Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażenia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2026

Mortal Kombat 2 (2026)

Mortal Kombat z 2021 wynudził mnie jak diabli. Nawet go sobie ostatnio odświeżyłem, bo zastanawiałem się, czy może nie byłem zbyt surowy. Nic z tych rzeczy, to naprawdę co najwyżej średni film. W związku z tym nie miałem zbyt wielkich oczekiwań co do sequela. I wiecie co? To jest mniej więcej taki szok, jak między pierwszym zwiastunem filmowego Sonica, a kolejnymi. Można? Można.

Zacznijmy od tego, że Mortal Kombat 2 to nie jest jakiś wybitny film. To prosta nawalanka czerpiąca garściami z gier. Czy to źle? No chyba tylko, jeśli spodziewaliście się Obywatela Kane’a. Garściami to w zasadzie mało powiedziane. Lepszym określeniem byłoby wiadrami. Począwszy od ekranu z logo twórców, który nawiązuje do otwarcia komputerowego Mortal Kombat 2 z 1993 roku, przez klimaciarskie miejsca pojedynków, po wygładzenie pierdół fabularnych, które były całkowicie zbędne.

Od pierwszych chwil widać też, że ktoś solidnie sypnął kasą. Skala wydarzeń jest większa. Kostiumy bardziej zróżnicowane. Postaci jest więcej (przy czym obecność takich osób jak Quan Chi daje duże pole do popisu na przyszłość), zaś każde odwiedzane miejsce cieszy oko ogromem detali. Do tego dochodzą pojedynki. Nie odczuwa się przestojów między nimi. Natomiast one same są widowiskowe, krwawe i tak mortalowe, że ciężko się przyczepić.

Aktorsko wypadło całkiem nieźle. Tak jak lubię Karla Urbana, tak niespecjalnie cieszyło mnie obsadzenie go w roli Johnny’ego Cage’a. Biję się w pierś, pan Urban nie dość, że dowiózł, to jeszcze jest to jeden z najlepszych występów w filmie (drugim jest Kano). Reszta jest ok, choć obecnego Shang Tsunga nadal uważam za najgorzej zagranego. Dla porównania obejrzałem sobie znowu film z 1995 i to naprawdę niesamowite, jaką robotę odwalał świętej pamięci Cary-Hiroyuki Tagawa. Jednym uśmieszkiem lub spojrzeniem dyktował atmosferę w scenie. Chin Han niezależnie od tego, jak najbardziej podły plan wprowadza w życie (a naprawdę jest on godny tej postaci), jego brak charyzmy kompletnie niweczy efekt końcowy.

Brzmi jak sequel idealny, nie? Ale i tak się poczepiam. Po pierwsze muzyka – niby klasyczny motyw gdzieś tam się przewija, ale nie robi takiej roboty, jak w filmie z 1995. Natomiast reszta utworów wyleciała mi z pamięci, jak tylko seans dobiegł końca. Po drugie – taki trochę false advertising. Zwiastuny obiecują skupienie historii wokół Cage’a, podczas gdy najwięcej czasu poświęcono… Kitanie. Nie mam pretensji o efekt końcowy, tylko o te zapowiedzi. Trzy – wspominałem już o cienkim Shang Tsungu? Ta…

Niemniej jednak Mortal Kombat 2 (2026) stanowi ogromny krok naprzód w stosunku do poprzednika i gdyby nie to, że bierze z niego wiele informacji stricte fabularnych, MK z 2021 można by sobie kompletnie darować. Moja ocena sequela: 4+.

niedziela, 5 lipca 2026

The Super Mario Galaxy Movie

Pierwszy film nie był ambitny, ale dał mi tyle frajdy, ile wart był zakup biletu do kina, a potem płyty DVD. Drugi film jest jeszcze głupszy i niestety w ten sposób, który już mi nie do końca podchodzi.

Fabuła kręci się wokół Bowsera juniora, który porywa Rosalinę, by dokończyć tworzenie broni, o jakiej zawsze marzył wraz ze swoim ojcem. Przy okazji chce też uwolnić ojca, by udowodnić mu, ile jest wart. Potem cały film sprowadza się do Peach szukającej Rosaliny oraz Mario i spółki goniących za Bowserem juniorem.

Pomimo czasu trwania zbliżonego do poprzednika przez cały seans miałem wrażenie, że ten film jest o połowę za długi. Pewnie, jeśli nastawiamy się na to, że ma być kolorowo i głośno niemal non-stop, to macie półtorej godziny odpowiedniej zabawy. Fani wyłapią masę nawiązań do innych gier Nintendo (jednego typa wysunięto tak bardzo na pierwszy plan, że jego sceny są jednymi z najbardziej efekciarskich, zaś ludzie już spekulują, czy dostanie własny film), a przeciętny widz lub niedzielny gracz będzie się zwyczajnie nudził. Tak było w moim przypadku. Nie ratowały go wątki dość istotnie rozwijające tło Bowserów oraz księżniczek (w scenie po napisach do obsady dołącza Daisy). Przez cały czas trwania filmu odnosi się wrażenie, iż rozbicie go na dwie osobne podróże (Peach i braci) jest zbędnym zabiegiem. Jakby to miały być dwa osobne filmy lub odcinki serialu, które z jakiegoś powodu połączono w jeden.

Oczywiście nijak to nie przeszkodziło filmowi zarobić kupę szmalu. Kolejna odsłona to tylko kwestia czasu. Poprzednika oglądałem kilka razy i bawiłem się dobrze za każdym. Na tym byłem w kinie i jakoś mnie do niego nie ciągnie. Moja ocena: 3.

niedziela, 7 czerwca 2026

Scream 7

Co zrobić, gdy w wyniku kretyńskiej polityki traci się swoje główne gwiazdy i zamiast domknięcia Krzyków 5 i Krzyk 6 jako trylogii trzeba ratować się czymś innym? Powstaje Krzyk 7.

Fabuła jest tak kretyńska, że nawet Krzyk 3 może się pacnąć w czoło z zażenowania. Pod pretekstem rzekomego powrotu Stu, (tak, tego, któremu niemały telewizor spadł na łeb w jedynce), Sidney znowu staje się celem. Gale wraca. No i żeby nie było, że Scream 5 i Scream 6 zostały olane, do grupy dołączają Mindy i Chad.

Wracając do fabuły, nie znajdziecie tu nic, czego nie było wcześniej. Skojarzenia zwłaszcza z częściami 2-4 będą widoczne najbardziej. Gdyby chociaż ta część próbowała wzorem Piątku 13-ego rozprawić się z kompletnie nową grupą ludzi, może coś dałoby się z tego wykrzesać, ale nie. Protagoniści są znani, a antagoniści… Obstawiam, że co najmniej jednego zgadniecie od ręki, a drugiego traficie nawet na chybił trafił. I jest to najgorszy duet w historii marki. Tak, z uwzględnieniem serialu włącznie.

Ten film Ratują dosłownie dwie rzeczy. Sceny zabijania są przyzwoite. Nie tak widowiskowe, jak w części szóstej, ale wciąż trzymają poziom. Drugą są występy gościnne zaaranżowane w ramach jednego patentu, który jest bardzo współczesny. Nietrudno zgadnąć, o jaki wynalazek chodzi, ale nie będę spoilował. Wystarczy powiedzieć, że to jeden z nielicznych razów, gdy seria przyznaje się do istnienia Krzyku 3.

Czy warto obejrzeć Scream 7? Absolutnie nie. Jest to film wtórny i durny. Nawet w trakcie maratonu po tym, co zaserwowała część szósta, człowiek będzie się wahać, czy wrzucić coś innego na ekran, czy może w ogóle zakończyć imprezę. Siódmy Krzyk sprzedał się mimo to wyśmienicie, będzie ciąg dalszy. Oby lepszy. Moja ocena: 2-.

czwartek, 21 maja 2026

Jarosław Grzędowicz – Pan lodowego ogrodu, tom 4

Po rewelacyjnym trzecim tomie po czwarty sięgnąłem z marszu. Książka zaczyna się bitwą, której zwiastun zakończył poprzednika. Dzieje się dużo, szybko, a potem ekipa rusza w pogoń za uciekającym wrogiem. No kurde, kartkowałem jak głupi… przynajmniej do końca tego segmentu, bo od tej pory tempo tak wyhamowuje, że testy zderzeniowe samochodów to przy tym delikatne puknięcia.

Nie mam pojęcia, czy autorowi się już nie chciało, czy może wydawnictwo poprosiło, aby już zakończył. Ale po pościgu następuje cała seria słabo powiązanych ze sobą rozdziałów, które same w sobie są coraz nudniejsze. Przesadzam? Powiem tak, zacząłem czytać ten tom 8 czerwca 2025 roku, a skończyłem 28 kwietnia 2026. W międzyczasie czytałem inne książki, komiksy (w tym mangi) oraz podręczniki RPG, byle tylko odsunąć w czasie powrót do tego tomu. Czasami wracałem, by przeczytać choćby dwie strony i zbliżyć się odrobinę ku końcowi.

Naprawdę ciężko mi opisać, jak bardzo wątek szpiegowski (trwający najdłużej) nie obchodził mnie nic a nic. Jak bardzo męczyły mnie eskapady i zbieranie ludzi. Zaś ostatnia bitwa wycisnęła ze mnie ostatki entuzjazmu. Myślałem, że obrona Jasnej Góry w Potopie się wlecze. Ta tutaj pokazuje, że da się wolniej. Na domiar złego finałowe starcie między postaciami jest tak durne, że sekwencja z Architektem z drugiego Matrixa to mistrzostwo świata. Dodatkowo nie jestem pewien, czy autor nie popełnił błędu nawiązując do czasu Vuko w drzewie. Samo nawiązanie jest cwane, ale to, co serwuje epilog zdaje się kompletnie zaprzeczać tej informacji. No i właśnie, zakończenie jest tak nijakie… Niby pasuje do brutalnej natury tego uniwersum, ale mnie nie przekonało. Star Ocean (taki stary jRPG) zawiera podobny patent i sprzedaje go dużo lepiej.

Czwarty tom Pana lodowego ogrodu mogę polecić tylko, jeśli to ostatnia kniga w serii, jaka komuś została do przeczytania i chce mieć to z głowy. Jeśli jednak jesteś na początku serii, to pamiętaj, że to będzie męczarnia, której nawet świetny tom 3 nie złagodzi. Moja ocena: 2+.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Glass Masquerade 4: Constellations

Czwarta część tej niepozornej serii jest świadectwem tego, że autorzy nadal eksperymentują. Z jednej strony otrzymujemy więcej tego samego, lecz z drugiej zmieniają się drobiazgi.

Wspominałem przy okazji Honeylines, iż ten konkretny kształt i warianty z nim związane niespecjalnie mi pasują. Constellations również je zawiera, ale domyślnie uruchamia się ze znanymi z GM i GM2 fragmentami witrażu. Mało tego, GM4 to pod wieloma względami to wręcz kopia trójki. Z tą różnicą, że ujawnia swoje karty w innej kolejności i nie wiem dlaczego, ale takie niewciskanie plastrów miodu spowodowało, iż dużo chętniej zagłębiałem się w kolejne układanki.

Wszystkie dodatkowe funkcje typu sposób układania, przełączanie między trybami normalnym i trudnym, mierzenie czasu oraz precyzji nadal są dostępne. Tak więc każdą układankę można skonfigurować pod siebie przed rozpoczęciem zabawy. Kolejność odblokowywania przypomina części sprzed GM3. Układanki są posegregowane w tytułowe konstelacje. Na każdą przypadają cztery. Po ukończeniu konstelacji otrzymujemy dostęp do kolejnej. Sumaryczna liczba układanek jest mniejsza niż w poprzedniej części, ale zakładam, że prędzej czy później otrzymamy DLC.

Najsłabszą stroną tej odsłony są same obrazy. Może ze dwa zapadły mi w pamięć, ale resztę układało się taśmowo bez specjalnego przyglądania się. Z kolei interfejs swoją kolorystką najbardziej przywodzi na myśl pierwszą grę. Muzycznie… znowu nic nie pamiętam… Motywy z 1 i 2 nadal kojarzę. 3 i 4 to dziura w pamięci. Na pewno było relaksująco i przyjemnie, ale nie zanucę nawet do obierania ziemniaków.

GM4 samo w sobie jest układanką, którą autorzy ciągle testują. Tu zmienić kolor, tam zmienić układ, dać na front jedne opcje, pozostałe schować (ale nie wywalać), coś jeszcze poprzestawiać i zobaczyć, jak się przyjmie. Gdyby obrazy do układania były bardziej wyraziste, Constellations byłyby lepszą grą od Honeylines. Niestety, z tego konkretnego powodu ląduje w moim rankingu dokładnie obok niej: 3+.

niedziela, 15 marca 2026

Slasher: Ripper

Po świetnym sezonie czwartym, w piąty wpadłem z impetem… I przyrżnąłem w ścianę. Początkowe założenia wyglądają na coś pomiędzy historią Kuby Rozpruwacza, a Vidocq. Jest grupa ludzi, która dopuściła się zbrodni 12 lat wcześniej, a teraz duch z lokalnego folkloru postanawia się na nich zemścić.

Największym problemem tego sezonu jest jego czas akcji. Jeśli ktoś oczekuje, iż epoka zostanie odwzorowana w realistyczny sposób, może sobie od razu darować seans. Jest to niestety ten durny trend wciskania współczesnej reprezentacji, która w tamtych czasach nie miałaby racji bytu. Ale jeśli potraktować to jako alternatywną rzeczywistość, to czy Ripper jest w stanie wybronić się całą resztą? Niestety nie.

Na plus policzę sceny morderstw, tortur i gore. Te nadal trzymają poziom, zaś morderca przypomina bardziej ogarniętego Ghostface’a. Intryga jest… ok, ale jeśli ktoś po prostu potrafi liczyć, odgadnie tożsamość mordercy stosunkowo szybko. Zresztą strzelając na ślepo szanse są niewiele mniejsze. Śledztwo jednego z bohaterów ma kilka jasnych punktów, a zakończenie stosuje pewien zwrot przywodzący na myśl jedną z powieści Agathy Christie. No i aktorzy są całkiem przyzwoici, grając kompletnych skurwysynów.

Pierwszą składową, która kompletnie położyła ten sezon, jest tempo. Pierwsza połowa tak nieudolnie prezentuje informacje, tak bardzo się wlecze, że autentycznie ma się ochotę przerwać. Zwłaszcza jeśli już zdążyliście wytypować sprawcę.

Drugą składową… jest ponownie tempo, ale zepsute w inny sposób (to już naprawdę sztuka, by rozwalić coś na dwa różne sposoby). Zaraz po połowie informacje pojawiają się lawinowo, wątki zamykają się jeden po drugim. Nie ma wątpliwości, kto ma zejść, dlaczego itd. Pozostaje czekanie. Dwa ostatnie odcinki zawierają tak długie przerwy między zabójstwami, jakby komuś skończyły się pomysły, ale nadal musiał zapełnić opłaconą liczbę odcinków. Dawno nie odczułem takiej ulgi, że to koniec, jak przy tym sezonie.

Ripper ma swoje momenty i potrafi błysnąć, ale całościowo jest to najsłabszy z sezonów. Umieszczenie akcji w innym okresie historycznym zapewne miało dostarczyć różnorodności, a okazało się najbardziej naciągną warstwą. Tempo rozwarstwione, a akcja sprawia wrażenie posiadania zapchajdziury. Podobno ma być sezon szósty, który wraca do współczesności. Pewnie z czasem obejrzę, a Ripper dostaje ode mnie: 3+.

wtorek, 3 marca 2026

Return to Silent Hill

W całym moim życiu są póki co trzy gry, którym daję ocenę 6 bez względu na ich wady. Jest to Planescape: Torment, Final Fantasy 7 i Silent Hill 2. Ten ostatni oprócz fenomenalnej historii stanowi dla mnie podręcznikowy przykład tego, jak robić dobre horrory. Jest to gra w moich oczach tak dobra, że remake może jej co najwyżej buty czyścić. Gdy ogłoszono kolejną odsłonę filmowego Silent Hill, dodano, że reżyser pierwszego filmu wraca na pokład, a historia ma się kręcić wokół mojego ukochanego tytułu, miałem nadzieję, iż obejrzę widowisko na co najmniej takim poziomie, jak film z 2006. Wiecie co? Dawno nie czułem się tak zawiedziony, wkurzony i sponiewierany przez machinę zwaną Hollywood.

Nie mijają 4 minuty filmu, a wszystko jest źle. Słoneczko świeci, James jest w zajebistym humorze. Spotyka Mary, która ucieka z miasteczka, ale chyba jednak musi tam wrócić, zaś Sunderland pyta, jak ono się nazywa. I tu widzimy przepiękną, skąpaną w słońcu panoramę uroczego Silent Hill… Jeśli ktoś nie grał w grę, może nie wie, dlaczego już tutaj ciśnienie skoczyło mi tak, że i brane leki nie pomagają. Odniosę się do może trochę bardziej znanych produkcji. To tak jakby filmowego Kruka lub Władcę pierścieni zrobić na nowo, ale znane z nich monologi rozpoczynające seans dać na tle Szybkich i wściekłych i twierdzić, że to jest to samo. No ale przecież potem okazuje się, że to sen! Wspomnienie! Czy coś tam. Nie, to nadal niczego nie poprawia. Nawet listu z gry nie potrafili przepisać, stworzyli swoją wersję, która przy oryginale brzmi miałko.

Tu przyznam jedno. Przez cały film przewija się sporo sekwencji, wyglądających na przeniesione żywcem z gry, np. James przeglądający się w lustrze, charakterystyczne ujęcie w kiblu z pisuarami na pierwszym planie lub niektóre późniejsze z eksploracji miasteczka. Szkoda tylko, że tutaj są to zabiegi stricte kosmetyczne. Dalej jest gorzej.

Return to Silent Hill wygląda tak, jakby autorzy w ogóle nie zrozumieli gry. Na siłę próbują powiązać go z pierwszym filmem za pomocą podobnych scen straszenia robalami oraz motywem ze złożami płonącymi pod miastem. Po co? Nie wiem. Tutaj nie ma to sensu. W grze każdy potwór coś symbolizował, zwłaszcza, gdy brał udział w przerywniku. Return rozwala ten zamysł na dwa sposoby. Pomimo kategorii wiekowej R, nie potrafi skorzystać z jej możliwości. Przykład numer jeden: scena z Piramidogłowym i manekinami. W grze budzi ona co najmniej odpychające skojarzenia, bo taki był zamysł. W filmie najpierw zmieniono manekina na bardzo przesadzoną wersję (serio, jak zobaczycie ten tyłek CGI, padniecie z zażenowania) i ułożono w taki sposób, że w przeciwieństwie do gry, gdzie ta scena mimo paskudnego wydźwięku ma kilka interpretacji, tutaj nie ma wątpliwości do czego ma dojść… i nie dochodzi, bo autorzy rozwiązują ją w iście slasherowy sposób.

Przykładem numer dwa jest dokładnie następna scena, gdy James jest w stanie spojrzeć w oczy… Piramidogłowemu… Nie trzeba geniusza, bo skojarzyć, czyje to oczy. Sęk w tym, że w grze oprawca pojawiał się jako manifestacja psyche Jamesa i zawsze był czynnikiem zewnętrznym. W filmie w pewnym momencie jest przedłużeniem woli Jamesa. Tak, w rezultacie James kontroluje to, co ma się wydarzyć. Przykro mi, ale rzucając sucharem, jest to piramidalna bzdura.

To samo dotyczy postaci i przebiegu fabuły. James mieszkający w Silent Hill? Mary będąca częścią kultu i dlatego umierająca? W grze to było proste: Mary jest chora, kropka. Niepotrzebny żaden inny zewnętrzny powód komplikujący sprawę, bo choroba to tylko punkt wyjściowy, reszta to James i jego myśli. Postacie Eddiego i Laury kompletnie zarżnięto. Przy czym tej drugiej dostaje się bardziej, bo wymawia kwestie z gry, ale w zestawieniu z interpretacją postaci w filmie nie uderzają one z taką samą mocą. Angela ma częściowy materiał z gry, lecz tylko te najbardziej oczywiste fragmenty, ledwo dotykając traumy postaci. A Maria... brak mi słów, jak bardzo odarto tę postać z subtelności, z dialogów podszytych czymś złowieszczym. Połowa tego wynikała z faktu, iż w trakcie akcji gry Maria znikała i wracała. Tutaj tego nie ma, a zakończenie jej wątku jest co najmniej frustrujące.

Dochodzi do tego zakończenie samego filmu. Jest w nim sekwencja z gry, jeden wariant, który na moment przywrócił moją wiarę, że jak na tym zakończą seans, to przynajmniej będą mieli jaja. Takiego wała! Zaraz po nim następuje powtórka z otwarcia. Nie obchodzi mnie, czy to majaki umierającego umysłu, czy może faktycznie doszło do cofnięcia czasu. Niech ich szlag trafi.

Był taki czas, gdy grałem w Silent Hill 2 co najmniej raz w roku. Nie potrafię podkreślić, jak wielkie ta gra ma dla mnie znaczenie. Nie potrafię też opisać, jak bardzo wściekły jestem na Return, bo dalej już są tylko bluzgi, podniesione ciśnienie i chęć wyładowania się fizycznie. Myślałem, że Revelation nie rozumie materiału źródłowego. Myliłem się. Moja ocena: 1. Rozważałem dodanie plusa za odwzorowanie niektórych scen z gry, ale doszedłem do wniosku, że to tylko kalkowanie najprostszych fragmentów i nie należy się.

niedziela, 1 lutego 2026

The Room 4: Old Sins

Poprzednie trzy gry stanowiły zamkniętą całość. Część czwarta pomimo numeru w tytule to bardziej spin-off dotyczący innych ludzi, choć parających się podobnymi sprawami. Historia dotyczy tajemniczego zniknięcia pewnego naukowca i jego żony oraz poszukiwań jeszcze bardziej tajemniczego artefaktu. Wszystko wskazuje na to, że rozwiązanie zagadki może kryć się na strychu ich domu, ukryte w dziwacznym domku dla lalek.

W trakcie gry odniosłem wrażenie, iż po szaleństwach trzeciej części autorzy postanowili cofnąć się niemal do korzeni. Do dyspozycji mamy strych (choć to za dużo powiedziane, bo w nim samym niewiele jest do roboty) oraz poszczególne pokoje domku dla lalek, do których dostaniemy się dzięki znanemu nam monoklowi ze specjalnym szkłem. Dalej to już standard: tu wstaw jakiś klocek, tam coś przesuń, rozwiąż łamigłówkę i zbierz przedmiot potrzebny na zewnątrz domku lub w następnym pomieszczeniu.

Gdybym miał się czegoś czepić, ale dosłownie czepić, to wspomniałbym o ilości postawionych przed nami zadań. Niektóre pomieszczenia lub obiekty (zwłaszcza co bardziej pokręcone meble) wyglądają, jakby mogły zawierać więcej zagadek. Po co? Bo wiele z nich w zasadzie nie stanowi wyzwania. Na pierwszy rzut oka widać, co i gdzie trzeba przestawić, by coś otworzyć. Nie ma nawet szukania przełączników ukrytych w dziwnych miejscach. Z drugiej strony takie podejście bardziej relaksuje i nie wystawia cierpliwości gracza na próbę.

Jeśli ktoś miał frajdę z poprzednich części, Old Sins go nie zawiedzie za bardzo. To więcej tego samego. Atmosfera gęstnieje z każdym rozwiązanym pokojem, grafika i udźwiękowienie są odpowiednio klimaciarskie. Niby można grać w The Room 4 w oderwaniu od pozostałych gier, lecz jest tam kilka informacji, które mogą spoilować poprzedników lub wywołać lekkie zamieszanie. Owszem, TH4 jest przyzwoitą wizytówką serii, może miejscami wtórną. Jeśli jednak chcielibyście sprawdzić, o co chodzi, to już lepiej zacząć od pierwszej gry. Moja ocena: 4-.

niedziela, 25 stycznia 2026

Stranger Things 5

Przygoda w Hawkins dobiegła końca. Pytanie tylko, czy warto było czekać tyle czasu? Oglądać na bieżąco, czy może maratonować, gdy dostępna była całość? Cóż…

Końcówka ST4 postawiła poprzeczkę wysoko, w związku z czym od samego początku wiadomo było, iż stawka w ST5 ma być ogromna. Angażujemy wszystkie główne postacie, antagonista ma być silniejszy niż do tej pory, a wojsko utrudniać, co się tylko da. Pierwszy odcinek oglądało mi się bardzo dobrze, bo w moim odczuciu nie było tam ani jednej zbędnej postaci. Każdy miał coś do roboty, a przypisana rola pasowała do charakteru i umiejętności danej osoby. A potem wszystko spektakularnie się spieprzyło…

Ciężko tak naprawdę zrobić listę tego, co dokładnie nie pykło, bo ilość bzdur jest tak ogromna, że można by je całą dobę wymieniać. Kilka przykładów: Nancy w zasadzie zamienia się w Rambo. Max w trakcie ucieczki odstawia tak długą przemowę, że aż szkoda, że portal pozostał aktywny. Głowa rodziny Wheelerów jest w zasadzie cholera wie po co, a jak tylko ma szansę zachować się jak facet, autorzy wycierają nim podłogę. Will w swoim coming oucie popełnia fabularną wtopę, która sugeruje, że materiału było więcej, tylko ktoś go uwalił. W finałowym starciu autorzy zapominają kompletnie o całej armii potworów, którymi straszyli przez 4 sezony, a które teraz chyba zastrajkowały, bo żadnego nie widać.

Wszelkiego rodzaju plotki, iż życie postaci jest zagrożone oraz że nic nie jest pewne, można włożyć między bajki. Twórcy poszli po linii najmniejszego oporu. Oporu tak małego, iż kreowana na drugie po Vecnie zagrożenie doktor Kay grana przez Lindę Hamilton jest kompletnie niewykorzystana. Jest jedna scena sugerująca, jakim potworem jest Kay, ale po jej przedstawieniu autorzy do niej nie wracają i tak naprawdę pozostaje bez konkluzji. Zresztą w ogóle wojsko to banda niedorajd. W końcowej akcji dzieciaki dosłownie ostrzeliwują bazę ostrą amunicją i po zakończeniu wszystkiego… nikt nie ponosi konsekwencji… Mam tylko nadzieję, iż pani Hamilton przytuliła solidną sumkę za ten durny występ.

Jakby niespełnionych obietnic i głupot było mało, seans wypełniają też rzeczy kompletnie zbędne. Prym tutaj wiedzie trójkąt miłosny w postaci Steve’a, Nancy i Jonathana, którego sceny służą wyłącznie jako zapychacze komediowe. Na moje szczęście ten wątek akurat zakończono, więc tyle dobrego. Coming out Willa był bez sensu wydłużany i pasował do tej dekady jak pięść do nosa. Wątek Dustina i jego nękania w zasadzie urywa się i można by tak wymienić jeszcze wiele rzeczy.

Na koniec czepiania się muszę wymienić wtórność fabularną. Konia z rzędem temu fanowi popkultury, który nie będzie miał jakichkolwiek skojarzeń. Max w umyśle Vecny? Matrix 2-3. Przemowa Henry’ego, że nie jest kontrolowany? Mass Effect 3. Poświęcenie na koniec? No prawie Terminator 2. Nancy? Rambo.

W ramach zachowania równowagi kilka rzeczy robi bardzo pozytywne wrażenie. Miejsce numer jeden należy bezapelacyjnie do Jamiego Campbell Bowera. Jego Vecna dorobił się kilku różnych obliczy i o największe ciary przyprawiają te, które manipulują, mówią spokojnym tonem i widać w nich hamowaną złość. Potworna wersja to przy nich nic.

Zakończenie roku w wykonaniu Dustina jest zabawne i świetnie nawiązuje do jego przyjaźni z Eddiem, choć dlaczego rodzice mieliby mieć z tego radochę – tego nie wiem. Chemia między Dustinem i Stevem nawet w najbardziej wyboistym fabularnie momencie dawała radę. Ostatnie spotkanie Steve’a i spółki jest w tym wszystkim chyba najbardziej przyziemną i realistyczną sceną, bo kto ją przeżył, wie, że ich postanowienie nie ma szans. Natomiast ostatnia sesja Mike’a i ekipy była dla mnie… niezjadliwa. Rozumiem sens ostatniego ujęcia na odkładane segregatory, ale moim zdaniem było to sztucznie ckliwe.

Podobała mi się teoria o tym, czym jest Upside Down i teorie rzucane na temat samego Mind Flyera. Niestety, te ostatnie niewiele ruszyły się od momentu zaprezentowania ich w sezonie czwartym.

Wracając do pytania ze wstępu: Czy warto było czekać? Jeśli o mnie chodzi, to nie. Zabrakło jaj, by zrobić coś naprawdę odważnego. Najciekawsze pomysły pogrzebano, a finał kręcono podobno bez jakiejkolwiek wizji. Do tego pozostaje wrażenie, iż sporo nakręconego lub planowanego materiału gdzieś przepadło. W internecie słyszałem bardzo fajne podsumowanie, z którym zgadzam się całym sercem: Ze wszystkich możliwych kierunków autorzy obrali te, które mnie interesują najmniej. Moja ocena: 3-.

niedziela, 11 stycznia 2026

Superman (2025)

Gdy DC Extended Universe się skończyło w oparach kontrowersji (sprowadzenie Cavilla do cameo w Black Adam i niemal natychmiastowe wywalenie go), nie miałem wielkich nadziei na nową iterację uniwersum. Część fanów chwaliła sobie porzucenie Snyderverse i zatrudnienie Jamesa Gunna jako twórcę nowego rozdziału. W końcu tak dobrze poszło mu ze Strażnikami galaktyki, prawda? Na pierwszy ogień w nowym DC Universe poszedł sezon serialu animowanego Creature Commandos. Cokolwiek dziwny wybór, ale przynajmniej zdołał jako tako wyłożyć kilka fundamentów w pod DCU. Następny w kolejce był Superman, film, który od pierwszego zdjęcia z planu miał pod górkę, a jego zwiastun sprawił, iż wiele osób (w tym ja) zainteresowało się elementami, których w tym widowisku się nie spodziewano (Guy Gardner i reszta). A jaki jest efekt końcowy? O tym poniżej.

Bardzo krótko: wymęczył mnie ten film. Gunn udowodnił, że potrafi robić filmy trykociarskie koncentrujące się na grupie mało znanych i pozornie źle dobranych postaci. Jednocześnie w Supermanie pokazał, iż solowych bohaterów nie rozumie za cholerę. Pomimo działania od 3 lat, Sups dostaje tu bęcki niemal non-stop i żeby wyrównać szanse, Gunn dorzuca mu Justice Gang do pomocy. Jeśli komuś dynamika między tym ostatnim, a głównym bohaterem skojarzy się z Black Adam, to ma trochę racji. Trochę. Największą różnicą jest to, że The Rock nie pozwolił, by jego bohater był upokarzany co chwilę i gdy dochodzi do finału, tamtejsza ekipa mu pomaga, a nie zastępuje. Tak, rezultatem jest to, że Mr Terrific w wykonaniu Edi Gathegi oraz Guy Gardner / Green Lantern Nathana Filliona są zajebiści i stanowią najjaśniejszy punkt programu, ale to nie ich film! Cholera, mówcie, co chcecie o Man of Steel, ale Snyder przynajmniej miał swoją wizję i był w jej obrębie konsekwentny. No i jego Sups był kompletnie zielony, więc dało się więcej wybaczyć.

Nie pomaga też interpretacja postaci. Wiele osób będzie w kółko powtarzało mantrę: Jak Superman, to tylko Christopher Reeve, czy inny ulubiony aktor. David Corenswet jest ok. Jestem wręcz święcie przekonany, że gdyby dać mu lepszy materiał, wycisnąłby z niego więcej. Ma np. sporo fajnych drobiazgów: troszczy się nawet o roboty w jego fortecy; jego Clark jest pierdołowaty, podczas gdy Sups ma być bohaterem, za jakiego uważają go ludzie (zmienia postawę, ton głosu itd.). Niestety, jako chłopiec do bicia jest skazany na niepowodzenie i nie daje rady pierwszemu lepszemu potworowi.

W podobnej sytuacji jest Nicholas Hoult. Jego Lex Luthor robi bardzo dobre pierwsze wrażenie. Ba, jest na tyle genialny, by stworzyć własny wymiar kieszonkowy, opracował skuteczny system walki przeciwko Supsowi, a jego główną tajną bronią… jest stado wytresowanych małp oczerniających Supermana w mediach społecznościowych… Nie żartuję…

Nie do końca podoba mi się też interpretacja Supergirl. Co prawda w filmie może była przez minutę, ale jej zachowaniem było bliższe Rickowi Sanchezowi, niż któremukolwiek komiksowi, jakie czytałem.

No i pozostaje Ultraman, kolejna przeinaczona wersja postaci. Jeśli ktoś go kojarzy z komiksów, w zasadzie ma z głowy wszystkie związane z nim zwroty akcji.

Oprócz wcześniej wymienionych do pozytywnych elementów doliczę efekciarskie sceny akcji. Jak jest rozwałka, to na całego. Poczucie humoru jest nienachalne, ale i niewyszukane. Żywa kolorystyka za wszelką cenę chce zerwać z ponurym Snyderverse i nieźle jej to wychodzi. Ogólnie do części wizualnej nie da się przyczepić. Muzycznie jest ok, ale wszelkie nawiązania do klasycznego motywu wydają się wymuszone.

Superman (2025) jest w najlepszym przypadku bardzo przeciętnym filmem superbohaterskim. Z jednej strony jako widowisko nadaje się na leniwe popołudnie. Z drugiej jako film konkretnie o Supermanie jest słaby. Szkoda. Dałem mu uczciwą szansę, bo liczyłem na coś więcej. Niestety, taki efekt końcowy nie wróży dobrze przyszłości uniwersum. Zresztą ja już przestałem nastawiać się na cokolwiek. Moja ocena: 3.

niedziela, 28 grudnia 2025

Silent Night (2023)

Twórczość Johna Woo poznałem chyba w najgorszy możliwy sposób: poprzez Mission Impossible 2. Może jako akcyjniak to nie jest najgorszy film, ale do tej serii pasuje jak pięść do nosa. Z czasem zacząłem drążyć temat i najczęściej polecanym tytułem tego reżysera jest Hard Boiled (Pl: Dzieci triady). Powiem krótko: majstersztyk wart każdej poświęconej minuty i kuli, która przeleciała na ekranie. Scena w szpitalu to mistrzostwo świata i dla niej samej warto zasiąść do tego filmu. Naturalnie nie wszystkie filmy wyszły mu tak dobrze, ale jest ich na tyle dużo, by jego nazwisko stało się solidną marką wśród miłośników kina akcji. Kiedy pojawił się zwiastun Silent Night, opowieści o zemście i strzelaniem w stylu Woo, nie mogłem sobie odpuścić.

Historia jest banalna. Syn pewnego człowieka zostaje przypadkowo zastrzelony przez gangsterów, a i on sam ledwo uchodzi z życiem. Facetowi schodzi rok na przygotowaniach do zemsty. Przechodzi rekonwalescencję, uczy się walki, strzelania, precyzyjnej jazdy, a potem robi swoje.

Nie ma się co oszukiwać, Silent Night to kino zemsty dość niskich lotów. Dość oryginalnym pomysłem (i przy okazji grą słów) jest niewielka liczba dialogów spowodowana tym, że główny bohater nie mówi. Cała reszta to już typowy John Woo… z całym dobrodziejstwem inwentarza. Co to znaczy? Najpierw musimy zaakceptować dość infantylne założenie, iż w ciągu roku facet nauczył się tyle, by stanowić realne zagrożenie dla najgorszych złodupców w okolicy. Potem po drodze zdarzają się momenty głupiutkie, bzdurne i dla kogoś, kto nie zdążył wyłączyć myślenia przed seansem, zwyczajnie żenujące. Fragmenty ekspozycji są „subtelnie” wbijane widzowi do łba za pomocą młota kowalskiego i absolutnie nie uzasadniają zmiany chronologii, ani podkreślania pewnych rzeczy po kilka razy. No chyba że tym samym autorzy dają do zrozumienia, iż ich widownia to banda matołów.

Drugą stroną medalu jest rzemiosło pana Woo. Jeśli kompletnie zignorować powyższy akapit i skupić się na warstwie niemal stricte technicznej, to Silent Night pokazuje pazur. Wtedy nagle okazuje się, że jakieś tam pozostałości realizmu świetnie wpisują się w walkę, w rozwałkę i lejącą się krew. Nagle człowiek docenia, iż pomimo wyświechtanej formuły ma do czynienia z kimś innym niż John Wick lub Punisher. W takim wydaniu zemsta smakuje znakomicie i warto jej poświęcić czas. Oprócz reżysera spora zasługa jest po stronie Joela Kinnamana, który niemal samodzielnie dźwiga ten film. Jako że jego postać praktycznie nie mówi, cokolwiek by się z bohaterem nie działo, widzimy to na jego twarzy.

Dwa poprzednie akapity praktycznie same wskazują oceny. Jeśli podchodzimy do Silent Night jak do zwykłego akcyjniaka, to zbyt wiele składowych działa na jego niekorzyść, plasując go w połowie skali ocen. Ten wariant otrzymuje 3. Natomiast jeśli wybieramy Silent Night jako kino zemsty z założeniem, że lubimy kino zemsty oraz twórczość Johna Woo, wtedy warto jej dać szansę, nawet z uwzględnieniem poziomu aktorstwa, które nie każdemu podejdzie. Moja ocena w tej wersji: 4-.

niedziela, 7 grudnia 2025

Captain America: Brave New World

Gdyby krótko podsumować fabułę, to świat przypomniał sobie wreszcie o gigantycznym Celestialu wystającym z oceanu i postanowił się przyjrzeć sprawie. Okazało się, iż można go spożytkować dla dobra ludzkości, która dzięki temu odkryła nowy surowiec: Adamantium i nie jest już zdana na łaskę Wakandy w kwestii Vibranium. Jako że pokraka leży na wodach terytorialnych Japonii, prezydent Thaddeus Ross (w tej roli Harrison Ford, poprzednio grał go świętej pamięci William Hurt) dwoi się i troi, by nawiązać współpracę z tamtejszym rządem. Jednak ktoś notorycznie próbuje doprowadzić do zerwania rozmów i nie ustaje w zamachach na Rossa. Nowy Kapitan Ameryka – Sam Wilson – robi wszystko, by świat do reszty nie wziął się za łby.

Przez cały seans towarzyszyło mi uczucie, że film zmontowano co najmniej z dwóch różnych tytułów. Z jednej strony Captain Falcon (przepraszam, ale nie jestem w stanie poważnie traktować tej postaci w jej obecnej iteracji) wykonuje misje tak, jak to robił Steve Rogers w Winter Soldier, z drugiej wszystko inne (od antagonisty, przez obecność Betty Ross, po Red Hulka) wskazuje, iż głównym bohaterem powinien być Hulk. Żeby było jeszcze dziwniej, zamiana bohatera nie powoduje żadnych emocji. Niby na każdym kroku podkreśla się, jak bardzo Sam jest tylko człowiekiem i nie ma w sobie serum superżołnierza, ale z drugiej strony nawet, gdy dostaje bęcki, ogląda się to pro forma, bo nie dzieje się żadna krzywda.

Całościowo Brave New World nie jest dobry, ale nie nazwałbym go tez najgorszym. Taki nudny średniak. Sceny akcji nie oferują nic, czego nie widzieliśmy już w MCU po kilka razy. Podobnie z humorem. Zalążek fabuły jest w porządku, ale przebieg bez polotu. Jeśli miałbym go polecić, to z dwóch powodów. Pierwszym jest uporządkowanie pewnych spraw w obrębie uniwersum. Numer dwa to może jakaś frajda dla fanów Hulka z Edwardem Nortonem, pod warunkiem, że zaakceptują brak Hulka granego przez Edwarda Nortona... Moja ocena: 3-.

niedziela, 30 listopada 2025

Wolf Man (2025)

Najwyraźniej trafiliśmy na ten moment pętli czasowej rozrywki, w którym musimy odbębnić nowe wersje klasyków. Za Draculę robił nam ostatnio Nosferatu (2024), na rynku są już Wolf Man oraz Frankenstein, a podobno w produkcji ma być kolejna Mumia!

Nowy Wolf Man poza tytułem nie ma nic wspólnego z filmem z 1941. Zamiast UK mamy USA. Zamiast klątwy zmieniających człowieka w pokrakę tylko przy pełni mamy permanentną zmianę itd. Najgłupsze jest to, że wtórności można się doszukać, ale trzeba sięgnąć po inne serie. Obrona przed czymś w domu na zadupiu to zarówno Noc żywych trupów, jak i Evil Dead. Zmiana osoby bliskiej w potwora to nie tylko poprzednie Wilkołaki, lecz także Mucha. Tym samym Wolf Man popełnia grzech większy od Nosferatu (2024), bo zamiast próbować wykręcić jakiś cwany numer z fabułą poprzedników, bierze oklepane pomysły z zupełnie innych serii i… nic z nimi nie robi.

Przebieg fabuły jest przewidywalny od a do z. Żeby nie być gołosłownym. Między wstępem, a pierwszym aktem jest dziura czasowa o długości 30 lat i brak informacji o tym, co się stało z ojcem głównego bohatera. Dopiero we wspomnianym akcie bohater jedzie, by uprzątnąć chałupę po ojcu. Potem pojawia się antagonista i naprawdę nietrudno dodać dwa do dwóch. Do tego mamy oklepany dramat na tle rodzinnym, w którym bohater stara się bronić żony i córki przed bestią, jednocześnie samemu stanowiąc zagrożenie i poświęcając się na koniec. Efekty specjalne nie powalają i jest ich mało. Wilkołaki są jednymi z najmniej przekonujących potworów, jakie kiedykolwiek sfilmowano.

Leigh Whannell to współtwórca Piły i choćby na tej podstawie spodziewałem się znacznie więcej. Otrzymałem nudny film, gdzie nawet jump scares umieszczono w sztampowych do bólu miejscach. Jedyny patent, jaki przykuł moją uwagę, to widok z oczu wilkołaka w niektórych scenach, a dla nich samych nie warto się męczyć przez godzinę i 42 minuty. Moja ocena 1+.

niedziela, 23 listopada 2025

Nosferatu (2024)

Gdy premiera tego filmu była dosłownie za rogiem, odświeżyłem sobie wersje z 1922 oraz 1979. Ponadto miałem okazję po raz pierwszy obejrzeć Shadow of the Vampire (film o tym, jak kręcono pierwszego Nosferatu). Jak tylko najnowszy Nosferatu był w zasięgu ręki, zabrałem się za seans. Niestety, z każdą kolejną minutą mój zapał opadał.

Ciężko napisać coś o tytule, który tak naprawdę nie ma nic nowego do zaoferowania, więc może zacznę od tego, co mi się podobało. Od strony technicznej ten film jest fenomenalny. Wizualnie to jedno z najlepszych widowisk o wampirach, jakie nakręcono. Eggers straszy ujęciami, ciszą, dźwiękiem, oświetleniem, cieniem, tłem, pierwszym planem – dosłownie wszystkim, co ma pod ręką. Z jednej strony jest to tytuł nakręcony nowocześnie, z drugiej niektóre ze scen kojarzą się z niemym kinem, z którego wywodzi się oryginał. Pewnie to tylko moja nadinterpretacja, ale na samym początku przewinęły się takie dwa ujęcia (posiadłości, a nieco później dwóch dziewczynek), jakby Eggers chciał się zareklamować, że może nakręcić nowe Lśnienie.

Aktorsko jest to absolutnie górna półka horrorów. Nie ma tu ani jednego aktora/aktorki, który by odstawał poziomem. Ciekawostką jest obecność Willema Dafoe, który w Shadow of the Vampire grał Maxa Schrecka, pierwszego odtwórcę Nosferatu. Bill Skarsgård po raz kolejny udowadnia, iż potrafi straszyć i to nie tylko pod makijażem klauna. Ba, śmiem twierdzić, iż jego interpretacja hrabiego Orloka jest najpotworniejszą, najbrutalniejszą i najbardziej naturalistyczną (o ile można tak powiedzieć o fikcyjnej pokrace), jaką kiedykolwiek sfilmowano. Jest to nie lada osiągnięcie, zważywszy na to, że przez większość seansu nie ma go na ekranie lub jest ledwo widoczny. Nicholas Hault oraz Aaron Taylor-Johnson wrzuceni w kolejną, inną od komiksowej konwencji dotrzymują tempa pozostałym członkom obsady. Emmę Corin kojarzę z trzeciego Deadpoola, więc tutaj byłem spokojny, bo nawet z małą ilością materiału potrafiła poradzić sobie koncertowo. Natomiast Lily-Rose Depp widziałem po raz pierwszy i nie mam zastrzeżeń. To, że udźwignęła jedną z głównych ról, to mało powiedziane. Jak książkowe kobiece postacie czasami działały mi na nerwy opisami uczuć (jakby nie potrafiły znaleźć słów faktycznie oddających dany stan), tak tutaj nie mam wątpliwości odnośnie tego, co czuje Ellen i że z powodu okoliczności te emocje są podkręcone poza skalę. Brawo!

Kostiumy, lokacje oraz takie drobiazgi, jak język w kilku miejscach lub w przypadku niektórych postaci podkręcają już i tak wyrazisty klimat. Choć zabawnym jest fakt, iż wszędzie poza Niemcami autor daje dialogi w innych językach, ale w Wisborgu zamiast niemieckiego jest angielski. Pomijając ten drobiazg, całość stara się na każdym kroku odwzorować realia historyczne roku 1838.

Dźwięk jest również wspaniały. Od trzymającej w napięciu muzyki, przez odgłosy otoczenia dudniące w pustych korytarzach, po bestialskie ryki. I jest to chyba jeden z niewielu filmów, w których jump scares są tak naturalnie rozmieszczone, że nawet ja nie mam pretensji o ich obecność (obok found footage jest to najmniej lubiana przeze mnie technika filmowa).

No dobra, skoro wszystko wypada tak rewelacyjnie, to o co się czepiam? O wtórność. Jeśli ktoś widział którykolwiek film próbujący odtworzyć książkowego Draculę, prawdopodobnie będzie się nudził na nowej wersji Nosferatu. Ja tak miałem. Z jednej strony byłem zachwycony tym, co widziałem i słyszałem. Z drugiej nudziłem się, bo różnice wprowadzone przez reżysera były tak minimalne, że w zasadzie nieistotne. Podejrzewam, że osoby zaczynające dopiero przygodę z kinem wampirycznym będą miały więcej frajdy. Moja ocena: 4.

niedziela, 16 listopada 2025

Kisaragi Station

Studiująca folklor Haruna Tsunematsu pisze pracę na temat tytułowej stacji Kisaragi – stacji widmo, będącej miejską legendą. Jej badania doprowadzają ją do kobiety, która rzekomo była na tej stacji i jako jedyna z niej wróciła.

Fabuła opiera się na miejskiej legendzie / creepypaście powstałej na forum 2channel w 2004 roku. I co tu dużo mówić, to po prostu ekranizacja tych wymysłów. Z jednej strony potrafi przyciągnąć swoją tajemnicą, niepokojącą atmosferą i patentami na straszenie (od mało subtelnych jump scare po upiorne deformacje). Z drugiej odpycha kilkoma aspektami technicznymi.

Na pierwszy ogień pójdą bardzo słabe efekty specjalne wyrwane rodem z ery pierwszej Playstation. Nawet przy małym budżecie ciężko to usprawiedliwić, bo nie dość, że rażą sztucznością, to są sporym powodem wytrącenia widza z klimatu. Zaraz za nimi są sekwencje „przyśpieszające” ruch. Jest np. taki fragment, w którym szalony starzec goni postacie po torach i jest to tak groteskowe, że nawet przyzwoite udźwiękowienie nie daje rady utrzymać widza w napięciu.

Najwięcej frustracji powoduje jednak przebieg fabuły. Każdy, kto ma choć odrobinę wyobraźni, będzie zadawał multum pytań typu: Dlaczego nie poszli gdzieś tam i nie sprawdzili czegoś jeszcze? I to nie ma miejsca raz lub dwa w trakcie całego seansu, to praktycznie samo nachodzi oglądającego średnio co zmianę ujęcia.

Ciężko mi określić, kto będzie się dobrze bawił na tym filmie. Z jednej strony mamy tu naprawdę intrygujący klimat oraz specyficzną legendę, którą była dla mnie czymś świeżym w porównaniu do takiego Slender Mana lub kolejnego filmu o wkurzonym duchu z długimi włosami. Wiele elementów jest powiązanych ściśle z japońską codziennością, mentalnością i wierzeniami, a zakończenie daje satysfakcję dzięki swojej nieoczywistości. Niestety, sam seans potrafi wymęczyć swoją jakością oraz nieporadnością, przez co ocena zależy od waszej cierpliwości. W moich oczach Kisaragi Station ma ciut więcej wad niż zalet, przez co ocena końcowa to: 3-.

niedziela, 9 listopada 2025

Predator: Killer of Killers

Tak jak Predator z 2018 niemal skutecznie zarżnął markę (to był tak zły tytuł, że wiele osób zapomniało, iż w ogóle wyszedł), tak Prey zdołał ją przywrócić do łask. Do tego stopnia, iż zapowiedziano nie jeden, a dwa kolejne filmy o łowcach z kosmosu. Pierwszym jest animowany Predator: Killer of Killers.

Sam tytuł jest swego rodzaju antologią złożoną z trzech opowieści spiętych jedną klamrą fabularną prowadzącą do wspólnego finału. Każda z nich rozgrywa się w innym okresie historycznym: czasy wikingów, feudalna Japonia, druga Wojna Światowa. Akcja jest dynamiczna i zróżnicowana. Autorzy obficie polewają krwią z ekranu, zaś animacja przypomina dwa ostatnie animowane Spider-Many od Sony. Taki styl, w którym niby jest płynnie, ale jednocześnie rwie na tyle, by kojarzyć się z ruchem poklatkowym.

Od widowiska z tytułem Predator nie wymagam wiele, ale jednocześnie jakiś poziom swoich składowych musi trzymać. O ile do akcji i animacji nie mogę się przyczepić, o tyle do fabuły już tak. Po pierwsze: pomimo wykorzystania pewnych realiów historycznych, autorzy pofolgowali swojej wyobraźni i wsadzili współczesne przekonania, gdzie się dało. Przez to taka Ursa z pierwszego rozdziału to nie tylko straumatyzowana kobieta z ciekawą historią i motywacją, ale też podręcznikowy girl boss z plot armor tak grubym, że i Hulk miałby problem. Ten ostatni aspekt zresztą tyczy się każdego z trójki bohaterów – przez co w starciu z łowcami z kosmosu pomimo widowiskowości, różnorodności oraz pomysłowości w ogóle nie czuć napięcia. Ba, z tego samego powodu finał jest bardzo przewidywalny, a trzeci z bohaterów odwala istną Rey Palpatine przy zetknięciu z technologią kosmitów.

Po drugie: plemię łowców z tego filmu jest zwyczajnie kretyńskie. W dotychczasowych poznanych przeze mnie tytułach (filmy, gry, komiksy) schemat był prosty: łowy -> przegrana/wygrana -> nagroda/trofeum i czasami próba zemsty jakiegoś pobratymca. W najgorszym wypadku nic się nie działo i ocalały musiał radzić sobie sam po całej aferze (Predators). Natomiast tutaj z jakiegoś powodu plemię porywa ocalałych/zwycięzców, by później postawić ich przeciwko sobie. Zwycięzca pojedynku ma „zaszczyt” walczyć z wodzem... Po co? W moich oczach wygląda to tak, że kolejne wyzwania mają za zadanie uśmiercić daną postać, bo… bo tak. Nawet jeśli pacjent doczłapie się do wodza, kolesia, który swoje w życiu upolował i zapewne odpowiedniej liczbie Yautja spuścił łomot, to co to za zaszczyt dla wodza? Tutaj rzucę małym spoilerem. Jest to dodatkowa scena z napisów i nie ma wpływu na fabułę filmu. Otóż w końcowych ujęciach wśród porwanych osób przewija się Naru z Prey, Michael Harrigan z Predator 2 i Dutch z jedynki… Ponownie zapytam: PO CO?! To trochę tak, jakby ich łowy poszły na marne!

Chciałem dobrej zabawy, a dostałem głupotę  tak nieznośną, że gorzej wypada już tylko The Predator. Szkoda, Killer of Killers miał dobre założenia, ale obchodził się za delikatnie ze swoimi bohaterami, przez co nudził. Można obejrzeć dla scen akcji (przoduje tu zwłaszcza druga historia) oraz animacji, ale to tyle. Moja ocena: 3+.

niedziela, 2 listopada 2025

Slasher: Flesh and Blood

Po trzecim sezonie dla odmiany czekałem na kolejny, ale ten nie nadchodził. Założyłem tylko, że Netflix anulował serię i tyle. Przy okazji szukania serialu w podobnym klimacie trafiłem na informację, że Slasher ma się dobrze i w międzyczasie powstał nie jeden, ale dwa sezony, tylko pod inną stacją. No w to mi graj! Pora nadrobić zaległości!

Flesh and Blood opowiada o porąbanej rodzinie bogaczy, Gallowayów, której głowa postanawia zorganizować na rodzinnej wyspie sadystyczną grę o spadek. Ten, kto dotrze do końca, odziedziczy w całości rodzinną fortunę. Członkowie rodziny ochoczo zabierają się do wbijania sobie noży w plecy, ale nie wiedzą jeszcze, że na wyspie mają także nieproszonego gościa.

Od razu przyznam, że uwielbiam, gdy miejsce akcji jest odcięte od świata. Niech to będzie górski hotel zimą, ośrodek w głębi lasu, czy właśnie wyspa – takie standardy, które po wczuciu się w sytuację (brak lub znikomy kontakt z cywilizacją, duży dystans do najbliższej miejscowości, warunki pogodowe uniemożliwiające podróż i ogólne poczucie izolacji) przyprawiają o ciarki.

Postacie to drugi mocny argument za seansem. Tak szurniętej ekipy dawno nie widziałem. Nawet najbardziej niepozorna osoba ma swoje za uszami. Cholera, pokuszę się o stwierdzenie, iż morderca jest najnormalniejszą osobą na wyspie choćby przez wzgląd na motywację. Tym samym ciężko tu kogokolwiek nazwać protagonistą.

Ciekawy jest sam przebieg fabuły. Oprócz animozji, o których członkowie rodziny wiedzieli, na jaw wychodzi drugie tyle ukrytych, dając pretekst, by pozabijali się bez udziału osób trzecich. Jeśli patrzeć od strony typowego slashera, morderca wcale nie ma tu tak dużo do roboty, lecz to nie oznacza, że nic się nie dzieje. Niezależnie od tego, kto jest w danej scenie oprawcą, jest bezlitośnie i krwawo. Gdybym miał to do czegoś porównać, wyszedłby dziwny miks Krzyku, Koszmaru minionego lata i Piły. Morderstw nie jest za wiele, bo i ekipa niezbyt liczna. Do tego ich efekciarstwo trochę stonowano w porównaniu do poprzedniego sezonu, ale spokojna głowa – nadal potrafią zrobić wrażenie z wykorzystaniem praktycznych efektów specjalnych. Jak mają być flaki, będą flaki z całą ich długością i wszystkim po drodze.

Muszę też pochwalić fabułę. Co prawda poszczególne wątki nie są jakieś wybitne, ale wciągnęły mnie na tyle, że przestałem analizować, kto może być mordercą i nawet dałem się zaskoczyć finałem (dawno mi się to nie zdarzyło). Jednocześnie jest to jedyny aspekt, do którego się przyczepię. W samym finale, gdy zostaje ledwie garstka postaci, tempo zaczyna zwalniać i seans się dłuży. Niewiele tego, ale da się odczuć.

Niemniej jednak Flesh and Blood dostarczył mi sporo slasherowej frajdy i polecam go każdemu fanowi gatunku. Moja ocena: 5-.

niedziela, 19 października 2025

All Hallow’s Eve (2013)

Praktycznie każdy, kto oglądał trochę filmów, kojarzy którąś z postaci typu Freddy Krueger, Michael Myers, Chucky, Ghostface lub Jigsaw, a przecież oprócz nich istnieją dziesiątki mniej rozpoznawalnych morderców. Wybicie się spośród tego tłumu to nie lada wyczyn, ale twórcy serii Terrifier się to udało. Klaun Art pojawił się najpierw w krótkometrażówkach The 9th Circle (2008) i Terrifier (2011). Następnie autor Damien Leone wziął oba tytuły, spiął je klamrą fabularną i dorzucił wraz z nowym trzecim do opisywanej tu antologii.

W Halloween pewna niańka i jej podopieczni znajdują nieoznakowaną kasetę video. Chłopak liczy na horror, siostra go popiera, niańka zostaje przegłosowana. Rozpoczynają seans, zaś my będziemy im towarzyszyć do tego stopnia, iż większość czasu spędzimy z samymi shortami bez komentarza fikcyjnej widowni. Dopiero z czasem zawartość kasety zacznie przenikać do warstwy z niańką i jej podopiecznymi.

Nie bardzo wiem, komu można polecić All Hallow’s Eve. Fabuła jest pretekstowa do tego stopnia, że w zasadzie nie ma zakończenia. Ba, same shorty przypominają nowele. Ich zadaniem jest nie tyle opowiedzieć historię, co wywołać reakcję u widza. Będzie to niepokój, niepewność, obrzydzenie, strach i tyle (albo aż tyle). Wszystko w bardzo niskobudżetowej oprawie i bardzo niezobowiązujące, bo na tym etapie nikt nie myślał o jakimkolwiek sequelu.

Nie dość, że sam film jest dość specyficzny, to jeszcze nie do końca sprawdza się w obrębie przyjętych przez siebie założeń. Środkowy short został nakręcony specjalnie na rzecz niniejszej antologii. Sęk w tym, że autor nie chciał, rozwadniać postaci Arta dodatkowym segmentem, więc wrzucił kompletnie innego antagonistę. Według wielu recenzji jest to najgorsza część filmu i niestety muszę się zgodzić. Potwór wygląda taniej niż wszystko inne, jest mało przekonujący (idea stojąca za nim pasuje do założeń) i tylko ostatnie sekundy wypadają przyzwoicie.

Może jestem staroświecki, ale brakuje mi tu normalnej struktury fabularnej. Nawet po zaakceptowaniu tego, że film ma „tylko” wzbudzić emocje, ciężko mi przeboleć brak jakiejś wyrazistej konkluzji (choć zabieg z napisami końcowymi jest dobry). All Hallow’s Eve można zafundować sobie w ramach jakiegoś jesiennego oglądania. Jednak dobrze mieć pod ręką alternatywny i bardziej tradycyjny tytuł. Moja ocena: 3-.

niedziela, 12 października 2025

I Know What You Did Last Summer (2025)

Jak zapowiedziano ten film, byłem ciekaw, w jakim kierunku pójdzie. Niestety, już pierwsze recenzje skutecznie mnie zniechęcały do seansu, ale nawet one nie przygotowały mnie na to, co obejrzałem…

Schemat jest podobny do filmu otwierającego serię: grupa młodzików coś odwala, a rok później odczuwa konsekwencje, gdy jakiś czubek zaczyna ich zabijać jednego po drugim. Ok, tyle jeszcze przeboleję, bo slashery schematami i powtarzalnością stoją. Tyle tylko, że tu już sam wypadek wydaje się naciągany, a dalej jest gorzej. Morderstwa są ok, lecz śledztwo wlecze się niemiłosiernie, zaś bohaterowie nie wzbudzają ani odrobiny sympatii. Są tak nijacy, że nawet ich śmierć nie bawi.

Co mnie tak naprawdę podminowało? Nie jest to obecność postaci i nawiązań do dwóch pierwszych części. Nie jest to sztampa oraz nijakość. Jest to ostatnie pół godziny, w trakcie których autorzy mieszają, co się tylko da. Wymazywanie historii zbrodni Southport? Podobny patent był w Koszmarze z ulicy Wiązów oraz Freddy vs. Jason. Twist z mordercą? Krzyk. Rozpad związku weteranów serii? Krzyk 5. Jednak największym idiotyzmem jest sam finał, w którym autorzy próbują wmówić nam, iż osoba po traumie będzie próbowała odtworzyć tę traumę na kimś innym, by mu pomóc. A potem jeszcze okazuje się, że tuż przed drugą turą napisów końcowych niektórzy martwi tacy martwi to nie są oraz że ci niby dobrzy wcale takich dobrych zamiarów mogą nie mieć. Ma to być chyba fundament pod przyszły sequel, ale nie mam pojęcia, kto miałby na niego czekać

Jeśli już oglądać Koszmar, to niech to będzie oryginał lub serial. Tegoroczny sequel nijak się do tego nie nadaje. Moja ocena: 1+.

niedziela, 28 września 2025

Karate Kid: Legends

Gdy Cobra Kai okazało się sukcesem, fani zaczęli spekulować, co jeszcze pojawi się w serialu. Była Ali, był Chozen, kto jeszcze? Trafnie wytypowano obecność Terry’ego Silvera oraz Mike’a Barnesa, ale już rolę Ali w całej tej aferze niekoniecznie. Zaś kompletną wtopą okazały się oczekiwania, iż w serii mogliby zawitać Julie Pierce lub Dugan (dla tych co nie pamiętają: bohaterka i główny antagonista z The Next Karate Kid). Niemniej jednak na tej samej fali popłynęły spekulacje, czy dałoby się połączyć klasyczną trylogię z fatalnie nazwaną odsłoną z 2010 roku. Nie wiem jak inni, ale mi szczęka opadła, gdy pojawiły się pierwsze informacje o tym, iż Daniel LaRusso spotka pana Hana.

Głównym bohaterem Legends jest Li Fong – nastolatek, który przeprowadza się z matką (graną przez Ming-Na Wen) z Hong Kongu do Nowego Jorku, gdzie pakuje się w podobne kłopoty, co swego czasu Daniel oraz Dre. No właśnie, Dre. Pamięta ktoś tego typa? Granego przez Jadena Smitha w 2010? Nie ma go tu. Co prawda nie zanegowano żadnych wydarzeń z TKK (2010), ale nie ma też żadnych odniesień do niego. Wracając do Legend, na osobowość Li składają się trzy główne czynniki: znajomość kung fu (której stara się nie nadużywać), trauma po śmierci brata (zwycięzcy turnieju sztuk walki) i łagodny charakter (w przeciwieństwie do Daniela Li nie próbuje się mścić). Szybko okazuje się, że jego umiejętności to za mało i do swego repertuaru musi dodać karate, by mieć jakieś szanse w lokalnym turnieju. Na pomoc przylatuje Han, który następnie zaprasza Daniela.

Widziałem sporo narzekań na fabułę tego filmu (nie wspomniałem o jego pierwszej połowie, gdzie mamy do czynienia z innymi wątkami), że przypomina zlepioną z dwóch różnych. Fakt, nie jest jakoś rewelacyjnie poprowadzona, ale daje radę i można się przy niej wyluzować. Walki to efekt połączenia oryginalnej trylogii z odsłoną z 2010 i dynamiką Cobra Kai. Jest efekciarsko, jest dynamicznie i różnorodnie. Poważniejsze tematy poprzetykano humorystycznymi treningami, a na koniec otrzymujemy taki występ gościnny, że można popłakać się ze śmiechu.

Legendy są pod wieloma względami filmem wtórnym, ale nie przeszkadza to w zapewnieniu lekkiej i przyjemnej rozrywki. Można im zarzucić też nierówne tempo. zbędne wątki lub miejscami dziwne zachowanie postaci, jednak te również nie przeszkadzają w odbiorze. Bawiłem się dobrze i chętnie wrócę do Legend. Moja ocena: 4.