Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Predator. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Predator. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 listopada 2025

Predator: Killer of Killers

Tak jak Predator z 2018 niemal skutecznie zarżnął markę (to był tak zły tytuł, że wiele osób zapomniało, iż w ogóle wyszedł), tak Prey zdołał ją przywrócić do łask. Do tego stopnia, iż zapowiedziano nie jeden, a dwa kolejne filmy o łowcach z kosmosu. Pierwszym jest animowany Predator: Killer of Killers.

Sam tytuł jest swego rodzaju antologią złożoną z trzech opowieści spiętych jedną klamrą fabularną prowadzącą do wspólnego finału. Każda z nich rozgrywa się w innym okresie historycznym: czasy wikingów, feudalna Japonia, druga Wojna Światowa. Akcja jest dynamiczna i zróżnicowana. Autorzy obficie polewają krwią z ekranu, zaś animacja przypomina dwa ostatnie animowane Spider-Many od Sony. Taki styl, w którym niby jest płynnie, ale jednocześnie rwie na tyle, by kojarzyć się z ruchem poklatkowym.

Od widowiska z tytułem Predator nie wymagam wiele, ale jednocześnie jakiś poziom swoich składowych musi trzymać. O ile do akcji i animacji nie mogę się przyczepić, o tyle do fabuły już tak. Po pierwsze: pomimo wykorzystania pewnych realiów historycznych, autorzy pofolgowali swojej wyobraźni i wsadzili współczesne przekonania, gdzie się dało. Przez to taka Ursa z pierwszego rozdziału to nie tylko straumatyzowana kobieta z ciekawą historią i motywacją, ale też podręcznikowy girl boss z plot armor tak grubym, że i Hulk miałby problem. Ten ostatni aspekt zresztą tyczy się każdego z trójki bohaterów – przez co w starciu z łowcami z kosmosu pomimo widowiskowości, różnorodności oraz pomysłowości w ogóle nie czuć napięcia. Ba, z tego samego powodu finał jest bardzo przewidywalny, a trzeci z bohaterów odwala istną Rey Palpatine przy zetknięciu z technologią kosmitów.

Po drugie: plemię łowców z tego filmu jest zwyczajnie kretyńskie. W dotychczasowych poznanych przeze mnie tytułach (filmy, gry, komiksy) schemat był prosty: łowy -> przegrana/wygrana -> nagroda/trofeum i czasami próba zemsty jakiegoś pobratymca. W najgorszym wypadku nic się nie działo i ocalały musiał radzić sobie sam po całej aferze (Predators). Natomiast tutaj z jakiegoś powodu plemię porywa ocalałych/zwycięzców, by później postawić ich przeciwko sobie. Zwycięzca pojedynku ma „zaszczyt” walczyć z wodzem... Po co? W moich oczach wygląda to tak, że kolejne wyzwania mają za zadanie uśmiercić daną postać, bo… bo tak. Nawet jeśli pacjent doczłapie się do wodza, kolesia, który swoje w życiu upolował i zapewne odpowiedniej liczbie Yautja spuścił łomot, to co to za zaszczyt dla wodza? Tutaj rzucę małym spoilerem. Jest to dodatkowa scena z napisów i nie ma wpływu na fabułę filmu. Otóż w końcowych ujęciach wśród porwanych osób przewija się Naru z Prey, Michael Harrigan z Predator 2 i Dutch z jedynki… Ponownie zapytam: PO CO?! To trochę tak, jakby ich łowy poszły na marne!

Chciałem dobrej zabawy, a dostałem głupotę  tak nieznośną, że gorzej wypada już tylko The Predator. Szkoda, Killer of Killers miał dobre założenia, ale obchodził się za delikatnie ze swoimi bohaterami, przez co nudził. Można obejrzeć dla scen akcji (przoduje tu zwłaszcza druga historia) oraz animacji, ale to tyle. Moja ocena: 3+.

niedziela, 20 listopada 2022

Prey (2022)

Ostatni film o Predatorze był do bani. Ja rozumiem, że cała seria nigdy nie była przesadnie ambitna, ale to nie usprawiedliwia traktowania widza jak idioty, który zaakceptuje każdą bzdurę. Odbiło się to na popularności serii do tego stopnia, że wielu oglądających zwyczajnie zapomniało, że w ogóle taki film powstał. I właśnie na takim gruncie przyszło autorom Prey wyhodować nową odsłonę. Co gorsza, zapowiedzi nie zwiastowały niczego dobrego.

Główna bohaterka, pochodząca z plemienia Comanche Naru, chce udowodnić, że podobnie jak mężczyźni może polować. Pal licho, że jest mniejsza od nich i słabsza fizycznie. Ta warstwa zalatuje współczesnymi poglądami, które nie wszędzie mają rację bytu. Nie mam pojęcia, czy w plemionach indiańskich faktycznie znajdowały się takie jednostki, którym nie w smak było wpisanie się w rolę narzuconą przez ich społeczeństwo, jednak mam nadzieję, iż rozumiecie, skąd te moje obawy. W dzisiejszym klimacie panującym w Hollywood wręcz obstawiano, że Predator połączy siły z Naru i będą walczyć przeciwko białym kolonistom. Mimo że opowieść jest fikcją, to jednak osadzono ją w realiach, które jak najbardziej miały miejsce i wolałbym, żeby te odzwierciedlono prawidłowo, nawet jeśli nie każdy lubi to, co w przeszłości ludzkość wyprawiała lub jak była zorganizowana.

Ok, ponarzekałem sobie na współczesne trendy, które mogą odstraszyć potencjalnego widza i powodują jedną wtopę fabularną. Co pozytywnego zaoferował mi Prey? Dużo rzeczy. Po pierwsze czuć klimat polowania. Zarówno postacie ludzkie (Comanche oraz Francuzi), jak i nowy Feral Yautja są pokazywani od tej strony. Każdy ma swoje metody, każdy podchodzi inaczej. Największym zaskoczeniem była dla mnie Naru. Nie jest ona babochłopem, nie nagina zasad fizyki pokonując dużo większych przeciwników w otwartej walce siłowej. Nie potrafi wszystkiego od razu jak Rey Palpatine. Poza tym jest uparta jak osioł. I BARDZO DOBRZE! Dziewczyna jest pomysłowa, kojarzy fakty, nowych umiejętności uczy się poprzez powtarzanie do zarzygania, popełnia błędy, wyciąga wnioski i biegnie dalej. W walce polega na szybkości, zwinności i pomysłowości. Nie robi wielkich pułapek z kawałów drzew, ani nie rzuca ogromnymi kamieniami, ale też potrafi umiejętnie i po swojemu wykorzystać otoczenie.

Po drugie: zdjęcia. Biorąc pod uwagę kreatywność, jaką wykazano się przy scenach walk (i mam tu na myśli zarówno te ze zwierzyną, jak i Predatorem), są one bardzo przejrzyste i łatwe do śledzenia. Nawet sporadyczne zbliżenia (bez których można się obyć, ale cóż…) niespecjalnie zakłócają odbiór. Wiele ujęć można spokojnie zastopować, żeby zrobić z nich tapetę na pulpit lub wydrukować w dużym formacie i dać na ścianę w antyramie.

Po trzecie: reszta. Wreszcie jest kogo pochwalić za aktorstwo. Pewnie, że nie będą to oscarowe kreacje, ale nie odrywają od seansu i nie sprawiają wrażenia oglądania filmu klasy Z. Choreografie są kreatywne i dynamiczne, nie nużą, ale i nie ciągną się w nieskończoność. Finałowe starcie wręcz zaskoczyło mnie tym, że trwało tak w sam raz na możliwości postaci. Do tego efekty specjalne, kostiumy i charakteryzacja świadczą o jakimś wysiłku włożonym w produkcję.

Na koniec ponarzekam na kilka pierdół. Największą z nich jest to, że Prey nie straszy i nie trzyma w napięciu. Ładnie wygląda i brzmi, ale nie sprawi, że będziecie siedzieć na krawędzi fotela z niepokoju. Trochę za bardzo stara się też naśladować pierwszego Predatora i przeważnie tylko po to, by pokazać, że chce to samo zrobić po swojemu. Np. Naru też wpada w błoto, jak Arnie… ale w zupełnie innych okolicznościach i w celu ogarnięcia innej umiejętności, zaś podobny patent na pokonanie kosmity uzyskuje po swojemu. Nawiązanie do pistoletu z Predatora 2 było kompletnie zbędne. Mało tego, wylądował w takich rękach, że jeśli chcą wyjaśnić, jak znalazł się w miejscu znanym z P2, potrzebują przynajmniej jeszcze jednego filmu… który poniekąd zapowiedziano w animacji przed napisami końcowymi. No i zakończenie nie jest jakieś specjalnie udane. Naru może wygrała i była motorem napędowym fabuły, lecz w rezultacie przez nią zginęli wszyscy wojownicy/łowcy, więc cały ciężar ochrony, zapewnienia żarcia i wyszkolenia nowych spada na nią. Nie wspominając o potencjalnym sequelu, w którym zagrożenie może być większe.

Prey może się podobać, zwłaszcza jeśli nie znacie lub nie przywiązujecie wagi do poprzednich odsłon serii. Może też być tylko Ok, bo jednak na wielu płaszczyznach jest produkcją wtórną przez niepotrzebne kopiowanie oryginału. Przez co dla mnie jest to: 3+, podczas gdy dla innych może to być: 4.

niedziela, 3 listopada 2019

The Predator (2018)

Na Ziemię przylatuje kolejny przedstawiciel rasy Yautja. Oddział żołnierzy, który ma wątpliwą przyjemność przebywać w okolicy, zostaje zabity niemal w całości. Głównemu bohaterowi udaje się załatwić kosmitę. Jednak wiedząc, jak działa rząd, postanawia zebrać tyle kosmicznych zabawek, ile może i wysyła je na swoją skrytkę pocztową. Pech chce, że ta została zlikwidowana, przez co przesyłka trafia do jego domu, a tym samym do jego syna, który dzięki „magicznej mocy” autyzmu rozpracowuje technologię Yautja. W tym samym czasie dzieją się dwie rzeczy: a) Predator z początku filmu okazuje się całkiem żywy i wyrywa się z laboratorium, do którego trafił; b) aktywowana technologia wysyła sygnał w kosmos, zaś ten przechwytuje inny Yautja, który na jego podstawie postanawia lecieć na Ziemię. Na deser otrzymujemy autobus pełen żołnierzy, których rząd uznał za czubków, nadgorliwą panią naukowiec, nadgorliwych przydupasów rządu i predatoro-psy…

Jeśli cokolwiek z tego zabrzmiało ciekawie, to śpieszę poinformować, że takie nie jest. Jeśli myśleliście, że niżej niż AvP nie da się upaść, to się myliliście. Jeśli nastawiacie się na dobrą zabawę w gronie podchmielonych współwidzów i rzucanie głupich komentarzy – już lepiej obejrzyjcie AvP… nawet dwójkę, w tych samych warunkach.

Wciąż nie mogę się nadziwić, jakim cudem facet (Shane Black), który brał udział w pisaniu Lethal Weapon 1-4, a nawet współtworzył i grał w oryginalnym Predatorze (ten od dowcipów o cipce swojej dziewczyny) mógł stworzyć coś tak słabego. W tym filmie nie ma absolutnie nic ciekawego. Akcja przypomina potwora Frankensteina – jakby ktoś zlepił całość z kilku filmów, tylko mniej przemyślanie. Aktorzy nie mają się czym popisać pomimo tego, że w obsadzie jest kilka znanych nazwisk. Humor jest na żenująco niskim poziomie, a do tego dowcipkowanie na temat nazwy dla kosmity doszczętnie rozwala czwartą ścianę. Zabójstwa są słabe, przy walkach się ziewa, a postacie są tak napisane, że tylko czekamy, kiedy wreszcie ktoś je usiecze. Autyzm został sprowadzony do roli mistycznej mocy, która ma rozwiązanie na wszystko i chroni przed przeciwnościami scenariusza. Autentycznie jest to jeden z najgłupiej napisanych autystyków, jakich widziałem w filmach lub serialach, a widziałem sporo.

The Predator to kwintesencja zmarnowanego czasu tak producentów, jak i każdego, kto go obejrzy. Moja ocena: 1.

niedziela, 27 października 2019

Whoever wins… we lose

Kiedy w 1994 kupiłem pierwszy komiks z serii Aliens vs. Predator, nie spodziewałem się zobaczyć takiego crossoveru na dużym ekranie, a przynajmniej nieprędko. Obaj kosmici charakteryzowali się zupełnie inną dynamiką i połączenie ich w jednym widowisku byłoby nie lada wyzwaniem. Naturalnie, po drodze komiksów przybywało. Były też gry, którym w mniejszym lub większym stopniu udało się oddać klimat obrazkowych protoplastów, ale pierwszy film łączący obie paskudy pojawił się dopiero w 2004 roku.


Alien vs. Predator


Satelity korporacji Weyland wykryły nieznane źródło ciepła oraz podziemną piramidę na Antarktydzie. W myśl zasady: „Kto pierwszy, ten lepszy” Charles Bishop Weyland zamierza zaklepać znalezisko i w tym celu organizuje ekspedycję. Na miejscu znajdują opuszczoną osadę wielorybników z początku XX wieku oraz idealnie wydrążony tunel prowadzący w głąb wyspy, którego 24 godziny temu jeszcze nie było. Wraz z eksploracją rozpoczyna się walka o przetrwanie.

Mój odbiór tego filmu zmieniał się na przestrzeni lat. Gdy wchodził do kin w 2004 roku, miałem spore oczekiwania. Z jednej strony chodziło o połączenie dwóch lubianych przeze mnie serii filmowych, z drugiej nadzieja na widowisko tej klasy, co pierwszy komiksowy AvP.

Pierwszy zgrzyt pojawił się już w zwiastunach. Po pierwsze – opowieść rozgrywała się w czasach mniej więcej współczesnych. Żegnajcie podróże kosmiczne, żegnaj Ryushi, żegnajcie dwurożce. Po drugie – reżyserem i scenarzystą jest Paul Anderson. Jego filmy, niezależnie od tego, czy mowa o adaptacjach, są… specyficzne. Są przeważnie bardzo dynamiczne, ale w rezultacie niezależnie od tematu robią się z nich proste rąbanki. Z całego jego dorobku dobrze wspominam (z różnych względów) dosłownie cztery: Mortal Kombat, Resident Evil, Death Race (2008) oraz Event Horizon. Po trzecie – oprócz komiksów film miał konkurencję w postaci gier komputerowych, zwłaszcza wydanych tuż przed nim AvP (1999) i rewelacyjnego AvP 2 (2001).

W związku z powyższymi efekt końcowy nijak tym oczekiwaniom nie sprostał. Czepiałem się zbyt krótkiego czasu trwania, głupich zachowań postaci, uproszczeń u Ksenomorfów i Yautja oraz motywu z piramidą, który potem był wałkowany do zarzygania (np. Dobry Komiks nr 24B/2004: DK Extra: Alien vs. Predator: Dreszcz polowania lub gra Aliens vs. Predator z 2010). Wtórowałem dowcipom nabijającym się choćby ze sceny z „prezentami” od predatora i cieszyłem się, że seans dobiegł końca.

Drugie podejście robiłem gdzieś w okolicach roku 2008, gdy sequel był już dostępny na płytach. Na zakrapianej imprezie i w odpowiednim towarzystwie film wydawał się już nieco lepszy.

Trzecie podejście miałem na potrzeby tego wpisu. I tu dochodzę do sedna. To trzecie podejście jest już PO Prometeuszu i Covenant… Nagle okazało się, że AvP to nie taki zła produkcja… Jasne, podtrzymuję, że akcja pędzi na złamanie karku, a decyzje postaci nie są najmądrzejsze, ale to nadal pikuś w porównaniu z ostatnimi tworami Scotta. Wspomniane wyżej uproszczenia to m.in. ekstremalnie krótki okres inkubacji obcego, albo wyrżnięcie Predatorów na rzecz fabuły. Akcja jest szybka, ale przez to nie ma tworzenia atmosfery, jak w pierwszym Predatorze, czy Alienie. Piramida nie przeraża, stanowi tylko tło. Brak atmosfery jest też spowodowany brakiem takiego stereotypowego odpowiednika Indiany Jonesa/Lary Croft, który poprowadziłby ekspedycję wolniej i może uniknął niektórych elementów budzenia królowej, albo rozegrał to inaczej. A tak dany skład głupio przyklepuje kilka przycisków i kłopot gotowy.

Dlaczego więc AvP nie jest aż takie złe? Bo wygląd obcych i sceny z ich udziałem są dobre, królowa to nadal kawał zdziry, Predatorzy dobrze się prezentują, pojedynki między kosmitami to najlepsze sekwencje w tym tytule, a błędy popełniane przez ludzkość nie są nawet w połowie tak idiotyczne, jak niemal dowolna rzecz powiedziana lub popełniona przez „naukowców” i kolonistów w Prometeuszu oraz Covenant. Pewnie, że to tylko średni akcyjniak, którego niektórych braków merytorycznych nie usprawiedliwia nawet gatunek, ale to nadal film o klasę lepszy od „dzieł” Ridleya. Moja ocena: 3-.


Aliens vs. Predator: Requiem


Film zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym skończył się poprzednik. Mam tu na myśli również scenę po napisach. Nowy Alien wyrywa się z truchła Predatora, masakruje załogę, co w rezultacie sprawia, że statek spada na Ziemię, w okolice miasteczka w USA. Jednocześnie system alarmowy statku wysyła sygnał na planetę Yautja. Odbiera go jeden osobnik i rusza pomścić pobratymców.

Ten film ma dosłownie trzy zalety. Założenia początkowe, sceny, w których nie ma ani jednego człowieka oraz kilka dość drastycznych decyzji. Założenia opisałem wyżej. Sceny bez ludzi – w zasadzie wszystko co robią Predator i Obcy. Wręcz do tego stopnia, że nawet jak łowca tylko idzie wybrać spluwę, albo rozgląda się po okolicy, to jest to lepsze, niż sceny z ludźmi. Równie dobrze mógłby iść do kibla i nadal byłoby to bardziej ekscytujące. Co do drastycznych decyzji – na dzień dobry facehugger wskakuje na dzieciaka, a w środku filmu podobny los spotyka ciężarną kobietę, która zamiast dziecka rodzi alienowe czworaczki.

Tutaj dochodzimy do bardzo istotnej kwestii odbioru filmu. Jeśli akurat oglądacie go na wieczorze filmowym zakrapianym alkoholem i w odpowiednim towarzystwie, w którym kolega stara się dorobić własne linie dialogowe lub tłumaczyć, że scena, w której Predator i Predalien drą na siebie japy to istotna rozmowa o sensie egzystencjalnym – nie ma bata, żeby się dobrze nie bawić.

Gdyby jednak spojrzeć na Requiem jak na każdy inny film bez okoliczności łagodzących… to jest biednie. Postacie ludzkie w ogóle nie interesują widza, a zważywszy na zakończenie, ich liczba jest bez sensu. Jedyną reakcją, jaką udało im się wywalczyć, jest parsknięcie przy tekście: „Przecież rząd nie oszukałby swoich obywateli, prawda?” Sceny akcji są nudne i słabo widoczne (w sensie ujęć), co jest o tyle żenujące, że film wcześniej takiego problemu nie było. Całości dopełnia fakt, że 90% akcji ma miejsce nocą, przy zgaszonych światłach lub w tak „atrakcyjnych” miejscach, jak kanały. Sytuacji nie ratują nawet warunki kinowe. Krótko mówiąc, przez 90% seansu nic nie widać. Właśnie dlatego moja ocena to: 2-.

niedziela, 20 października 2019

You’re one ugly motherfucker…

Za klasykę zawsze ciężko się zabrać, niezależnie od gatunku filmowego lub rodzaju hobby w ogóle. Raz, że większość osób ją zna. Dwa, że nie da się napisać na ten temat nic nowego, bo wszystko zostało już napisane. Trzy, że przy próbach z tego drugiego łatwo popaść w banał. Cóż, może będzie banalnie i ogólnikowo, ale chcę podzielić się opinią na temat klasycznych odsłon, zanim przejdę do nowszych produkcji. Trzeci film serii (o ile można je tak nazwać), Predators, znajdziecie tutaj. Poniżej dwa pierwsze.


Predator


Oddział komandosów otrzymuje proste w założeniach zadanie: odbić amerykańskiego ministra z rąk partyzantów kryjących się w południowoamerykańskiej dżungli. Na miejscu okazuje się, że nie tylko tambylcy hasają po lesie.

Pomysł rzeczywiście prosty, postacie nieskomplikowane, ale bardzo charakterystyczne, a do tego klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Z jednej strony mamy demolkę świetnie oddającą specyficzne podejście do kina akcji w latach osiemdziesiątych. Nie chodzi o realizm, a efekciarstwo. Zniszczenia powodowane przy okazji ataku na obóz partyzantów, albo ostrzał dżungli, w której coś się ruszyło, ogląda się z uśmiechem na gębie. Z drugiej, gdy poznajemy szczegóły sytuacji oddziału Dutcha, zaczyna się niepokój i zerkanie przez ramię. To ostatnie najczęściej wspominają osoby, które jako dzieciaki zaliczyły polską erę VHS. Mało kto wtedy kontrolował, co małolaty oglądają po nocach. Normą więc był seans Predatora, Candymana, Aliena, czy innego horroru w ciemnym pokoju o 22:00, a po skończonym filmie strach przed dopiero co podziwianą paskudą. W takim wypadku nawet wyjście do kibla stanowiło nie lada wyczyn.

Wracając jednak do filmu – jeśli nie macie odrobiny cierpliwości, będzie się nudzić. Atmosfera zagrożenia jest budowana stopniowo. Czasami są to paskudnie zmasakrowane zwłoki, czasami coś bardziej subtelnego. Wróg przez większość czasu pozostaje niewidoczny, a bohaterowie powoli popadają w paranoję. Więc dlaczego ktoś miałby się nudzić? Bo jednak segment dotyczący ratowania polityka jest prawie jak nie wszystkim pasujący objazd. Fakt, rozwałka jest przednia, ale klimatem odstaje od reszty. Tyle dobrego, że fabularnie jest uzasadniona.

Całości dopełnia świetna muzyka, rewelacyjny projekt antagonisty i niezapomniane one-linery. A tak zupełnie na deser pozostaje cała masa ciekawostek i opowieści związanych z produkcją filmu. Jak choćby te dotyczące oryginalnego wyglądu łowcy z kosmosu, w którego kostiumie na początku siedział… Jean-Claude Van Damme… Albo ta, jak powstał dźwięk wydawany przez Predatora, którego autorem był… Peter Cullen aka Optimus Prime.

Pomijając nostalgię za erą VHS, Predator to nadal dobry film grozy okraszony sporą dawką akcji. Współczesne reedycje zostały ładnie odrestaurowane cyfrowo i nawet leciwe efekty specjalne wciąż świetnie się prezentują (co tylko świadczy o ich jakości). Dla osób w moim wieku nowe edycje to idealny pretekst do odbycia nostalgicznej podróży, dla nowicjuszy gatunku ważna lekcja historii oraz horror pełną gębą. Niezależnie od grupy, do której należycie, nie warto zwlekać z seansem. Moja ocena: 5.


Predator 2


Skoro pierwszy Predator okazał się sukcesem, sequel pozostawał kwestią czasu. Trzy lata później takowy ujrzał światło dzienne.

Tym razem tradycyjną dżunglę zamieniono na miejską, a konkretnie na Los Angeles w roku 1997. Zgodnie z ustaleniami poprzednika trafiamy w sam środek gorącego lata, które nie tylko przyciąga łowców z kosmosu, ale także sprawia, że ludziom konkretnie odbija. Od pierwszej sceny jesteśmy rzucani w wir akcji: policjanci kontra gangi i strzelanina na całego.

Jeśli komuś brakowało realizmu w pierwowzorze, dwójkę może sobie od razu darować. Kino akcji w latach osiemdziesiątych było kiczowato-zabawne. Z kolei w latach dziewięćdziesiątych kiczowatość podkręcono do kwadratu, co jest w stanie zniechęcić sporą grupę widzów. Nie pomaga też to, że Predatora jest mniej niż poprzednio. Nie żeby w jedynce było go jakoś dużo, ale tam miejsce akcji sprawiało, że czuło się jego obecność i oczekiwało, iż kosmita lada moment wpadnie w kadr. Tutaj tego nie ma, choć jesteśmy straszeni co jakiś czas widokiem z oczu łowcy.

Główną różnicą, która moim zdaniem przyczynia się do niższej jakości widowiska, jest odwrócenie ról. W jedynce to zamaskowany brzydal polował na ludzi. W dwójce jego następca niby wybiera sobie największych twardzieli z obu stron prawa, ale tak naprawdę to on jest tym ściganym, przez co pojawia się tylko, gdy scenariusz każe, a jak wspomniałem wyżej, nie jest to częste. Sytuacja przypomina tę z Transformers Michaela Baya, w których połowę lub więcej seansu spędzamy z ludźmi, zamiast tytułowymi robotami.

Kolejnym minusem umieszczenia akcji w mieście jest obecność wielu innych postaci. Pojawiają się m.in. sceny z potencjalnymi ofiarami Predatora jeszcze przed ich zabiciem oraz osobami wypełniającymi tło (jak starsza pani, która musi sprawdzić, skąd dochodzi hałas). Odwraca to uwagę od współpracowników głównego bohatera i jego samego, że o łowcy nie wspomnę. Rezultatem jest brak przywiązania do kogokolwiek i jeśli komuś zdarzy się zejść, w ogóle nas to nie obchodzi. Ba, w przypadku jednej konkretnej śmierci autorzy próbują wzbudzić w widzu te same emocje, które towarzyszyły scenie z jedynki, w której Mac w środku nocy wznosił ostatni toast za swego zmarłego towarzysza, po czym odkładał swoją piersiówkę do worka ze zwłokami. Wykorzystano nawet ten sam motyw muzyczny w tle.

Ostatnią rzeczą, do jakiej się przyczepię, jest kamuflaż kosmity. Tutaj zdecydowanie łatwiej go wypatrzeć i ma się wrażenie, że działa niekonsekwentnie, byle tylko pasował do fabuły.

Czy w związku z powyższymi Predator 2 to zły film? Nie. Sprawdza się jako akcyjniak (podparty dobrą obsadą: Danny Glover, Bill Paxton, Gary Busey) i jakaś tam wariacja na temat polowania na Kubę Rozpruwacza. Ma sporo fajnych efektów specjalnych (łowca popisuje się nowym sprzętem oraz opatruje inny rodzaj ran), a końcowe sekwencje trochę wynagradzają resztę seansu. Mam na myśli scenę w chłodni, która będzie kojarzyć się z marines strzelającymi do ścian w Aliens, oraz pościg i finał w kanałach. Do tego dochodzi ładny easter egg z trofeami, który przyczynił się do czegoś większego. I właśnie jako akcyjniak z nietypowym antagonistą Predator 2 zasługuje na 4. Niestety, w zestawieniu ze swoim protoplastą wypada słabiej: z dobrego horroru stając się średniakiem, który braki maskuje strzelaninami, golizną i krwią. W związku z czym jako sequel dostaje 3+.

czwartek, 14 lutego 2013

Aliens vs. Predator (2010)

W stereotypowych produkcjach związanych z tym uniwersum schemat wygląda następująco: jakiś oddział korporacji Weyland-Yutani prowadzi eksperymenty związane z Obcymi lub technologią Predatorów (albo jednym i drugim), po drodze gówno trafia w wentylator, Obcy opanowują miejsce akcji, dołączają do nich łowcy szkieletów (bo albo zostali zaalarmowani, albo akurat i tak mieli wpaść do Xenomorphów w odwiedziny), a w międzyczasie jakiś naiwniak wzywa pomoc w postaci mięsa armatniego... eee, to jest marines.

Oczywistym jest to, że jako gracze od początku znamy wszystkie strony konfliktu. Niemniej jednak można zrobić tak klimaciarskie wprowadzenie, że będziemy się bać razem z żołnierzem (bo od kampanii marines zazwyczaj warto zacząć). Opisywana przeze mnie wersja AvP tego nie potrafi. Nasz żołnierz jest od razu rzucany w wir akcji, a my jako uczestnicy spektaklu dostajemy w ryj wszystkimi możliwymi kliszami: rola początkującego w oddziale – jest; latynoska babka w oddziale – jest; zdziwienie, że Obcy są w pomieszczeniu, ale ich nie widać – jest. Zero kreatywnego przedstawienia, po prostu wszystkie patenty znane z Aliens i poprzednich PCtowych AvPków, wrzucone na chama i zmiksowane na szybko. Wśród nich znajduje się także motyw piramidy Predatorów, znany ze słabego filmu Paula Andersona.

Kampania Obcego nie ma tego feelingu, co AvP2. Tam mieliśmy okazję „przeżyć” cały cykl: od facehuggera, przez chestbustera, po dorosłego Xenomorpha. Tutaj większość z tego, to przerywniki. Najbardziej irytujący jest fakt, że cele kolejnych misji przekazuje nam królowa, w poprzedniej grze wynikały one z sytuacji.

Chyba tylko do Predatora nie mam za bardzo jak się czepić, bo ogólny patent na fabułę jest taki sam jak poprzednio: polowanie, pomszczenie poległych i obrona honoru w ten, czy inny sposób.

Pozostaje jeszcze kwestia przeplatania się powyższych kampanii. AvP2 prezentowało naprawdę świetne zobrazowanie jednej historii z różnych perspektyw. Smaczku dodawało to, że rozgrywanie w odpowiedniej kolejności (marine, alien, predator) pozwalało na ujrzenie coraz to nowych szczegółów w opowieści, a zakończenia ładnie się nakładały. W omawianej grze niby są wspólne punkty, w których bohaterowie poszczególnych kampanii mogliby się spotkać, ale to nie następuje. Nie wspominając już o tym, że zakończenia nie zazębiają się tak ładnie.

Nowa mechanika rozgrywki jest, zgodnie ze współczesnymi standardami, uproszczona w stosunku do wcześniejszej gry. O ile takiego Obcego niemal nie zmieniono, o tyle u Marine, a już zwłaszcza u Predatora jest to odczuwalne. W przypadku żołnierza jest to banał w postaci baterii. W AvP2 byliśmy ograniczeni baterią, więc trzeba było ostrożnie dawkować oświetlenie, żeby nie przyszło nam błądzić po omacku. Tutaj nawet na otwartej przestrzeni w środku dnia możemy biegać z włączoną latarką, bo baterie zniknęły (a wraz z nimi palnik, który był fajnym urozmaiceniem zmuszającym do szukania przejść w nietypowych miejscach). Do tego żołnierz porusza się dość ociężale, a skakanie to tylko zbędna kosmetyka (bo wspinanie się jest kontekstowe).

Podobnie sprawa ma się ze sprzętem Predatora, u którego w AvP2 kamuflaż zużywał energię pancerza, a do tego powodował zakłócenia w wizjerze maski. Przez co trzeba było się nakombinować, kiedy i czego używać. Tutaj kamuflażu możemy używać do woli (bo nie zużywa energii), ale z kolei nie mam przy sobie badziewnika uzupełniającego  ową energię (w tym celu musimy spowodować wyładowanie w urządzeniach ludzi, by podładować swój ekwipunek). Usunięto zakłócenia oraz trzeci tryb wizjera, pozwalający widzieć innych łowców szkieletów.

Ze zmian, które przypadły mi do gusty wymienię system walki wręcz, tak u Obcego, jak i Predatora. W obu przypadkach bardzo fajnie podkreśla on przewagę fizyczną nad żołnierzami. Elegancko rozwiązano też wysokie skoki – fakt, gra ułatwia to poprzez określenie maksymalnego zasięgu, a nam zostaje tylko wskazanie miejsca do skoku, przez co nie musimy martwić się o precyzję. Biorąc jednak pod uwagę oferowane tempo przemieszczania się, ta zmiana jest jak najbardziej sensowna.

Graficznie jest ok. Niestety ciężko nie odnieść wrażenia, że jakością grafiki próbowano zamaskować taki sobie projekt miejsc. Każde z nich fajnie wyglądałoby na tapecie pulpitu, lub plakacie reklamowym, ale jak tylko zaczniemy się po nim poruszać, raz dwa dostrzeżemy tunelowość konstrukcji (eksploracja sprowadza się do do podążania za strzałką wskazującą cel misji oraz poszukiwania znajdziek - innych dla każdej rasy).

Dźwiękowo sytuacja jest podobna. Jakości nie idzie nic zarzucić, ale już stosowaniu poszczególnych patentów jak najbardziej. Muzyka budująca napięcie i nagle zmieniająca swoją głośność w pustych korytarzach, odgłosy Obcych próbujących się przebić w miejscach, gdzie na pewno nie będziemy walczyć, wszystko tylko po to, by odhaczyć listę standardów, które stosowano w tym uniwersum w konkretnych sytuacjach.

Trybu multiplayer nie testowałem, więc nie będę go brał pod uwagę w końcowej ocenie. Natomiast bez niego pozostałe elementy Aliens vs. Predator są przeciętne, upchane na szybko i dobre jako zapchajdziura w oczekiwaniu na grę, która przynajmniej dorówna staruteńkiemu AvP2. Moja ocena: 3.

środa, 29 września 2010

Predators

Jedno słowo: WRESZCIE! Ile ja się na ten film naczekałem! I nie chodzi tu o faktyczne czekanie typu: jeszcze 52435656 godzin do premiery. Chodzi mi raczej o czekanie na prawdziwą kontynuację filmów Predator. Bądźmy szczerzy, Aliens vs. Predator 1-2 były zwyczajnie do dupy. Nie potrafiły oddać ani klimatu Obcych, ani Predatorów, ani ich połączonego komiksowego uniwersum.

Początek filmu przypomina nieco Pitch Black połączonego z Cube – grupa nieznanych sobie ludzi spotyka się (po średnio udanym lądowaniu) w jakiejś dżungli. Pierwszym celem jest zorientowanie się w swoim położeniu, drugim – przetrwanie.

Za co należą się brawa? Za muzykę, która w wyraźny sposób nawiązuje do pierwszego Predatora. Za ujęcia oraz sposób prowadzenia (poniekąd) akcji, który również bazuje na oryginale. Za próby tworzenia klimatu oraz smaczki, z który wynika, iż Predators faktycznie są sequelem. Niektóre z postaci są naprawdę fajnie pomyślane. Jeśli ktoś sądził, że Adrien Brody, czy Laurence Fishburne nie nadają się do tego typu kina, był w błędzie. Panowie doskonale wywiązują się ze swoich ról. Na deser należy się też plus za samo zakończenie.

Z rzeczy które mi nie podeszły: spora część z drugiej połowy filmu. Przez pierwsze 40 minut autorzy starają się tworzyć nastrój podobny pierwowzoru i nawet jakoś to idzie. Niestety od tego momentu akcja przyspiesza, kolejne postacie schodzą i robi się napierdalanka. Dorzućmy jeszcze motyw walk między klanami naszych łowców szkieletów – wątek efekciarski, ale ciężko nie odnieść wrażenia, że wciśnięty nieco na siłę.

Jeżeli miałbym oceniać, to dałbym 4- w skali szkolnej. Film oglądało mi się dobrze, ale mogło być lepiej. Polecam fanom Predatora, zwłaszcza tym, którzy szukają lekarstwa na zapomnienie o wpadkach pokroju AvP 1-2.