłumaczyć się policji ze swojego powrotu. Ba, jest to tak problematyczne, że wręcz staje przed sądem oskarżony o zabójstwo Shelly!

Mark Dacascos jako Eric i Kruk dobrze się spisuje. Katie Stuart wypada przyzwoicie jako Sarah, a i Lynda Boyd w roli matki ma kilka niezłych scen. Z nowych postaci najbardziej w pamięć zapadają Christina Cox jako Jessica Capshaw oraz Bobbie Phillips jako Hannah Foster (żeński Kruk). Czasem można się uśmiechnąć, gdy wyłapie się jakiś występ gościnny (a trochę ich jest, ot, choćby Corey Feldman), ale to tyle. Cała reszta obsady, ze wskazaniem na pozostałe postacie znane z filmu, to aktorstwo niskich lotów, drewniane i nie pozostawiające złudzeń co do tego, z jakiej jakości show mamy do czynienia. Najbardziej „wykastrowani” zostali Top Dollar wraz z całą świtą (zredukowaną do trzech pomagierów).

Wisienką zwieńczającą ten eksperyment kulinarny jest urwanie serialu po pierwszym sezonie. Jeśli jakimś cudem zdołaliście zaangażować się na tyle, iż mielibyście ochotę na więcej – macie pecha. Pomimo ponoć niezłych recenzji i odpowiednio wysokiej oglądalności, prawa do serii zostały sprzedane, zaś jakiekolwiek plany na dalszy ciąg wyrzucono do kosza.

Czy w dzisiejszych czasach warto zawracać sobie głowę The Crow: Stairway to Heaven? Jeśli przez wszystkie 22 odcinki będzie notorycznie zmieniać w myślach imiona postaci, by nie przypominały wam filmu, nie przeszkadza wam rozwodniona atmosfera na rzecz niższej kategorii wiekowej oraz urwane zakończenie, a także akceptujecie serię z całym dobrodziejstwem taniego i kiczowatego inwentarza, możecie odpalić jakiś odcinek. Przy czym muszę podkreślić, że na samym początku Kruk trzyma się filmu i nie bardzo wie, co z tym fantem zrobić oprócz wspomnianego łotra tygodnia. Autorzy zaczynają mieszać w fabule gdzieś w okolicach 8 odcinka i po nim można się spodziewać ciekawszych rzeczy (polecam odcinki z Hannah). W tym wariancie podpartym odrobiną mojej nostalgii i kibicowaniem Dacascosowi Stairway to Heaven dostaje ode mnie: 3.

niedziela, 17 grudnia 2023

Scavengers Reign – Season 1

Jednym z moich ulubionych gatunków w papierowych grach RPG jest horror. W swojej kolekcji przeróżnych systemów mam kilka sztuk dedykowanych właśnie jemu. W tym gronie znajduje się Mothership – horror s-f, który swoją atmosferą i światem potrafi nawiązywać zarówno do Aliena, jak i Event Horizon. Normą jest tu buszowanie po wrakach statków kosmicznych, słabo płatne zlecenia oraz planety, na których wszystko próbuje gracza zabić i zjeść, niekoniecznie w tej kolejności. W grupie poświęconej Mothership ktoś polecił Scavengers Reign – opowieść o kosmicznych rozbitkach próbujących przeżyć właśnie na takiej planecie.

Pierwszą rzeczą wpadającą w oko jest bardzo prosta kreska. Nie jestem pewien, czy to tylko moje wrażenie, czy rzeczywisty zabieg, ale korzysta się z niej dwojako. Postacie mają stosunkowo mało szczegółów, czasami wręcz zero cieniowania. Ale już Vesta, na której wszystko ma miejsce, to istny skarbiec drobiazgów. Każdą nową istotę, roślinę i zakamarek dosłownie chłonie się, a następnie bez problemu wraca do losów bohaterów. Skakanie między jednym a drugim planem jest bardzo wygodne.

Pomimo wielokolorowej palety barw i zapierających dech w piersiach widoków planety, SR to nie Avatar i nie głupkowaty kosmos z Ricka & Morty’ego. Vesta jest odpowiednikiem Australii z memów: wszystko stara się zjeść bohaterów lub przynajmniej zrobić im kuku. Bardzo często jedno i drugie. Jakby tego było mało, autorzy również nie oszczędzają swoich postaci. Jeśli coś ma pójść źle – pójdzie. Na każdym kroku widz jesteś uświadamiany, w jak bardzo obcych i nieprzyjaznych warunkach muszą przetrwać protagoniści. Do tego każdy z nich ma swoje demony, które potrafią wyleźć w najmniej odpowiednim momencie. Mamy więc National Geographic, program o przetrwaniu i hardcore’ową sesję terapeutyczną w jednym. Warto też podkreślić, iż mimo prostej i przyjemnej dla oka formy, Scavengers Reign to pozycja dla dorosłych i to tych bardziej wytrzymałych. Twórcy nie stronią od pokazywania, jak coś kogoś rozrywa na strzępy,  wżera żywcem lub serwuje jakiegoś pasożyta, który od tej pory gnieździ się we wnętrznościach. Nawet roboty mają tu przerąbane. Przeciwwagą są dłuższe, spokojniejsze sceny bez ani jednego słowa skłaniające do refleksji i pozwalające odetchnąć.

Jeśli nie liczyć dość pesymistycznego wydźwięku, to SR zawiera jeden aspekt, który mnie irytował przez większość odcinków. Bohaterowie na pewnym etapie zyskują swego rodzaju antagonistę. Jest to wypadkowa kilku rzeczy typu lokalna fauna, siła natury i słabość człowieka. Sęk w tym, że ten twór dość szybko rośnie do niebotycznych rozmiarów i potem wlecze się przez resztę epizodów. Tak jak przez większość czasu nie ma co liczyć, iż cokolwiek lub ktokolwiek przetrwa dłużej, tak antagonista uparcie nie chciał się przekręcić, a ja autentycznie nie mogłem się doczekać, kiedy mu wreszcie ktoś spuści łomot. Koniec końców, finał tego wątku nie do końca dał mi satysfakcję.

Niemniej jednak Scavengers Reign to obecnie jeden z najlepszych i najbardziej pomysłowych seriali s-f. Fakt bycia animacją pozwala na przedstawienie wielu pomysłów, które w wersji live action mogłyby nie wypaść tak dobrze. Jeśli akurat jesteście na głodzie tego gatunku, nie ma co się zastanawiać, tylko oglądać. Moja ocena: 4+.

niedziela, 10 września 2023

The Terror – Season 1

Przyznam, iż moją motywację do zapoznania się z książką wzbudziła informacja o tym serialu. Skoro nie mogłem mieć Hyperiona, to chociaż coś innego z adaptacji prozy Simmonsa obejrzę. Wrażenia z książki znajdziecie w tym wpisie, a do tych z sezonu pierwszego zapraszam poniżej.

Jako że dokładne losy wyprawy Erebusa i Terroru nie są znane, Dan Simmons mógł uzupełnić braki po swojemu. Z podobnego założenia wyszli chyba autorzy serialu. Za punkt wyjściowy obrali powieść, ale na tym koniec. Lwia część widowiska przebiega zupełnie inaczej niż w książce. Relacje między postaciami są kompletnie różne (najbardziej widoczny przykład to Crozier i sir John). Zmieniono też składowe samych bohaterów, np. lady Cisza mówi, ba, dogaduje się po inuicku z Crozierem. Rola Magnusa sprowadza się ledwie do występu gościnnego, podczas gdy w książce Simmons wyraźnie dał do zrozumienia, iż bez niego Hickey nie miałby argumentu siły. Natura samej opowieści również jest inna. Podczas gdy książka to opowieść w dużej mierze historyczna z dopchniętym horrorem tu i tam, serial przez 2/3 całości kładzie nacisk właśnie na grozę. Obecność i zachowania Tuunbaqa są lepiej maskowane i faktycznie w pierwszej kolejności kojarzą się z niedźwiedziem polarnym. Potem gdzieś w środku autorzy przypominają sobie, że jest od groma wydarzeń bez udziału pokraki, ale aranżują je po swojemu, aby na koniec przywrócić potwora. Druga połowa odstaje od książki już tak bardzo, że twórcy chyba po prostu robili własną wersję włącznie z zakończeniem.

Najbardziej na tych zmianach ucierpiał wątek samego Tuunbaqa i szamanów. W książce są chyba ze dwa rozdziały poświęcone wyłącznie mitologii Inuitów. Co prawda odzierają stwora z tajemniczości, ale wiążą go z wydarzeniami i wybranymi postaciami. Tutaj nie dość, że nie wyjaśnia się prawie nic, to jeszcze przez wzgląd na zmiany względem literatury po zakończeniu wątku widz pozostaje z wrażeniem: To już? To tyle?

Jeśli jednak na moment założyć, że serialowy Terror nie jest adaptacją i zaakceptować jego horrorowe zapędy, to wychodzi całkiem dobry serial. Aktorzy są rewelacyjni w swoich rolach, upiorna muzyka przywodzi na myśl kompozycje Jarre’a lub Vangelisa, a osoby odpowiedzialne za kostiumy, rekwizyty, zdjęcia odwaliły taką robotę, że z ekranu wręcz wieje chłodem i na czas seansu aż się chce otulić kocem… albo pięcioma… I tak właśnie warto potraktować ten tytuł. Nie jako adaptację książki, tylko wariację na temat wydarzeń znanych z historii. W przeciwnym razie Terror powodowałby zbyt wiele frustracji. Przyznam też, że o ile serię ogląda się lepiej, niż czyta książkę, z tą drugą warto zapoznać się przed seansem choćby przez wzgląd na diametralnie inne zakończenie. Moja ocena: 4-.

niedziela, 16 lipca 2023

She-Hulk: Attorney at Law - Season 1

She-Hulk jest jedną z najbardziej lubianych żeńskich wersji znanych bohaterów. Komiksowi autorzy (nawet Dan Slott, za którym nie przepadam) potrafili nadać jej wyrazistą osobowość, podkreślić jej wdzięk i inteligencję, nie ubliżając przy tym Hulkowi lub facetom, z którymi wchodziła w interakcje. Autorki serialu wywaliły to wszystko do śmietnika, no bo przecież faceci nie będą im mówić, ja pisać żeńskie postacie… Patrząc na efekt końcowy to chyba powinni…

SH była zapowiadana jako połączenie trykociarstwa z dramą sądową. Po seansie mogę powiedzieć, iż ni cholery nie sprawdza się w żadnym z tych aspektów. Autorki nie tylko olały komiksowy pierwowzór, ale nie znają także MCU. Piramidalną bzdurę dostajemy już w trzeciej minucie pierwszego odcinka – Bruce skonstruował urządzenie/bransoletkę trzymające Hulka na smyczy… Pal licho, że kontrolował zielonego praktycznie po The Incredible Hulk. Kij z tym, że w Endgame osiągnął już formę profesora Hulka, która w zamyśle łączy najlepsze cechy obu wersji Bannera. I w ogóle to olejmy fakt, że taki gadżet przydałby się na początku filmu z Nortonem, a nie TERAZ.

Nie bez powodu napisałem we wstępie, iż komiksowa She-Hulk wybiła się bez poniżania któregokolwiek z facetów. Natomiast serialowa ma na tym punkcie ogromny kompleks. Niezależnie od tego, czy mówimy o ludzkiej formie, czy trykociarskiej – ona zawsze będzie tą lepszą. To ona wyciągnie Bruce’a z samochodu po wypadku (a nie on uratuje ją transfuzją), to ona pokona Daredevila, to ona cierpi katusze, jakich nie doznał nikt (bo np. faceci codziennie się na nią gapią). Pal licho, że sam Bruce miał przerąbane dzieciństwo, ścigało go wojsko, był w kosmosie, Hulk przejął go na dwa lata, a na koniec zebrał łomot od Thanosa. Nie, to Jennifer wie więcej o traumie, bo jest kobietą… JEDYNYM pozytywnym aspektem pani Walters jest chęć powrotu do poprzedniego życia, do kariery. Jest to najbardziej ludzki i najsensowniejszy odruch w jej wykonaniu – przywrócenie stabilności i rutyny.

Dalej jest już stereotypowo dla współczesnego Marvela: faceci to przeważnie seksistowscy idioci, kobiety to wiecznie pokrzywdzone istotki, które teraz się odkuwają przez bycie nieznośnymi, obleśnymi babsztylami, nakręcającymi się w kółku wzajemnej adoracji (asystentka Jennifer jest najlepszym przykładem klakiera, który bez sensu przytakuje, bo girl power!).  Jedyną osobą, którą uniknęła kompletnego zidiocenia, jest ojciec Jen. Natomiast tą rozegraną względnie ostrożnie, jest Matt Murdock, ale i w jego sytuacji znalazła się bezsensowna scena, gdy po upojnej nocy wraca z butami w ręce. Drogie panie, gwarantuję, że a) facet nie ma oporów z założeniem butów z powrotem – to nie obcasy, b) niezależnie od jego własnego performance’u gość po przespaniu się z She-Hulk nie zrobi z tego spaceru wstydu. Choć z jednym komentarzem Jen się zgodzę: musztarda i ketchup to słabe kolory dla bohatera pokroju DD. Innymi słowy – nie przepadam za oryginalnym, żółtym strojem, więc miałem chwilę radochy. Niestety, próba powtórzenia sceny w korytarzu z netflixowego Daredevila wypada tutaj biednie. Dosłownie jak w tym memie: "Mamo, ja chcę Daredevila! Mamy Daredevila w domu." No i to nie ten sam, ponury Matt. Tutaj często się szczerzy i dowcipkuje. Możnie nie na poziomie Parkera, ale jednak.

Jako prawniczka Jennifer niespecjalnie się sprawdza. Zresztą nie tylko ona. Koleżanka z pracy, którą zatrudnia, gdy zostaje pozwana o prawo do korzystania z nazwy She-Hulk, wraz z asystentką non-stop antagonizują klienta z szóstego odcinka, zamiast zachować swoje opinie dla siebie. Efektem końcowym jest uznanie wszystkich żądań strony przeciwnej przy aktywnej pomocy wspomnianych pań. Koleś mógłby w zasadzie nagrać całe „negocjacje”, pójść do normalnej firmy i pozwać tę od She-Hulk na grubą kasę za taki numer. Może rozprawy w Daredevilu nie były bardzo realistyczne, ale zrealizowane o kilka klas lepiej od tych tutaj.

Z kolei jako superbohaterka… przyznaję, ma swoje momenty. Scena walki, w której pomaga Wongowi pozbyć się potworów, jest ok jak na serialowe warunki. Jest jeszcze jeden aspekt na linii Jennifer-SH. Konflikt ich imidżu, zachowania, pewności siebie itd. To był całkiem przyzwoity materiał nadający się na terapię… którą trochę spłycono za pomocą mocno przerysowanej grupy pod wodzą… Abomination… pardon, Emila Blonskiego. Pomysł ok, tematyka niełatwa, realizacja banalna. Szkoda.

Niestety, nie licząc słabo animowanych poczwarek CGI, pozostali antagoniści są do chrzanu. Wieczne zafochana Titania, banda kretynów zazdrosnych o moce SH i rzekomo reprezentująca „fanów”, którzy nie lubią silnych żeńskich postaci, nawiązującą do youtuberów. Serio, jeśli ktoś kojarzy popkulturową scenę youtuberską, bez problemu rozpozna maskę podobną do kolesia odpowiedzialnego bodaj za największą liczbę przekazanych teorii spiskowych i przecieków z branży. Żenada. W ogóle zakończenie pluje w twarz nie tylko fanom i zwykłym widzom, lecz także Kevinowi Feige, którego autorki sprowadzają do roli niezbyt rozgarniętego AI. Twórczynie tak bardzo nie miały pomysłu, co zrobić z końcem, że Jennifer musiała wyjść z panelu Disney+ na ekranie, obgadać nowe zakończenie z „Kevinem”, naubliżać facetom z MCU, a po nic nie wyjaśniającym cięciu wrócić na mały ekran wprost do sceny aresztowania. Sezon kończymy rodzinnym obiadem, na którym z jakiegoś powodu jest także Matt Murdock oraz Hulk, który wrócił z kosmosu ze swoim… synem…

Autorki She-Hulk miały kilka niezłych pomysłów, które utonęły w natłoku bzdur i nieznajomości nie tylko komiksowego, czy filmowego uniwersum, ale także zwykłych codziennych sytuacji. Nie potrafią stworzyć groźnego antagonisty, nie potrafią napisać sądowej dramy, humoru wystarczyło im na jeden dowcip, a z tego co „Kevin” powiedział, budżet na CGI skończył się, zanim nakręcono wszystkie odcinki. Jeśli macie zapoznać się z przygodami Jennifer Walters, polecam wersję komiksową (choćby wspomnianego Dana Slotta), która nie musi umniejszać czyichkolwiek zasług, by dowieść swej wartości i jest przykładem, jak się pisze silne (dosłownie i w przenośni) kobiety. Tymczasem moja ocena serialu: 2+.

P.S. Jeśli mieliście w planach obejrzenie Rodziny Soprano, polecam to zrobić przed tym serialem, gdyż padają tu paskudne spoilery.

niedziela, 4 czerwca 2023

Obi-Wan Kenobi – Season 1

Gdy ogłoszono prace nad tym serialem, zapaliła się we mnie iskierka nadziei. Po wielu rozczarowaniach na dużym i małym ekranie miało pojawić się coś, czego fani oczekiwali od dawna – produkcji o Kenobim, której akcja ma miejsce między epizodami III i IV. Do tego ogłoszono powrót Ewana McGregora, a wisienką na torcie miała być obecność Haydena Christensena. Niestety, już pierwszy zwiastun ostudził moje oczekiwania, a potem było tylko gorzej.

Serial rozpoczyna montaż scen z epizodów I-III pokrótce streszczający wspólne dzieje Anakina i Obi-Wana. Potem mamy scenkę z ataku na świątynię Jedi na Corscuant pokazaną z innej perspektywy, po której przechodzimy do właściwej akcji.

OWK na każdym kroku pokazuje, że obecnym twórcom nie leżą faceci (zwłaszcza biali) jako postacie pierwszoplanowe i że w beczce z pomysłami widać dno. Pierwszy idiotyzm mamy na dzień dobry. Obi-Wan miał chronić Luke’a. Ostatecznie Leia trafiła do szlacheckiej rodziny, w której ochroniarzy było pod dostatkiem, ale nie, to byłoby zbyt logiczne i wymaga zbyt wielkiej gimnastyki umysłowej, by wymyślić coś dla Kenobiego na Tattooine. W związku z tym serwuje nam się porwanie księżniczki, wyciągnięcie Bena poza pustynną planetę i rzucanie nim od miejsca do miejsca. Tyle, jeśli chodzi o jego ukrywanie się.

Drugim wątkiem jest ekipa inkwizytorów polujących na Jedi. Trafiają na trop Obi-Wana i zaczyna się pościg. Wśród nich znajduje się Reva – Trzecia Siostra, dziewczyna ocalała z pogromu świątyni na Coruscant. Odnaleziona potem przez inkwizycję i wcielona w jej szeregi. Kompletnie nie pamięta tamtych wydarzeń, ale czasami ma przebłyski.

Po kolei. Obi-Wan odcinający się od Mocy, by nie zostać namierzonym. Jest to kopia pomysłu choćby z Jedi Outcast. Kyle Katarn po wydarzeniach z Mysteries of the Sith wyciął podobny numer. Obi-Wan jako szukający Lei – wiecznie wpada w tarapaty, z których ktoś go wciąga. Nawet jeśli dana scena zwiastuje, że poradzi sobie sam, zaraz okoliczności przybiorą taką skalę, z której solo już się nie wywinie. Rezultatem obu tych założeń jest brak wiary w siebie przez jakieś 90% widowiska i łomot zebrany od Vadera za pierwszym podejściem.

Bzdurne pomysły – zbyt dużo, by wymieniać. Ja rozumiem, że Star Wars nie są ostoją realizmu i logiki, ale przemycanie Lei pod oficerskim płaszczem Kenobiego zdecydowanie plasuje się w top 3 idiotyzmów całej franczyzy. Są też duperele, które niby mają działać, ale z perspektywy widza nie mają racji bytu. Reva dwukrotnie konfrontuje się z Owenem. Za pierwszym razem z przypadku, za drugim już umyślnie. Fajnie, że Owen i Beru potrafili się jakoś bronić (ma to sens zważywszy na bliskość Tuskenów), ale całe napięcie jest niwelowane przez fakt, iż ich los jest znany, więc to taka trochę strata czasu.

Pojedynki z Vaderem również są bez sensu. Tak – wizualnie, choreograficznie i klimaciarsko robią wrażenie, zwłaszcza uzupełnione o retrospekcje ze sparringów Skywalkera i Kenobiego. Jednak z punktu widzenia linii czasu nie powinny mieć miejsca. W końcu Vader opuszczał Bena jako uczeń, a spotykał go w Nowej nadziei jako mistrz. Podobnie sprawa ma się ze spotkaniem Obiego z Leią. Wiadomość z Ep. IV sugeruje, że Leia słyszała o Kenobim, ale nigdy go nie spotkała. Natomiast tutaj mieli nie lada przygodę i do tego małolata wie, że starzec jest Jedi.

W ogóle Leia zasługuje na osobny akapit i to niezbyt przychylny. Jest jedną z najbardziej przemądrzałych i chronionych przez „plot armor” dziewczynek w historii kinematografii. Wręcz zasłużyła na miejsce w obsadzie kolejnych Szybkich i wściekłych. Przykładem niech będzie jedna z jej pierwszych scen, w której ucieka najemnikom przez las. Ucieczka wygląda tak komicznie, że albo to ona jest tak genialna i zwinna, albo ci najemnicy to skończone jełopy (do tego zapominające o ogłuszaniu bronią). Aż dziwne, że to nie ona ratuje Kenobiego na zlecenie Luke'a.

To wszystko boli tym bardziej, że w inne aspekty włożono sporo roboty. Wizualnie ten serial jest bardziej spójny od Księgi Boby Fetta. Poszczególne miejsca i planety robią wrażenie. Zwłaszcza forteca Inquisitorius przyprawia o opad szczęki swoją ponurą i zawiesistą atmosferą. Postać Revy jest zbyt przekoloryzowana jak na tak dramatyczną historię pochodzenia. Relacje Obi-Wana i Owena finale otrzymują tylko moment uwagi, zaś cameo Liama Neesona pomimo iż przyjemne, nijak się ma do tych lat treningu, które Benowi sugerował Yoda.

Chciałbym wreszcie obejrzeć nowe Gwiezdne wojny bez pierdoletów współczesnego Hollywood, ale nie wiem, czy doczekam się. Obi-Wan pomimo wielu efekciarskich momentów jest owocem braku wiedzy i znajomości specyfiki uniwersum, a także ofiarą zapędów polityczno-społecznych obecnej ekipy. Moja ocena: 2.

niedziela, 2 kwietnia 2023

Ms. Marvel – Season 1

Na początek wyjaśnię jedną rzecz, żeby nie było wątpliwości. Ms. Marvel to dla mnie przede wszystkim Carol Danvers. Gdy zrobiono z niej Captain Marvel, a ona sama zyskała osobowość betonowego kloca i posturę babochłopa, przestałem zwracać uwagę (ta wersja Danvers to dla mnie jeden z powodów, dla których lektura Civil War 2 to droga przez mękę). Potem w roli Ms. Marvel obsadzono Kamalę Khan – dano jej zestaw zupełnie innych, idiotycznych mocy pochodzących od Inhumans, pakistańskie korzenie i muzułmańską wiarę. Rezultat? Sześć anulowanych solowych serii komiksowych (jeśli dobrze liczę i nie uwzględniając jednostrzałów) i korzystanie tylko w przypadku gościnnych występów lub jako części większej ekipy. Do tego osoby wyznające islam twierdzą, iż taka z Kamali muzułmanka, jak z koziej dupy trąba. Ale że dzisiaj w branży rozrywkowej mamy klimat, jaki mamy, panna Khan była idealną kandydatką do kolejnej fazy M-SHE-U.

Ostrzegam, iż nie będę unikał spoilerów. Najzabawniejszym aspektem adaptacji Ms. Marvel jest to, że niewiele w niej zostało z komiksowego pierwowzoru (bo zapewne był tak słaby i mało efekciarski). Fakt – od strony ludzkiej to pi razy oko ta sama postać, ale od strony superbohaterskiej już nie. Tutaj na dzień dobry Kamala ma swoje moce dzięki bransoletom, a efekt końcowy to w zasadzie wariacja na temat… Green Lantern. Ale, ale, to nie wszystko! W finale dowiadujemy się, że Ms. Marvel może korzystać ze swoich zabawek, bo jest mutantką (gdy pada ta informacja, słychać nawet fragment motywu muzycznego z animowanych X-Men z 1992). Tak, mutantką, nie Inhuman.

No ale kogo obchodzą takie pierdoły?! Jak sam serial? Czy wreszcie Marvel zrobił coś tylko dla nastolatków? Być może, bo montaż przyprawia o ból głowy, ujęcia zmieniają się, jakby autorzy mieli robaki w dupie. Nawet głupia rozmowa z pedagogiem szkolnym przeskakuje co parę sekund z jednej kamery na drugą, jakby nie mogła usiedzieć. Jeśli tym charakteryzuje się pokolenie TikToka, powinno poczuć się jak w domu. Zakładając, że nie przeszkodzą mu inne składowe widowiska, bo paradoksalnie pomimo częstych zmian ujęć w trywialnych sytuacjach, rozwój akcji jest powolny jak pijany ślimak pod górkę. Przy drugim odcinku zasypiałem średnio co 5 minut. Dopiero jego finał mnie rozbudził. Niestety, nie jest to największy problem widowiska. Całe jest naszpikowane większymi i mniejszymi idiotyzmami.

Kamala jako fanka Kapitan Marvel jest irytująca we własnym zakresie, ale to akurat norma – każdego jacyś fani będą denerwować. Kłopot w tym, że jej perspektywa przeinacza wagę wydarzeń. Wspominałem o tym przy okazji mojego wpisu o Endgame: Wykorzystanie Carol jako siły do osiągnięcia zwycięstwa jest sztuczne, bo gdyby jej nie wprowadzić w solowym filmie, równie dobrze można by zastąpić ją innymi postaciami, np. Stakarem i całym zastępem Ravagerów (a to tylko przykład pierwszy z brzegu, jest ich więcej, włącznie z bezsensownie pominiętym na tym etapie Adamem Warlockiem).

Narracja typu: fajnie mieć bohaterkę walczącą za nas – no bo oczywiście wszyscy inni bohaterowie najpierw patrzą na kolor skóry, a potem decydują kogo uratować. To taka sama egoistyczna bzdura, co w grze Spider-Man: Miles Morales, w którym mieszkańcy Harlemu czuli się bezpiecznie dopiero, gdy mieli „swojego” Pająka lub w Moon Knight, gdzie pada pytanie: Czy jesteś egipską superbohaterką? Co jest zabawne w tym aspekcie, to że mimo gimnastyki PRowej udaje się autorom zrobić z Ms. Marvel stereotypową muzułmankę-terrorystkę.

No właśnie konflikt na linii meczet-agencja rządowa. Ja rozumiem, że wyznawcy tej religii mieli pod górkę w USA niezależnie od tego, czy faktycznie byli powiązani z przestępcami. Jednak zakładanie, że każda agencja i zawsze ma za zadanie wyłącznie nękanie to już piramidalna bzdura. Służby bezpieczeństwa są tu dla odmiany dość kompetentne, ale autorzy dwoją się i troją, byle tylko pokazać je w złym świetle. Zachowanie Damage Control jest jak najbardziej zasadne i faktycznie z intencjami pomocy, ale jednocześnie zdają sobie sprawę, że to jak z przenoszeniem nitrogliceryny – ostrożnie, bo może rąbnąć. Zaś Kamran (poszukiwany enhanced) to dosłownie chodząca bomba (nie potrafi kontrolować swoich mocy) i w najgorszym momencie mógłby zmieść z powierzchni ziemi całą świątynię – musimy go ukryć, bo go federalni szukają! I stąd też moje stwierdzenie, że poprzez pomaganie takiemu człowiekowi Kamala de facto sama stała się przestępczynią.

Czy jest coś, na co warto zwrócić uwagę? Kilka drobiazgów. Po pierwsze historia rodziny Kamali jest ciekawa i przypada na równie interesujący moment w historii: oddzielenie się Pakistanu od Indii. Tylko tradycyjnie to, o czym można by nakręcić ciekawy serial, potraktowano zdawkowo. Po drugie sama Kamala jest chyba bliżej wyobrażenia o nastolatkach niż to, co serwują filmy o Spider-Manie z Tomem Hollandem. Po trzecie Ms. Marvel uczy się swoich mocy. Nie zyskuje wiedzy o sztukach walki w trybie natychmiastowym, popełnia błędy i ma wątpliwości. Jest najbardziej ludzka ze wszystkich seriali z czwartej fazy. Zabawnym drobiazgiem jest to, w jaki sposób otrzymuje swój kostium. W tytułach o trykociarzach (ze wskazaniem na Arrowverse) bohaterowie zawsze dostają nowe zabawki w wypasionych walizkach, skrzynkach i innych fikuśnych pojemnikach. Tutaj matka daje jej wdzianko w kartonie po toffi. Ja wiem – pierdoła, ale wydało mi się to tak urocze i normalne, że musiałem wspomnieć.

Ms. Marvel nie jest przesadnie złym serialem, ale ciężko nie odnieść wrażenia, że poprzez powielanie stereotypów (przypadkowe lub nie) autorzy zaniżyli jego potencjał. Jeśli macie odporność na bzdurki charakterystyczne zarówno dla produkcji o trykociarzach, jak i nastolatkach, możecie rozważyć seans. Niestety, niczego zaskakującego ani świeżego nie doświadczycie. Moja ocena: 3-.

niedziela, 29 stycznia 2023

Peacemaker – Season 1

Kilka miesięcy po wydarzeniach z The Suicide Squad Peacemaker dochodzi do siebie. Pomimo tego, że powinien wracać do więzienia, kontaktuje się z nim kolejna komórka rządowa z misją. Jednak żeby nie było za łatwo, Amanda Waller wcale o nim nie zapomniała, a jako że jego poprzednie zadanie dobiegło końca, wtyczka pani Waller ma zielone światło na udupienie Chrisa w dogodnej chwili.

Co prawda serial był już zwiastowany w napisach filmu, ale sam Peacemaker nie wydawał się postacią, wokół której dałoby się rozkręcić coś ciekawego (i to pomijając zgodność z komiksami). Naprawdę mocno się zdziwiłem, gdy pierwsze recenzje okazały się pochlebne. Nawet znajomi, którzy nie śledzą każdej możliwej produkcji o trykociarzach, polecali mi ten tytuł.

Każda warstwa serialu zawiera sporo zaskakująco dobrych pomysłów, ale jednocześnie z jakiegoś powodu wszędzie wciśnięto przynajmniej jeden idiotyzm. Wbrew oczekiwaniom najsilniejszą stroną serialu są jego postacie z Peacemakerem na czele. Facetowi dorobiono kompleksowe tło, demona przeszłości w postaci ojca (w tej roli jak zwykle świetny Robert Patrick) i pomocnika w postaci… Bielika amerykańskiego… I z nich dwóch to ten drugi ma więcej oleju we łbie. Zespół Chrisa na początku zapowiada się stereotypowo: czarna babka lesbijka pieprząca o białym przywileju; biała babka mogąca robić karierę modelki, ale gardząca całą atencją wynikającą z tego, jak bardzo jest atrakcyjna; gruby nerd i cichociemny szef. Ta pierwsza faktycznie raz na jakiś czas walnie takie zdanie oderwane od rzeczywistości, ale… to jej jedyna wada. Chris często wyprowadza ją z błędu, a między nimi rodzi się prawdziwa przyjaźń. Sama dziewczyna nie jest złą i fanatyczną osobą. Podjęła się tego zadania, bo jej sytuacja finansowa była do chrzanu. Blondynka z kolei nie jest tylko nieprzyjemnym babskiem z zasady, gruboskórność wynika ze strachu przed zaangażowaniem się w coś poważniejszego. Pozostali również mają więcej do zaoferowania. Może oprócz postaci Roberta Patricka. Do niej można podejść dwojako – autorzy nie przyłożyli się lub w przeciwieństwie do wielu współczesnych produkcji mieli jaja, żeby po prostu pokazać kogoś, kto jest zwyczajnie zły, a nie niezrozumiany. Ja jestem w tym drugim obozie. W podobnej sytuacji jest Vigilante, którego nikt nie usprawiedliwia. Pomimo tego, że gra w dobrej drużynie, jest zwyczajnie szurnięty. Tak naprawdę do postaci mogą najbardziej zniechęcić ich własne relacje. Zanim w ogóle się jakieś wytworzą, wszyscy sobie dogryzają, czasami kompletnie bez powodu, co potrafi zmęczyć w pierwszej połowie sezonu.

Fabuła to drugi istotny element. Podobnie jak TSS, tak i Peacemaker idzie w kierunku jazdy bez trzymanki porównywalnej z tą z Doom Patrol, aczkolwiek jeszcze nie do końca tego kalibru. Czasami tempo bez sensu spowalnia, a głównym winowajcą jest humor. Nie oczekuję komedii na miarę Monty Pythona, Peacemaker stoi wulgarnym, chamskim, bezczelnym i prostackim dowcipem. Co samo w sobie nie jest złe, tylko czasami nie wie, kiedy się zamknąć. Przez to seans jest naszpikowany momentami, w których walnięto o jeden kawał za dużo, pointa jest niewypałem lub z danego tematu próbuje się kpić do zarzygania. Numerem jeden tego ostatniego jest powtarzanie w kółko, że Aquaman bzyka ryby. Za pierwszym razem to bawi, za drugim niespecjalnie, za trzecim zapytałem „Znowu?”, za czwartym już miałem dość. No ale co poradzić, w modzie jest teraz gnojenie weteranów gatunku, a w serialu dostaje się m.in. Aquamanowi, Batmanowi, Supermanowi. Generalnie całość sprawia wrażenie, jakby autorzy chcieli ponabijać się ze wszystkich, zwłaszcza współcześnie panujących trendów, ale na każdym kroku ktoś pilnował, żeby sobie nie pozwalali za dużo i wbijali obowiązkowo szpilę także w drugą stronę.

Natomiast muzyka wymiata. Tu nie mam się do czego przyczepić. Ta warstwa nie podejdzie tylko osobom, które nie lubią glam metalu oraz hard rocka – dwóch gatunków dominujących na ścieżce dźwiękowej. Już sama wejściówka głośno i wyraźnie krzyczy, z jakim klimatem show będziemy mieć do czynienia. Potem jest już tylko głośniej, krzykliwiej, krwawiej i wulgarniej.

Gdyby nie męczący miejscami humor oraz usilne próby upchania opowieści w ramy współczesnych trendów, poleciłbym ten serial w ciemno. Niestety, największym problemem Peacemakera nie jest jego wulgarność, lecz pilnowanie, by widz minimalnie, ale jednak pamiętał o rzeczywistości, zamiast oderwał się od niej w całości. Moja ocena: 4-.

niedziela, 18 grudnia 2022

Cyberpunk: Edgerunners – Season 1

Nie zawsze lubiłem się z grami i uniwersum stworzonym przez Mike’a Pondsmitha. Tak naprawdę trzecią szansę postanowiłem dać w momencie, gdy premiera Cyberpunka 2077 zbliżała się wielkimi krokami, a na rynku pojawiła się nowa odsłona papierowego RPGa: Cyberpunk Red, którego akcja ma miejsce w 2045 roku, gdy Night City wygląda inaczej. Od gry komputerowej nie odbiłem się, ale jakoś mnie nie wciągnęła przy pierwszym podejściu. Drugą szansę dostała przy okazji premiery Edgerunners i dopiero wtedy wsiąkłem. Po wtopieniu kilkudziesięciu godzin postanowiłem posłuchać rekomendacji znajomych i odpalić wreszcie serial.

Edgerunners opowiadają historię Davida Martineza – nastolatka, który chciałby być tytułowym edgerunnerem – najemnikiem wyjętym spod prawa, cyberpunkiem i osobą żyjącą na krawędzi, stosującą ekstremalne rozwiązania, by osiągnąć swój cel, a jednocześnie będącą o krok od tego, by to wszystko stracić. Jego matka z kolei chce dla niego lepszego życia. Dlatego pracuje, ile wlezie, byle tylko David mógł uczęszczać do akademii Arasaki (jedna z największych korporacji ochroniarsko-militarnych), choć on sam ni cholery nie potrafi się wpasować. Wszystko zmienia się, gdy wspomniana matka ginie w przypadkowej strzelaninie.

Cyberpunk jako gatunek to z założenia dystopia wypełniona pesymistycznymi, ale zmuszającymi do przemyśleń (lecz nie tylko) opowieściami. Nie inaczej jest z Edgerunners, co jednocześnie czyni z serialu pozycję nieprzystępną dla części widzów. Znajdzie się tu miejsce na dynamiczną akcję, specyficzny humor i chwile uniesień, ale pomimo krzykliwie kolorowej oprawy im dalej w sezon, tym cięższa i mroczniejsza atmosfera. Tytuł nie pozostawia złudzeń. Każda postać może zostać odstrzelona w najmniej spodziewanym momencie, a ze spirali coraz gorszych decyzji wyrywa się przy dobrych wiatrach co dziesiąta osoba. Jeśli ktoś nastawia się na szczęśliwe zakończenie, Edgerunners przemielą go tak, że jeszcze długo po seansie będzie gapił się w ekran i zastanawiał się, co właśnie obejrzał.

Skoro jesteśmy przy dostępności, serial robi jeszcze jedną rzecz, która może odstraszyć potencjalnego zainteresowanego, nie będącego fanem uniwersum/twórczości Mike’a Pondsmitha. Otóż Edgerunners czerpią z niego pełnymi garściami. Tyczy się to absolutnie wszystkiego: przedstawionego świata, slangu, terminologii, marek broni i sprzętu, nazw korporacji i odniesień do wydarzeń/postaci z lore RPGa. Nie chodzi o sam fakt korzystania z tego zabiegu, bo to się akurat chwali. Chodzi o to, że podobnie jak Neuromancer Gibsona nic z tego nie wyjaśnia. Jeśli ktoś nie siedzi w temacie, musi wnioskować z kontekstu lub dodatkowo sobie poczytać. Naturalnie fani będą na tym ucztować, a jeśli jeszcze lubią komputerowego Cyberpunka 2077, będą mogli wyłapywać dodatkowe smaczki. Przykładowo wszystkie elementy interfejsu pokazane w anime (w tym video rozmowa, mapa miasta, widoki kamer, ekran hakowania) są przeniesione z gry w stosunku 1:1.

Zrobienie z Edgerunners anime pociąga za sobą całe morze osobnych konsekwencji. Zarówno papierowy RPG, jak i CP2077 pozwalają na odstawianie takich akcji, których nie powstydziliby się autorzy Matrixa. Anime podkręca tę efekciarskość do kwadratu i nie zamierza za to przepraszać. Dotyczy to także bohaterów, których ekspresyjność bywa przesadna, a niektóre zachowania kompletnie od czapy. No ale cóż, widziały gały, co brały. Jednak nawet w tej konwencji większość oglądających powinna móc znaleźć ulubioną postać i jej kibicować. Żeby nie być gołosłownym – widownia obdarzyła tę plejadę takim uczuciem, że po pierwszych seansach na Youtube drastycznie wzrosła liczba filmów z CP2077, w których gracze prześcigają się w kreatywności w konfrontacji z Adamem Smasherem.

Postacie byłyby tylko animowanymi potworkami, gdyby nie aktorzy podkładający im głosy. Sprawdziłem trzy wersje językowe: japońską, angielską i, o zgrozo, polską. Każda brzmiała świetnie. Moją preferowaną była japońska, ale nie żałuję czasu spędzonego z pozostałymi. Zwłaszcza, że polskie tłumaczenie zawiera zaiste kreatywne bluzgi oraz potrafi wrzucić zdanie, które nijak nie przekłada się z oryginału, ale i tak pasuje do sytuacji („Hahaha! They’re bulletproof!” to u nas „Ochujałaś?! Nie strzelaj w domu!). Muzyka również robi swoje – doskonale podkreśla wydźwięk poszczególnych scen, a niektóre z piosenek po ponownym usłyszeniu w grze zabrzmią inaczej. Nie jestem fanem Dawida Podsiadło, ale nawet ja nie byłem w stanie przewinąć jego utworu. Za dobrze wykonana robota.

Cyberpunk: Edgerunners to świetna seria. Każda jej warstwa została zrealizowana z ogromną pieczołowitością. Potrafi bardzo fajnie rozszerzyć zarówno uniwersum papierowego RPGa, jak i gry komputerowej, a jedyne jej wady wynikają wyłącznie z obranej formy oraz gatunku. Oczywiście zakładając, że komuś nie po drodze z tymi ostatnimi. Mimo to uważam, iż warto dać szansę Edgerunnerom. Od niepozornego początku, przez wciągające rozwinięcie, po ściskający za serducho finał. Moja ocena: 5-.

niedziela, 4 grudnia 2022

The Terminal List – Season 1

O serialu dowiedziałem się całkiem przypadkiem. Od razu też zaznaczę, że nie czytałem książki o tym samym tytule, autorstwa Jacka Carra. Słowa klucze, które zachęciły mnie do seansu to: dramat wojskowy, spisek i żołnierz próbujący dociec, o co biega, grany przez Chrisa Pratta. Pomyślałem, że jeśli to będzie przynajmniej w połowie tak dobre, jak Reacher, to nie będzie zmarnowany czas. Chcecie krótką wersję? Zbinge’owałem ten serial na 2 posiedzenia.

Pratt wciela się w Jamesa Reece’a, komandosa Navy Seals, który jako jeden z dwóch członków oddziału przeżył zasadzkę na misji. Po powrocie do USA zostaje poddany przesłuchaniu, w trakcie którego wychodzi, iż nie wszystko zgadza się z tym, co zapamiętał. Od tej pory wszystko zaczyna się komplikować.

Najłatwiej porównać The Terminal List do kombinacji The Fugitive, Shootera (z 2007, z Markiem Wahlbergiem) i paru innych motywów. Co odróżnia tę produkcję od wspomnianych filmów, to bezpardonowość. Autorzy nie oszczędzają nikogo, każdy może dostać kulkę. Z jednej strony ma to szokować, z drugiej wpisuje się w motywacje antagonistów. Twórcy doskonale balansują składowymi: od dramy rodzinnej, przez klimaty konspiracyjne, po zamachy i polowania na ludzi. Jeśli gdzieś ma być napięcie – jest. Jeśli gdzieś ma być opłakiwanie – jest.

Jeśli zaakceptujecie tę konwencję, czeka was nie lada rozrywka. Dlaczego piszę o akceptacji? Bo jakkolwiek efekciarska by nie była, zawiera sporo pomniejszych bzdur czy to z powodu ignorowania realizmu, czy to z braku logiki w paru miejscach. Przemęczyć trzeba się też przez fragmenty dwóch pierwszych odcinków, zanim akcja na dobre się rozkręci, a potem przynajmniej jeden moment  bliżej końca sprawi, iż znowu wszystko spowolni. Przy czym to nadal nie są największe problemy tego serialu. Dla mnie problemem było to, że zbyt szybko odsłonięto karty i na sam koniec zostawiono jeden, a i to przewidywalny zwrot akcji. Wspomniane spowolnienie w drugiej połowie również wydaje się być wciśnięte tylko po to, by ustawić kilka postaci, które w ostateczności nie odegrają wielkiej roli. Można to potraktować jako budowanie świata, lecz akurat ten konkretny zabieg wydawał się najbardziej sztuczny.

Największą niespodziankę sprawił mi sam Chris Pratt. Jako że kojarzyłem go przede wszystkim z ról komediowych i prostych filmów przygodowych pokroju Jurassic World, nie oczekiwałem nie wiadomo jakiego popisu, a tu niespodzianka. Okazuje się, że Chris potrafi całkiem przyzwoicie odegrać całą gamę sytuacji, od luzaka spędzającego czas z kumplami, przez PTSD, po żałobę po swoich „braciach w ramionach”. Generalnie dla niego samego warto obejrzeć całość, a dochodzi jeszcze spora grupa postaci pobocznych granych przez mniej lub bardziej znane osoby.

Gdyby Reachera potraktować jeszcze poważniej, mroczniej i starać się wycisnąć minimalnie więcej realizmu, otrzymalibyście właśnie The Terminal List. Na tle wszystkich durnych produkcji, które próbują moralizować widza kompletnymi bzdetami, fajnie jest obejrzeć serial stawiający na nie zawsze lekką, ale jednak rozrywkę. Skupiający się na opowiadaniu historii, angażowaniu akcją i aktorstwem, starających się, by oglądający się nie nudził. Moja ocena: 4+.

niedziela, 14 sierpnia 2022

The Book of Boba Fett – Season 1

Pamiętam, gdy za dzieciaka poznawałem coś ze Star Wars, czego akcja miała miejsce po Powrocie Jedi, byłem wielce zdziwiony obecnością Fetta. No jak to, przecież skończył jako karma dla Sarlacca. Już wtedy rzucano teorie, że udało mu się stamtąd wyrwać. Jak? Tego nie napisano. Jeśli kiedykolwiek byliście ciekawi tego konkretnego wydarzenia, to właśnie ono otwiera kolejny gwiezdno-wojenny serial: The Book of Boba Fett.

Seans podzielono na dwie przeplatające się części. Jedną z nich jest okres między Return of the Jedi, a The Mandalorian oraz w jego trakcie, zaś drugą to, co dzieje się po drugiej serii tego ostatniego. Od razu muszę zaznaczyć, iż ciężko mi znaleźć pozytywne aspekty w tej produkcji. Boba Fett jest tu strasznie pierdołowaty. Za grosz w nim bezwzględności i sprawności z poprzednich tytułów. Nadal jest pomysłowy, ale walką popisuje się dosłownie w ostatnim odcinku. W pozostałych sytuacjach zawsze dostaje łomot, po czym ktoś mu pomaga i w zależności od momentu w historii leczy się normalnie lub ląduje w pojemniku z bactą. Żeby nie było, że tylko ja narzekam. Nawet Temuera Morrison – aktor wcielający się w tę postać, uważa, że Boba za często się leczy i za dużo gada. Nijak to nie pasuje do wersji choćby z Empire Strikes Back lub do protoplasty – Jango Fetta.

Przedstawianie okresu między Sarlacciem, a końcówką drugiego sezonu Mandaloriana jest nudne. Naprawdę nie czułem potrzeby poznawania zwyczajów Tuskenów i dowiadywania się o jeszcze jednym okresie, w którym Fett nie umiał sobie poradzić sam. Nie miałem ochoty patrzeć na scenę ratowania Fennec. Po co? Byli we dwoje w Mandalorianie – znaczy, że się dogadali i pracują razem. Po grzyba pokazywać, jak to się zaczęło? Ciężko nie odnieść wrażenia, iż przez takie łopatologiczne uzupełnianie (bo nie jest to żadna epicka ani skomplikowana scena) luk autorzy traktują widza jak kretyna i zanudzają go na śmierć.

Zresztą nie tylko widza mają za idiotę. Ze wszystkich postaci widocznych na ekranie chyba tylko Fennec jest kompetentna. Wręcz ponad miarę, gdyż musi ratować wszystko i wszystkich. Serio – pozostali non-stop dostają wciry od złoli, są robieni w konia lub stawiają czoła ekipie z przewagą liczebną. Za każdym razem, gdy Fennec nie ratuje komuś skóry, bohaterowi w tarapatach zajmuje od groma czasu wylezienie z nich na własną rękę lub z pomocą kogoś równie udupionego.

Medal matoła sezonu należy się również Luke’owi Skywalkerowi. Nie dość, że próbuje musztrować dziecko w sposób, w jaki sam był szkolony jako dorosły, to na koniec daje mu ultimatum: Jedi lub Mando. No i oczywiście, że dziecko idzie w swoją stronę. Tym samym skutecznie niweluje sens przebiegu obu sezonów Mandaloriana. Nic dziwnego, że potem podejmował równie „trafne” decyzje, dzięki którym „narodził się” Kylo Ren.

Do tego dochodzą co najmniej dyskusyjne decyzje dotyczące projektów elementów świata. Niby wszystko pasuje, dopóki nie zobaczycie a) dużo lepiej niż zwykle ubranych Tuskenów, b) gangu Mods oraz c) nie usłyszycie, że jedna babka kręciła kiedyś z jakimś Jawem… A) Nie wiem, po co to zrobiono. Do poprzedniego wizerunku pasują, jak pięść do nosa. B) Ja rozumiem, że nawet w Ataku klonów była knajpa na Coruscant, która miała kojarzyć się z jadłodajniami z USA z lat 50, ale nawet ta pasowała wizualnie do otoczenia. Natomiast gang Mods ni cholery nie ma sensu. Raz, że cyborgizacje są tak toporne, że ręka Anakina z Episode II to cudo techniki, dwa – ich gwiezdno-wojenne Vespy są paskudne, trzy – wyglądają, jakby ktoś  wrzucił gang Neutrions z kreskówkowych Żółwi ninja i nie dał im nawet ciuchów, które pomogłyby przetrwać warunki panujące na Tatooine. C) Poddaję się..

W ogóle już sam tytuł to straszne nieporozumienie. Z 7 odcinków przez 4 faktycznie oglądamy Bobę. Piąty odcinek wygląda na zaginione przygody Mandaloriana, a kolejne dwa składają do kupy wszystkie wątki Mando, Boby i pierdyliarda innych postaci. Lepszym tytułem byłoby coś w stylu Tatooine Adventures/Chronicles, no cokolwiek obejmującego całą grupę zawadiaków.

Z pozytywnych aspektów wymienię ostatnią walkę między obydwoma frakcjami. Tatooine też ma stary klimat, dopóki na ekranie nie widać Tuskenów lub Mods. Jednak ciężko usprawiedliwić męczenie się przez 6 odcinków w nadziei na odrobinę radochy w finale. Boba nie jest już bezwzględnym łowcą nagród. Nagle wyrósł mu kręgosłup moralny. Kuzyni Jabby nie idą w jego ślady i można się z nimi dogadać. Nawet statek Fetta traci swoją nazwę Slave, bo przecież dzisiaj może kogoś urazić. The Book of Boba Fett to efekt zużycia wszystkich dobrych pomysłów na serię, w której nie mogli użyć Boby w pełnym wymiarze godzin (The Mandalorian). Tutaj trafiły ochłapy, które co chwila powodują pacnięcie się w czoło lub ziewanie na całą rozwartość gęby. Szkoda Fetta, szkoda Morrisona, szkoda zmarnowanego potencjału, szkoda czasu. Moja ocena: 2+.

niedziela, 26 czerwca 2022

Moon Knight – Season 1

Naprawdę mam dość tego, co Marvel wyczynia w czwartej fazie MCU. Ostatnio nie ma opowieści, w której główny bohater nie byłby gnojony na potęgę. Do niedawna paskudzili postacie, które przynajmniej zdołały zrobić coś heroicznego, ważnego, zanim zostały zastąpione żeńską lub etniczną kalką, albo kompletnie zbesztane. Moon Knight tego szczęścia nie ma. Od pierwszego odcinka dostaje po głowie.

Zacznijmy od tego, że tytułowego Moon Knighta obejrzycie może przez 5-10 minut… w całym sezonie. Jego wstawki są zbrodniczo krótkie. Uzupełniają je występy Mr Knighta, który w przeciwieństwie do komiksowego intelektualisty o umyśle ostrym jak brzytwa, tutaj jest straszną pierdołą przepraszającą za to, że musi komuś dać po gębie. W zasadzie jego pierwszy występ sprowadza się do tego, że non-stop nim rzucają. Nawet jeśli brać pod uwagę aspekt: bohater dopiero uczy się swoich nadnaturalnych zdolności, to potraktowano go nierówno. Dla porównania gdy Layla otrzymuje swoje moce (choć i bez nich jest tak uber zajebista, że ratuje Marca/Stevena przy każdej okazji), od razu wymiata i jeśli dostanie bęcki, to tylko dlatego, iż fabuła tak dyktuje, a nie z powodu braku wprawy.

Osobowości MK również są nierówno potraktowane. Marc jest najemnikiem i już coś tam potrafi jako awatar Khonshu, ale poświęca mu się mało czasu, bo zwyczajnie zakończyłby temat zbyt szybko. Zamiast tego większość seansu spędzamy z pierdołowatym Stevenem. Problem polega na tym, że oryginalny Steven był dokładnym przeciwieństwem serialowego. Steven Grant w materiale źródłowym to finansjer i bogacz, a nie słabo ogarnięty pracownik sklepu z pamiątkami w muzeum. Z punktu widzenia obecnej polityki Marvela jest to zbyt samodzielny i zaradny facet, by pozwolić mu hasać na ekranie. Ba, w drugiej połowie sezonu MK jest martwy przez bodaj 1,5 odcinka i o ile aspekt psychologiczny wypada wtedy nieźle, o tyle sam fakt, że bez pomocy z zewnątrz znowu nie podoła, tylko utwierdza w przekonaniu o odzieraniu z samodzielności.

Nie rozumiem też decyzji wrzucenia widza w środek akcji, zamiast pokazać pochodzenie Moon Knighta chronologicznie. Dałoby to wiarygodność w przypadku braku ogarnięcia mocy i nie trzeba byłoby blokować ich sztucznie poprzez niewprawną drugą osobowość. Ponadto sama fabuła jest pełna większych i mniejszych bzdur, które sztucznie wydłużają czas trwania lub powodują trzaśnięcie się dłonią w czoło. Np. w finale w środku walki, w której fruwają samochody, kule świszczą, a poszczególne postacie tłuką się, ile wlezie, jedna zabłąkana duszyczka, kompletnie niezestresowana otaczającą ją sytuacją, miała czas i stalowe nerwy, żeby zapytać Laylę, czy jest egipską superbohaterką. Serio nie było lepszego momentu?! Normalny człowiek spierdziela, ile sił w nogach, a nie zatrzymuje się na pogaduchy.

Kolejnym gwoździem do trumny (albo sarkofagu) są efekty specjalne. Ich jakość jest tak paskudna, iż nawet autorzy stosują je bardzo oszczędnie i zawsze nocą/w ciemnym otoczeniu. O ile normą są próby maskowania właśnie za pomocą tego ostatniego patentu, o tyle tutaj nawet to nie pomaga, bo wciąż widać, z jaką żenadą mamy do czynienia.

Współczuję Oscarowi Isaacowi. Zawsze, gdy próbuje wbić się w mainstreamową franczyzę, jego postać jest dymana bez mydła. Przykładami z ostatnich lat są X-Men: Apocalypse, Star Wars Disneya, a teraz także Moon Knight. A szkoda, bo on sam odwala tutaj kawał przyzwoitej roboty i np. jego kłótnie między osobowościami to rarytas pokroju tych odstawianych przez aktorów dubbingowych grających kilka postaci w tej samej scenie. Pozostali aktorzy również starają coś tam wycisnąć z danego materiału. No może Ethan Hawke wyszedł zbyt stonowany jak na łotra.

Z zalet na pewno wymienię walki (oprócz tej między Khonshu i Ammit) oraz elementy egipskiej mitologii tworzące świetny klimat. Duża w tym zasługa muzyki i przyzwoitych zdjęć. Dobrze też wypada kostium Moon Knighta w akcji. Tak, jako CGI jest nadal fatalny, ale już zastosowanie w różnych sytuacjach (jak choćby przybranie kształtu księżyca) bywa pomysłowe i praktyczne.

Chciałem polubić Moon Knighta. Był to bodaj jedyny serial z nowych Marveli, na który autentycznie czekałem. Zamiast tego dostałem słabe widowisko, pisane przez kogoś, kto nie rozumie materiału źródłowego lub ma go w poważaniu (a wraz z nim fanów). Nie mam pojęcia, do kogo jest kierowany taki potworek. Do mnie nie trafił. Moja ocena: 2.

niedziela, 29 maja 2022

Star Trek: The Animated Series

Przyznam się, że za pierwszym razem, gdy odbiłem się od TOSa, z tej serii sprawdziłem kilka odcinków i również sobie darowałem. Jednak teraz, gdy już oryginał zaliczyłem w całości, uparłem się, żeby zobaczyć wszystko i przekonać się, czy seria animowana jest czymś więcej niż źródłem memów.

Zawsze myślałem, że TAS to jeden sezon, a tu niespodzianka – Netflix pokazał dwa. Pierwszy ma 16 odcinków, drugi 6. Jako ciekawostkę dodam, iż animowana wersja jest traktowana przez wielu fanów jak kolejny sezon/dwa oryginału. Czy słusznie? Jak najbardziej. Powraca prawie cała oryginalna obsada (zabrakło Chekova), choć tym razem w wersji dubbingowej. Poszczególne odcinki zachowują epizodyczny charakter serii, a do tego część z nich to sequele historii opowiedzianych w pierwowzorze (np. More Tribbles, More Troubles kontynuujący The Trouble with Tribbles). Ponadto jeśli faktycznie tak to liczyć, to znane ze wstępu „These are the voyages of the starship Enterprise. Its five-year mission (…)” zostaje wypełnione, a rozdział się zamyka.

Natomiast ciężko powiedzieć, do kogo jest skierowany serial. Stworzenie serii animowanej sugeruje chęć trafienia do młodszego odbiorcy. Świadczy o tym także fakt, iż każdy odcinek trwa 24 minuty, przez co opowieści są bardziej dynamiczne (w sensie podawania informacji, nie prezentacji) i skondensowane. Dialogi są nieco wolniejsze, ale tak wyraźne, jak w programach edukacyjnych. Kolorystyka jest wykorzystana do granic możliwości, dzięki czemu obce planety, konstrukcje i istoty wydają się być bardziej naturalne dla tego świata niż w wersji live, gdzie np. różowe kostiumy waliły po oczach taniością i pstrokacizną. Pozwala to także na bardziej fantazyjne i abstrakcyjne kształty w konstrukcjach urządzeń i odwiedzanych miejsc, że nie wspomnę o wprowadzeniu licznych kosmitów (w tym dwóch do załogi Enterprise) o kształtach innych niż humanoidalne. Częste zmiany tła umożliwiają żonglerkę miejscami w obrębie pojedynczych odcinków bez potrzeby budowania planu i dekoracji. Ba, w trzecim odcinku drugiego sezonu pojawia się proto holodeck w postaci Rec Room.

Niemniej jednak to nadal Star Trek – wciąż jest tu sporo gadaniny, która młodego widza może zdezorientować lub zniechęcić. Animacji jest niewiele, a mimika twarzy wręcz nie istnieje. Cały serial sprawia przez to wrażenie statycznego. Na starszą widownię też to działa – fani ST docenią różnorodność, jaką oferuje animowane środowisko oraz tematykę charakterystyczną dla serii (w ramach przełamywania stereotypów: w jednym z odcinków sytuację ratuje oddział złożony z samych kobiet), ale jakość i wykonanie mogą odepchnąć także ich. No chyba że docelowa widownia z połowy lat siedemdziesiątych była mniej wymagająca.

Z ciekawostek muszę wymienić ładne przesunięcia kamery pokazujące wielkość i budowę mostka (w oryginale były to zawsze statyczne ujęcia, tu widać jak poszczególne stanowiska łączą się w całość). W jednym z odcinków potwór wydaje taki sam ryk jak Godzilla. Na koniec warto wspomnieć, iż za TAS odpowiada Filmation – studio, które wiele lat później wyprodukuje takie seriale jak He-Man oraz She-Ra. Zresztą pozostałości po projektach postaci oraz niektóre dźwięki z TAS są widoczne w powyższych tytułach.

Wrażeń z tej serii nie ma sensu rozbijać na poszczególne sezony. Raz, że drugi jest dużo krótszy. Dwa, że sumarycznie trwają mniej niż dowolny sezon TOS. Trzy – oba utrzymują ten sam poziom. Star Trek: The Animated Series ogląda się przyzwoicie i przy odrobinie wyrozumiałości można dać mu 4-. Osoby, które się na nią nie zdobędą, mogą potraktować go jako archaicznie zrealizowaną ciekawostkę. Jeden odcinek wystarczy, żeby przekonać się, czy warto kontynuować seans. W tym wariancie ocena to 3.