Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2022

Cyberpunk: Edgerunners – Season 1

Nie zawsze lubiłem się z grami i uniwersum stworzonym przez Mike’a Pondsmitha. Tak naprawdę trzecią szansę postanowiłem dać w momencie, gdy premiera Cyberpunka 2077 zbliżała się wielkimi krokami, a na rynku pojawiła się nowa odsłona papierowego RPGa: Cyberpunk Red, którego akcja ma miejsce w 2045 roku, gdy Night City wygląda inaczej. Od gry komputerowej nie odbiłem się, ale jakoś mnie nie wciągnęła przy pierwszym podejściu. Drugą szansę dostała przy okazji premiery Edgerunners i dopiero wtedy wsiąkłem. Po wtopieniu kilkudziesięciu godzin postanowiłem posłuchać rekomendacji znajomych i odpalić wreszcie serial.

Edgerunners opowiadają historię Davida Martineza – nastolatka, który chciałby być tytułowym edgerunnerem – najemnikiem wyjętym spod prawa, cyberpunkiem i osobą żyjącą na krawędzi, stosującą ekstremalne rozwiązania, by osiągnąć swój cel, a jednocześnie będącą o krok od tego, by to wszystko stracić. Jego matka z kolei chce dla niego lepszego życia. Dlatego pracuje, ile wlezie, byle tylko David mógł uczęszczać do akademii Arasaki (jedna z największych korporacji ochroniarsko-militarnych), choć on sam ni cholery nie potrafi się wpasować. Wszystko zmienia się, gdy wspomniana matka ginie w przypadkowej strzelaninie.

Cyberpunk jako gatunek to z założenia dystopia wypełniona pesymistycznymi, ale zmuszającymi do przemyśleń (lecz nie tylko) opowieściami. Nie inaczej jest z Edgerunners, co jednocześnie czyni z serialu pozycję nieprzystępną dla części widzów. Znajdzie się tu miejsce na dynamiczną akcję, specyficzny humor i chwile uniesień, ale pomimo krzykliwie kolorowej oprawy im dalej w sezon, tym cięższa i mroczniejsza atmosfera. Tytuł nie pozostawia złudzeń. Każda postać może zostać odstrzelona w najmniej spodziewanym momencie, a ze spirali coraz gorszych decyzji wyrywa się przy dobrych wiatrach co dziesiąta osoba. Jeśli ktoś nastawia się na szczęśliwe zakończenie, Edgerunners przemielą go tak, że jeszcze długo po seansie będzie gapił się w ekran i zastanawiał się, co właśnie obejrzał.

Skoro jesteśmy przy dostępności, serial robi jeszcze jedną rzecz, która może odstraszyć potencjalnego zainteresowanego, nie będącego fanem uniwersum/twórczości Mike’a Pondsmitha. Otóż Edgerunners czerpią z niego pełnymi garściami. Tyczy się to absolutnie wszystkiego: przedstawionego świata, slangu, terminologii, marek broni i sprzętu, nazw korporacji i odniesień do wydarzeń/postaci z lore RPGa. Nie chodzi o sam fakt korzystania z tego zabiegu, bo to się akurat chwali. Chodzi o to, że podobnie jak Neuromancer Gibsona nic z tego nie wyjaśnia. Jeśli ktoś nie siedzi w temacie, musi wnioskować z kontekstu lub dodatkowo sobie poczytać. Naturalnie fani będą na tym ucztować, a jeśli jeszcze lubią komputerowego Cyberpunka 2077, będą mogli wyłapywać dodatkowe smaczki. Przykładowo wszystkie elementy interfejsu pokazane w anime (w tym video rozmowa, mapa miasta, widoki kamer, ekran hakowania) są przeniesione z gry w stosunku 1:1.

Zrobienie z Edgerunners anime pociąga za sobą całe morze osobnych konsekwencji. Zarówno papierowy RPG, jak i CP2077 pozwalają na odstawianie takich akcji, których nie powstydziliby się autorzy Matrixa. Anime podkręca tę efekciarskość do kwadratu i nie zamierza za to przepraszać. Dotyczy to także bohaterów, których ekspresyjność bywa przesadna, a niektóre zachowania kompletnie od czapy. No ale cóż, widziały gały, co brały. Jednak nawet w tej konwencji większość oglądających powinna móc znaleźć ulubioną postać i jej kibicować. Żeby nie być gołosłownym – widownia obdarzyła tę plejadę takim uczuciem, że po pierwszych seansach na Youtube drastycznie wzrosła liczba filmów z CP2077, w których gracze prześcigają się w kreatywności w konfrontacji z Adamem Smasherem.

Postacie byłyby tylko animowanymi potworkami, gdyby nie aktorzy podkładający im głosy. Sprawdziłem trzy wersje językowe: japońską, angielską i, o zgrozo, polską. Każda brzmiała świetnie. Moją preferowaną była japońska, ale nie żałuję czasu spędzonego z pozostałymi. Zwłaszcza, że polskie tłumaczenie zawiera zaiste kreatywne bluzgi oraz potrafi wrzucić zdanie, które nijak nie przekłada się z oryginału, ale i tak pasuje do sytuacji („Hahaha! They’re bulletproof!” to u nas „Ochujałaś?! Nie strzelaj w domu!). Muzyka również robi swoje – doskonale podkreśla wydźwięk poszczególnych scen, a niektóre z piosenek po ponownym usłyszeniu w grze zabrzmią inaczej. Nie jestem fanem Dawida Podsiadło, ale nawet ja nie byłem w stanie przewinąć jego utworu. Za dobrze wykonana robota.

Cyberpunk: Edgerunners to świetna seria. Każda jej warstwa została zrealizowana z ogromną pieczołowitością. Potrafi bardzo fajnie rozszerzyć zarówno uniwersum papierowego RPGa, jak i gry komputerowej, a jedyne jej wady wynikają wyłącznie z obranej formy oraz gatunku. Oczywiście zakładając, że komuś nie po drodze z tymi ostatnimi. Mimo to uważam, iż warto dać szansę Edgerunnerom. Od niepozornego początku, przez wciągające rozwinięcie, po ściskający za serducho finał. Moja ocena: 5-.

niedziela, 9 października 2022

Catherine Classic

Jeszcze jeden tytuł, który był na liście zazdrości. Niestety, po wszystkim okazało się, iż pomimo radochy z pewnych składowych, całość nie spełnia pokładanych nadziei.

Głównym bohaterem Catherine jest Vincent. Programista, który wygląda na znudzonego swoim monotonnym życiem, monotonnym związkiem, a którego przeraża idea ożenku i założenia rodziny. Jego dziewczyna Katherine z jednej strony zdaje się być tą bardziej odpowiedzialną, z drugiej przedstawiana jest jako zołza, która wszystko (a już na pewno związek i Vincenta) musi mieć pod kontrolą (do tego stopnia, iż nawet ciąży użyje do testowania siły związku). Dokładnie w tym momencie swojego życia nasz pierdołowaty protagonista spotyka Catherine – kompletne przeciwieństwo swojej partnerki. Ta niewiasta jest młodsza, spontaniczna, nieobliczalna i (jeśli wierzyć sugestiom z gry) prawdziwa z niej demonica w łóżku. Otoczenie Vincenta również przechodzi zmiany. Codziennie w wiadomościach słychać o znalezionych martwych mężczyznach, których nic nie łączy. Na domiar złego Vincent codziennie miewa koszmary: ucieka przed potworami, wspinając się po dziwacznej wieży. Oprócz niego w piekielnym wymiarze przebywają inni nieszczęśnicy zamienieni w owce. Śmierć we śnie oznacza śmierć w świecie rzeczywistym. Rezultat? Powiedzmy, że nerwówka dzieciaków z A Nightmare on Elm Street to pikuś w porównaniu z tym, co widzimy na ekranie.

Zacznę od narzekania. Na pierwszy ogień idzie fabuła i postacie. Pomysł i część realizacji stojących za koszmarami wyszły bardzo dobrze. Natomiast utrzymywanie tajemnicy nie wyszło. Praktycznie od samego początku wiadomo, kim są postacie, które napotykamy w koszmarach. Mimo to Vincent przez całą grę nie potrafi dodać dwóch do dwóch. W świecie rzeczywistym tłumaczy się to brakiem wspomnień odnośnie snów, ale właśnie w samych snach takiej bariery nie ma, więc gdy po raz kolejny słyszałem, że „ja cię chyba skądś znam”, pozostawało mi pacnąć się w czoło.

Główni bohaterowie to straszni idioci. Vincent nie ma odwagi, żeby powiedzieć o prostych rzeczach lub podjąć jakąś decyzję i wprowadzić ją w życie. Byle krzywe spojrzenie dowolnej dziewoi i zapomina języka w gębie, a gdy już go znajdzie, łże jak pies. Katherine jest prawie równie dwulicowa. W rozmowach telefonicznych brzmi na wiecznie zatroskaną, ale w każdym spotkaniu twarzą w twarz wypada co najmniej ozięble. Do tego dochodzi sposób manipulowania protagonistą, którym przekreśla wszelkie próby polubienia jej. Z kolei Catherine jest zwyczajnie nachalna i upierdliwa. I nawet wyjaśnienie z końcówki gry nie do końca usprawiedliwia niektóre zachowania. Powiedzmy, że ten rodzaj postaci w innych tytułach jest prowadzony przeważnie dużo subtelniej.

Sprawa małżeństwa. Zdaję sobie sprawę z różnic kulturowych i tego, że w Japonii mają do tej kwestii zupełnie inne podejście, przez co stresówka po stronie Vincenta powinna być bardziej zrozumiała. Niemniej jednak wiele aspektów tego wątku leży i kwiczy wyłącznie z powodu gówniarskiego zachowania postaci, a nie wspomnianych różnic. Nie mówimy tu o nastolatkach, tylko ludziach po trzydziestce. Zdecydowanie jest to najbardziej frustrująca warstwa gry powodująca, iż dialogi między tą trójką chce się tylko przeklikać.

Całe szczęście, że reszta jest dobra. Trzon rozgrywki stanowi wymieniona wcześniej wspinaczka po piekielnej wieży. Jest to bardzo cwana łamigłówka, która trzyma w napięciu przez wzgląd na uciekający czas, niepokojącą atmosferę oraz niespodzianki, jakie trzyma w zanadrzu na kolejnych piętrach. Sposób poruszania się jest bardzo prosty: można wejść o klocek wyżej pod warunkiem, że nic na nim nie stoi. Dodatkowo możemy zawisnąć na krawędzi tego, na którym stoimy i (jeśli wszystkie krawędzie są dostępne) obskoczyć go dookoła. Żeby nie było, że jesteśmy zdani tylko na układy, jakie podsuwają twórcy gry, możemy popychać i wyciągać większość widocznych klocków i w ten sposób tworzyć ścieżkę ku wolności. Jeśli klocki stykają się choćby krawędzią (np. po skosie), będą wisieć w powietrzu. Jeśli zetknięcia brak – klocek leci w przepaść wraz ze wszystkim, co się na nim znajdowało. Na deser otrzymujemy znajdźki ułatwiające poruszanie się po konstrukcji, pułapki robiące nam na złość, specjalne powierzchnie (np. lód powodujący ślizganie się aż do momentu wylotu za krawędź) i przeciwników, których czasami trzeba będzie zepchnąć, bo w końcu nasze życie jest ważniejsze. Jedynym mankamentem tutaj bywa praca kamery. Przy czym muszę podkreślić, że zdarzyło się to może ze dwa razy na całą grę – musiałem przekicać z tyłu całej konstrukcji. Jako że nie da się obrócić obrazu o 180 stopni, musiałem nawigować w ciemno, a będąc po tamtej stronie gra odwraca działanie klawiszy. W połączeniu z uciekającym czasem można się zirytować. Żeby jednak nie było – rozgrywka potrafi być bardzo wyrozumiała. Na najniższym poziomie trudności da się ukończyć Catherine bez korzystania z co bardziej wymyślnych konstrukcji (a jest ich naprawdę od groma). Od normalnego wzwyż robi się odczuwalnie trudniej. Dla osób, które nie wyrabiają nawet na najniższym, jest autopilot kończący poziomy za nich. Fakt, odziera on z adrenaliny i napięcia, jakie da się odczuć czy to z powodu goniących nas maszkar, czy zwyczajnie rozpadającej się wieży, ale pozwala skupić się na drugiej warstwie gry.

Tak jest, łamigłówka to nie wszystko. Każdego wieczoru Vincent idzie po pracy z kolegami do pewnej knajpy. Tam mogą oddać się rozmowom, piciu oraz komentowaniu sytuacji życiowej każdego z nich i tego, co się dzieje w okolicy. Nasza ekipa to nie wszystko. Bar ma swoich stałych i tymczasowych bywalców, którzy żyją własnym rytmem i stawiają czoła swoim problemom. Interakcje z tą niekoniecznie wesołą gromadką wpłyną na to, jakie zakończenie obejrzymy. Żeby było ciekawiej, możemy też wpłynąć na losy wielu z napotkanych tutaj osób. Da się doprowadzić każdą z nich do szczęśliwego wariantu, jednak wymaga to umiejętnego zarządzania czasem. Rozmowa z jedną postacią może spowodować, że inna pójdzie sobie do domu, bo zawsze to robi o danej godzinie. Warto więc obserwować nawyki klienteli. Nasze konwersacje przerywane są również telefonami i SMSami od obu dziewczyn, zaś odpowiedzi, reakcje lub ich brak także wpływają na ostateczny wynik. Jedna rzecz trochę mi zgrzyta, ale może to ja nie umiem odczytać intencji autorów. Otóż odpowiedzi na niektóre pytania (w tym te w konfesjonale w koszmarach) przechylają szalę charakteru Vincenta w jedną z dwóch stron. Problem taki, że wypowiedzi, które wydawały mi się opowiadaniem się za stabilizacją, działały wprost odwrotnie. Ponadto picie nie wpływało na rozmowy, ani wspomnianą wajchę charakteru, co jest o tyle dziwne, iż w rozmowach jest ono przedstawiane w negatywnym świetle. A dlaczego w ogóle mielibyśmy pić (poza odgrywaniem postaci)? Otóż nabzdryngolenie się do nieprzytomności zwiększa szybkość poruszania się w koszmarze… Powtarzam – nie kumam zamysłu autorów.

Od strony graficznej jest fajnie, ale specyficznie. Catherine swoje korzenie ma w anime, więc jeśli ktoś ma alergię na ten styl, może mieć problem – nie da się tego przeskoczyć. Projekty wież robią wrażenie i potrafią sprawić, iż włos zjeży się na głowie. Niektóre z pięter mogłyby z powodzeniem robić za kolejny wymiar Silent Hill. Nawet zwykła jadłodajnia, do której chodzi Vincent, miewa chwile i ujęcia, w których można się poczuć nieswojo. Tak jakby horror z koszmaru wlewał się szczelinami do naszej rzeczywistości.

Muzyka solidnie podbudowuje i tak ciekawy klimat. W pozornie błahej rozmowie potrafi wywołać przeczucie, że coś wisi w powietrzu. Aktorsko jest bardzo dobrze, zwłaszcza w wersji japońskiej. Ta ostatnia może jednak nie każdemu pasować i nie chodzi tu o zupełnie inne manieryzmy w głosie niż te z wersji angielskiej. Są pewne komentarze i dialogi w tle, które nie mają napisów. Można domyślać się z kontekstu, w jakim rozmowa ma miejsce, lub tonu wypowiedzi, co się dzieje, ale szkoda, że o tym nie pomyślano. Tyle dobrego, że wszystkie kluczowe informacje przetłumaczono.

Catherine to gra niesamowicie irytująca fabułą/bohaterami i równie mocno wciągająca swoją rozgrywką. Jako horror, łamigłówka i zbiór opowiadań dostaje ode mnie 5. Jako opowieść o dylematach związanych ze zmianami w życiu: 3. Całościowo: 4. Polecam spróbować, ale już wiem, że np. wersji Full Body nie tknę, gdyż nawet z nową zawartością, postaciami i zakończeniami to nadal ta sama gra, a Vincent to taki sam matoł, z którym nie mam ochoty przebywać.

niedziela, 15 sierpnia 2021

Sword Art Online II

Drugi sezon SAO, tym razem podzielony na trzy wątki. Pierwszym jest Phantom Bullet związany z Gun Gale Online – VRMMO z bronią palną i ekstremalnie podkręconym PvP. Na jego arenie pojawia się typ o jakże idiotycznej nazwie Death Gun, który twierdzi, że jego broń zabija nie tylko awatara, ale także kryjącego się za nim w świecie rzeczywistym gracza. Kirito zostaje zwerbowany do zbadania sprawy.

Spójnością ten wątek odpowiada pierwszemu z sezonu nr 1, ale przebija go lepiej poprowadzonym zakończeniem. Samo GGO ma cięższy klimat (nie tylko przez wzgląd na atmosferę rodem z cyberpunka i postapo), a historia i poruszane tematy tylko temu wydźwiękowi wtórują. Pod przykrywką opowieści z pogranicza fantasy i s-f widz otrzymuje takie zagadnienia jak stalking, kradzież danych, choroby psychiczne, traumatyczne przeżycia i ich wpływ na osobowość. Pewnie, że jest tu sporo głupotek typu wpisywanie danych do turnieju bezpośrednio w grze, zamiast w formularzu poza nią, albo tradycyjne przegadanie przebiegu akcji, które ją spowalnia (bo treść rozmowy dopiero co obejrzeliśmy odcinek wcześniej). Niemniej jednak to nadal dobre 14 odcinków, których finał potrafi utrzymać w napięciu (pomimo zapychania go w sposób, jaki nie powstydziłaby się oryginalna wersja serialowego Dragon Ball Z). Nowe postacie dobrze współgrają ze starymi. Nawiązania do 1. sezonu brzmią naturalnie i nawet naiwność bohaterów oraz umowność przedstawianej rzeczywistości nie przeszkadza.

Drugim wątkiem jest powrót do ALO i pomoc bogini Urd w obronie przed inwazją z Thryma. W tym celu Kirito i spółka muszą mu nastukać, a przy okazji zdobyć Excalibur. To raptem trzy odcinki radosnego naparzania oraz współpracy. Klimat ekipy próbującej pokonać ostatniego bossa w podziemiu przypomniał mi godziny wtopione we wspólne granie w tytuły MMO (ze wskazaniem na World of Warcraft oraz Guild Wars). I chociaż żadna z naszych rozgrywek nie wyglądała tak epicko, potrafiliśmy bawić się równie dobrze, co główni bohaterowie. Cały ten story arc uwydatnia, jak bardzo nasza rozrywka jest uboga (choć ciężko jej odmówić rozwoju). Jest tam taka fajna wzmianka o całym silniku generującym zadania, fabułę i lokację wyłącznie na podstawie mitologii i informacji z internetu. Do tego dochodzą przedmioty w pojedynczych egzemplarzach – no generalnie wszystko, co mi się marzy, odkąd miałem okazję zobaczyć, jak wygląda praca przy organizacji eventów przez GMów w starych MMO. Wracając do serialu – atmosfera tej opowieści jest dużo lżejsza tak w warstwie fabularnej, jak i nowych: wejściówce oraz zakończeniu. Widok kolejnej dziewoi za kratami trochę mnie zaniepokoił, bo myślałem, że będzie to odgrzewanie kotletów w postaci idiotyzmów z poprzedniego sezonu, ale nie – wybrnięto bardzo fajnie.

Trzeci i ostatni wątek zaczyna się niemal równie niewinnie. W ALO pojawia się gracz, który wyzywa wszystkich na pojedynki i nikt nie może mu dokopać, wliczając w to Kirito. Ostatecznie udaje się to Asunie. Gracz w ten sposób chciał sprawdzić, czy ktoś jest na tyle silny, żeby pomóc jego gildii w pokonaniu bossa jako jednej drużynie zamiast kilku. A potem dostajemy w łeb rzeczywistością. Na pierwszy plan wychodzą przesadzone ambicje rodziców w stosunku do dzieci, choroby śmiertelne wśród małolatów, technologie uśmierzające ból, a także rozwój urządzeń umożliwiających AI interakcję ze światem rzeczywistym. Balansowanie obu warstw fabularnych wyszło dobrze, choć nie uniknięto tradycyjnych bzdur w dialogach, np. Asuna pytająca Zekkena w stylu: „Więc te wyzwania rzucane graczom, to żeby wyłonić odpowiedniego?” Brzmi normalnie, prawda? Tylko że to pytanie pada niemal bezpośrednio po walce, w której sama wzięła udział i po tym, jak już Zekken wyjaśnił, dlaczego to robi.

Niemniej jednak to tylko czepianie się z mojej strony. Sword Art Online II jest o niebo lepszy od poprzednika i gdyby nie liczne odniesienia do oryginału, powiedziałbym, żeby tamten olać i zacząć od drugiego sezonu, nawet z jego dziwnymi dialogami. Moja ocena: 5-.

niedziela, 19 kwietnia 2020

Hinomaru Sumo

Rok 2020 zaczął się dla mnie w dziwny sposób. Ni z tego, ni z owego algorytm Youtube’a zaczął podrzucać mi relacje z trwającego w styczniu (12-26, jeśli mnie pamięć nie myli) basho (turniej sumo). Pierwszą sugestię zignorowałem. Przy drugiej stwierdziłem: „A co mi szkodzi?” Odpaliłem i dopiero 20 minut później zorientowałem się, że w międzyczasie wżarłem kolację i siedzę z pustym już kubkiem po herbacie, wciąż oglądając relację z turnieju. Normalny człowiek zacząłby pewnie od szukania choćby wpisu na Wikipedii, mówiącego, co jest czym. Ja stwierdziłem, że takie suche informacje to nie dla mnie (a przynajmniej jeszcze nie) i że najlepszym wyjściem byłoby… anime. Hinomaru Sumo było dosłownie pierwszym wynikiem wyszukiwania (ciekawostką w drugą stronę jest to, ile osób zaczęło oglądać sumo na YT po tej serii, wystarczy poczytać komentarze).

Od samego openingu do końca napisów wiadomo, z jakim rodzajem anime mamy do czynienia. Hinomaru Ushio chce zdobyć tytuł yokozuny. Problem polega na tym, że do zawodów poza szkolnych nikt go nie dopuści przez wzgląd na niski wzrost (157 cm z wymaganych 167). Jednak wygranie zawodów szkolnych pozostawia furtkę w postaci specjalnego udziału w takich zawodach. A żeby nie było za łatwo, Ushio na dzień dobry popierdzielił szkoły, ale że w tej niewłaściwej znalazł podobnego pasjonata sumo, zamierza z jego pomocą rozkręcić klub, a następnie wygrać szkolne zawody.  Jego umiejętności oraz oddanie sumo powoduje, że wkrótce dołączają do niego osoby, po których raczej się tego nie spodziewał. Zwłaszcza, że nawet w anime sumo dość często stanowi obiekt drwin, a tu nie dość, że jest ono motywem przewodnim, to jeszcze ukazanym z innej perspektywy.

Podobnie sprawa ma się z przebiegiem fabuły. Od pierwszych chwil po ostatnie napisy końcowe wiadomo, co się stanie. Do spoilerów przyczynia się poniekąd opening oraz zasady samych zawodów. Jeśli w zawodach drużynowych potrzebne są 3 wygrane z 5, po dwóch przegranych już wiecie, kto wygra. Mimo to nawet w takich sytuacjach autorzy robią wszystko, aby podtrzymać napięcie. Czasami też udaje się zaskoczyć widza tym, kto w drużynie wygra. Było to widoczne zwłaszcza w finale, gdzie oczekuje się pozytywnego zakończenia, ale nie każda postać zakończy tak samo swój własny wątek.

W ogóle nie mogę przestać zachwycać się zarówno openingiem, jak i animacją zamykającą. Ten pierwszy przywodzi na myśl trochę animowanego Virtua Fightera. Na początku muzyka jest względnie spokojna, widzimy głównych bohaterów, wyluzowanych, zawadiackich i gotowych. Jak tylko przymierzają się do walki, miny tężeją, z oczu lecą iskry – zaczyna się! W VF podobnie zachowywał się protagonista, Akira. Zazwyczaj sprawiał wrażenie lekkoducha, ale gdy tylko na zakładał opaskę na czoło, sprawy przybierały poważniejszy obrót. Z kolei motyw zamykający odcinek rozpoczyna się w tak energiczny sposób i towarzyszy takiemu montażowi, że ma się ochotę zacząć ćwiczyć, aż wszystkie kończyny odpadną. A jeśli jeszcze trafi się akurat na koniec odcinka z cliffhangerem, z marszu sięga się po kolejny. Żeby nie było, w obu przypadkach pozytywy dotyczą pierwszych wersji intro/outro. Druga piosenka, która wskakuje tak w połowie sezonu jest… co najmniej durna… Muzycznie jest nijako, tekst zawiera ze 4 razy więcej angielskich wtrąceń i jest odczuwalnie głupszy. Z kolei outro w drugiej wersji to takie delikatne, popowe plumkanie.

Najciekawszym aspektem są same pojedynki sumo. Jeśli kiedykolwiek oglądaliście np. jakieś basho, na pewno zwróciliście uwagę, że większość starć jest bardzo krótka. W Hinomaru Sumo każdy cios jest z jednej strony rysowany tak, jakby był niezwykle szybki i mocny, a z drugiej zawsze jest moment po ciosie na komentarz lub wyjaśnienie. I tutaj dochodzę do jednej z dwóch wad. O ile w pierwszej połowie serii komentarze i wyjaśnienia mają naturę niemal wyłącznie pouczającą (gdyż jest tam kilka postaci, które o sumo nie mają pojęcia, więc uczą się razem z takim widzem jak ja), o tyle dalej zastąpiono to komentarzami - dywagacjami. Z samymi komentarzami nie ma problemów, raczej z ich liczbą. Dowcip polega na tym, że z każdym pokonanymi zespołem grono komentujących rośnie, a oprócz zawodników sumo dołączają do niego także trenerzy i agenci zespołów, więc w końcowych odcinkach gadania jest więcej niż walki. Drugą wadą jest montaż walk. Im dalej w serię, tym częściej są przerywane nie tylko komentarzami, ale także retrospekcjami. Głównie po to, żebyśmy mieli kontekst dla KAŻDEJ postaci, która staje do walki. Pewnie, że dzięki temu dowiedziałem się nawet, jak wygląda kwestia zawodników sumo spoza Japonii, ale jako przeciwwagę otrzymałem walki, które potrafią długością dorównać tym z Dragon Balla. Ok, może nie trwają kilka odcinków, ale jeden lub pół to już norma.

Niemniej jednak przy Hinomaru Sumo bawiłem się świetnie i nawet powyższe marudzenie nie wpływa za bardzo na ocenę końcową. Nie wiem, jak anime ma się do mangi, ale samo w sobie jest warte uwagi zarówno przez wzgląd na tematykę, jak i jako optymistyczna opowieść na poprawę humoru. Moja ocena: 5-.

niedziela, 30 września 2018

Sword Art Online

Nie pamiętam, kto polecił mi to anime (choć pamiętam powód), ale gdybym sobie przypomniał, zapytałbym go, czy dobrze się czuje.

Podstawowe założenie jest takie: na rynku pojawia się nowe, tytułowe, wirtualne MMO. Pierwsze 10 tysięcy egzemplarzy schodzi na pniu w dniu premiery. Po zalogowaniu okazuje się, że w głównym menu nie ma opcji wylogowania. Co więcej, śmierć w grze oznacza zgon podłączonego ciała. Podobnie sprawa ma się z ingerencją z zewnątrz. Jedynym ratunkiem dla grających jest dotarcie do setnego poziomu świata SAO i pokonanie ostatniego bossa.

Zacznę od tego, iż nie mam porównania z pierwowzorem, jakim jest light novel o tym samym tytule. Wrażenia obejmują tylko anime. Pierwszym dużym problemem jest samo założenie. Akcja pierwszych bodajże 15 (z 25) odcinków rozgrywa się na przestrzeni dwóch lat. Ciężko mi było zaakceptować fakt, że w międzyczasie absolutnie nikt nie dał rady namierzyć serwerów i rozwiązać sprawy zewnętrznie. A to nie jedyne odniesienie do rzeczywistości, które ciężko przełknąć. Fan gier MMO nieprędko, jeśli w ogóle, pogodzi się z tym, że gracz solo czyści odpowiedniki raidów na swoim poziomie. Ukrywanie poziomów postaci również jest co najmniej dziwne. Pół biedy, gdyby chodziło tylko o obcych sobie graczy, ale że w gildii ich nie widać? Na deser pojawia się postać, która stanowi deus ex machina dla wprowadzania dowolnej bzdury.

Tutaj dochodzimy do drugiego problemu. Kolejne 10 odcinków skupia się na innej grze, której kod bazuje na SAO (delikatnie mówiąc). W tej wersji nie dość, że gra nie ma nic wspólnego z działaniem rzeczywistych MMO, to jeszcze wyrzuca własne zasady przez okno przy byle okazji.

Trzeci problem leży w postaciach i fabule. Najbardziej obrywa się Asunie, która z pewnej siebie dziewczyny szybko zostaje zredukowana do wątku miłosnego w sosie kuro-domowym, a na koniec zamieniona w damę w opałach. W ogóle wydźwięk między pierwszymi 15 odcinkami, a kolejnymi 10 jest taki, jakby za oba segmenty odpowiadały zupełnie inne ekipy. Pierwszy segment jest w miarę jednolity, konsekwentny, ale z przyśpieszonym zakończeniem. W drugim z jakiegoś powodu pojawia się wątek miłosny zahaczający o kazirodztwo, próby gwałtu (z czego jedna rodem z tentacle hentai), a do tego drugi antagonista to skończony kretyn.

Czy w takiej sytuacji w ogóle warto zawracać sobie głowę SAO? Zależy, ile macie czasu i czego szukacie. Bez dwóch zdań SAO ma świetną ścieżkę dźwiękową, a pierwszych motywów: otwierającego i zamykającego słucha się bardzo przyjemnie. Animacja jest pierwszorzędna, a pojedynki w wirtualnych światach zrealizowane widowiskowo i pomysłowo. Dwie rzeczy związane z MMO zrealizowano też niemal podręcznikowo. Po pierwsze: społeczność. Nawet w sytuacji podbramkowej znajdzie się grupa dupków, którzy zrobią innym na złość (gildie bandytów i zwyczajnych świń). Po drugie: klimat. Patrząc na projekty potworów, albo lokacji ciężko nie dać ponieść się atmosferze. Seans przywołał u mnie wspomnienia godzin spędzonych w Ragnarok Online oraz Final Fantasy XIV. Wręcz do tego stopnia, że miałem ochotę wykupić kolejny miesiąc lub dwa abonamentu i pograć. No i w ostateczności, jeśli pogodzić się z brakiem konsekwencji, dziwną zmianą klimatu w drugiej połowie serii oraz nie nastawiać się na nadmierny realizm, jest szansa, że SAO dostarczy przyzwoitej rozrywki. Niestety, o ile przymknąłem oko na to ostatnie, o tyle dwa pierwsze skutecznie paskudziły mi seans. W związku z tym moja ocena: 3-.

środa, 25 lutego 2015

Batman: Gotham Knight

GK, podobnie jak Animatrix, stanowi antologię krótkich filmów. Ich akcja ma miejsce w Nolanverse, między Batman Begins, a Dark Knight. Pomysł dość nietypowy, ale na pewno przyciągający uwagę, zwłaszcza, jeśli z opowieści o Batmanie lubi się wyłącznie filmy Nolana.

Have I Got a Story for You

Czwórka dzieciaków spotyka się w skate parku. Troje z nich widziało Batmana ścigającego człowieka w czerni przy różnych okazjach i dzieli się swoimi opowieściami z czwartym. Każdy dzieciak interpretuje go inaczej. Dla jednego był niczym żywy cień, dla drugiego facet z ogromnymi skrzydłami nietoperza.

Tutaj dochodzę do najważniejszego – wyglądu. Niezależnie od tego, czy jesteśmy w teraźniejszości, czy w opowieści któregoś z małolatów, postacie są dość pokraczne, co nie każdemu może się spodobać, mimo iż animacji nie da się nic zarzucić. Ogólnie rzecz biorąc: sympatyczny początek antologii, choć przez wzgląd na warstwę wizualną – nie dla każdego. Moja ocena: 4-.

Crossfire

Człowiek w czerni – Jacob Feely - został pojmany. Policjanci Crispus Allen i Anna Ramirez zostali wybrani przez Jamesa Gordona, by odstawić go do Arkham Asylum. O dziwo, to droga powrotna będzie obfitować w niespodzianki.

Tym razem otrzymujemy animację w stylu anime (ale z zachowaniem proporcji postaci), co również nie każdemu przypadnie do gustu. Największą różnicą jest jej zastosowanie. W Story wygląd postaci i przedstawienie akcji były uzupełnieniem kontekstu całej historii. Tutaj nie ma miejsca na interpretację, jest monumentalna sylwetka Batmana i akcja w świetle płomieni i krwi spływającej z obitych mord bandytów. Całości towarzyszy upiorna muzyka, a po seansie zostaje pewność, że po tej odsłonie gacka młodsi widzowie mogą mieć koszmary. Co nie zmienia faktu, że to dobry, nastawiony na akcję short, którego powinni spróbować nawet przeciwnicy anime. Moja ocena: 4.

Field Test

Kolejny short w stylu anime. Lucius Fox i Bruce Wayne testują nową zabawkę. Po testach Bruce bierze urządzenie ze sobą i udaje się na charytatywny turniej golfa, w którym udział bierze także developer Ronald Marshall. Istnieje podejrzenie, że aktywistka, która chciała zablokować budowę jego nieruchomości, zginęła z jego polecenia.

Pomimo stylu podobnego do poprzednika, da się zauważyć różnice w projektach postaci. Bruce jest mniejszy niż poprzednio, a jego kostium przywodzi trochę na myśl coś, co widziałem dawno temu w komiksie Batman vs. Predator.

Animacja jest jak zwykle pierwszorzędna, ale opowieść już nie do końca. Odnosi się wrażenie, że ktoś nie mógł się zdecydować, na czym ma się skupiać, a do tego chciał upchać za dużo informacji w tak krótkiej formie. Rezultatem jest szybkie przewinięcie się przez seans i zostawienie widza z wrażeniem typu: e tam. Moja ocena: 3.

In Darkness Dwells

Policja otrzymuje wezwanie do katedry, w której wybuchły zamieszki podczas kazania kardynała O’Fallona. Pada podejrzenie, że ich przyczyną może być toksyna Scarecrowa z Batman Begins.

Tym razem otrzymujemy animację w stylu zachodnim, zaś projekty postaci i innych rzeczy starają się trzymać specyfiki wyznaczonej przez filmy Nolana. Bardzo fajnym akcentem jest zaadaptowanie przeciwnika Batmana, którego nie było w filmach – Killer Croca. Całość jest wypełniona posępnym klimatem, świetną animacją i dość niepokojącymi obrazami (jednym ze zobrazowanych miejsc jest podziemny system transportu zwłok). Podsumowując, mini epizod, którego nie powstydziłaby się The Animated Series, gdyby go do niej dorzucić. Moja ocena: 4.

Working Through Pain

Kontynuacja poprzedniego shorta. Postrzelony Batman przemierza kanały Gotham. Jego wędrówkę wypełniają ból i wspomnienia z nim związane.

Za ten film odpowiedzialne jest to samo studio, co w przypadku pierwszego. Zaskakująca jest jednak obrana stylistyka. Trochę kojarząca się z anime, trochę z zachodnią animacją i do tego naśladująca wygląd Nolanverse. Zaiste, wybuchowa kombinacja. Ogląda się to całkiem przyjemnie, choć bez rewelacji, taki tam wypełniacz. Moja ocena: 3+.

Deadshot

Short poniekąd kontynuujący wątki dwóch poprzednich. Podczas analizy broni znalezionej w Working Through Pain, Bruce'a nachodzą wspomnienia śmierci rodziców. Zgodnie z tytułem pojawia się tu także kolejny charakterystyczny łotr – Deadshot. Na deser dostajemy (wreszcie) rozwiązanie jednego z wątków z Field Test.

Kreska powraca do stylu zachodniego (za ten film odpowiedzialne jest to samo studio, co przy In Darkness Dwells). Ciekawy jest design, który tutaj kojarzy się tak z filmami Nolana, jak i Burtona. Natomiast sama opowieść, podobnie jak poprzednie dokonanie studia, mogłoby (ponownie) spokojnie stanowić część TAS, tyle że silącą się na większy realizm i nieco cięższą w odbiorze. Moja ocena: 4.

* * *

Na sam koniec kilka uwag do Gotham Knight, jako całości. To dobra antologia, z którą powinien zapoznać się każdy fan Batmana, a już na pewno tego w wydaniu Nolana. Ciekawe jest to, że we wszystkich filmach Bruce’owi głos podkłada Kevin Conroy, czyli Batman przede wszystkim z The Animated Series. I chyba po raz pierwszy mam ku temu obiekcje. Dobrze, że nie charczy, jak Bale, ale z drugiej strony jego gra jakoś mi do Nolanverse nie pasowała. Pewnie się czepiam, ale napisać musiałem. Ocena dla całości: 4-.

niedziela, 1 maja 2011

Higurashi no Naku Koro ni

Naprawdę ciężko napisać coś o fabule tego anime bez używania spoilerów. I nie chodzi tu o szczegóły samej opowieści, ale np. sposobu jej przedstawienia, który jest kluczowym elementem w trakcie seansu.

Keiichi Maebara przeprowadza się do Hinamizawy – małego japońskiego miasteczka, położonego gdzieś na wygwizdowiu. Jest to miejscowość tego samego rodzaju co Twin Peaks – na pierwszy rzut oka panuje tu sielanka, ale z czasem wychodzi na jaw, iż nic nie jest takie, jak się wydaje, a mieszkańcy mają wiele do ukrycia. Keiichi zostaje przyjęty przez koleżanki z klasy do klubu skupiającego się na wspólnych zabawach. Podczas pobytu w Hinamizawie dowiaduje się też, że kilka lat wcześniej miał tu miejsce pewien incydent. Rząd próbował przesiedlić mieszkańców i wybudować tamę (która spowodowałaby zalanie okolicy). Doszło do starć między zwolennikami i przeciwnikami pomysłu, a w tym samym czasie dopuszczono się też paskudnego linczu na jednym z robotników. Od tamtej pory każdego roku w okolicach lokalnego święta 1 osoba zostaje zamordowana, druga przepada bez śladu. A to dopiero początek tajemnic.

Pierwszy sezon jest poprowadzony rewelacyjnie. Z jednej strony mamy tu lekką komedię rodem z haremówek i romansideł, z drugiej naprawdę dobry horror (składa się na to zarówno atmosfera, jak i krwistość niektórych scen). Ilość podawanych informacji pozwala nam na snucie własnych domysłów na temat wydarzeń z Hinamizawy. Animacja jest śliczna, całość bardzo szczegółowa. Szkoda tylko, że proporcje postaci zmieniają się czasem tak zupełnie bez sensu (i nie mówię tu o stosowaniu np. super deformed na rzecz części humorystycznych), jakby rysownicy nie wiedzieli, czy dana postać ma być tylko szczupła, czy już anorektyczna. Muzyka powoduje, że ciarki chodzą po plecach. Już sam opening sprawia, że widz może poczuć się nieswojo. Do tego dochodzi świetne udźwiękowienie. Jeśli ktoś oglądał Twin Peaks, to zapewne pamięta ujęcia lasu i podkreślony szum wiatru między drzewami. Pierwszym uczuciem był zazwyczaj zimny dreszcz, bo już za chwilę mogło wydarzyć się coś niepokojącego. W Higurashi użyto podobnego zabiegu, ale z jeszcze lepszym skutkiem.

Higurashi no Naku Koro ni Kai jest niczym innym, jak drugim sezonem serii. Fragmentów komediowych jest tu odczuwalnie mniej, gdyż nacisk położono na wyjaśnienie wszystkich zawiłości fabularnych. Odbiło się to też na elementach horroru. W serialu dalej jest obecne napięcie, ale ma ono inny wydźwięk niż poprzednio. Design postaci nie jest już tak chaotyczny, jak poprzednio, więc za to należy się plus. Opening już nie powoduje emocji, a szkoda. Dobrze że chociaż muzyka i udźwiękowienie same w sobie trzymają ten sam poziom, co poprzednio. Największym problemem drugiego sezonu jest jego... druga połowa. Dokładnie w samym środku tegoż wszystkie karty są już wyłożone na stół i nawet jeśli dodawane są nowe detale do głównego wątku, to nie są one w stanie nas zaskoczyć. Koniec końców oglądamy drugą połowę serii Kai tylko po to, by wiedzieć, jaki finał przygotowali twórcy.

Higurashi no Naku Koro ni Rei jest z kolei OAVką powiązaną w stopniu minimalnym z główną serią. Pierwszy odcinek to komedia tak absurdalna, jak tylko anime może być. Kolejne 3 to 1 historia nawiązująca poniekąd do swoich poprzedniczek. Ostatni odcinek to znowu single shot. Brak tu klimatu znanego z oryginału i generalnie należy Rei traktować jako ciekawostkę. Natomiast jeśli nie chcecie psuć sobie wrażeń z poprzednich odsłon, to tę możecie sobie zwyczajnie darować.

Na całą markę składa się też stos gier i mang, 2 filmy live action oraz bonusowa mini seria Nekogoroshi-hen, ale żadne z nich nie jest wymagane, by w pełni cieszyć się dwoma sezonami Higurashi no Naku Koro ni. Sezon pierwszy dostaje ode mnie mocną 5, drugi 4+, Rei 3-.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Tekken

Ekranizacje gier nigdy nie miały szczęścia do sensownej realizacji. Za króla tych najgorszych uważa się, i nie bez powodu, Uwe Bolla. Wystarczy wspomnieć jego „dzieła” typu: Alone in the Dark, czy Bloodrayne. Żeby jednak oddać w pełni sprawiedliwość tego zjawiska, należałoby podać jeszcze kilka gniotów w wykonaniu innych reżyserów. Tak więc do listy nieudanych adaptacji filmowych zaliczają się: Doom, Mortal Kombat Annihilation, obie części Street Fightera, Tomb Raider 2, Super Mario Bros, Double Dragon. Średnio dobrze zrealizowanym filmem jest dla mnie Hitman oraz Prince of Persia, a całkiem dobrymi adaptacjami byłyby Mortal Kombat (choć raczej przez wzgląd na sentyment niż faktyczny poziom realizacji), Tomb Raider, Resident Evil (jedynka) oraz Silent Hill.

Osobną sprawą są adaptacje made in Japan. Otóż animowane wersje Virtua Fightera, Street Fightera czy Fatal Fury zwyczajnie wymiatają. Nawet jeśli ktoś nie lubi anime, to powinien dać im szansę, gdyż są to dobrze zrealizowane filmy (w przypadku Virtua Fightera – serial) akcji.

Tym oto sposobem doszliśmy do głównego dania niniejszego wpisu – Tekkena. Nie jestem zagorzałym fanem, gdyż po prostu nie posiadam konsoli, a z gier miałem okazję grać w części 2-4, z czego w #4 stoczyłem dosłownie 11 walk. Niemniej jednak jakieś tam informacje o uniwersum w głowie zostały.

Pierwszą adaptacją tej serii gier był wydany w 1998 film animowany Tekken: The Motion Picture. Był on... tragiczny. Animacja nie była najwyższych lotów, fabuła tak pi razy drzwi odpowiadała grom, muzyka nie zapadała w pamięć (choć w wersji angielskiej na ścieżce znalazł się nawet The Offspring), a całość kończyła się tak szybko, że sprawiała wrażenie zrobionej na odwal. O adaptacji typu live action mówiono już kawał czasu. Ba, pojawiały się plotki, że Lei miał być grany przez Jackie Chana, na którym zresztą sama postać była wzorowana. Jak się domyślacie, taka wersja nigdy nie powstała. Zamiast niej powstał wypuszczony w kwietniu bieżącego roku Tekken.

Same wrażenia mogę opisać krótko: jak ktoś się nastawia na wierną adaptację, to niech sobie od razu odpuści. Jeśli zaś potraktować go jako alternatywną rzeczywistość (zgadzają się tylko imiona i kilka nazw, cała reszta została stworzona niemal od nowa), to jest to przyzwoity film akcji na wolne popołudnie/wieczór, taka 3+ z półobrotu.

Dlaczego nie tępię tego filmu za nietrzymanie się kanonu? Z bardzo prostej przyczyny zwącej się Mortal Kombat Rebirth. Trailer do filmu, który nie powstał (choć dzięki temu zwiastunowi są na to szanse), pokazujący uniwersum MK w sposób bardziej zbliżony do świata komiksów DC, niż faktycznego MK. Zebrał on duże ilości pozytywnych komentarzy, że takiego Mortala (kompletnie lejącego na elementy mistycyzmu serii) ludzie chcieliby zobaczyć. A skoro takie podejście pasuje im tutaj, to dlaczego nie dać tej samej szansy Tekkenowi? Zwłaszcza że film trzyma się kupy, walki są przyzwoite, a kilka postaci fajnie zagranych (Kazuya i Heihachi – tego drugiego gra Cary-Hiroyuki Tagawa, którego niektórzy pewnie kojarzą z roli Shang Tsunga w pierwszym MK). Ja bawiłem się nieźle.