Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 4. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon 4. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 listopada 2025

Slasher: Flesh and Blood

Po trzecim sezonie dla odmiany czekałem na kolejny, ale ten nie nadchodził. Założyłem tylko, że Netflix anulował serię i tyle. Przy okazji szukania serialu w podobnym klimacie trafiłem na informację, że Slasher ma się dobrze i w międzyczasie powstał nie jeden, ale dwa sezony, tylko pod inną stacją. No w to mi graj! Pora nadrobić zaległości!

Flesh and Blood opowiada o porąbanej rodzinie bogaczy, Gallowayów, której głowa postanawia zorganizować na rodzinnej wyspie sadystyczną grę o spadek. Ten, kto dotrze do końca, odziedziczy w całości rodzinną fortunę. Członkowie rodziny ochoczo zabierają się do wbijania sobie noży w plecy, ale nie wiedzą jeszcze, że na wyspie mają także nieproszonego gościa.

Od razu przyznam, że uwielbiam, gdy miejsce akcji jest odcięte od świata. Niech to będzie górski hotel zimą, ośrodek w głębi lasu, czy właśnie wyspa – takie standardy, które po wczuciu się w sytuację (brak lub znikomy kontakt z cywilizacją, duży dystans do najbliższej miejscowości, warunki pogodowe uniemożliwiające podróż i ogólne poczucie izolacji) przyprawiają o ciarki.

Postacie to drugi mocny argument za seansem. Tak szurniętej ekipy dawno nie widziałem. Nawet najbardziej niepozorna osoba ma swoje za uszami. Cholera, pokuszę się o stwierdzenie, iż morderca jest najnormalniejszą osobą na wyspie choćby przez wzgląd na motywację. Tym samym ciężko tu kogokolwiek nazwać protagonistą.

Ciekawy jest sam przebieg fabuły. Oprócz animozji, o których członkowie rodziny wiedzieli, na jaw wychodzi drugie tyle ukrytych, dając pretekst, by pozabijali się bez udziału osób trzecich. Jeśli patrzeć od strony typowego slashera, morderca wcale nie ma tu tak dużo do roboty, lecz to nie oznacza, że nic się nie dzieje. Niezależnie od tego, kto jest w danej scenie oprawcą, jest bezlitośnie i krwawo. Gdybym miał to do czegoś porównać, wyszedłby dziwny miks Krzyku, Koszmaru minionego lata i Piły. Morderstw nie jest za wiele, bo i ekipa niezbyt liczna. Do tego ich efekciarstwo trochę stonowano w porównaniu do poprzedniego sezonu, ale spokojna głowa – nadal potrafią zrobić wrażenie z wykorzystaniem praktycznych efektów specjalnych. Jak mają być flaki, będą flaki z całą ich długością i wszystkim po drodze.

Muszę też pochwalić fabułę. Co prawda poszczególne wątki nie są jakieś wybitne, ale wciągnęły mnie na tyle, że przestałem analizować, kto może być mordercą i nawet dałem się zaskoczyć finałem (dawno mi się to nie zdarzyło). Jednocześnie jest to jedyny aspekt, do którego się przyczepię. W samym finale, gdy zostaje ledwie garstka postaci, tempo zaczyna zwalniać i seans się dłuży. Niewiele tego, ale da się odczuć.

Niemniej jednak Flesh and Blood dostarczył mi sporo slasherowej frajdy i polecam go każdemu fanowi gatunku. Moja ocena: 5-.

niedziela, 24 listopada 2024

Titans – Season 4

Ostatni występ Tytanów w tej iteracji serialowego DC. Z jednej strony mamy dojrzalszą wersję (dzięki wydarzeniom z sezonów numer dwa i trzy) bohaterów, z drugiej mamy powtórkę z rozrywki w postaci powracającego antagonisty, Trigona, który tym razem próbuje wedrzeć się do naszego świata za pomocą swojego kultu oraz Brata Blooda.

Nie będę się rozpisywał, bo nie bardzo jest o czym. Główny wątek niby spina całość, ale zdarzają się takie odskocznie (jak np. z miasteczkiem będącym w przeszłości), że człowiek w ogóle o nim zapomina. A nawet jak trafi się jakiś jego lepszy fragment, macie gwarancję, że szybko pojawi się kolejny, który was znuży. Przykład jest już w pierwszym odcinku: Titus Welliver jako Lex Luthor. Normalnie myślałem, że zniosę jajko z wrażenia. I pewnie by tak było, gdyby nie to, że jego rola ogranicza się do bardzo krótkiego czasu antenowego w pierwszym i jedynym odcinku z jego udziałem… Albo Jason Todd powracający jako Red Hood! Na parę minut i jedną sekwencję treningową w jednym odcinku… Albo Gar wpadający na swoją poprzednią (niekompletną) ekpię: Doom Patrol! Zgadnijcie, jak długo byli na ekranie… Podejrzewam, że wiele z tych numerów to takie ostatnie hura na koniec serialu. I o ile jestem w stanie zrozumieć choćby ten Doom Patrol, a nawet Todda, o tyle tak krótkiej obecności Titusa nie jestem w stanie przeboleć, zwłaszcza, że była promowana w zwiastunach. Do tego postać Connera jest związana nieodłącznie zarówno z Lexem, jak i Supermanem (na którego cameo nie ma co liczyć). Nie obchodzi mnie gejowski romans bardzo słabej wersji Tima Drake’a, Starfire i Raven zanudzały, zaś wątek Superboya zmieniającego się w kopię Lexa i z powrotem był strasznie toporny. Tylko Nightwing i Beast Boy dali radę.

Przez wzgląd na ogólnie pojęty okultyzm i naturę głównego złodupca autorzy starają się stworzyć mroczną atmosferę. Kudos za starania, lecz te kompletnie rozwala Joseph Morgan w roli Blooda. Przez jakieś ¾ sezonu jest płaczką nie do wytrzymania. Każda odrobina ciekawości i dreszczu znika, tempo opada, a widz przysypia. Nie żartuję z tym ostatnim. Z reguły mam sporą odporność na bzdety i nierówne tempo, lecz tutaj nawet ja nie dawałem rady. Przez co seans całego sezonu zamiast zająć mi z tydzień, wlókł się kilka miesięcy.

Jeśli starać się obejrzeć czwarty sezon pro forma lub choćby dla drobiazgów rozsianych tu i tam, to przy odpowiednio dużej wyrozumiałości i założeniu, że zwiastuny wzbudziły choćby najmniejsze zainteresowanie można dać 3-. Niestety, jeśli ktoś odpadł przy dowolnym z poprzednich sezonów, tutaj nie ma czego szukać. No chyba że lekarstwa na bezsenność. Wtedy polecam w 100%.

niedziela, 2 października 2022

Stranger Things 4

Tak jak większość znanych mi recenzentów i znajomych podnieca się czwartym sezonem Stranger Things, tak ja nie do końca rozumiem, skąd płyną te zachwyty. Owszem, to solidna produkcja, lecz jednocześnie wtórna.

Całą historię da się podzielić na 3 warstwy. Mamy wydarzenia w Hawkins, które zostaje zaatakowane przez nowego wroga. Mamy wątek ratowania Hoppera i mamy wątek Eleven, którą namierza znany z pierwszego sezonu Brenner pod pretekstem chęci przywrócenia jej mocy. Od tego miejsca będzie trochę spoilerów, ale nic poważniejszego, bo jeśli planujecie seans, byłoby dobrze, gdybyście sami odkryli niespodzianki tego sezonu.

Mam dwa duże problemy z tym sezonem. Pierwszym jest wspomniana wyżej wtórność, a drugim cały wątek Hoppera. Wtórność wiąże się z tym, że nowy złol jest w pewnym sensie kopią poprzedników (włącznie z tym, że trzeba wejść do Upside Down i mu nakopać). Autorzy próbują rozkręcić jego opowieść tak, by powiązać z wcześniejszymi wydarzeniami, zrobić z niego mózg całej operacji. Tylko to nie do końca się trzyma kupy. Jeśli zaczniemy drążyć temat, zostaniemy bez odpowiedzi. Dlaczego Upside Down jest zafiksowane na tym konkretnym punkcie czasowym? Bo wtedy rozpoczął się serial? Ok, w takim razie skąd antagonista wiedział, jak powinno wyglądać Hawkins? Nie było go wtedy w naszym świecie. Samo się odtworzyło? Jego powiązanie z Mind Flyerem również jest słabe. MF jako istota z innej rzeczywistości budził grozę, bo jego motywy mogły być niezrozumiałe, ale obecny koleś? Spłyca motywację o kilka poziomów.

Kolejnym aspektem wtórności jest kopiowanie znanych filmów. Można to nazwać inspiracją, ale z drugiej strony, jeśli siedzicie w temacie, nie będziecie zaskoczeni. Pochłanianie historii zamieni się w zgadywankę i wyliczankę. O, to widziałem w Koszmarze z ulicy Wiązów. O, tamto na bank wzięli z Milczenia owiec. Szkolny outsider spotykający potajemnie najpopularniejszą laskę i okazujący się być całkiem normalnym kolesiem? Co najmniej kilka tytułów przychodzi na myśl. I tak dalej, i tak dalej... Nie pomaga też nawiązanie do wydarzeń historycznych, bo jak tylko pojawia się wzmianka o tzw. „satanic panic”, która miała miejsce w USA w latach osiemdziesiątych, od razu wiadomo, kto będzie kozłem ofiarnym całego zajścia.

Druga rzecz – Hopper. Gdyby zginął w finale trzeciego sezonu, nie miałbym przeciwwskazań, ale skoro już wtedy sugerowano, że przeżyje, pozostawało czekać. Jego wątek jest niemal całkowicie oderwany od głównej opowieści i finalna synchronizacja z nią jest bodaj najbardziej naciąganym pomysłem w całej serii. Choć z drugiej strony, jeśli nie przeszkadza wam tajna baza Rosjan w pipidówie, jaką jest Hawkins, to i tutaj powinniście dać radę. Jednocześnie muszę podkreślić, że właśnie tu dochodzi do największych baboli. Zupełnie jakby autorzy tak szybko chcieli przelecieć przez te fragmenty, żeby tylko przedstawić całą resztę. Przykład? Hopper łamie sobie kostkę, żeby wyciągnąć nogę z kajdanów. To jeszcze brzmi rozsądnie, ale że chwilę potem biegnie ze swoją pełną prędkością na tej połamanej nodze? Normalnie cuda wianki…

Na szczęście całą resztę mogę pochwalić. Aktorsko jest bardzo dobrze zarówno po stronie weteranów, jak i całkowicie nowych postaci. I tak, jestem fanem Eddiego. Jedynym wyjątkiem jest Will, który snuje się od ujęcia do ujęcia, a co drugie ma minę męczennika. W każdym odcinku znajduje się przynajmniej jedna scena lub montaż stanowiący perełkę tegoż. Nawet jeśli naśladuje to to coś z przeszłości serialu lub film, nie da się odmówić pieczołowitości, z jaką zostało zrealizowane. Moim ulubionym montażem jest ten z sesji RPG z równolegle trwającym meczem koszykówki. Nie jest to na pewno uber realistyczne przedstawienie tego hobby, ale doskonale portretuje emocje i w momencie, gdy Eddie mówi: „That’s why we play”, nie da się nie zgodzić. Jeśli zaś chodzi o przykład sceny nie będącej montażem, wspomniana zrzynka z Milczenia owiec przyprawia o ciarki, a fakt, że za kratami siedzi weteran horroru, Robert Englund, tylko to wrażenie potęguje. Tutaj należy wspomnieć, iż nastrój budowany jest nie tylko w ten sposób. Twórcy nie stronią od przemocy, rozlewu krwi i łamanych kończyn. Jeśli ktoś jest mało odporny na makabrę, niektóre fragmenty będzie musiał przewinąć.

Na uznanie zasługuje również drobiazgowość z jaką zbudowano lokacje związane z antagonistą. CGI użyto przede wszystkim w tle, natomiast cała reszta to staroszkolne dekoracje, rekwizyty, charakteryzacja, kostiumy, więc wszystko, z czym aktorzy wchodzą w interakcje, a nie udają, że coś przed nimi stoi i zostaje dodane w postprodukcji. Ciężko też nie wspomnieć o scenach z wykorzystaniem utworów Running Up That Hill Kate Bush i Master of Puppets Metallici. Obie piosenki były dobre same w sobie, ale twórcy widowiska umiejętnie podkreślili nimi klimat i zbudowali wokół nich nie lada widowisko, dając im nowe życie i przedstawiając na skalę, jakiej wykonawcy się nie spodziewali. Do tego kawałek Kate jest takim earwormem, że nawet jeśli ktoś nie jest fanem, nieprędko o nim zapomni.

Nawet z jedną 1/3 zbędnej fabuły i licznymi zapożyczeniami czwarty sezon Stranger Things ogląda się dobrze. Lepiej niż trzeci, słabiej (ale tylko minimalnie) niż pierwszy i drugi. Wykonana robota nie jest rewolucyjna, ale widać w niej wysiłek dobrego rzemieślnika. Jeśli serial was zawiódł w pierwszym sezonie, czwarty raczej nic nie zmieni. Jeśli zaczęliście kręcić nosem dopiero przy drugim lub trzecim, czwarty ma sporą szansę na odbudowanie waszego zaufania do serii. Moja ocena: 4.

niedziela, 7 sierpnia 2022

Black Lightning – Season 4

Ostatni sezon Błyskawicy. Z jednej strony zaczyna się ciekawie: BL i spółka są psychicznie wyczerpani swoją sytuacją i niespecjalnie potrafią sobie z tym poradzić, a już zwłaszcza we własnym gronie. Z drugiej strony seria robi krok wstecz o 3 sezony, bo na dzień dobry Jefferson, żeby odreagować, wyładowuje się (dosłownie) na stereotypowych, białych policjantach-dupkach (bo widocznie w Freeland tylko tacy są). Sytuacji nie poprawia też przywrócenie Tobiasa Whale’a, bo to już (znowu: dosłownie) wyciąganie trupa z szafy i śmierdzi brakiem pomysłu. Ale OK, poprzedni sezon zdołał mnie pozytywnie zaskoczyć, może i temu się uda.

Napięcie w rodzinie Pierce’ów to zdecydowanie najlepsza część sezonu. Rozwałka, w jakiej wzięli udział w poprzednim, uświadomiła każdemu co innego. O ile kobiety zdają się rozkręcać, o tyle Jefferson ma najwięcej wątpliwości, do tego podszytych ogromną ilością gniewu i frustracji. Nie pomaga też publiczna dyskusja na temat efektów zabawy trykociarzy, którzy przez wzgląd na brak większego zagrożenia stają się celem społeczności. Okazuje się, że nawet zwalczanie przestępczości należy uskuteczniać bardziej odpowiedzialnie, gdyż powszechna demolka nijak nie poprawia niczyjej sytuacji.

Byłem w szoku, że na tle coraz większej bufonady serwowanej np. we Flashu, Supergirl, czy Batwoman, autorzy BL mają jaja, żeby poruszać takie tematy. Cholera, w jednym z odcinków doceniają nawet ojcostwo, a matka jest tą przyznającą się do błędu! Nie jest to jedyne zaskoczenie serwowane przez twórców. Jednocześnie ani na moment nie porzucają superbohaterskiej konwencji. Postacie nadal chcą walczyć z przestępczością, nadal chcą być symbolem, zaś zwykli mieszkańcy wciąż chcieliby szukać w nich inspiracji. Może nadinterpretuję, ale gdybym miał zestawić drugą serię Batwoman i czwartą Black Lightning (emitowane w tym samym sezonie), to BL wychodzi na przemyślaną i dużo bardziej zrównoważoną historię, umiejętnie żonglującą rozrywką oraz motywami codzienności.

Żeby nie było, to nie jest Daredevil, ani nawet drugi sezon Arrow. Ocena wynika bardziej z tego, że ta seria BL nie jest tak durna, jak większość pozostałych z tego samego sezonu. Przy wszystkich swoich plusach nadal zawiera głupoty typu: tylko biali gliniarze są niekompetentni, tekst piosenki w coverze In the Pines zmieniono z „My girl, my girl…” na „Black girl, black girl…”. Do tego wymianę aktorki grającej jedną córek Pierce próbuje się przepchnąć na poziomie fabularnym. Koniec końców oryginalna aktorka i tak wraca do roli w finale, przez co cały zabieg robi się niepotrzebną zapchajdziurą mieszająca w niemałym kotle z wątkami. No i sceny akcji nadal nie są jakieś uber wyszukane, a i tak wypadają lepiej od tych z Batwoman. Jednocześnie zakończenie jest na tyle zamknięte (nie całkowicie, ale jednak), że nie ma co narzekać na brak dalszego ciągu nawet przy rosnącym poziomie całości. Kto wie, może ci sami autorzy przy innej stacji i w innym klimacie społeczno-popkulturowym mieliby szansę na stworzenie czegoś naprawdę dobrego, a tak muszę obecną ocenę usprawiedliwiać okolicznościami. Moja ocena: 4-.

niedziela, 9 stycznia 2022

Cobra Kai – Season 4

Przy każdym sezonie zapominam, że odcinki trwają po około pół godziny. Gdy planowałem sylwestrowy maraton, myślałem o maksymalnie czterech odcinkach. Jak już zacząłem, skończyłem całość o 2 nad ranem. Niestety, po świetnym trzecim sezonie ten mnie rozczarował.

Ogólna idea jest taka, jak zapowiadano. Jako że Johnny i Daniel łączą siły przeciwko Cobra Kai, Kreese również wzywa wsparcie w postaci Terry’ego Silvera. W samych dojo dochodzi do nowych sojuszy, topory wojenne są zakopywane, a niektóre animozje podsycane. Na papierze wszystkie te koncepty brzmią dobrze, jednak ich przedstawienie nie spełniło moich oczekiwań.

Na początek najjaśniejsze punkty sezonu. Terry Silver i cały jego wątek przyćmiewają całą resztę, a im bliżej finału, tym bardziej ta postać dominuje fabułę. Zakończenie z jego udziałem rekompensowało tę warstwę, która mnie zawiodła. Pozytywnie wypadają też historie Tory, Robby’ego, Hawka i wplecenie w jedną z nich Amandy LaRusso. To są płaszczyzny, na których czuć, że coś się rozwija, postacie dojrzewają i stanowi to grunt pod wsparcie innych. Na końcu tej listy znajdują się walki turniejowe, które w wielu miejscach doskonale uzupełniają konflikty.

Do elementów średniej jakości zaliczę nowe postacie i zwiększenie nacisku na te trzecioplanowe, jak np. Anthony’ego LaRusso. Tak – działają jako narzędzia w fabule głównych bohaterów, ale właśnie ciężko je potraktować jak coś więcej. Konflikt między szkołami i filozofiami nauczania jest w porządku, ale jest to element tak oczywisty, że widz zastanawia się, dlaczego poświęcono mu aż tyle czasu. Wynikające z niego sytuacje czasami niepotrzebnie wydłużają seans i pomimo że odcinki są krótkie, nadal miałem ochotę je przewijać. Fajnie, że osiągnięto jakiś kompromis w finale, szkoda tylko, że trwało to cały sezon.

Najsłabiej wypadają postacie Sam, Miguela oraz ich relacji. Ich więzi z nauczycielami i dojo są ok, ale cała reszta już do chrzanu. Po pierwsze – ich durna rywalizacja z duetem Tory i Robby. O ile ci drudzy na początku dają się w to wciągnąć, o tyle po pewnym czasie dociera do nich, że w sumie po jaką cholerę mają się przejmować, skoro mogą po prostu bawić się w swoim towarzystwie. Zaś Sam i Miguel tkwią dalej w tym samym punkcie. W najlepszym wypadku godzą się ze sobą, ale z otoczeniem  już niekoniecznie. Przez te sztuczne dramy seans naprawdę się wlecze i sceny z ich udziałem jeszcze bardziej skłaniają ku przewijaniu. Na deser jest jeszcze historyjka w życiu Miguela wieńcząca sezon. Tak – w tle przewijały się drobiazgi i dialogi wskazujące na kierunek, jaki młody obierze, ale w porównaniu do całego konfliktu jest to strasznie oderwane od reszty i jeśli autorzy nie poprowadzą go umiejętnie, to będzie ta część sezonu, którą faktycznie będzie się przewijać.

Czwarty sezon ma sporo fajnych momentów i ogólnie ogląda się go dobrze. Moją główną i spełnioną obawą jest to, że nie jest tak zamknięty, jakbym sobie tego życzył. W związku z czym odczuwam swego rodzaju przymus oczekiwania na kolejny, pewien niedosyt i jednocześnie brak zapału, jaki towarzyszył mi po trzecim. Moja ocena: 4-.

niedziela, 9 sierpnia 2020

Veronica Mars – Season 4

Ta seria zaskakuje mnie kolejnymi powrotami. Najpierw film, a teraz czwarty sezon.

Veronica pracuje w firmie ojca, w Neptune. Znowu jest z Loganem, a tajemnicą tego sezonu są zamachy urządzane podczas wiosennej przerwy. Skutkują przede wszystkim utratą źródła dochodów, jakim są studenci, oraz obniżeniem wartości miejsc uczęszczanych prze tę grupę.

Największą zaletą i wadą czwartego sezonu Marsówny jest to, że to więcej Marsówny w stylu poprzednich sezonów. Zaleta – łatwo się odnaleźć. Veronica pyskuje z charakterystycznym dla siebie wdziękiem i ładuje się z taką samą wprawą w kłopoty, choć tym razem dużo więcej uchodzi jej na sucho. Wada – Veronica przez większość czasu zachowuje się dokładnie tak, jak w szkole średniej, przez co raz, że jej rozwój jako postaci jest strasznie powolny, a dwa, że na pewnym etapie zaczyna to irytować (bo potrafi traktować Weevila i Logana z nieuzasadnioną wyższością, choć to właśnie im życie bardziej dało w kość i mają pełne prawo do swoich postaw). Ba, gdy ostatecznie autorzy decydują się popchnąć ku kolejnemu etapowi życia, zakończenie sezonu zmiata go z powierzchni Ziemi i daje do zrozumienia, że właśnie o to chodziło, że dopiero teraz postać jest w pełni dojrzała i całkowicie wolna. Pardonsik, ale nie kupuję tego. Rozwój Logana był dużo ciekawszy i bardziej wiarygodny. Wręcz do tego stopnia, że jemu kibicuje się niemal non-stop od samego początku sezonu. Ale tu też efekt końcowy spierdzielono idiotyczną decyzją.

Z jednej strony serial stanowi kolejną laurkę dla dotychczasowych fanów. Mnóstwo tu powracających choćby na chwilę postaci, znanych wątków i odniesień. Ta sama atmosfera i głupkowatość, która mimo wszystko nie przeszkadza łykać jednego odcinka za drugim. Niestety, finał powoduje, że uczucie typu: „No w sumie nie jest źle” lub „Mogło być ciut lepiej” zamienia się na „Kurna, zmarnowałem czas / Następnego sezonu już nie tknę”. Tak jak początkowe odcinki skłaniały mnie ku ocenie 4-, tak finał sprawił, że zakończyłem seans w trójkowym nastroju.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Legends of Tomorrow – Season 4

Od razu przyznam, że nie bardzo wiem, co napisać o tym sezonie. W dużej mierze dlatego, że… to więcej tego samego, co w trzecim. I nie mam na myśli powielania samej formuły. Chodzi o kopiowanie jazdy bez trzymanki, jaką był poprzedni,

W finale S3 Legendom udało się pokonać demona. Tylko że tym samym rozwalili jakieś magiczne więzienie, z którego pouciekały magiczne poczwary różnego rodzaju (włącznie z jednorożcem-mordercą i wróżką-sadystką). I zabawa w naprawianie czasu zaczyna się od nowa.

Najważniejszymi zmianami jest dołączenie Constantine’a do stałego składu i wyrzucenie Wally’ego (widać, że autorzy Arrowverse nie mają pomysłu, co z nim zrobić). Naturalnie, to nie jedyna roszada. W całej obsadzie pojawia się wiele nowych postaci. Time Bureau zostaje mocno sformalizowane i obecnie jest utrzymywane z państwowego budżetu. Krótko mówiąc: dzieje się sporo i czuć, że twórcy gimnastykują się, by zabawić widza.

Niestety, wprowadzono też zmiany do wydźwięku opowieści. W S3 były poważniejsze chwile, ale ich liczba nie przesłaniała niczego, a one same wpasowywały się w miarę naturalnie w cały ten chaos. Tutaj czuje się, jakby ktoś nie był pewien, czy chce kolejnej, absurdalnej opowieści, czy może czegoś poważniejszego. Skutkuje to tym, że chwile mające nas wzruszyć, albo trzymać w napięciu wytrącają z rytmu i powodują niechęć do dalszego oglądania. Nie pomaga też banalne i słabe moralizatorstwo oraz ugrzecznianie, jakie pojawia się tu i tam. To pierwsze nie jest na szczęście tak żenujące, jak w Supergirl, ale nie da się go nie zauważyć. Zaś to drugie tyczy się np. Constantine’a i hipokryzji, jaka z tego wynika. Autorzy nie mają problemów z daniem do zrozumienia, co John robił i z kim chwilę temu w sypialni, ale z tym, że jest nałogowym palaczem już nie potrafią sobie poradzić. Przez co w każdej (albo w większości) scenie, w której jest John i Sarah, panna Lance zawsze zabiera mu świeżo wyjętego papierosa i wyrzuca.

Z ciekawostek muszę wymienić wątek Constantine’a, który ciągnie się jeszcze z czasu jego solowego serialu w innej stacji. Nie spodziewałem się, że ktoś to pociągnie, a tu niespodzianka. John ma szansę stawić czoła konsekwencjom jednego z największych wydarzeń w jego życiu. Na deser w tej samej sekwencji dostajemy easter egga, który fajnie nawiązuje do pierwszego sezonu Legend i przy okazji bezczelnie z niego kpi.

Wspomniane wady to punkciki w całym sezonie. Nie są to ilości hurtowe, jakie serwuje się choćby w czwartym sezonie Supergirl, ale jednocześnie nie da się ich zignorować. Doceniam, że starano się zapewnić taką samą rozrywkę, jak sezon wcześniej i zdaję sobie sprawę, że zmiany są potrzebne, ale w tym wypadku są to zmiany, które nie przypadły mi do gustu, przez co zaniżam (odrobinę) ocenę w stosunku do poprzedniej: 4-.

niedziela, 28 lipca 2019

Supergirl – Season 4

No i stało się, podtrzymuję swoją teorię, że póki co tylko trzeci sezon Supergirl zasługuje na jakąkolwiek uwagę. Czwarty? Cóż…

Sezon rozpoczynamy w iście Flashowo-Arrowowy sposób: każdy ma focha o coś i wyżywa się na jednej osobie. Potem jest jeszcze gorzej, gdyż każdy w miarę sensowny pomysł jest podawany banalnie. Jak tylko przebrniemy przez osobiste dramy postaci na ekranie, otrzymamy dość poważny wydźwięk fabuły, która pomimo przyziemnego poziomu (w porównaniu do poprzedniego sezonu) wypada bardziej przerażająco. Tylko że na samym założeniu i może dwóch odpowiednio mocnych scenach się kończy. W połowie sezonu wątek jest bagatelizowany i spychany na bardzo daleki plan. Przywołują go tylko, gdy chcą usprawiedliwić jakąś decyzję jednej czy drugiej postaci. W zamian dostajemy Supermana, który w evencie 2018 jest nie do zniesienia. Z pełnoprawnego bohatera został zdegradowany do roli worka treningowego i klakiera Kary. Trzeba jednak przyznać, że Batman wypadł jeszcze gorzej, bo pojechał sobie na „urlop”. Jeśli ktoś ma wątpliwości, dlaczego to totalna bzdura, niech obejrzy rozmowę Robina z Black Canary z serialu Young Justice. Tematem jest powód, dla którego Dick nie chce być Batmanem.

Potem autorzy serwują wariację na temat story arców: Superman vs. The Elite oraz Superman: Red Son. Niby można się cieszyć, że to coś znajomego, ale znowu potraktowane pobieżnie i świadczące o tym, że chyba pomysły się kończą. Fakt, że pierwotnie dotyczyły Kal-Ela również nie pomaga.

Taką naprawdę wisienką na tym wątpliwym torcie jest Lex Luthor grany przez Jona Cryera (tak, tego z Two and a Half Men). Jest ona na tyle fajną interpretacją Luthora, że Jesse Eisenberg mógłby się od niego uczyć. Nawet jego wypowiedź z piętnastego odcinka zdaje się nawiązywać do tamtego filmu: „I want to see if the Kryptonian pretender can bleed.”

I to tyle. Całą resztę serialu wypełnia pouczanie i moralizowanie widza. Na różne, banalne tematy. Mówię serio, wracamy do tandetnych morałów z odcinka, które są jeszcze gorsze niż wpychane na siłę „lekcje” na koniec kreskówek z lat ’80, które w ten sposób unikały bycia tylko reklamą zabawek (nie ma co się oszukiwać, i tak nią były). Kreskówkom jeszcze można to wybaczyć, bo dzieci są inną kategorią odbiorców (choć wiele animacji podchodzi do nich z dużo większym zaufaniem i poważniej niż produkcje dla starszych). Natomiast Supergirl jest przeznaczona dla widowni od nastu lat wzwyż. Tym samym taka konstrukcja opowieści sugeruje, że autorzy mają widzów za kompletnych idiotów nie potrafiących zinterpretować fabuły i jej niuansów po swojemu. Rezultatem jest nuda na wykładach i okazyjne zainteresowanie kilkoma odcinkami. Moja ocena: 2-.

niedziela, 10 marca 2019

Agents of S.H.I.E.L.D. – Season 4

Po strasznie męczącym sezonie trzecim czwórka stanowiła niemal nagrodę za cierpliwość.

Cały sezon da się podzielić na 3 wątki, z czego dwa zapoczątkowano już wcześniej. Rozpoczyna się całkiem nowym, w który wplątane jest największe, pozytywne zaskoczenie – Ghost Rider. Z początku wahałem się, czy nowy Jeździec – Robbie Reyes – sprosta moim oczekiwaniom, wszak z komiksów znałem tylko Johnny’ego Blaze’a oraz Danny’ego Ketcha. Jednak już po pierwszym odcinku nie miałem wątpliwości, chciałem więcej! Świetnie zbudowana otoczka wokół postaci i pewien powiew grozy, którego brakowało filmom z Nicolasem Cagem. A żeby było jeszcze lepiej, Robbie podczas opowiadania o pochodzeniu swoich mocy daje do zrozumienia, że w MCU jest przynajmniej jeszcze jeden GR. W tle tego wątku przewija się kolejny, który w zasadzie stanowił cliffhanger poprzedniego sezonu. Gdy motyw Ghost Ridera dobiega końca, wychodzi on na pierwszy plan, a jako uzupełnienie bierze Watch Dogs i polowania na Inhumans. W tym duecie lecą do samego końca.

W fabule uporządkowano tu wszystko to, czego nie cierpiałem poprzednio. Nie ma już skakania w tę i z powrotem, wałkując coś w kółko lub ledwie nadgryzając. Tutaj konsekwentnie poprowadzono opowieść, zakończono, co trzeba i pozostawiono z satysfakcją niezależnie od tego, na której warstwie skupia się widz. Wisienką na torcie jest tutaj dobrze rozegrany temat alternatywnej rzeczywistości, który stanowi integralną część opowieści, a nie zapchajdziurę wypełniającą liczbę zamówionych przez stację odcinków oraz Ghost Rider otwierający portal metodą znaną z Doctora Strange’a.

Gdybym miał polecić któryś sezon jako jedyny wart obejrzenia, bez gadania byłby to sezon 4, któremu nie potrzeba wymówek, jakie robiłem np. przy pierwszym. Moja ocena: 4.

niedziela, 17 lutego 2019

The Flash (2014) – Season 4

Kiedy potwierdziła się informacja, że głównym przeciwnikiem Flasha będzie wreszcie ktoś inny, niż kolejny speedster, miałem nadzieję na przyzwoitą rozrywkę, a już na pewno lepszą, niż przy poprzednim sezonie. Niestety, podobnie jak z szóstym sezonem Arrow, tutaj również autorzy cierpią na syndrom przekombinowania.

Nowym wrogiem sezonu jest Clifford DeVoe, znany także jako The Thinker. Osobnik tak genialny, że przewidział i ustawił sobie ciąg dość specyficznych wydarzeń, dzięki którym chce wprowadzić własną wizję świata w życie. Założenia fajne – realizacja już nie. Efektem końcowym jest postać świetnie zagrana, ale irytująca jak Savitar i antagoniści z Arrow S6 razem wzięci. Przez cały seans towarzyszy zmęczenie: bohaterowie znowu dostali łomot, znowu Thinker zrobił ich w konia, dajcie już finał. Najgorsze jest to, że podobnie jak w sezonie numer 3, tutaj również zapchajdziury są boleśnie odczuwalnym przedłużaniem agonii (choć z drugiej strony nie ma ich aż tylu), a dodatkowe postacie, które można by wykorzystać do pokonania DeVoe (na ciebie patrzę, Wally) są zamiatane pod dywan chyba tylko dlatego, żeby nie okazało się, że Thinker nie jest zbyt do przodu ze wszystkim. Z drugiej strony jeśli nawet rada Wellsów mu nie sprostała (pomysł powodujący flashbacki z Ricka i Morty’ego), to co dopiero kilku dodatkowych speedsterów? To nie wszystko, natłok postaci i upychanie ich do kolejnych wątków stwarza ten sam problem, co z Arrow – Barry’ego jest coraz mniej, przez co z The Flash robi się Team Flash and Associates.

Ostatnim minusem, o którym muszę wspomnieć, jest CGI – chyba póki co najsłabsze w serii. Najbardziej daje po oczach w ostatnim odcinku, gdzie autorzy serwują naprawdę ubogo wyglądającą wersję pewnej sceny walki z niemłodego już drugiego Matrixa.

Na plus policzę trochę większą pewność siebie Barry’ego, który nie jest nie do zniesienia, jak sezon temu. Gościnne występy, np. Katee Sackhoff, której kiczowata postać wypełnia lukę po wybrykach Wentwortha Millera, czy Danny’ego Trejo, który jebitnie nie lubi Cisco. Elongated Man – cały jego wątek, gra aktorska i rozwój od szemranego typa po bohatera poprowadzono dość zgrabnie. Tom Cavanagh – jak zwykle fajnie się go ogląda, a rada Wellsów dała mu pole do popisu i pozwala zmieniać wcielenia, kiedy tylko zechce.

Niestety, nie jest to wystarczająca ilość argumentów, zważywszy na liczbę odcinków, przez które trzeba się przebić, by obejrzeć coś fajnego lub zarekomendować sezon. Tym samym podtrzymuję twierdzenie, iż można śmiało zakończyć znajomość z serialem na drugim sezonie. Moja ocena: 3.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Arrow – Season 4

Nowy sezon, nowy łotr - Damien Darhk, w którego wciela się Neal McDonough. Jego cel nie różni się za bardzo od tego, co planował Malcolm Merlyn w pierwszym sezonie, tylko skala większa.

Autorzy kontynuują trend nietrafionych proporcji, niepotrzebnie zwiększając ilość dramy. Przez co warstwa z życiem osobistym bohaterów męczy, a taka Felicity i jej humory są nie do zniesienia. Jak tylko pojawił się Curtis, miałem nadzieję, że na stołku przed komputerem będzie zmiana, ale zamiast tego powiększono tylko grono postaci, którym trzeba poświęcić trochę czasu, rozwadniając tym samym obecność Green Arrow na ekranie, wliczając w to flashbacki, które odczuwalnie skrócono.

Oprócz tego wciąż pojawiają się motywy bardziej kojarzące się z Waynem, niż Queenem. Fragment z Felicity na wózku to nic innego, jak kopia Barbary Gordon. Pada nawet wzmianka, że pseudonim Oracle był już zajęty. W trakcie sezonu od czasu do czasu do akcji wkracza Anarky, którego motywacja została tutaj znacząco zniekształcona w stosunku do oryginału.

Walki przestają już robić jakiekolwiek wrażenie. Kamera chyba częściej jest na zbliżeniu, bo wiele z nich wygląda, jakby było kręconych metodą found footage, której nie znoszę.

Tak naprawdę gdybym miał wymieniać zalety czwartego sezonu Arrow, byłby to: John Barrowman, Neal McDonough oraz smaczki typu wprowadzenia Atoma, oficjalne dołączenie Constantine’a do Arrowverse, czy występ Vixen w wersji live action po dwóch sezonach animowanych.

Niestety, cała reszta to nuda, użeranie się postaci, niepotrzebne dodawanie kolejnych bez redukcji składu, słaba strona techniczna i nieciekawe walki. Podsumowując: zdecydowanie jeden z najgorszych sezonów dowolnej serii Arrowverse. Moja ocena: 2-.

niedziela, 1 października 2017

They’re here.

Jak co roku jesień to dla mnie (i pewnie wielu innych osób) idealny czas na oglądanie horrorów i różnego rodzaju mniej lub bardziej strasznych filmów. Nie chodzi nawet o nawiązanie do pewnego święta kojarzonego z USA. Po prostu jesień posiada specyficzną atmosferę (zwłaszcza w tych dwóch miesiącach), dzięki której takie widowiska lepiej smakują. Tegoroczną ucztę zacznę od nie lada posiłku, którego pierwsze danie na stałe wpisało się w kanon gatunku i służyło za inspirację wielu późniejszych filmów.


Poltergeist (1982)


Założenie fabularne jest proste, by nie rzecz prostackie. W domu rodziny Freelingów pojawia się złośliwy duch, którego początkowo niewinne i zabawne dziwactwa stają się coraz groźniejsze dla domowników.

Przyznam, że w dobie dzisiejszych horrorów, które wypchano po brzegi efektami specjalnymi i jump scare’ami, a także skompresowano do 90 minut tak, by widz otrzymał dawkę intensywnych przeżyć, nie spodziewałem się, iż stara produkcja nie tylko im dorówna, ale zostawi je daleko w tyle. Nie zrozumcie mnie źle, jestem prawdopodobnie jedną z ostatnich osób, które wyrokują o jakości tytułu na podstawie jego wieku. Po prostu tym razem byłem pod większym wrażeniem, niż tego oczekiwałem.

Film pomimo trwania 120 minut nie czeka z dziwnymi wydarzeniami, te towarzyszą bohaterom od samego początku, który jest tą najbardziej niepozorną częścią seansu. W końcu to takie urocze, że próbuje się nas straszyć ruchomymi meblami, czy białym szumem telewizora, prawda? Tak, to były te fragmenty, które uśpiły moją czujność. Potem dostałem taką jazdę bez trzymanki, że gdy wreszcie pojawiły się napisy końcowe, poczułem się, jakbym mógł odpocząć po długim biegu. Mamy absolutnie wszystkiego po trochu, do tego zgrabnie poukładane i dawkowane. Począwszy od subtelnego klimatu, przez świetnie rozmieszczone jump scare’y (których zazwyczaj nie trawię), po istny chaos spowodowany „atakami” duchów. Odnosi się to do każdej warstwy: dźwiękowej, wizualnej, aktorskiej. Zwłaszcza ta druga to istny majstersztyk. Po ruchomych meblach przychodzi kolej na zabawę oświetleniem, perspektywą i efektami specjalnymi, a gdy rozpętuje się piekło, dochodzą bardzo widowiskowe i kreatywne dekoracje oraz efekty praktyczne. W drugiej połowie filmu miałem uczucie deja vu, że gdzieś już tę jakość widziałem i słyszałem. Szybka wycieczka w odmęty internetu potwierdziła moje przypuszczenia. Za efekty specjalne odpowiada między innymi Richard Edlund, człowiek, który pracował przy oryginalnej trylogii Star Wars, Battlestar Galactica, Ghostbusters (1984), czy Alien 3. Z kolei za muzykę odpowiada Jerry Goldsmith, którego utwory z Poltergeista najbardziej kojarzyły mi się z jego późniejszą ścieżką do Gremlins.

Poltergeist jest zwyczajnie rewelacyjny. Prosty pomysł, świetna realizacja i elementy budzące skojarzenia z takimi tytułami, jak Egzorcysta, Omen i Evil Dead. Film potrafi zaskakiwać na każdym kroku i trzymać w napięciu nawet w momencie, gdy wszystko wydaje się zmierzać ku szczęśliwemu finałowi. Pozycja obowiązkowa dla każdego fana nie tylko gatunku, ale także ogólnie pojętej kinematografii oraz idealna na deszczową noc. Moja ocena: 5.


Poltergeist II: The Other Side


Rodzina Freelingów przeprowadziła się w nadziei, że okropne wydarzenia z udziałem nadnaturalnych sił ma już za sobą, ale nic bardziej mylnego, duchy nie zamierzają im odpuścić.

Pamiętam, jak wielkim rozczarowaniem był dla mnie drugi Koszmar z ulicy Wiązów, zwłaszcza na tle świetnej jedynki. Drugi Duch (polskie tłumaczenie) może nie zalicza aż tak spektakularnej wtopy, ale jest zdecydowanie o kilka klas niżej od swojego pierwowzoru.

Film jest o pół godziny krótszy od poprzednika, ale jego pierwsza połowa potrafi się wlec niemiłosiernie. Większość aktorów oraz ekipy odpowiedzialnej za realizację jedynki powraca, ale nie popisują się za specjalnie (no może oprócz Craiga Nelsona, który tu akurat wypadł lepiej). Nawet efekty specjalne zaliczają w dużej mierze powtórkę z rozrywki. Z kolei kilka nowych zestarzało się paskudniej niż reszta. Na plus na pewno policzę większą ilość informacji o realiach przedstawionego świata. Kilka scen z nowymi efektami robi wrażenie porównywalne z Poltergeistem, zwłaszcza ta z owijaniem drutami. Z nowych aktorów w pamięć zapada Julian Beck, który jako Kane ma może ze dwie-trzy sceny, ale daje w nich nie lada występ.

Problemem The Other Side nie jest to, że to zły film. Jest po prostu przeciętny, zawierający raptem kilka przebłysków. Jego braki wychodzą na wierzch zwłaszcza w zestawieniu ze starszym bratem. Można obejrzeć, ale trzeba mieć świadomość, że to już nie to. Moja ocena: 3+.


Poltergeist III


Carol Anne zostaje wysłana przez swoich rodziców do ciotki mieszkającej w nowoczesnym wieżowcu. Jednak Kane ze swoją upiorną trzódką nie dają za wygraną i podążają za nią.

Czasami zastanawiam się, czy oprócz mody na wrzucanie franczyzy w kosmos (Jason X, Critters 4) była także jakaś z wrzucaniem do miasta (Friday the 13th Part VIII, Gremlins 2, Critters 3). Problem polega, że na tym zabiegu dobrze wyszły chyba tylko Gremliny 2. Critters 3 były w najlepszym wypadku przeciętne, a Poltergeist III jest jeszcze gorszy.

Zmiana środowiska sama w sobie jest dobrym pomysłem, tyle że kompletnie niewykorzystanym. Gdyby nie obecność Heather O’Rourke powracającej w roli Carol Anne, Zeldy Rubinstein jako Tanginy Barrons (miałem wrażenie, że trzyma się serii niczym Donald Pleasence Halloween, gdzie grał doktora Loomisa nawet w najgorszych odsłonach za swojego życia) oraz postaci Kane’a (granego Nathana Davisa, gdyż Julian Beck zmarł chyba przed premierą dwójki), można by pomyśleć, że to produkcja rodem ze studia The Asylum.

Fabuła nie przekonuje, straszenie jest słabe, efekty jeszcze gorsze (do najtragiczniejszych nie należą, ale nie wytrzymują porównania nawet do drugiej części). Gdyby nie trzy drobne zwroty akcji (jeden dotyczy zabójstwa pewnej strasznie upierdliwej postaci, był on tak nagły i tak „zbawienny”, że przyprawił mnie o głupawkę na dobre 15 minut) oraz ciekawostka w postaci obecności Toma Skerritta (Alien), Nancy Allen (Robocop) oraz Lary Flynn Boyle (Twin Peaks) w ogóle nie dałoby się tego oglądać. Do tego tyle osób powtarza imię Carol Anne w takich ilościach, że obecnie ciężko nie skojarzyć tego z wyśmiewanym „Carl!” z The Walking Dead.

Jak ze wszystkim – podobno są osoby, którym ten film się podoba (zwłaszcza po kilku seansach). Mnie zwyczajnie szkoda czasu, by przekonywać się po raz kolejny, zwłaszcza że na brak filmów w kolejce nie narzekam. Moja ocena: 2-.


Poltergeist (2015)


Obowiązkowy współczesny remake z rodzaju tych, przy których zadaje się pytanie: Po co? Fabuła jest z grubsza ta sama, różni się przede wszystkim moment rozpoczęcia. W oryginale rodzina Freelingów mieszkała w felernej okolicy od jakiegoś czasu. Tutaj dopiero się wprowadzają.

Remake nijak nie potrafi utrzymać napięcia, zakładając, że jakiekolwiek odczujecie. Tak jak protoplasta był przełomem pod wieloma względami, tak wersja 2015 nie wyróżnia się niczym, zwłaszcza, że w dzisiejszych czasach projektów typu Insidious jest na pęczki (abstrahując od ich jakości). Efekty specjalne są przeciętne, jump scare’y nadużywane (podobnie zresztą, jak motyw z klaunem), a końcowe sceny, w których był największy chaos, tutaj mają odczuwalnie mniejszy rozmach. Informacja o cmentarzysku pojawia się jakoś tak za wcześnie, a z kolei ta o trupach wpływa dużo słabiej na bohaterów, niż miało to miejsce w pierwowzorze.

Na plus policzę fajne sekwencje z wymiarem duchów, bardzo klimaciarskie. Aktorsko jest całkiem nieźle, zwłaszcza, że w obsadzie znajdują się: Sam Rockwell oraz Jared Harris. Po dziecięcych aktorach (Kyle Catlett i Kennedi Clements) nie spodziewałem się wiele, ale nie irytują, a to już coś.

Nie jest to najgorszy z remake’ów, jakie miałem okazję oglądać, ale do dobrego też mu daleko. Jeżeli chcecie wiedzieć, o co cały szum – polecam Poltergeista z 1982. Jeśli nie trawicie starych (pojęcie względne) filmów (niezależnie od powodu), możecie zaryzykować seans wersji z 2015. Musicie tylko brać poprawkę na to, że efekt końcowy jest uboższy, przez co nieadekwatnie reprezentuje dziedzictwo pozostawione przez pierwszego Ducha. Moja ocena: 3-.


Poltergeist: The Legacy


Na koniec zostawiłem pewną ciekawostkę. Serial produkcji kanadyjskiej, który można traktować jako spin-off, ale równie dobrze da się go oglądać bez znajomości filmów.

Opowiadana historia dotyczy organizacji The Legacy, która zajmuje się walką z siłami nadprzyrodzonymi. Brzmi znajomo? Powinno. Niektóre sposoby działania oraz struktura strasznie przypomina Men of Letters z serialu Supernatural. Zresztą sam serial też nie odbiega od formuły przygód Winchesterów (przynajmniej jeśli chodzi o warstwę ze śledztwami). Z tą różnicą, że był emitowany w latach 1996-1999.

Drugie, równie oczywiste i nieuniknione porównanie będzie do innego serialu, który w tamtym okresie spopularyzował zjawiska nadnaturalne oraz teorie spiskowe: X-Files. Klimat będzie podobny do odcinków, które nie kręcą się wokół UFO, czy rządu, minus element sceptycyzmu.

Niestety, o ile serial ogląda się dobrze, o tyle z zaangażowaniem się w niego miałem problem. Pierwszy sezon pochłonąłem niemal natychmiastowo, ale dalej już tak różowo nie było.

W drugim zmieniono opening na słabszy. Jego tematyka zaczyna wykraczać poza duchy, a całość sprawia wrażenie idącego w jeszcze bardziej ponury horror i większą różnorodność znaną z innych seriali. Jednocześnie  sezon wydaje się być przygaszony, jakby się nikomu nie chciało tego ciągnąć, a na dodatek ilość kiczu zamiast bawić może zacząć doskwierać, zwłaszcza jeśli ktoś ma alergię na lata ‘90 oraz klimat rodem z ery VHS. Abstrahując od mojej nostalgii za tamtymi latami, ten sezon oglądało mi się najgorzej.

Sezon trzeci traktuje polowania na upiory i zjawy niemal symbolicznie. Kiczu tutaj jest jakby mniej, na czym zyskuje atmosfera grozy, ale jakimś cudem te odcinki są jeszcze bardziej osadzone w tej dekadzie, pomimo iż ta miała się ku końcowi. Lepszy od drugiego, ale słabszy od pierwszego.

Czwarty sezon przywraca pewne drobiazgi w serii, np. narrację w sekwencji otwierającej, której brakowało w dwóch poprzednich. Autorzy żonglują tematyką, tworzą więcej dwuodcinkowych opowieści i serwują sporo nawiązań do starszych odcinków. Nie wiem, czy chcieli ratować serial z powodu spadającej oglądalności, czy może byli świadomi zaklepanego końca i poszli na całość. Efekt końcowy jest taki, że gdyby ustawić sezony na podium, ten zdobyłby srebro.

Ciekawostką są gościnne występy Zeldy Rubinstein. Biorąc pod uwagę jej rolę w trzecim filmie, pojawienie się The Legacy ma ręce i nogi, ale zmiana imienia na Christinę sugeruje, że to zupełnie inna postać, niezwiązana z tamtymi wydarzeniami. Szkoda.

Podsumowując, serial miewa fajną atmosferę horroru. Wiele scen można by śmiało zaadaptować na grunt kinowy, zwłaszcza pod kątem muzyki, scenografii, czy oświetlenia. Połowę ogląda się dobrze, ale druga potrafi skutecznie obniżyć zainteresowanie, przez co rozpoznajemy postacie, ale imiona już niekoniecznie. Jeśli potraktować go jako antologię i zapchajdziurę, da się go obejrzeć nawet bez znajomości innych odsłon w serii i bez wyrzutów sumienia, gdy jakiś odcinek pominiemy lub oglądamy tylko jednym okiem. Moja ocena: 3+.

wtorek, 13 września 2011

Sons of Anarchy - Seasons 1-4

Tytułowy gang zajmuje się handlem bronią. Poza tym nieoficjalnie stoją na straży swojego miasteczka – Charming. Nie tolerują handlarzy narkotyków, gwałcicieli itd. Jednak w przeciwieństwie do policji, nie wrzucają zwyrodnialców do więzienia, tylko sami wymierzają sprawiedliwość, nie przebierając w środkach.

Na początku miałem wrażenie, że wokół tego serialu robi się więcej szumu, niż na to zasługuje. Jednak po obejrzeniu pierwszego sezonu musiałem zmienić zdanie. To naprawdę kawał dobrego widowiska. Bardzo dobre aktorstwo, dylematy moralne, brutalność i drastyczne sceny. Wszystko połączone dynamicznymi sekwencjami akcji, pocztówkowymi przejazdami na motorach, popierniczonymi postaciami, fajnymi dialogami oraz świetną muzyką. Co prawda nie każdemu musi przypaść do gustu środowisko chlejących, rzygających, okładających się po gębach i zabawiających się z aktoreczkami porno motocyklistów, ale nie to powinno być czynnikiem decydującym o obejrzeniu tego serialu.

Do wad zaliczyłbym jego nierówność. Pierwszy sezon jest rewelacyjny, drugi całkiem dobry, trzeci... słaby, żeby nie powiedzieć – głupi. Nie dość, że fabuła wydaje się być naciągana, to jeszcze w wielu miejscach jest zwyczajnie recyclingiem pomysłów z dwóch poprzednich. Tyle dobrego, że jego zakończenie jest naprawdę mocne. Czwarty sezon właśnie się zaczął i było to całkiem dobre rozpoczęcie. Trzymam kciuki za jego powodzenie. Póki co ocena to: 4-.

poniedziałek, 12 września 2011

Breaking Bad - Seasons 1-4

Nauczyciel chemii – Walter White – otrzymuje diagnozę brzmiącą jak wyrok: rak, trzecie stadium, przewidywany czas życia to około dwóch lat. Dla Waltera było to jak kubeł zimnej wody wylany na śpiącego. Postanawia zabezpieczyć finansowo swoją ciężarną żonę oraz niepełnosprawnego syna. Aby to zrobić, wykorzystuje swoją chemiczną wiedzę do produkcji metamfetaminy. Wkrótce staje się jednym z bardziej wpływowych ludzi w podziemnym światku. Ironii wszystkiemu dodaje fakt, że jego szwagier pracuje w wydziale antynarkotykowym i nie ma pojęcia kim jest producent najczystszego towaru na rynku.

Jak usłyszałem o tym koncepcie, pomyślałem, że to jest zbyt absurdalne, by mogło być prawdziwe. A jednak, nie dość, że jest prawdziwe, to i bardzo dobre. Duża w tym zasługa aktora grającego główną rolę. Bryanowi Cranstonowi doskonale udało się odegrać człowieka, który do stracenia ma rodzinę, nic więcej, więc jest na tyle stanowczy / zdesperowany, że zrobi wszystko, by dopiąć celu (zwłaszcza jeśli bliscy znajdują się w niebezpieczeństwie). Kudos również dla Aarona Paula, grającego Jessego Pinkmana – byłego ucznia Waltera, a obecnie wspólnika. W ciągu czterech sezonów przechodził ogromną metamorfozę – ze zwykłego ćpuna i małego dilera, przez szczęśliwego człowieka, kolesia na odwyku, po kogoś po ogromnej stracie osobistej, tracącego chęć do życia, po czym wracającego (choć wciąż nie tak zmotywowanego) do ‘pracy’.

Wady? Jedna – niektóre flashbacki potrafią nieciekawie zwolnić tempo akcji, a odcinki poświęcone w całości retrospekcjom nie każdemu przypadną do gustu (choć nawet wśród nich znajdują się prawdziwe perełki). W chwili obecnej  czwarty sezon powoli dobiega końca. Producenci zapowiadają, że piąty może być ostatnim. Podejrzewam, że nie jest to kwestia oglądalności, ale chęci wrzucenia konsekwentnego i mocnego zakończenia. Oby tak było. Moja ocena: 4+.

sobota, 11 grudnia 2010

Nadrabianie zaległości

W ciągu ostatniego miesiąca World of Warcraft zajął większość mojego wolnego czasu (i nadal zajmuje), stąd też brak wpisów, choć nie brakowało oglądania/czytania/grania itd. W tym wpisie krótko o rzeczach, które czekały na swoją kolej.


Harry Potter and  the Deathly Hallows part 1

Swoją znajomość z książkowym oryginałem zakończyłem na pierwszym tomie, którego nie doczytałem do końca. Zwyczajnie nie podobał mi się, więc nie sięgałem po kolejne. Z kolei filmy obejrzałem wszystkie. Seria miała swoje wzloty i upadki, ale jako całość prezentuje się naprawdę okazale.

Ostatnią opowieść o młodym czarodzieju postanowiono podzielić na 2 części. A jak się prezentuje ten film na tle pozostałych? Cóż, oglądało mi się go lepiej niż poprzedni, ale z kolei nie tak dobrze jak wcześniejsze.

Insygnia posiadają naprawdę mroczną atmosferę, a to co się dzieje w świecie magii przypomina wręcz holokaust. Aktorzy dobrze odgrywają swoje role, choć wielu z nich sprawia wrażenie rzemieślników, nie artystów. Inna sprawa, że tym razem czas poświęcony poszczególnym postaciom jest tak nierówny, że trudno rozwinąć skrzydła w przeciągu kilku minut.

Pod względem muzyki oraz efektów film prezentuje się dobrze, ale dla nich samych nie warto wybierać się na seans. W moim mniemaniu najsłabszym elementem jest niestety główna oś fabuły – poszukiwanie tytułowych insygniów. Film trwa 2 godziny i 20 minut, z czego większość to podróże od punktu A do B. Wędrówka, gadka, wędrówka, gadka i tak w kółko. Wlecze się to niemiłosiernie, a rozkręca w momencie, gdy film ma się ku końcowi.

Miłośnikom Pottera i spółki nie trzeba filmu rekomendować, bo i tak go zobaczą. Jeśli kogoś zniechęciła tylko poprzednia część, tej powinien dać szansę, choć nie powinien spodziewać się cudów. Natomiast jeśli ktoś darował sobie dużo wcześniej, to ten film nastawienia do serii nie zmieni.

Scrubs

Ta nazwa przewija się chyba na każdym forum poświęconemu serialom, najczęściej przy okazji licytowania się o to, która z medycznych serii jest najlepsza. W moim prywatnym rankingu najlepszym był House M.D. Słowo klucz: był, dopóki nie obejrzałem Scrubs (9 sezonów).

Dlaczego przedłożyłem 20-minutowy sitcom nad wujka ciętą ripostę? Może dlatego, że powoli przejada mi się formuła serialu, a może też dlatego, że brak już jakiejś cechy osobowości Grega czyniącej go tym kolesiem, dla którego oglądało się serial. Innym powodem jest humor prezentowany w Scrubs. Jest dużo luźniejszy oraz dużo bardziej przystępny. Nie ma tu jednej postaci, wokół której koncentruje się akcja. Co prawda większość opowieści jest widziana z perspektywy J.D. – początkującego lekarza, ale to nie znaczy, że inne postacie są tylko tłem.

Obok postaci i poczucia humoru największą zaletą Scrubs jest balans między tym, co zabawne, a tym, co zbliża serial do rzeczywistości/codzienności.

Jeśli zaś idzie o wady, to do głowy przychodzą mi tylko dwie. Po pierwsze: główny bohater. Ogólnie to da się go lubić, ale czasem zachowuje się jak totalna pierdoła i jedyne, co chce się zrobić, to strzelić go w pysk. Do tego irytujące są jego huśtawki uczuciowe, przez co parę wątków powtarza się. To jest ta mniejsza wada, zupełnie do przełknięcia. Drugą, która potrafi zaważyć na tym, ile z tego serialu wypadałoby obejrzeć, jest dziewiąty sezon. Technicznie rzecz biorąc Hoży Doktorzy (polski tytuł) skończyli się na ósmym sezonie. Ostatni odcinek był naprawdę dobry i dobitnie podkreślał, że to już pożegnanie. Nie wiem, kto na kim wymógł powstanie dziewiątej serii, ale był to błąd. Ze starych postaci tylko kilka przewija się, a i to w większości gościnnie. Nowi bohaterowie już nie potrafią sprzedać formuły, która bawiła wcześniej, ani przekonać do siebie jako postaci.

8 sezonów Scrubs polecam z czystym sumieniem miłośnikom sitcomów, seriali medycznych oraz obyczajowych. Humor, jak to określił mój przyjaciel, może miejscami wydać się nieco zbyt abstrakcyjny, ale warto dać mu szansę. A co do dziewiątej serii, umówmy się, że nie istnieje.

The Walking Dead - Season 1

Serial, który zapowiadał się na małą rewolucję, jeśli idzie o tematykę telewizyjnej rozrywki. Żywe trupy były do tej pory obecne w grach, komiksach, filmach itd. Pora więc, by zaatakowały także mały ekran.

Pierwszy sezon składa się z sześciu odcinków. Mamy tutaj to, co popularne: niebezpieczny wirus, ludzi zamieniających się w zombie po ugryzieniu przez innego trupa, oraz bohatera, który budzi się ze śpiączki po tym, jak katastrofa rozprzestrzeniła się na dobre. Po wydostaniu się ze szpitala próbuje on przetrwać oraz dowiedzieć się, co się stało z jego rodziną.

Od strony wizualnej temu serialowi nie można nic zarzucić, jest rewelacyjny. Atmosferę, jaką to kreuje ciężko wyrazić słowami, ale gdyby w rzeczywistości wydarzyło się coś podobnego, wyglądałoby to właśnie jak w tym serialu.

Muzyka nieźle podkreśla ową atmosferę, ciąg wydarzeń jest jak najbardziej spójny i wszystko byłoby pięknie... gdyby nie to, że się wlecze, noga za nogą, jak w tytule. To chyba pierwszy raz, jak produkcja o zombie jest tak mało dynamiczna.

Jeśli ktoś lubi takie kino, powinien obejrzeć The Walking Dead, gdyż jest to solidnie wykonany projekt, choć solidnie w tym wypadku oznacza: spełniający normy, ale nie wykraczający poza nie. Nie oceniam serii jako adaptacji komiksu, gdyż go nie czytałem. To już czytelnicy będą musieli zrobić sami we własnym zakresie.