Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 stycznia 2024

The Mandalorian – Season 3

No i skończyło się rumakowanie. Dwa pierwsze sezony Mandaloriana zrobiły na mnie wrażenie, ale seriale, jakie potem Lucasfilm wypuścił, były żenujące i głupie. Efektem był taki, że seans trzeciego sezonu przygód łowcy nagród odkładałem na później, bo nie chciałem psuć sobie wspomnień po poprzednich. Ale że po drodze napatoczył się strajk w Hollywood i tradycyjny sezon serialowy praktycznie przystopował, stwierdziłem: teraz albo nigdy.

Sezon numer trzy skupia się na zbiorowych wysiłkach Mandalorian z różnych plemion, by zjednoczyć wszystkich, wrócić na Mandalore i stopniowo odbudowywać swoją cywilizację. W tle przewijają się wątki szpiegowskie, resocjalizacja byłych żołnierzy Imperium, zaginięcie Moffa Gideona i walka z piratami. Przy okazji autorzy próbują powiązać działalność resztek Imperium z powrotem Thrawna.

W zamyśle wszystko to brzmi pięknie… tylko że rezultatem jest coraz mniej Din Djarina w jego własnym serialu, coraz więcej wszystkiego innego. Sam Djarin robi się coraz bardziej pierdołowaty. W jednym z odcinków Bo Katan musi go ratować dwa razy i tylko jeden ratunek ma jakieś późniejsze zastosowanie fabularne. Z jednej strony fajnie zobaczyć całe to uniwersum, w którym Nowa Republika popada w biurokratyczny chaos wymagany do posprzątania po wojnie. Resztki Imperium próbujące zjednoczyć się odzyskać władzę, zaczynając od Zewnętrznych Rubieży galaktyki. Ludzie z wyzwolonych planet próbujących ułożyć sobie życie na nowo i wielu mieszkańców powoli dostosowujących się do nowej rzeczy. Z drugiej strony – nie po to oglądam serial o przygodach samotnego strzelca, by obserwować całą galaktykę. Jeśli powyższe narzekania wydają się znajome, to dlatego, że Księga Boby Fetta popełniła dokładnie ten sam błąd, choć tam wyszło to jeszcze pokraczniej.

Strona wizualna jak zwykle daje radę, aktorzy też w porządku i świetnie oddano skalę wydarzeń. Fajnie jest widzieć, jak problemy planety z zadupia wszechświata potrafią odbić się czkawką w stolicy, ale dlaczego w Mandalorianie? On sam też przerodził się z głównego bohatera w środek narracyjny dla pozostałych, stanowiący usprawiedliwienie dla ganiania w tę i z powrotem oraz zbierania wszystkiego do kupy. Gorzko-słodki wydźwięk ma też zakończenie sezonu, bo nie dość, że rola Din Djarina została zmniejszona, to jeszcze zostawiono furtkę do… odstawienia go na emeryturę…

Jeśli oglądać trzeci sezon Mandaloriana jako serial o losach galaktyki po wojnie – dałbym mu 4. Sporo się dzieje, ładnie wygląda i nie wymaga wysiłku intelektualnego, ani emocjonalnego. Niestety, jako przygody tytułowego łowcy nagród trzeci sezon daje ciała: odciąga nas od bohatera, gnoi go przy wielu okazjach i ciężko nie odnieść wrażenia, iż robi to, byle tylko odstawić go na boczny tor jak najszybciej. Moja ocena: 3.

niedziela, 4 czerwca 2023

Obi-Wan Kenobi – Season 1

Gdy ogłoszono prace nad tym serialem, zapaliła się we mnie iskierka nadziei. Po wielu rozczarowaniach na dużym i małym ekranie miało pojawić się coś, czego fani oczekiwali od dawna – produkcji o Kenobim, której akcja ma miejsce między epizodami III i IV. Do tego ogłoszono powrót Ewana McGregora, a wisienką na torcie miała być obecność Haydena Christensena. Niestety, już pierwszy zwiastun ostudził moje oczekiwania, a potem było tylko gorzej.

Serial rozpoczyna montaż scen z epizodów I-III pokrótce streszczający wspólne dzieje Anakina i Obi-Wana. Potem mamy scenkę z ataku na świątynię Jedi na Corscuant pokazaną z innej perspektywy, po której przechodzimy do właściwej akcji.

OWK na każdym kroku pokazuje, że obecnym twórcom nie leżą faceci (zwłaszcza biali) jako postacie pierwszoplanowe i że w beczce z pomysłami widać dno. Pierwszy idiotyzm mamy na dzień dobry. Obi-Wan miał chronić Luke’a. Ostatecznie Leia trafiła do szlacheckiej rodziny, w której ochroniarzy było pod dostatkiem, ale nie, to byłoby zbyt logiczne i wymaga zbyt wielkiej gimnastyki umysłowej, by wymyślić coś dla Kenobiego na Tattooine. W związku z tym serwuje nam się porwanie księżniczki, wyciągnięcie Bena poza pustynną planetę i rzucanie nim od miejsca do miejsca. Tyle, jeśli chodzi o jego ukrywanie się.

Drugim wątkiem jest ekipa inkwizytorów polujących na Jedi. Trafiają na trop Obi-Wana i zaczyna się pościg. Wśród nich znajduje się Reva – Trzecia Siostra, dziewczyna ocalała z pogromu świątyni na Coruscant. Odnaleziona potem przez inkwizycję i wcielona w jej szeregi. Kompletnie nie pamięta tamtych wydarzeń, ale czasami ma przebłyski.

Po kolei. Obi-Wan odcinający się od Mocy, by nie zostać namierzonym. Jest to kopia pomysłu choćby z Jedi Outcast. Kyle Katarn po wydarzeniach z Mysteries of the Sith wyciął podobny numer. Obi-Wan jako szukający Lei – wiecznie wpada w tarapaty, z których ktoś go wciąga. Nawet jeśli dana scena zwiastuje, że poradzi sobie sam, zaraz okoliczności przybiorą taką skalę, z której solo już się nie wywinie. Rezultatem obu tych założeń jest brak wiary w siebie przez jakieś 90% widowiska i łomot zebrany od Vadera za pierwszym podejściem.

Bzdurne pomysły – zbyt dużo, by wymieniać. Ja rozumiem, że Star Wars nie są ostoją realizmu i logiki, ale przemycanie Lei pod oficerskim płaszczem Kenobiego zdecydowanie plasuje się w top 3 idiotyzmów całej franczyzy. Są też duperele, które niby mają działać, ale z perspektywy widza nie mają racji bytu. Reva dwukrotnie konfrontuje się z Owenem. Za pierwszym razem z przypadku, za drugim już umyślnie. Fajnie, że Owen i Beru potrafili się jakoś bronić (ma to sens zważywszy na bliskość Tuskenów), ale całe napięcie jest niwelowane przez fakt, iż ich los jest znany, więc to taka trochę strata czasu.

Pojedynki z Vaderem również są bez sensu. Tak – wizualnie, choreograficznie i klimaciarsko robią wrażenie, zwłaszcza uzupełnione o retrospekcje ze sparringów Skywalkera i Kenobiego. Jednak z punktu widzenia linii czasu nie powinny mieć miejsca. W końcu Vader opuszczał Bena jako uczeń, a spotykał go w Nowej nadziei jako mistrz. Podobnie sprawa ma się ze spotkaniem Obiego z Leią. Wiadomość z Ep. IV sugeruje, że Leia słyszała o Kenobim, ale nigdy go nie spotkała. Natomiast tutaj mieli nie lada przygodę i do tego małolata wie, że starzec jest Jedi.

W ogóle Leia zasługuje na osobny akapit i to niezbyt przychylny. Jest jedną z najbardziej przemądrzałych i chronionych przez „plot armor” dziewczynek w historii kinematografii. Wręcz zasłużyła na miejsce w obsadzie kolejnych Szybkich i wściekłych. Przykładem niech będzie jedna z jej pierwszych scen, w której ucieka najemnikom przez las. Ucieczka wygląda tak komicznie, że albo to ona jest tak genialna i zwinna, albo ci najemnicy to skończone jełopy (do tego zapominające o ogłuszaniu bronią). Aż dziwne, że to nie ona ratuje Kenobiego na zlecenie Luke'a.

To wszystko boli tym bardziej, że w inne aspekty włożono sporo roboty. Wizualnie ten serial jest bardziej spójny od Księgi Boby Fetta. Poszczególne miejsca i planety robią wrażenie. Zwłaszcza forteca Inquisitorius przyprawia o opad szczęki swoją ponurą i zawiesistą atmosferą. Postać Revy jest zbyt przekoloryzowana jak na tak dramatyczną historię pochodzenia. Relacje Obi-Wana i Owena finale otrzymują tylko moment uwagi, zaś cameo Liama Neesona pomimo iż przyjemne, nijak się ma do tych lat treningu, które Benowi sugerował Yoda.

Chciałbym wreszcie obejrzeć nowe Gwiezdne wojny bez pierdoletów współczesnego Hollywood, ale nie wiem, czy doczekam się. Obi-Wan pomimo wielu efekciarskich momentów jest owocem braku wiedzy i znajomości specyfiki uniwersum, a także ofiarą zapędów polityczno-społecznych obecnej ekipy. Moja ocena: 2.

niedziela, 14 sierpnia 2022

The Book of Boba Fett – Season 1

Pamiętam, gdy za dzieciaka poznawałem coś ze Star Wars, czego akcja miała miejsce po Powrocie Jedi, byłem wielce zdziwiony obecnością Fetta. No jak to, przecież skończył jako karma dla Sarlacca. Już wtedy rzucano teorie, że udało mu się stamtąd wyrwać. Jak? Tego nie napisano. Jeśli kiedykolwiek byliście ciekawi tego konkretnego wydarzenia, to właśnie ono otwiera kolejny gwiezdno-wojenny serial: The Book of Boba Fett.

Seans podzielono na dwie przeplatające się części. Jedną z nich jest okres między Return of the Jedi, a The Mandalorian oraz w jego trakcie, zaś drugą to, co dzieje się po drugiej serii tego ostatniego. Od razu muszę zaznaczyć, iż ciężko mi znaleźć pozytywne aspekty w tej produkcji. Boba Fett jest tu strasznie pierdołowaty. Za grosz w nim bezwzględności i sprawności z poprzednich tytułów. Nadal jest pomysłowy, ale walką popisuje się dosłownie w ostatnim odcinku. W pozostałych sytuacjach zawsze dostaje łomot, po czym ktoś mu pomaga i w zależności od momentu w historii leczy się normalnie lub ląduje w pojemniku z bactą. Żeby nie było, że tylko ja narzekam. Nawet Temuera Morrison – aktor wcielający się w tę postać, uważa, że Boba za często się leczy i za dużo gada. Nijak to nie pasuje do wersji choćby z Empire Strikes Back lub do protoplasty – Jango Fetta.

Przedstawianie okresu między Sarlacciem, a końcówką drugiego sezonu Mandaloriana jest nudne. Naprawdę nie czułem potrzeby poznawania zwyczajów Tuskenów i dowiadywania się o jeszcze jednym okresie, w którym Fett nie umiał sobie poradzić sam. Nie miałem ochoty patrzeć na scenę ratowania Fennec. Po co? Byli we dwoje w Mandalorianie – znaczy, że się dogadali i pracują razem. Po grzyba pokazywać, jak to się zaczęło? Ciężko nie odnieść wrażenia, iż przez takie łopatologiczne uzupełnianie (bo nie jest to żadna epicka ani skomplikowana scena) luk autorzy traktują widza jak kretyna i zanudzają go na śmierć.

Zresztą nie tylko widza mają za idiotę. Ze wszystkich postaci widocznych na ekranie chyba tylko Fennec jest kompetentna. Wręcz ponad miarę, gdyż musi ratować wszystko i wszystkich. Serio – pozostali non-stop dostają wciry od złoli, są robieni w konia lub stawiają czoła ekipie z przewagą liczebną. Za każdym razem, gdy Fennec nie ratuje komuś skóry, bohaterowi w tarapatach zajmuje od groma czasu wylezienie z nich na własną rękę lub z pomocą kogoś równie udupionego.

Medal matoła sezonu należy się również Luke’owi Skywalkerowi. Nie dość, że próbuje musztrować dziecko w sposób, w jaki sam był szkolony jako dorosły, to na koniec daje mu ultimatum: Jedi lub Mando. No i oczywiście, że dziecko idzie w swoją stronę. Tym samym skutecznie niweluje sens przebiegu obu sezonów Mandaloriana. Nic dziwnego, że potem podejmował równie „trafne” decyzje, dzięki którym „narodził się” Kylo Ren.

Do tego dochodzą co najmniej dyskusyjne decyzje dotyczące projektów elementów świata. Niby wszystko pasuje, dopóki nie zobaczycie a) dużo lepiej niż zwykle ubranych Tuskenów, b) gangu Mods oraz c) nie usłyszycie, że jedna babka kręciła kiedyś z jakimś Jawem… A) Nie wiem, po co to zrobiono. Do poprzedniego wizerunku pasują, jak pięść do nosa. B) Ja rozumiem, że nawet w Ataku klonów była knajpa na Coruscant, która miała kojarzyć się z jadłodajniami z USA z lat 50, ale nawet ta pasowała wizualnie do otoczenia. Natomiast gang Mods ni cholery nie ma sensu. Raz, że cyborgizacje są tak toporne, że ręka Anakina z Episode II to cudo techniki, dwa – ich gwiezdno-wojenne Vespy są paskudne, trzy – wyglądają, jakby ktoś  wrzucił gang Neutrions z kreskówkowych Żółwi ninja i nie dał im nawet ciuchów, które pomogłyby przetrwać warunki panujące na Tatooine. C) Poddaję się..

W ogóle już sam tytuł to straszne nieporozumienie. Z 7 odcinków przez 4 faktycznie oglądamy Bobę. Piąty odcinek wygląda na zaginione przygody Mandaloriana, a kolejne dwa składają do kupy wszystkie wątki Mando, Boby i pierdyliarda innych postaci. Lepszym tytułem byłoby coś w stylu Tatooine Adventures/Chronicles, no cokolwiek obejmującego całą grupę zawadiaków.

Z pozytywnych aspektów wymienię ostatnią walkę między obydwoma frakcjami. Tatooine też ma stary klimat, dopóki na ekranie nie widać Tuskenów lub Mods. Jednak ciężko usprawiedliwić męczenie się przez 6 odcinków w nadziei na odrobinę radochy w finale. Boba nie jest już bezwzględnym łowcą nagród. Nagle wyrósł mu kręgosłup moralny. Kuzyni Jabby nie idą w jego ślady i można się z nimi dogadać. Nawet statek Fetta traci swoją nazwę Slave, bo przecież dzisiaj może kogoś urazić. The Book of Boba Fett to efekt zużycia wszystkich dobrych pomysłów na serię, w której nie mogli użyć Boby w pełnym wymiarze godzin (The Mandalorian). Tutaj trafiły ochłapy, które co chwila powodują pacnięcie się w czoło lub ziewanie na całą rozwartość gęby. Szkoda Fetta, szkoda Morrisona, szkoda zmarnowanego potencjału, szkoda czasu. Moja ocena: 2+.

niedziela, 21 listopada 2021

The Mandalorian – Season 2

Pierwszy sezon udowodnił, że autorzy są w stanie stworzyć samodzielną opowieść w uniwersum Star Wars i nie oglądać się na bzdury z nowych epizodów. Z kolei drugi sezon pokazuje, jak zintegrować tę autorską historię z istniejącymi.

Mando ma jasny cel, musi dostarczyć swojego podopiecznego do jakiegoś Jedi, aby dzieciak mógł odbyć stosowny trening. Cały sezon to niemal zamknięte historie. Spajający je wątek przewija się w dialogach, ale jeśli nie liczyć dwóch ostatnich odcinków, nie dominuje. W rezultacie ten sezon ogląda się bardzo wygodnie.

Na każdym kroku widać, iż producent sypnął kasą. Samych statystów jest więcej, a to dopiero początek. Odwiedzane planety są bardziej zróżnicowane, zaś kamera nie zachowuje się już tak, jakby ekipę stać było na pokazanie tylko dwóch budynków lub kilku sekund panoramy. Wszystkie miejsca są niemal osobnymi aktorami. Ich wygląd utrzymano w brudnym klimacie znanym z poprzednika, Rogue One oraz Republic Commando. Ponadto niemal każdy epizod ma jakiś gościnny występ. Mam na myśli nie tylko postacie związane już z franczyzą (Bo-Katan – Katee Sackhoff, Rosario Dawson – Ahsoka Tano, Boba Fett – Temuera Morrison), ale także jednorazowe występy takich osób jak Timothy Olyphant, Titus Welliver i Bill Burr. Naturalnie nie można też zapomnieć o powrocie nadwornego złola ponownie granego przez Giancarlo Esposito. Cholera, jest jeszcze jeden występ, którego nie wymienię, żeby nie psuć zabawy tym, którzy jeszcze sezonu nie widzieli, ale powiedzmy tylko, że te zachwyty i opady szczęk, o jakich mogliście słyszeć o finale, są jak najbardziej uzasadnione.

Warto też wspomnieć, iż tym razem serwowane fabuły nie są już tylko kopiami znanych konwencji. Tutejszym bliżej do tego, co widziałem w Clone Wars niż epizodów 7-9. Fakt, znajdzie się kilka scen, w których można pomyśleć, że nawet jak na Gwiezdne wojny, postacie są aż za bardzo nietykalne, ale na tle całości jest to drobiazg. Zwłaszcza, że wątki niektórych z nich rozwinięto i fajnie popatrzeć, że fabularnie nie stoją w miejscu i np. otrzymały większą rolę w danym miejscu/społeczności.

Jeśli pierwszy sezon Mandaloriana przypadł wam do gustu, drugi jest obowiązkowy. Jeśli nie, cóż, warto spróbować, gdyż jakościowo S2 jest jednak lepszy, bogatszy i bardziej dopracowany. Moja ocena: 5.

niedziela, 19 stycznia 2020

The Mandalorian – Season 1

Gdy ogłoszono ten serial, nie miałem oczekiwań. Byłem już zmęczony wojenkami wokół Star Wars i wytykaniem, kto jest fanem, a kto nie. Po seansie Solo wręcz zastanawiałem się, czy w ogóle iść na The Rise of Skywalker. Do tego całość zapowiadała się na coś w stylu: to nie Boba Fett, to inny Mandalorian i masz się z tego cieszyć, o! Aha… Światełkiem w tunelu było powiązanie Jona Favreau z projektem. Jeśli ktoś nie wie, o kogo chodzi, ten pan reżyserując pierwszego Iron Mana dał kopa na rozpęd całemu MCU. Pierwsze zdjęcia i zwiastuny dawały coraz więcej nadziei.

Założenie fabularne jest proste: tytułowy Mandalorian dostaje zlecenie, wypełnia je, ale po oddaniu celu misji zżera go sumienie. Zatem łowca nagród postanawia odebrać przekazaną istotę od byłego pracodawcy. Co automatycznie rysuje na jego plecach tarczę strzelecką. W pogoń ruszają wszyscy, którym pachnie nagroda za naszego bohatera, a że nie jest mała, to grupa zainteresowanych jest całkiem pokaźna.

Mandalorian korzysta z patentów podobnych do Republic Commando, Rogue One oraz innych tworów pokazujących uniwersum Gwiezdnych wojen od dość przyziemnej strony. Jedi są uważani za czarnoksiężników albo mit, zobrazowane lokacje są tak daleko od centrum Galaktyki, że przedstawiciele pozostałości Imperium muszą się liczyć z tym, iż dostaną łomot, a mieszkańcy tak daleko położonych planet nie mają lekkiego życia. Atmosfera automatycznie budzi skojarzenia z klasycznymi westernami oraz serialem Firefly. Zresztą nie tylko ona. Niektóre odcinki mają sceny lub wątki niemal żywcem wyjęte z takich produkcji, ale przybrane w gwiezdno-wojenne szatki.

Co odróżnia Mandaloriana od wielu współczesnych seriali, to że zamiast ciągłego paplania o wszystkim (na ciebie patrzę, Arrowverse) autorzy  w pełni wykorzystują wizualne medium, jakim jest telewizja. Akcja jest przejrzysta, intencje postaci wyraziste (nawet jeśli poziom aktorstwa nie u wszystkich był idealny), a poszczególne planety mają charakterystyczny klimat (ucz się, J.J!). Cholera absolutnym majstersztykiem jest to, że przez praktycznie 99,9% całego sezonu nie widzimy twarzy głównego bohatera, a Pedro Pascalowi nadal udaje się to zagrać tak, że nie ma wątpliwości odnośnie determinacji, wahania nastrojów, czy zamiarów postaci. Ostatni raz taki numer wywinął chyba Hugo Weaving w V for Vendetta. W większości (jeśli nie w każdym) odcinków są całe sekwencje, w których nie pada ani jedno słowo, widowisko chłonie się wyłącznie wzrokiem.

Muzyka doskonale wpasowuje się w całość, a efekty stanowią znany miks komputerowych z praktycznymi, ze wskazaniem na te drugie. Poczucie humoru jest obecne, ale nie nachalne. No może oprócz jednej sceny nabijającej się z celności szturmowców. Mnie akurat bawiła, ale widziałem już opinie, że akurat ta może się dłużyć.

Jest chyba tylko jedna rzecz, która mi zgrzyta w tym sezonie. Wspominałem o tym, że serial mocno opiera się o rzeczy znane choćby z westernów. Wręcz do tego stopnia, że odcinek o obronie wioski z automatu będzie kojarzył się ze Wspaniałą siódemką lub Siedmioma samurajami Kurosawy. I to uczucie towarzyszyło mi przez 6 z 8 odcinków. Fakt, nadal bawiłem się dobrze, ale osoby mniej odporne na wtórność mogą pokusić się o ocenę rzędu szkolnej 4. Jeśli o mnie chodzi i to, jak widzę współczesne Star Wars po sezonie Mandaloriana, powiem tak: This is the way: 5-.

niedziela, 29 grudnia 2019

Star Wars: The Rise of Skywalker

Poddaję się. Do ostatniej chwili miałem nadzieję, że jakimś cudem wymyślą tak zarąbiste wytłumaczenie wszystkiego, co mogłoby spiąć epizody 7-9, że mi buty spadną z wrażenia (fajna była fanowska teoria, że Rey to uśpiona agentka). Zamiast tego otrzymałem jeszcze większe bzdety.

Zanim przejdę dalej, uprzedzam, że będę walił spoilerami. Nie mam sił obchodzić się wyrozumiale z tym czymś. Zacznę od tego, dlaczego The Last Jedi podobał mi się… w pewnym sensie. Przede wszystkim pomysły, które wywracały kanon. Tak jak uwielbiam Star Wars, tak jednak wałkowanie w kółko wojny frakcji jest męczące. Czas akcji takich Knights of the Old Republic to pi razy drzwi 4000 lat przed epizodem IV, a co jest osią wydarzeń? Wojna Imperium Sithów z Republiką. Ba, cały ten przedział od KotORa do Phantom Menace to ciągłe walki między tymi frakcjami. Raz jedna rządzi, raz druga. W związku z czym pomysł rzucony w The Last Jedi (Let the past die) wydawał mi się powiewem świeżości. Koniec ze skrajnościami politycznymi i w podziale Mocy. I co na to zaproponował The Rise of Skywalker? Dwie skrajne frakcje i wielką bitwę na koniec…

Nie dość, że zaserwowano nam powtórkę niczym w slasherach, to jeszcze na siłę próbowano wyeliminować wszystko, co było w TLJ. Tym samym w trakcie seansu TROS towarzyszyło mi uczucie zmarnowanego filmu. Po kolei: rodzice Rey będący nikim i pomysł, że Moc może wybrać każdego, nie związanego z wielkimi Jedi i Sithami – nic z tych rzeczy, Rey jest wnuczką Palpatine’a. Rose Tico – przesunięta gdzieś na piąty plan, wątek miłosny z Finnem nie istnieje (nie żebym był fanem, Finn mógł mieć niezły story arc, gdyby się poświęcił w finale TLJ). Zgorzkniały Luke, w którego życiu musiało dojść do ogromnej tragedii (nie tej przedstawionej w TLJ, to akurat był idiotyzm) – wraca do bycia optymistą i karci Rey, gdy ta chce spalić miecz świetlny (Bo broń trzeba traktować z szacunkiem! No przyganiał kocioł garnkowi…) i porzucić ścieżkę Mocy. Snoke – nie dość, że zabity w TLJ, to teraz tylko jedna z klonowanych marionetek na usługach Palpatine’a. Leia, która porzuciła trening Jedi teraz nagle jest ekspertką w tych sprawach. A przynajmniej wszystko na to wskazuje, bo Rey nagle nauczyła się takich numerów, że Yoda by się zdziwił. Ostatnia bitwa w TLJ mająca wzniecić rebelię na nowo – strata czasu, nikt nie odpowiedział na wezwanie. Trzeba było dopiero Lando lecącego Sokołem w TROS, żeby ktoś w galaktyce zareagował.

Ok, a co by się stało, gdyby faktycznie zapomnieć o istnieniu TLJ i po prostu jakoś tam lecieć z opowieścią? Cóż, drugie tyle bzdur. Więź między Rey i Kylo dalej istnieje, Luke jest dalej martwy, a Rose dalej jest… no jest, więc tak do końca zapomnieć się nie da. Cała fabuła to taki fetch quest. Poe, Finn i Rey muszą znaleźć przedmiot, który doprowadzi do miejsca, w którym jest przedmiot, który doprowadzi do miejsca, w którym jest Palpatine. I tak sobie latają od punktu A do B, odhaczając checklistę: tu spotkają Lando, tu walczą ze szturmowcami, tam migają w tle rycerze Ren (z których takie zagrożenie, jak z Nazguli, którzy przeszli szkolenie na szturmowca), tam gdzieś Kylo się miota, Kylo spotyka lub łączy się z Rey i tak ze 3 razy aż do finału. Wątek całej planety szturmowców-dezerterów mógłby być fajny, gdyby nie to, że to ostatni film i w zasadzie nikogo nie będzie obchodzić. Rey jest przegięta do kwadratu: swobodnie stosuje force jumpy, force heale, rozwala błyskawicą odlatujący statek – no głupsza wersja tej sceny jest chyba tylko w Star Wars: The Force Unleashed. Do tego potrafi sterować coraz to nowszymi pojazdami i radzi sobie idealnie niezależnie od warunków (no bo przecież jazda speederem po pustyni, a zasuwanie czymś łódkopodobnym po wzburzonych falach to jedno i to samo). Pozostałym bohaterom też w zasadzie nic nie grozi. Pamiętacie wymianę ognia choćby w A New Hope albo Return of the Jedi? Ekipa co raz chowała się za czymś, żeby nie oberwać (pomijając na moment „legendarną” celność żołdaków Imperium), a tutaj? Tutaj biegną i kasują wszystkich po drodze, zupełnie jak w niektórych FPSach. Wątek Rey zakończono w możliwie najbardziej kretyński sposób. Wzięła miecze Skywalkerów (w tym Anakina) i zawiozła je na Tatooine. Pal licho, że Anakin nie cierpiał tego miejsca. Gdy na koniec przyszło jej przedstawić się komuś, zamiast z dumą powiedzieć, że jest Palpatine i że to nazwisko nie musi kojarzyć się wyłącznie źle, ona od teraz jest Rey Skywalker… Poe Dameron – żołnierz i pilot, który jest dobry w walce, partyzantce i dowodzeniu oddziałem tutaj dostaje dowództwo po Lei, która musiała umrzeć, bo tak napisano w scenariuszu.

Na koniec fabularnego gnojenia zostawiłem sobie właśnie dziadzia Palpiego. Jego obecność świadczy o tym, że a) ostatnia walka w Return of the Jedi nie ma znaczenia, b) zabrakło kogoś pokroju Kevina Feige, kto kierowałby projektem nawet przy zmieniających się reżyserach i scenarzystach. Pierwsza rzecz, jeśli ktoś kojarzy stary kanon i Expanded Universe, pewnie zna / słyszał o serii komiksów Dark Empire. Nie jest to jakaś uber genialna opowieść, ale mimo wszystko przyjemna i nie zgrzytająca jako ciąg dalszy epizodu VI. W DE Palpatine powraca – młodszy, silniejszy, bardziej zdeterminowany odzyskać, co jego. Tym razem ojciec nie uratuje Luke’a, więc ten sam musi wykombinować metodę na pokonanie Imperatora. Nawet przy wsparciu Lei wydawał mi się to zawsze logiczny krok na drodze rozwoju Luke’a. Natomiast sposób, w jaki to rozwiązano w TROS mówi mi: Luke, spaprałeś sprawę, nasza babka dokończy robotę. Jej trening też ci nie wyszedł. Wracając do Palpatine’a – brak koordynatora całości skutkuje tym, że wiele rzeczy pojawia się w Rise tylko po to, by były. Zero wyjaśnienia, zero podstaw, po prostu mamy uwierzyć, że było to możliwe i siedzieć cicho. W epizodach I-III Palpatine knuł na potęgę, jak przejąć władzę, był to proces względnie wiarygodny. Ba, dopiero po zdobyciu tejże był w stanie rozpocząć budowę Gwiazdy śmierci. Z kolei w oryginalnych epizodach IV-VI rewelacyjnie wprowadzano go do fabuły: IV – Tarkin wspomina tylko o tym, że Palpi rozwiązał senat, co już daje jakieś pojęcie o jego możliwościach i wpływach politycznych; V – krótka rozmowa z Vaderem – największy badass ciemnej strony klęka przed hologramem i jest mu posłuszny bez względu na dzielącą ich odległość; VI – Palpatine w pełnej krasie, niby zdeformowany staruszek, a wszyscy w jego obecności trzęsą portkami. I teraz po epizodach VII i VIII, w których NIGDZIE nie było widać jego wpływu mamy nagle uwierzyć, że był tak zajebisty, że 1) spłodził potomka, którego córka ma być jego nowym ciałem (w dużym skrócie, nie pytajcie) i wszystko to było z góry zaplanowane; 2) stworzył całą flotę gwiezdnych niszczycieli z działami takimi jak baza Starkiller z epizodu VII; 3) zebrał w cholerę sithowych popleczników; 4) przeżył epizod VI nie jako klon (uszkodzenia ciała sugerują, że to to samo, co w Return); 5) stworzył Snoke’a, który stworzył więź między Kylo, a Rey; 6) stworzył First Order, który teraz staje się Final Order, A WSZYSTKO TO W TAJEMNICY PRZED CAŁĄ GALAKTYKĄ. Pardonsik, ale nawet geniusz strategiczny Thrawna nie był tak przegięty.

Konstrukcja opowieści ssie po całości: jest quest, do którego nawpychano, co się dało, byle tylko coś odbębnić, zakończyć pro forma i liczyć, że widz nie zauważy. Jest taka anegdota o George’u Lucasie, że często ma pomysł na pojedyncze sceny typu: fajnie gdyby w filmie był facet uwięziony w bagażniku – ale jak do tego doszło i po co, tego już mu się nie chce rozkminiać. Ostatecznie nawet jeśli on tak kręci wszystkie filmy, to przy epizodach IV-VI miał osoby, które szlifowały jego produkcje, a przy epizodach I-III (w których tych szlifów zabrakło) można było pocieszać się rozszerzonym lore uniwersum. Na tle tej anegdoty epizod IX jest nakręcony bez szlifów i bez ciekawego rozszerzania lore (choć jak się dobrze zastanowić, to bez rozszerzania – kropka).

The Last Jedi przy swoich kontrowersyjnych pomysłach potrafił wybronić się jedną rzeczą – był pięknie nakręcony. The Rise of Skywalker to bałagan nawet w tym aspekcie. Jakimś cudem udało się zawrzeć najnudniejszą walkę na miecze świetlne w całej franczyzie. Ostatnia bitwa to najpierw ujęcie pierdyliarda statków, a potem przebiega na ciągłych zbliżeniach. Całość jest chaotyczna i nijak nie ułatwia w rozeznaniu, co się dzieje. Reszta to skakanie po planetach: jest obowiązkowa pustynia (w sumie dwie), jest jakiś las, jest jedna nieprzyjazna planeta, jest jedna nijaka i jest siedziba złego.

Czy jest coś, co choć minimalnie podobało mi się w tym „filmie”? Trzy rzeczy. Relacja Rey i Kylo jest w sumie ok. Oklepana w stosunku do tego, co można by dorobić do TLJ, ale ostatecznie ok. Wątek Kylo i jego przemiana – może się wydawać, że zbyt gwałtownie zmienia stronę, ale tu chcę przypomnieć, że Anakin w epizodzie III w zasadzie od ręki przeszedł na ciemną stronę. No i siedziba Palpiego jest klimaciarska. Faktycznie kojarzyła mi się z grobowcami na Korriban.

The Rise of Skywalker tak bardzo zniechęcił mnie do Star Wars, że wręcz broniłem się rękami i nogami przed popełnieniem tego wpisu. Jednocześnie cieszę się, że mam go z głowy. Jeśli komuś Rise się podoba, fajnie, przynajmniej nie będzie żałował kasy wydanej na seans. Dla mnie było to festiwal żenady i to niskiej jakości. Moja ocena: 2-.

niedziela, 9 grudnia 2018

Solo: A Star Wars Story

Biorąc pod uwagę, jakie opinie zbierają produkcje spod znaku Star Wars, odkąd markę przejął Disney, Solo nie mógł mieć łatwego startu. Przez jakiś czas zastanawiałem się też, czy ze mną wszystko w porządku, gdyż The Last Jedi również nie jest lubiany, a ja bawiłem się na nim całkiem dobrze. Byłem tak bardzo niepewny swojego zdania, że nie chciałem wracać do tego filmu, ale na rzecz Solo postanowiłem się przemóc i… nadal ogląda mi się go dobrze. Nie wiem dlaczego, ale pomimo wszystkich jego wad potrafię się na nie wyłączyć i nie wkurzać, jak ogół fanów. Choć nawet przy ignorowaniu bzdur są pewne rzeczy, które mi nie pasują (jak np. nieudane poświęcenie Finna). W przypadku Solo nie potrafię już zdobyć się na taką postawę i jest to pierwszy, nowy film z tego uniwersum, na który nie poszedłem do kina.

Solo opowiada historię Hana z okresu, w którym nikt o nim nie słyszał, a on sam próbował wyrwać się ze slumsów Corelii i zostać najlepszym pilotem w Galaktyce daleko stąd. Niestety, jest to historia, która chyba nikogo nie obchodzi, a już z pewnością nie mnie.

Z całego filmu lubię dosłownie 3 rzeczy. Lando Calrisiana w wykonaniu Donalda Glovera, 1,5 sceny akcji (ze wskazaniem na momenty, w których nikt się nie odzywa) oraz końcową scenę nawiązującą do oryginalnej wersji rozmowy Hana i Greedo. Pierwszego i trzeciego nie muszę tłumaczyć. Co do drugiej kwestii, chodzi o pół napadu na pociąg (nie z forsą, ale to Woody’emu Harrelsonowi nie przeszkadza) i Kessel Run. Obie ładnie nakręcone, z dobrymi efektami specjalnymi i minimum dialogów (dla porównania drugie pół napadu na pociąg nie podoba mi się właśnie dlatego, że postacie się rozgadują).

Cała reszta nie podoba mi się. Wzięto się za okres życia Hana, który nijak mnie nie interesuje i nie potrafiono przedstawić go tak, aby zainteresował. Nawet takie osiągnięcie jak Kessel Run wydaje się ekscytować tylko Solo, po reszcie spływa to jak woda po kaczce, więc widza obchodzi jeszcze mniej. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest brak jakiejkolwiek charyzmy niemal u wszystkich (tylko Donaldowi udaje się wywalczyć sympatię oglądającego). Przyznam, że to nie lada wyczyn, zwłaszcza po wzięciu pod uwagę obecność aktorów typu wspomniany Woody Harrelson, czy Paul Bettany. Najbardziej boli mnie obsadzenie Aldena Ehrenreicha, z którego taki Han Solo, jak z koziej dupy trąba. Widziałem go dosłownie w jednym innym filmie i nie zapadł mi w pamięć. Może i jest dobrym aktorem, ale Hanem beznadziejnym. Nie potrafił przekonać mnie, że Solo przechodzi przemianę od głupkowatego śmieszka-cwaniaka do twardego przemytnika. Dla mnie lepszym kandydatem do roli był Anthony Ingruber, ale kto wie, jak poradziłby sobie z tak słabo napisaną postacią. Pozostali to tak papierowi statyści, że jak tylko pojawią się na ekranie, można powiedzieć, co się z nimi stanie.

Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, to w przewidzeniu tego ostatniego pomagają durne dialogi. Nagrodę najgłupszego zgarnia ten, w którym wychodzi pochodzenie nazwiska Hana. Żeby było śmieszniej, nasz łajdak przez cały seans dwoi i się i troi, by pokazać, jak bardzo ma nad wszystkim kontrolę, niezależnie od tego, jak szalony wydaje się dany pomysł, a tu trafia się tak losowy kwiatek, że pozostaje tylko przyładować głową w ścianę.

Naturalnie, skoro jesteśmy w stanie przewidzieć, co odwali dany bohater, po złożeniu wszystkiego do kupy i zaprezentowaniu wszystkich uczestników dramatu, wiemy, jak przebiegnie fabuła. Najdalej w połowie będziecie żałować, że zaczęliście oglądać. Zastanawiający jest też upór twórców przy wciskaniu kolejnych dupereli, które są jeszcze mniej interesujące, niż wątek główny. Motyw z robocicą walczącą o równouprawnienie droidów jest kompletnie od czapy. Han wiecznie pamiętający o wieszaniu kostek w pojeździe zachowuje się, jakby to były urny z prochami jego rodziców. Widzowi pozostaje tylko kręcić głową i pytać: Po co?

Nawet na najsłabszych odcinkach Clone Wars i Star Wars: Rebels nie wynudziłem się tak, jak na Solo. The Last Jedi jest dowodem na to, że jestem w stanie wybaczyć wiele nawet najgłupszym i najgorszym filmom. Solo nawet tego nie udało się osiągnąć. Moja ocena: 2.

niedziela, 17 grudnia 2017

Star Wars: The Last Jedi

Przy okazji wpisu o Rogue One wspomniałem, iż każdy kolejny film z tej serii będzie miał coraz bardziej pod górkę. Mało tego, nawet jeśli następne widowiska będą lepszej jakości, dużo łatwiej będzie się ich czepiać i wytykać nawet najdrobniejsze potknięcia. I niestety mam tak właśnie z The Last Jedi.

Epizod ósmy otwiera tekst, wedle którego First Order rozwalił Republikę. Poza tym Rey odnalazła Luke’a, a resztki ruchu oporu z Leią i Poe na czele uciekają przed Kylo Renem, Snoke’iem i Huxem.

Miałem wrażenie, że w The Force Awakens First Order tak bardzo skupiało się na dowaleniu jakiemuś tam ruchowi oporu, że Republika mogła zająć się pozostałościami po Imperium. A tu na dzień dobry widzę, że FO nie tylko nie odczuło straty bazy Starkiller, ale także dorżnęło Republikę ot tak i ma mnóstwo czasu na uganianie się za Leią i spółką. Zresztą sam początek związany z zabawą w kotka i myszkę będzie budził skojarzenia z  Empire Strikes Back. Od tego momentu akcja jest podzielona na trzy wątki, które będą kojarzyć się z: kombinacją Epizodów V i VI, Battlestar Galacticą, Casino Royale i questem rodem z najprostszych RPGów. Niestety, jeden z tych wątków (Casino + quest) jest chyba najbardziej oderwany od całości i wsadzony tylko po to, by Finn miał co robić (ewentualnie, żeby wcisnąć zalążki wątków na przyszłość).

Najgorsze w tym filmie jest to, że pomimo naprawdę odważnych pomysłów wywracających kanon do góry nogami, żaden nie wygląda na dokończony. Nie wiem, czy to kwestia chęci zachowania pointy na kolejną część, czy może autorzy przestraszyli się własnych idei, ale ja siedziałem zawiedziony. Przykłady: relacja Kylo – Rey była znakomitym motorem napędowym, który padł gdzieś w połowie, Luke i trening Rey również jakoś tak oklapły po drodze, a Snoke i Phasma zostali zamieceni pod dywan w takim tempie, że osiągnęli prędkość wariacką. Ponadto mam nadzieję, że osoby, które wymyśliły Porgi i wszystkie sceny z nimi (chyba tylko po to, by Chewbacca był częściej na ekranie, w przeciwnym razie pojawiłby się dosłownie raz, góra dwa) trafią do piekła, w którym oprócz wrzasków tych paskud nie będzie słychać nic innego. Na deser powiem, iż w pierwszej 1/3 seansu jest tak durna scena z udziałem naszej ulubionej księżniczki, że ryzykujecie facepalma wywalającego mózg przez potylicę.

Pomimo powyższego zrzędzenia The Last Jedi oglądało mi się całkiem dobrze. Po pierwsze: film jest pięknie nakręcony, a sceny batalistyczne wgniatają w fotel. Po drugie: niektóre z postaci fajnie rozwinięto, a i weterani serii sprawili się znakomicie. Po trzecie: wspomniane wyżej pomysły robiące bałagan w uniwersum są ciekawe i pozostaje mieć nadzieję, iż zostaną pociągnięte dalej w następnej odsłonie. Zwłaszcza, że zawarto w nich sporo odcieni szarości. Po czwarte: w fabule pojawiło się sporo sytuacji, w których zamiast iść logiką kinowo-starwarsową, posłużono się rozsądkiem. Jest taka scena, w której Kylo ma okazję zmierzyć się z jednym z przeciwników. Natychmiastowym skojarzeniem będzie: No nie, gamoń wyjdzie z opancerzonego transportowca, byle tylko pomachać latarą. I zaskoczenie – Ren podejmuje najsensowniejszą z możliwych decyzji: każe swoim wojskom strzelać ze wszystkiego, co mają pod ręką. Tutaj dochodzimy do piątego: The Last Jedi wtyka pierdyliard szpil w fabułę poprzednika i stara się nadgonić wszystkie jego braki, co jest nie lada wyczynem.

Podsumowując, TLJ jest lepszym filmem od dwóch poprzednich, ale trudniej mi wybaczyć te wszystkie zgrzyty (stąd też taka ocena). Inna sprawa, że to, co mi nie pasuje, wam może się podobać. Moja ocena: 4.

niedziela, 18 grudnia 2016

Rogue One

Historia opowiadana w Rogue One ma miejsce między Revenge of the Sith i A New Hope. Trzeba jednak brać poprawkę na to, iż wydarzenia obu filmów dzieli 19 lat, a RO nie pokrywa całego tego okresu, tylko kilka wyrywków i momenty bezpośrednio przed Episode IV. Główny wątek skupia się na wykradzeniu planów Gwiazdy śmierci, której budowa została niedawno ukończona.

Mam od groma powodów, by ten film lubić i niemal drugie tyle, które podnoszą mi ciśnienie (choć na pocieszenie dodam, iż z perspektywy przeciętnego widza są one banalne i raczej nie wpłyną na jego ocenę). Po pierwsze postacie: nie mogę czepić gry aktorskiej, czy napisanych dialogów, bo zrobiono je ciekawie i konsekwentnie. W jednej scenie, gdy oddział ma zaprowadzić bohaterów do kryjówki, zakładają im worki na głowy. Dowcip polega na tym, iż jeden z nich jest niewidomy i wytyka bezsens tej czynności. Czego nie mogę zrozumieć, to dlaczego odwalono znowu ten sam numer, co w przypadku Maxa von Sydowa oraz Gwendoline Christie z The Force Awakens. W RO aktorami niemałego kalibru, którym przypadło stosunkowo niewiele czasu antenowego są Mads Mikkelsen i Forest Whitaker. Jeszcze w przypadku roli Madsa wypadło to w miarę naturalnie, ale już Whitaker, którego postać kreowano na prawdziwego twardziela (Rogue One to nie jedyna opowieść, w której się pojawia) nijak nie może tego udowodnić.

Po drugie: wplecenie RO do linii czasowej i montaż. Z jednej strony daje się rewelacyjnie odczuć, że Rogue rozgrywa się przed Episode IV, z drugiej: działa to dziwnie w zestawieniu ze wspomnianym epizodem. Mamy na przykład komputerowo odtworzone postacie, w które włożono sporo wysiłku, ale i tak mocno odstają od tła i wydają się mieć nienaturalną mimikę. Jest też scena zamykająca film, w której jeden z weteranów sagi wymiata tak, że czapki z głów. Tylko że wygląda to tak, jakbyśmy nadal byli w trylogii prequeli, a nie zmierzali wprost do Nowej nadziei, która ma miejsce dosłownie chwile po RO. Przez co ma się wrażenie, że te 19 lat upłynęło dla postaci między RO i ANH, a nie wcześniej.

Montaż to osobna para kaloszy. Nie jest tajemnicą, że do Rogue robiono dokrętki. Czy wpłynęły na jakość? Czy zrobiły klimat lżejszym (co nie oznacza lekkim, bo ten jest porównywalny z Empire Strikes Back)? Tego się pewnie nie dowiemy. Niemniej jednak końcowy produkt i tak zwiera momenty, które wciąż można wyciąć (choćby motyw z przesłuchaniem pilota Imperium). Dla porównania, w internecie zrobiono zestawienie zwiastunów. Gdy wszystkie zapowiedzi zebrano do kupy, okazało się, że zawierają 17 scen, których nie ma w filmie. Na domiar złego pierwsza połowa widowiska mimo treściwej (choć skaczącej z miejsca na miejsce) ekspozycji wlecze się niemiłosiernie.

Ostatnią rzeczą, która działała mi na nerwy, jest muzyka… Większość utworów miała podobne początki do kompozycji znanych z poprzedników i już spodziewałem się, że będzie można znowu sobie ponucić pod nosem, a w tych momentach następowała kakofonia brzmiąca, jakby ktoś na siłę próbował coś tam zaimprowizować. Pardon, ale podobne klimatem Republic Commando stawiało na całkowicie nowe utwory i wyszło na tym dużo lepiej.

Żeby nie było, pora na kilka dodatkowych pozytywów. Atmosfera widowiska jest rewelacyjna. Niekoniecznie łatwa do przełknięcia, ale bardzo wyrazista. Świetnie oddano fakt, że Rebelia wcale taka nieskazitelna nie jest oraz, że szturmowcy z garnizonów na zadupiach lekko nie mają. W porównaniu do lśniących pancerzy żołdaków np. z Gwiazdy śmierci, zbroje tych z odległych placówek są poniszczone, brudne, naznaczone walkami. Cały seans wypełniono nawiązaniami i puszczaniem oka do miłośników poprzednich produkcji, z prequelami włącznie. Co by nie mówić o tych ostatnich, jak zobaczyłem, że Jimmy Smits wrócił w roli Baila Organy, bardzo się ucieszyłem. Albo przypadkowe wpadnięcie na typa, który ma wyroki śmierci w dwunastu systemach – drobiazg, ale przezabawny! No i mamy wreszcie oficjalne uzasadnienie „durnej” konstrukcji Gwiazdy! Przyznam jednak, że jeden z takich smaczków, nazwa planety - Wobani – był dla mnie idiotyczny. Pomysłu zabrakło, czy co?

Sceny batalistyczne są jednymi z najlepszych w całej marce. Dla nich samych warto ten film obejrzeć. Nie chodzi nawet o ilość wybuchów, ale realizację. Wszystko jest przejrzyste, świetnie skoordynowane i niesamowicie efekciarskie. Da się odczuć napięcie oraz wielkość stawki, o jaką toczy się walka, a po wszystkim naprawdę ma się wrażenie, że trzeba ochłonąć.

Rogue One ma trochę pod górkę. The Force Awakens dało się wybaczyć wiele, bo był to pierwszy film po długiej przerwie i zrealizowano go „bezpiecznie”. Teraz, gdy Disney zamierza wypuszczać filmy w tym uniwersum co roku, każdy kolejny będzie miał trudniejsze zadanie w zdobyciu sympatii widzów. RO jest dobrze zrealizowanym widowiskiem, ale dużo bardziej specyficznym. Bawiłem się dobrze, ale niektóre ze zgrzytów wymienionych wyżej zaniżyły mi radochę bardziej, niż się spodziewałem. Moja ocena: 4-.

sobota, 19 grudnia 2015

Star Wars: The Force Awakens

Oryginalne Gwiezdne wojny miały bardzo prostą, baśniową wręcz koncepcję. Siły dobra walczą ze złem. Mamy złego rycerza/czarnoksiężnika, mamy księżniczkę, mamy wieśniaka marzyciela i jego mentora, dwóch „giermków” oraz plującego zielonym płomieniem smoka. Zamiast wierzchowców dostaliśmy speedery i statki, zamiast magii jest Moc, a za smoka robiła Gwiazda śmierci. Z każdym kolejnym filmem wszystko się komplikowało, ale zawsze gdzieś tam było czuć klimat tych pierwszych założeń. Potem nadeszło Mroczne widmo, które rozpoczęło opowieść informacją o opodatkowaniu szlaków handlowych, federacji, blokadzie, polityce… chyba tylko brzóz tam zabrakło. Abstrahując od tego, same prequele miały niezłe pomysły, z których potem kiełkowały ciekawe rzeczy (choćby Republic Commando). Gdy Disney wykupił markę i „skasował” cały expanded universe, najważniejszym dla geeków pytaniem było: Co z Epizodem VII? Wiadomo było, że powstanie, ale o czym będzie? Jeżeli ktoś interesował się uniwersum ponad filmy, to wie, że wśród fanów dużą popularnością cieszy się (nie bez powodu) trylogia Thrawna. Czy twórcy pomimo wycięcia EU zaadaptują jej zawartość? Czy wezmą pojedyncze pomysły? Czy też może pójdą we własnym kierunku (co jest nie lada wyzwaniem w zestawieniu ze wspomnianą trylogią)? I jaką przyjmą koncepcję?

Nie będę pisał nic o samej fabule, gdyż chociaż raz zwiastuny nic nie zespoilowały, ale na pewne elementy ponarzekam. Jak ktoś ma przebłyski (nie, nie chodzi mi o flary, choć i te się znajdą) ze Star Trek Into Darkness… to słusznie. Historia TFA również powiela po swojemu wiele motywów z poprzednich filmów. To mój pierwszy problem – wspomniane motywy, tylko z nowymi postaciami. Część z nich działa, część niekoniecznie. Te ostatnie sprawiają wrażenie, że zostały umieszczone pro forma i czynią rozwój akcji zbyt przewidywalnym. Drugim problemem są niektóre z postaci. Część nowych za bardzo starano się wcisnąć w buty konwencji nakreślonej przez poprzedników, ale to w sumie pikuś. Gorzej, gdy nawet to nie wychodzi. Większość antagonistów jest albo nijaka/do odstrzału, albo niewykorzystana (Phasma). Ostatnią rzeczą, jaką zbesztam, jest muzyka. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal te same rozpoznawalne i świetne utwory. Słowa klucze: te same. Nie ma tu absolutnie nic nowego i na tyle charakterystycznego, by to zapamiętać po 1 razie. Nawet słabe prequele miały przynajmniej po jednym utworze, który zapadał w pamięć przy pierwszym odsłuchaniu (najbardziej oczywistym przykładem będzie Duel of the Fates).

Dobra, ponarzekałem. A teraz: Czy warto? Tak, tak, tak i jeszcze raz tak! To są Gwiezdne wojny pełną gębą. Wyżej wymieniona powtarzalność ma także swoją zaletę, gdyż dzięki niej widowisko z powodzeniem naśladuje klimat (nie cały, ale jednak) charakterystyczny dla starej trylogii. Przy okazji TFA udowadnia, jak nawet z klonami i słabszymi postaciami da się zrobić coś ciekawego, jeśli dialogi są dobrze napisane. Ani jedna (no może jedna...) rozmowa (z dowcipami, nawiązaniami i sucharami włącznie) nie męczy, nie żenuje i nie traktuje widza jak idioty, któremu trzeba wszystko wyjaśnić. Weterani serii zostali potraktowani poważnie, a nie tylko jako pretekst do przekazania pałeczki nowemu pokoleniu. Ponadto wreszcie ktoś chyba sobie przypomniał, że robi FILM i że zamiast kazać bohaterom opisywać to, co widać, można ograniczyć słowa i skupić się na samym pokazywaniu. A jak jeszcze do tego dorzucić kogoś, kto wie, JAK pokazywać, o bogowie… TFA jest po prostu pięknie nakręcony, a seans nie męczy wzroku  (no chyba że w 3D, którego jest niewybaczalnie mało). Osobne gratulacje należą się specom od efektów specjalnych. Zamiast ciągłego i bezmyślnego wciskania CGI gdzie popadnie, bardzo zgrabnie połączono efekty praktyczne z komputerowymi. Na plus policzę też grę aktorską, przede wszystkim po stronie protagonistów.

Jeśli jest się fanem Star Wars, seans The Force Awakens jest obowiązkowy, nawet jeśli miejscami sprawia wrażenie niepotrzebnie wtórnego. Może akurat wy będziecie mniej wybredni ode mnie. Moja ocena: 4+.

wtorek, 3 lutego 2015

Star Wars: Republic Commando

Jedna z tych gier, które pokazują, że nawet z kiczu da się zrobić coś sensownego. Powiedzmy sobie szczerze, Epizody 1-3 nie cieszą się wielką popularnością, a dojone na ich bazie Wojny klonów stanowią często obiekt pogardy, choć nie do końca słusznie. Seriale animowane wyszły całkiem nieźle, a niektóre z gier potrafią zaskoczyć.

Gracz wciela się w dowódcę oddziału Delta, składającego się z klonów nieco lepszej jakości. Do akcji wchodzimy w momencie rozpoczęcia Wojen klonów, zaś pierwszą kampanię odbędziemy na Geonosis. Potem czekają nas jeszcze dwie. Na każdą kampanię składa się szereg misji. Pomimo liniowości, całość jest poprowadzona na tyle intensywnie, że niespecjalnie nam ona przeszkadza, jeśli nie liczyć końcówki. Ostatnie starcie wręcz prosi się o kilka decyzji w kwestii obrania kierunku rozwoju akcji, ale nie – lecimy po sznurku do samych napisów końcowych. Tu właśnie pojawia się mój pierwszy problem z tą grą – brak dodatkowego wpływu na wydarzenia oraz to, że gra zostawia nas w związku z tym z połowicznym cliffhangerem. W planach był sequel – Imperial Commando, ale jego żywot zakończył się na etapie szkiców koncepcyjnych. Szkoda.

W kwestii uzbrojenia RC podąża ścieżką charakterystyczną dla militarnych shooterów: niewielki arsenał i byle do przodu. Do dyspozycji mamy zawsze pistolet i karabin z 3 modyfikacjami: szturmową, snajperską oraz wyrzutnią granatów. Do tego dochodzą zwykłe granaty oraz slot na broń, którą zostawią wrogowie (jest tego kilka rodzajów i zawsze można nieść tylko 1). Parcie przed siebie jest urozmaicone zarządzaniem naszym oddziałem. Nie spodziewajcie się jednak jakiejś nadzwyczaj poważnej gry taktycznej, nic z tych rzeczy. W większości miejsc znajdują się z góry rozmieszczone punkty strategiczne (niektóre strasznie głupio) lub cele z narzuconą czynnością. Do nas będzie należeć decyzja wyłącznie o tym, czy skorzystamy z tego sami, czy przypiszemy któregoś z podwładnych. Dostępnych jest także kilka rozkazów dla oddziału, jako całości, ale szału nie ma.

Przez większość czasu nasi towarzysze są dość kompetentni i można na nich polegać. Jednak jak tylko trafi się grupa złożona z większej liczby wytrzymałych wrogów, szlag wszystko trafia. Klony schodzą raz dwa, zaś walka solo jest strasznie upierdliwa. Jakby tego było mało, wszystkie postacie (tak nasi bracia, jak i wrogowie) potrafią zablokować się na byle krawędzi. Ot, syndrom wystającego piksela.

W jednym z filmów opowiadających o produkcji gry pada takie stwierdzenie, iż filmy Star Wars przedstawiają wydarzenia z perspektywy Jedi, dlatego też wiele rzeczy jest takich ach, och, ładniusich. Natomiast Republic Commando to świat widziany oczami klona – świat brudny, brutalny i bardzo przyziemny… I wiecie co? Po tych wszystkich odsłonach Jedi Knight, czy Knights of the Old Republic takie podejście stanowi prawdziwy powiew świeżości. Klimat ten potęguje ścieżka dźwiękowa, która oprócz kilku znanych motywów, składa się w dużej mierze z nowych utworów – dużo bardziej posępnych i być może cięższych w odbiorze. Temuera Morrison powraca tutaj przede wszystkim w roli naszego dowódcy. Nie jestem w stanie potwierdzić, ile dodatkowych głosów podłożył, ale niezależnie od tego, kto za nimi stał, wszystkich słucha się z przyjemnością. Wczucie się w rolę wspomaga także dobrze pomyślany interfejs, którego elementy pokazano na wyświetlaczu hełmu (np. poziom zdrowia i tarcz) oraz broni (ilość amunicji).

Sama gra była wyposażona w tryb multiplayer, jednak szczęścia i powodzenia, jeśli zamierzacie spróbować w nim sił. Aby znaleźć jakiś serwer, potrzebne będzie zewnętrzne oprogramowanie, a i to wg opinii znalezionych bodaj na Steamie, rzadko coś się trafia. Tym samym ten tryb nie stanowi składowej oceny gry.

Jeżeli lubicie proste, pierwszoosobowe strzelanki z jakimś gimmickiem (w tym wypadku „dowodzenie” oddziałem), powinniście spróbować Republic Commando. Pomimo przynależności do specyficznego uniwersum, jakim są Star Wars, może się wam spodobać. Z kolei fani powinni brać w ciemno, choćby dlatego, że zawsze to nieco inne spojrzenie na ich ukochany franchise. Moja ocena: 4.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Star Wars: Knights of The Old Republic 2: The Sith Lords

O ile fani poprzedniej części cenią sobie TSL, o tyle patrząc na branżę ciężko nie odnieść wrażenia, iż ta gra jest traktowana jak czarna owca. Wrażenie to potęguje fakt, iż w oficjalnym timeline MMO The Old Republic wydarzeń z KotORa 2 nie uwzględniono. Z jednej strony rozumiem ten zabieg, gdyż ta gra jednak sporo miesza w lore, a z drugiej nie bardzo, gdyż odrzucono źródło z ogromną liczbą pomysłów na misje i nawiązania. Nie pomaga też stan, w jakim pierwotnie ją wydano. Jest to jeden z najbardziej pośpiesznie wydanych tytułów, a o ilości wyciętej zawartości do dziś mówi się na forach. Najbardziej współczuję tu braciom konsolowcom, którzy nijak nie byli w stanie naprawić swoich egzemplarzy. PCtowcy są w lepszej sytuacji, gdyż po wydaniu ostatniego oficjalnego patcha (nie żeby było ich jakoś wiele, bo raptem 4, z czego tylko 2 służyły naprawie błędów, pozostałe 2 poprawiają jakość filmów i muzyki) moderzy wzięli sprawę w swoje ręce. Dzięki ich wysiłkowi gra oferuje więcej zabawy. Niniejszy wpis powstał w oparciu o grę wzbogaconą o mod TSL Restored Content Mod.

Historia rozpoczyna się 5 lat po wydarzeniach z pierwszej części. W prologu mamy możliwość pokierować poczynaniami znanego nam już droida T3-M4. Okazuje się, że dryfuje on na pokładzie uszkodzonego Ebon Hawka gdzieś na rubieżach galaktyki. Jak do tego doszło? Co się stało z załogą, albo co ważniejsze, co się stało z galaktyką przez te 5 lat? Na to ostanie pytanie mogę w zasadzie odpowiedzieć i nie będzie to spoiler. Galaktyka wciąż nie może pozbierać się po wojnach: mandaloriańskiej oraz tej z Revanem. Echo tych wydarzeń wciąż przebrzmiewa w nawet najmniej istotnych częściach galaktyki. To, co zostało z zakonu Jedi, rozpierzchło się na wszystkie strony. Republika chyli się ku upadkowi. Niedobitki Mandalorian walczą o przetrwanie. Nieliczni Sithowie przemierzają kolejne sektory, siejąc strach i zniszczenie, najwyraźniej szukając czegoś... W całym tym zamieszaniu przyjdzie nam wcielić się w wygnańca, który swego czasu sprzeciwił się radzie Jedi i ruszył za Revanem na wojnę, by powstrzymać Mandalorian. Po powrocie ów osobnik został wygnany, czego rezultatem była jego nieobecność przez 5 kolejnych lat. W wyniku dość osobliwego zbiegu wydarzeń wygnaniec powraca. On sam chce uzyskać odpowiedzi na pewne pytania, ale galaktyka nie pozostanie obojętna na jego obecność i na każdym kroku będzie mu przypominać o jego wojennej przeszłości.

Jeśli brać pod uwagę wydźwięk tej opowieści, to jest to chyba jedna z cięższych klimatem oraz najbardziej ponurych i przygnębiających historii w uniwersum Star Wars. Wręcz do tego stopnia, że kiedy słucha się ostatnich dialogów i ogląda ostatnie sceny, to charakterystyczny motyw zamykający każdą produkcję gwiezdno-wojenną wydaje się być zbyt radosny i nie na miejscu. Atmosfera panująca w trakcie rozgrywki może też nieco odpychać przeciętnego fana uniwersum, jeśli jednak z tego powodu odrzuci on grę, popełni wielki błąd. Różnica w ciężkości między poszczególnymi częściami wynika z tego, które studio robiło daną część. Za pierwszą odpowiada Bioware znane z historii wywołujących emocje, ale z natury lekkich i na tyle uniwersalnych, że łatwo przyswajalnych dla każdego. Za The Sith Lords odpowiada Obsidian, którego gry nie zawsze są dopracowane technicznie (w przypadku takiego Alpha Protocol to wręcz nadużycie słowne), ale zawarte w nich opowieści są dojrzalsze, głębsze i tak też traktują odbiorcę.

W mechanice rozgrywki zaszło kilka poważnych zmian. Pierwsza część gry skupiała się przede wszystkim na naszej postaci. Towarzysze służyli raczej jako uzupełnienie umiejętności oraz jako pionki w walkach. Tutaj wielokrotnie dochodzi do sytuacji, w których jedna z postaci towarzyszących jest zdana sama na siebie. Wymusza to na graczu dbanie o każdą z nich, umiejętny rozwój oraz inwestowanie w sprzęt. Kolejną nowinką jest wprowadzenie stylów walki dla postaci Jedi. Każdy z nich ma zastosowanie dla innego rodzaju walki. Szkoda tylko, że gra nie zapamiętuje ostatnio wybranego stylu i zawsze go przełącza na defaultowy. Na niskim poziomie trudności nie ma to większego znaczenia, lecz na wyższych trzeba uważać. Następną zauważalną zmianą jest crafting. W poprzedniej części praktycznie go nie było, jeśli nie liczyć możliwości montowania podstawowych modyfikacji w przedmiotach. Obecnie każda z modyfikacji występuje w kilku wariantach. Do tego przedmioty można rozkładać na części/chemikalia i tworzyć z nich własne. Dzięki temu zabiegowi da się zaoszczędzić sporo kredytów na zakupie zaopatrzenia.

Lokacje, które przyjdzie nam odwiedzić, są zróżnicowane, ale wielkością nie odbiegają od tego, do czego nas przyzwyczaiła jedynka. Moc zaprowadzi nas zarówno w miejsca znane z oryginału, czy dodatkowe obszary w starych miejscach, jak i zupełnie nowe. Wszędzie daje się odczuć ponurą, zawiesistą atmosferę i nerwówkę związaną z obecnymi, powojennymi czasami. Nie brakuje tu postaci dopełniających tego wrażenia: biedaków próbujących przeżyć, skurwieli wykorzystujących sytuację, żołnierzy starających się zapanować nad tym bałaganem itd.

Graficznie niewiele się zmieniło. Można miejscami odnieść wrażenie, że wręcz zmniejszono liczbę detali, ale to raczej efekt zastosowania bardziej stonowanych kolorów. Animacja stoi na tym samym poziomie (odrobinę koślawym w przypadku modeli postaci), więc nie ma się co rozpisywać. Z oprawą dźwiękową jest podobnie. Pojawiło się wielu nowych aktorów, kilku powróciło w starych rolach. Jedyne, co mogę napisać, to że głos Bao-dura zwyczajnie mnie wkurza. Ni cholery nie brzmi jak weteran wojenny.

Pora wspomnieć o tym, co w tej grze najgorsze, czyli bugi. Pomimo czterech oficjalnych patchy oraz ogromnej liczby modów dostępnych w sieci, gra wciąż potrafi się wywalić losowo na pulpit lub zwyczajnie zwiesić. Na dzień dobry będziecie musieli obejść brak rozdzielczości panoramicznych. Aby uzyskać do nich dostęp, trzeba ściągnąć odpowiedni fanowski patch. Teraz dowcip polega na tym, że KotOR miał 2 takie patche: jeden do obrazu, drugi do interface’u. KotOR 2 zawiera tylko ten pierwszy, przez co interface będzie nienaturalnie rozciągnięty (a i to należy dorzucić łatkę poprawiającą zachowanie minimapy, inaczej ta nie jest odświeżana w nowej rozdzielczości). Do tego trzeba doliczyć postacie blokujące się na drobnych przeszkodach, opóźnione reakcje na próby interakcji z otoczeniem, wspomniany wyżej brak zapisu wybranego stylu walki, blokujące się niekiedy skrypty oraz błędy przy wczytywaniu lokacji (to ostatnie zdarzało mi się notorycznie na Onderonie). Oczywiście istnieje szansa, że nie traficie na żaden z tych błędów, ale i tak polecam zapisywanie stanu gry jak najczęściej.

Gdybym miał ocenić grę na podstawie samego scenariusza, dałbym bez wahania 5+. Niestety gra to nie tylko scenariusz, więc jeśli ktoś nie jest wystarczająco cierpliwy (a trzeba przyznać, iż akcja rozwija się powoli) i nie jest w stanie wybaczyć wszystkich potknięć technicznych (bo jednak potrzeba trochę zachodu, by znaleźć wszystkie potrzebne mody i patche), może się zniechęcić. Dla takich osób będzie to gra na 4. Niezależnie od tego, czy stawiacie ocenę za scenariusz, czy za całość, jeżeli gracie w komputerowe RPGi i lubicie Star Wars, The Sith Lords jest tytułem, którego trzeba przynajmniej spróbować.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Star Wars: Knights of the Old Republic

W związku ze zbliżającą się premierą MMO Star Wars: The Old Republic postanowiłem odświeżyć sobie grę, od której komputerowa Stara Republika zaczęła swój żywot. Przy okazji jest to również początek schematu, jaki Bioware uskutecznia w swoich RPGowych historiach po dziś dzień.

4000 lat przed powstaniem Galaktycznego Imperium – w takim przedziale czasowym będziemy działać. Tłem wydarzeń jest wojna między imperium Sithów, dowodzonym przez Darth Malaka, a tytułową starą Republiką. Nasz bohater to załogant statku Endar Spire, który zostaje zaatakowany przez Sithów w przestrzeni nad planetą Taris. Do wyboru mamy 3 podstawowe klasy: żołnierza, łajdaka oraz zwiadowcę. Bardzo szybko jednak nasza postać staje się dwuklasowcem, gdzie drugą klasą jest (do wyboru): obrońca Jedi, strażnik Jedi, negocjator Jedi.

Od strony fabularnej KotOR ma do zaoferowania wszystko to, co najlepsze w uniwersum Gwiezdnych wojen. Począwszy od odwiecznej wojny między siłami dobra i zła, przez klimat rodem z The Return of the Jedi, po twist fabularny godny miejsca obok Empire Strikes Back. Nawet jeśli wybory moralne wydadzą się zbyt czarno-białe, gra ma kilka takich momentów, gdzie wybór może być prosty, ale jego wydźwięk już nie taki jednoznaczny. Duże brawa należą się za różnorodność oraz dostępność zadań. Większość z nich jest łatwo dostępna, ale jest też cała masa questów, które uaktywnią się dopiero po spełnieniu określonych warunków. Tyczy się to przede wszystkim misji związanych z naszymi towarzyszami, od których najpierw musimy dowiedzieć się o problemie (a to trochę zajmuje), zaś potem znaleźć się w odpowiednim miejscu i z odpowiednią osobą, by zadanie zainicjować. Dzięki temu prostemu zabiegowi zaczynamy przejmować się losami naszej ekipy. Poza tym owe postaci mają zwyczajnie ciekawe osobowości, historie o przeszłości oraz są dobrze zdubbingowane. Dla fanów dodatkowym smaczkiem będzie przełożenie niektórych sytuacji/dialogów z oryginalnej trylogii na realia ukazane w grze.

Gra posiada dwa zakończenia, każde związane z odpowiednią stroną Mocy. O ile tutaj wybór ścieżki jest niewielki, o tyle w trakcie rozgrywki wygląda to zdecydowanie ciekawiej. Drogę obieramy kierując się zasadami moralnymi, zdolnościami towarzyszących nam osób oraz swoimi. Dzięki temu nie musimy rozdrabniać się przy rozwijaniu naszego awatara. Możemy wybrać sobie np. drogę czysto siłową i skupić się na walce, podczas gdy nasi kompani zajmą się łamaniem zabezpieczeń komputerowych (za pomocą terminali ochrony można niekiedy eliminować całe pomieszczenia wrogów), otwieraniem zamków, czy rozbrajaniem ładunków blokujących.

Poza standardowym ganianiem tam i z powrotem, wykonywaniem zadań, walką, eksploracją, czy łupieniem wszystkiego, co popadnie, twórcy gry udostępnili kilka mini-gier dla urozmaicenia rozgrywki. Pierwszą z nich są wyścigi, które w zasadzie sprowadzają się do omijania przeszkód na torze oraz przejeżdżania po płytach przyspieszających lot ścigacza. Drugą grą jest karcianka Pazaak. Każdy z uczestników buduje sobie talię 10 kart ze wszystkich dostępnych (zestaw podstawowy dostajemy za friko, dodatkowe karty musimy kupić – często za niemałe pieniądze – na własną rękę). Z tej dziesiątki losowane są 4, które wędrują na rękę gracza. Następnie obaj grający na zmianę wykładają losowe karty z cyframi. Celem gry jest uzyskanie wartości 20 z wykładanych kart. Zakończenie rozdania z większą liczbą oznacza przegraną. Raz na rozdanie możemy użyć jednej karty z naszej ręki, by zmienić wartość na naszym stole (na plus lub minus, zależnie od posiadanych kart). Trzeba jednak pamiętać, że na ręce mamy tylko 4 karty, nowe nie są dobierane w ich miejsce, a musimy uzyskać 3 dwudziestki, by wygrać partię. Obie mini-gry są dobrym sposobem na zdobycie dodatkowych kredytów. Trzecim tego typu przerywnikiem jest walka w kosmosie. Raz na jakiś czas podczas przelotów między planetami musimy stawić czoła myśliwcom Sithów. Na ten czas gra z RPGa zamienia się w prosty „celowniczek” – siedzimy w wieżyczce i strzelamy do latających dookoła jednostek przeciwnika. Ich liczba nie jest wielka, same fragmenty są dosyć krótkie, ale cała sekwencja wprowadza nieco więcej dynamiki

Mechanika Rycerzy bazuje na jednym z najczęściej wykorzystywanych tworów w światku papierowych RPG. Mam tu na myśli D20. Tak jest, KotOR pod tym względem to idealne odwzorowanie (na mniejszą skalę) podstawowego podręcznika RPGowych Star Wars z edycji D20, wzorowanej z kolei na trzeciej edycji Dungeons and Dragons. Otrzymujemy więc postacie podzielone na klasy, z własnymi atrybutami, umiejętnościami i atutami. Do tego dochodzą liczne modyfikatory oraz fakt, że walka odbywa się w systemie niemal turowym. Co prawda jest to przedstawione tak dynamicznie, że nie zwraca się na to uwagi, ale tak właśnie jest. Jako że kontrolujemy 3 postacie naraz, żeby to wszystko ogarnąć, dostajemy aktywną pauzę. Pozwala ona na zatrzymanie rozgrywki w dowolnym (niemal) momencie, a w przypadku walki na zakolejkowanie rozkazów/akcji na kilka najbliższych ruchów. Tak więc jest taktycznie!

W porównaniu do współczesnych cRPGów, miejsca odwiedzane w KotORze są po prostu małe. Choć tak po prawdzie późniejsze gry tego studia niewiele w tej kwestii zmieniły. Mimo to, każde z nich zapewnia wystarczającą ilość akcji, by przestać zwracać uwagę na takie ograniczenie (które najbardziej boli na Tatooine, bo ciężko przełknąć fakt ogrodzonego terenu na pustyni). Również projekty i wygląd odwiedzanych miejsc są fantastyczne. Każde z nich świetnie oddaje klimat planety, na której się znajduje: Tatooine jest nieprzyjazne, górne poziomy Taris są pogrążone w stagnacji (podczas gdy niższe ogarnęła wojna gangów, a najniższe to slumsy), Kashyyyk to nieprzystępna dzicz, a Dantooine sprawia wrażenie sielanki. Poszczególnym wizjom miejsc oraz kreowanemu klimatowi służy także oprawa dźwiękowa. Od najbardziej niepozornych dźwięków, jak odgłosy zwierząt na planecie Wookieech, przez wycie wiatru, po muzykę zmieniającą się zależnie od planety oraz akcji. Ta ostatnia stanowi połączenie utworów skomponowanych przez Johna Williamsa na potrzeby filmów oraz utworów całkowicie nowych. Obie grupy doskonale uzupełniają się wzajemnie i warte są przesłuchania także poza grą. Gdybym miał wytykać jakieś braki w tej sferze, byłyby to dialogi w obcych językach. Każdego z nich nagrano po kilka/kilkanaście linijek i jeżeli rozmowa trwa dłużej, to ciągi dźwięków (bo w przypadku niektórych ras ciężko mówić o słowach) zaczynają się powtarzać niezależnie od tego, co możemy przeczytać w napisach.

Wedle dzisiejszych standardów grafika nie jest niczym rewelacyjnym, choć kiedyś było inaczej. Co prawda można zmienić rozdzielczość na jakąś z tych obecnie stosowanych (wymagany jest mały mod i ewentualnie zmiana w pliku ini), ale pomimo przejrzystości ekranu spowoduje to przede wszystkim uwydatnienie wszelkich braków: rozciągnięte i rozpikselowane bitmapy z tła, puste przestrzenie na teksturach i ogólne wrażenie sterylności. Nie postarzały się animacje – wymiany ciosów w trakcie walk są szybkie i efekciarskie, a wszystkie ruchy płynne. Szkoda, że i one musiały ucierpieć, ale to w wyniku bugów, które były w grze od zawsze.

Pierwszym zauważalnym problemem jest znajdywanie ścieżki, czy to przez naszych towarzyszy, czy przez naszą postać, gdy biegnie do celu. W momencie gdy biegnący zablokuje się na czymś, animacja ruchu się tnie, a my musimy przełączyć się na nieszczęśnika, by go ręcznie wyciągać z przeszkody. Drugim (poważniejszym) potknięciem są powolne reakcje na wydawane polecenia. Zdecydowanie za długo trwa zmiana celu (tzn. nam to pójdzie raz dwa, wskazujemy i klikamy, ale zanim postać odbiegnie od 1 do 2, to trochę zajmie). Trzecim prztyczkiem są kłopoty z odpalaniem skryptów (przede wszystkim w zadaniach pobocznych). Bywa tak, że jeśli lecimy z wątkiem głównym, a dopiero pod koniec chcemy zająć się questami naszych towarzyszy, może się okazać, że w trakcie wątku głównego pozmienialiśmy pewne drobiazgi w otoczeniu i quest się nie odpali, bo zmieniona sytuacja nie pozwala (blokuje się od strony skryptowej, bo fabularnie nie ma przeciwwskazań) na pojawienie się postaci kluczowej dla zadania pobocznego. Jedynym remedium na coś takiego jest częste robienie save’a oraz staranie się załatwienia wszystkich spraw odpowiednio wcześnie.

Osobną sprawą jest kwestia polonizacji. Moc była z graczami, bo zaserwowano spolszczenie kinowe. Niestety jego jakość pozostawia trochę do życzenia. W wielu miejscach jest ono toporne i bez polotu, choć poprawne. Zdarzają się literówki, brak końcówek, a gdzieniegdzie można też zauważyć nieprzetłumaczony tekst (np. na Korriban w akademii Sithów nasze łóżko to wciąż „bed”). Nie są to rzeczy niepozwalające na komfortowe granie, ale rzucają się w oczy.

Mimo tych mniejszych i większych niedogodności nie jestem w stanie dać Knights of the Old Republic mniej niż 5. Jeżeli ktoś lubi klimaty oryginalnej trylogii, a do tego jest miłośnikiem RPG, SW: KotOR jest pozycją obowiązkową. Opowieść jest tak porywająca, że wspomniane błędy bledną przy niej, a gracz nie jest w stanie oderwać się od gry. Gorąco polecam.

piątek, 21 października 2011

Star Wars Jedi Knight: Jedi Academy

Od wydarzeń z Jedi Outcast minęły dwa lata. Kyle Katarn pomaga Luke’owi Skywalkerowi w szkoleniu nowych zastępów Jedi. W jednej z nowoprzybyłych grup znajduje się Jaden Korr – osoba, która bez żadnego szkolenia sama skonstruowała miecz świetlny. Gdy grupa Jaden podchodzi do lądowania, prom ulega uszkodzeniu i ląduje awaryjnie w środku dżungli na Yavin 4. Od tej pory gra jest nasza.

Początkowy pomysł zwiastuje ciekawą historię. Niestety na tym się kończy. Zaraz po charakterystycznych napisach lecących w głąb ekranu gra przedstawia nam ‘przyjaciela’, który będzie jednym z motorów napędowych tej opowieści. Jak tylko usłyszycie, jak mówi oraz zobaczycie, jak się zachowuje, bez trudu przewidzicie dalsze wydarzenia. Najgorsze jest to, że w tej kwestii nie da się pomylić. Wiadomo kto przejdzie na ciemną stronę, wiadomo kto kogo będzie chciał ratować oraz kiedy podejmiemy wybór o naszej przynależności. W porównaniu do historii z JO jest to kpina. Jedyne zalety tej fabuły to 2 różne zakończenia oraz (skromna, bo skromna, ale jednak) możliwość stworzenia własnej postaci.

Zmiany zaszły w niemal każdym aspekcie gry. Zacznę od grafiki, którą dobajerzono, gdzie się tylko dało. Najbardziej zauważalne różnice występują w feerii świateł, jaką jesteśmy raczeni przy byle okazji (co w sumie jest zrozumiałe, skoro ganiamy przede wszystkim z mieczem świetlnym). Tekstury są dużo bardziej szczegółowe, a kolory intensywniejsze. Nie jestem pewien, czy to tylko wrażenie, ale animacja również wydaje się być poprawiona.

Zamiast lecieć przez cały czas po fabularnej nitce do kłębka, mamy niewielki wpływ na przebieg historii. Gra składa się z kilku segmentów, w trakcie których otrzymujemy po 5 misji. Aby otrzymać dostęp do kolejnej misji zaliczającej się do głównego wątku, w danym segmencie musimy wykonać co najmniej 4 z pięciu dostępnych zadań. Przed każdym z nich dostajemy gwiazdkę, którą przeznaczamy na rozwój dostępnych mocy. Core powers (skok, bieg, widzenie itd.) rozwijają się automatycznie. Pozostałe, podzielone na ciemną i jasną stronę Mocy, dobieramy wedle uznania. Na zakończenie każdego segmentu usłyszymy ocenę doboru naszych umiejętności. Nie ma ona żadnego wpływu na grę, ale jest utrzymana w klimacie.

Lokacje są bardzo zróżnicowane. Widać, że ktoś się solidnie nagimnastykował, by gracz nie odczuwał nudy. Co prawda skala wielu z nich jest nieco mniejsza niż w poprzednich grach, ale dopracowanie wynagradza to z nawiązką. Wraz z projektem poszczególnych misji zmienił się też poziom trudności. Jedi Academy jest odczuwalnie łatwiejszy niż JO. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jest to najłatwiejsza gra w serii. Nie żeby to była wada. Wręcz fajnie jest bezstresowo pomachać latarą i przysmażyć przeciwników błyskawicą. Zwłaszcza że środków do tego mamy odrobinę więcej. W trakcie gry możliwe jest wykupienie dodatkowych stylów walki (niebieski i czerwony) oraz wymiany pojedynczego miecza na dwa lub lightstaff (broń spopularyzowana przez Darth Maula). Asortyment kombinacji mieczem również powiększono. W trybie singleplayer jest to praktycznie chodzone mordobicie.

Oprawa dźwiękowa pozostała prawie bez zmian, prawie... Jeżeli idzie o muzykę, to jej jakość jest bezdyskusyjna. Co prawda nie zmienia się tak dynamicznie jak w JO, ale to drobiazg. Czego nie mogę przeboleć, to poziom aktorstwa. Głosy podłożone pod Kyle’a i Luke’a są tak samo dobre, jak w poprzednim Jedi Knight. Cała reszta... ech.... To już nawet nie jest przekoloryzowanie czy tandetna konwencja, to po prostu kiepskie aktorstwo. A najgorszy w tym wszystkim jest brak sposobu na przerwanie cutscenek. Irytuje to zwłaszcza jeśli oglądamy jakąś kilka razy.

Suma summarum Jedi Academy to dobra mechanicznie gra, w której spieprzono część zawartości. Końcowa ocena zależy od podejścia właśnie do tego, co zepsuto. Jeżeli masz ochotę na przyjemną nawalankę w konwencji FPS/TPP i nie obchodzi cię tło fabularne, to jest to pełnoprawne 4+. Ja  jednak tego przeboleć nie mogę i dla mnie JA to gra na 4-. Różnica niby niewielka, ale jest. Gdyby spierniczono jakikolwiek dodatkowy aspekt, bez wahania dałbym 3.