Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Final Destination. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Final Destination. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 września 2025

Final Destination: Bloodlines

Nie podejrzewałem, że seria, którą obejrzałem w całości 14 lat temu doczeka się kolejnej odsłony. Fakt, w modzie są obecnie powroty znanych tytułów, ale ostatnia odsłona Oszukać przeznaczenie była klamrą spinającą dotychczasowe, co sugerowano zarówno poprzez zakończenie, jak i montaż scen z części 1-4. Jednak żeby nie było, że uparcie trzymam się tej teorii, muszę napisać o pewnym drobiazgu. W FD5 Bludworth mówi coś w rodzaju, że już wcześniej widział takie igranie ze śmiercią. W kontekście zakończenia piątej odsłony oznacza to furtkę na przyszłość i właśnie z niej skorzystano.

Standardowo dla serii widowisko otwiera spektakularna scena masakry pokaźnej grupy ludzi. Tylko na koniec sekwencji zamiast wrócić do dziewczyny kreowanej na protagonistkę, lecimy dekady do przodu. Tu zaczyna się właściwa opowieść. Ciężko powiedzieć coś więcej, by przy okazji nie zespoilować czegoś, ale fabuła to jeden z problemów z tej odsłony. Nie jest zagmatwana, choć próbuje namieszać w formule bardziej niż poprzednia część. Co mi zgrzytało, to wrażenie, iż bohaterowie rozmawiają o swojej sytuacji dłużej niż w dowolnej innej części. Serio – odstępy między poszczególnymi zgonami są jak mało kiedy odczuwalne. Chyba tylko finał sobie z nimi poradził po staremu. Nie podszedł mi też motyw z seniorką rodu, który przywodzi na myśl los Laurie Strode z Halloween (2018), bo zalatywało to już plagiatem. Natomiast widok Tony’ego Todda w jego ostatniej roli w stanie wyraźnie wskazującym na chorobę był niełatwym akcentem. Przy jego niektórych kwestiach ciężko się nie rozkleić, bo odnosi się wrażenie, iż kieruje je do widza, a nie postaci z filmu, po czym zostawia z poczuciem definitywnego końca pewnego rozdziału w kinematografii.

No dobra, nie ma się co oszukiwać, serii Final Destination nie ogląda się dla niuansów fabularnych, czy wyrafinowanej gry aktorskiej, tylko efekciarskich zejść postaci. Wizytówką FD są codzienne warunki wyolbrzymione tak, że widz w każdym wystającym gwoździu i niedomkniętych drzwiach doszukuje się przyczyny śmierci jakiejś postaci. Autorzy Bloodlines idą o krok dalej. Wiele z przygotowanych wypadków zaczyna się od czegoś niby oczywistego, jak szkło w lodzie do napojów, by raz dwa wrzucić kilka małych zwrotów i zaskoczyć oglądającego. Krótko mówiąc, Bloodlines zawiera bodaj najbardziej kreatywne i krwawe, a jednocześnie utrzymane w tonie dwóch pierwszych filmów sceny zgonów. Po seansie znowu nachodzi widza to uczucie paranoi, że wszystko tylko na niego czyha. Pamiętacie scenę z FD2 z ciężarówką z kłodami drewna? Ktokolwiek ten film oglądał, po dziś dzień zapewne czuje się nieswojo, ilekroć jedzie za takim pojazdem. Bloodlines robi taką samą sieczkę. Kilka dni po obejrzeniu byłem na rodzinnej imprezie na działce i widok dzieciaków na trampolinie przyprawił mnie o ciarki.

Chciałem temu filmowi dać mocne 4, ale nie mogę. Pomimo tego, co robi idealnie, rozwleka to niemiłosiernie w czasie, przez co były chwile, w których niemal krzyczałem: No dalej, zabijcie kogoś! Dlatego ode mnie ocena: 3+, ale osoby bardziej wyrozumiałe mogą pokusić się o coś większego.

środa, 14 grudnia 2011

In death, there are no accidents, no coincidences, no mishaps and no escapes.

Tytuł wpisu o tyle ironiczny, że prędzej czy później ktoś z bohaterów tych filmów daje radę uciec (a przynajmniej tak mu się wydaje). W ogóle ciężko mi podpiąć tę serię pod jakiś konkretny gatunek. Określa się ją jako horror, ale sam przebieg akcji (taki sam w każdej odsłonie) to klasyczna formuła slasherowych serii. Tylko tu z kolei określenie nie pasuje, bo w filmach nie ma wyraźnego antagonisty pokroju psychola z maczetą, którego można pokonać (choć jak ktoś chce, to może obwiniać postać graną przez Tony’ego Todda, skubaniec wie zdecydowanie za dużo, by to był przypadek ;] ). Ponadto absurdalność niektórych śmierci bawi do tego stopnia, że jestem skłonny traktować te filmy jak komedie. Zresztą nie byłaby to pierwsza seria produkcji New Line Cinema, która po pierwszej (poważnej) części sequele potraktowała ulgowo. Za przykłady niech posłużą serie Critters i A Nightmare on Elm Street. Takich filmów nie ocenia się pod kątem zawiłości fabularnych, czy aktorstwa, co najwyżej realizacji technicznej oraz pomysłowości w kwestii scen śmierci. Z takim nastawieniem nie pozostaje nic innego, jak chwycić torbę popcornu, butelkę coli i rozkoszować się odmóżdżającą masakrą.


Final Destination

Alex ma dziwne przeczucie, że coś złego stanie się w trakcie wycieczki do Francji. W samolocie zasypia na moment. Podczas tej drzemki śni mu się, że samolot wybucha zaraz po starcie. Po obudzeniu stara się ostrzec wszystkich, ale niespecjalnie mu to wychodzi, a w wyniku bójki z innym uczniem, zostaje usunięty z pokładu (wraz z kilkoma dodatkowymi osobami). Niedługo potem samolot startuje i eksploduje, jak we śnie. Wbrew pozorom to wcale nie oznacza, że grupa nastolatków, którzy nie polecieli, jest bezpieczna. Dopiero teraz zaczyna się ich walka o przetrwanie.

Jako że to pierwsza część w serii, można jej wiele wybaczyć. Ba, można nawet docenić za to, że stara się stworzyć jakiś nastrój grozy. Tylko jak już wspomniałem, ten ostatni jest niweczony przez absurdalność niektórych zgonów (choć same sceny starają się zachować jakimś minimalizm, w którym twórcy jakby eksperymentowali, na ile mogą sobie pozwolić). To trochę tak, jakby przy okazji każdego z nich oglądać w działaniu mechanizm z gry planszowej Mouse Trap z ludźmi zamiast gryzonia.

Ogólne wrażenia? Niezły start serii i obowiązkowa pozycja przed obejrzeniem sequela. Ocena: 3+, plus za scenę, w której Alex maksymalnie zabezpiecza swoje otoczenie, by uchronić się przed wypadkami, a przy okazji niejako śmieje się z samych założeń swojej sytuacji.


Final Destination 2

19-stoletnia Kimberly wybiera się z paczką swoich znajomych na wycieczkę. Podczas postoju w korku ma wizję podobną do snu Alexa z pierwowzoru. Oczywiście jak tylko wizja zaczyna się ziszczać, dziewczyna panikuje, ale dzięki temu ratuje kilka żywotów. Jak tylko ludzie ocaleni przed karambolem giną jeden po drugim, Kimberly kontaktuje się ze znaną z pierwszej części Clear Rivers – jedyną osobą, która rok wcześniej przeżyła podobną historię (Alexa wykończono offscreen).

Tutaj już widać, że autorzy doszli do wniosku typu: fuck it, idziemy na całość. Od pierwszej kraksy na drodze, przez śmierć od drabiny przeciwpożarowej, po akcję z ręką w ostatniej scenie – tego się po prostu nie da traktować serio. Sceny zgonów są naprawdę efekciarskie. Pseudo straszną muzykę wprowadzono tu chyba tylko jako formalność, bo nastroju grozy w tym filmie w ogóle nie ma. Jako urozmaicenie wprowadzono nową zasadę (poza kolejnością ginięcia i omijania kolejki w przypadku uzyskania pomocy): jeżeli w trakcie gry Śmierci pomoże się w stworzeniu nowego życia – wszystkim zostanie odpuszczone. A tak poza tym FD2 znakomicie nadaje się na wieczór filmowy przy piwie i chipsach. Moja ocena: 4.


Final Destination 3

Trójka rozgrywa się 5 lat po wydarzeniach z drugiej części. Wendy wraz z przyjaciółmi świętuje koniec szkoły średniej. Tuż przed wejściem na rollercoaster ma wizję tego, jak się owa przejażdżka zakończy. Tutaj następuje schemat: panika – grupa nastolatków zostaje wyprowadzona – ta sama grupa jest powoli wykańczana. Tym razem zwiastunem pechowych wydarzeń mają być obiekty uchwycone na zdjęciach poszczególnych osób. Jest to motyw o tyle zabawny, że głównej bohaterce udaje się dopatrzeć podobnych ostrzeżeń w związku z Abrahamem Lincolnem i WTC.

Nie kumam, dlaczego po przekoloryzowanej części drugiej zdecydowano się stonować wypadki, a całemu filmowi na siłę wcisnąć grozę przynajmniej na poziomie jedynki. Zabieg ten sprawia, że film się wlecze i nie bawi jak poprzednik. Jest kilka zgonów, które wydają się być niemal tak spontaniczne, jak ten z pociągiem z jedynki, lub z grillem z dwójki, ale giną w natłoku sztampy. Najnudniejsza odsłona do tej pory. Moja ocena: 2+, gdzie plus należy się za te „spontaniczne” zgony oraz te, na które kilku kretynów zwyczajnie sobie zasłużyło. Tak czy siak oglądać tylko w ramach maratonów, w przeciwnym razie unikać.


The Final Destination

Dobra, daruję sobie opis fabuły, bo i tak mamy powtórkę z rozrywki. Jedyna różnica – zaczyna się od toru wyścigowego.

Jasna cholera, śmiałem się długo i głośno. O takie widowisko mi chodziło przy okazji poprzedniej odsłony: sztuczne, naiwne, absurdalne! Sceny śmierci są o wiele bardziej złożone od tych z trójki. Nie ma to nic wspólnego z realizmem, ale przecież nie takie jest założenie tej serii. Żeby było ciekawiej wśród zgonów, do których fabuła dąży powoli znajdą się też szybkie i nieoczekiwane. Fakt, że te nieoczekiwane widzieliśmy już w poprzednich odsłonach, ale tutaj zostały wmontowane na tyle dobrze, że jest szansa na zaskoczenie.

Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to do trzech drobiazgów. Po pierwsze: kompletny brak Tony’ego Todda (był w 1-2, w trójce podkładał głos, tutaj nic). Po drugie: naprawdę idiotyczny tytuł. Jest to pomysł tak samo poroniony, jak w przypadku czwartej części Szybkich i wściekłych. Może ktoś planował ten film jako zamknięcie serii, gdyż opening zawiera sceny z trzech poprzednich, ale tak się nie stało. Zabawne jest to, że tłumacze z wielu krajów olali takie podejście do sprawy i w tłumaczeniu tytułu dorzucili czwórkę od siebie. Tak więc w Polsce mamy na pudełku chronologiczne: Oszukać przeznaczenie 4. Po trzecie (i najważniejsze wśród zarzutów): jakość efektów specjalnych. Ujęcia ze zbliżonymi ranami są tak paskudnie zrobione, jakby grafika pochodziła ze wstawek CGI z gier z końcówki lat ’90.

Moja ocena: 4-. Polecam przede wszystkim osobom, które lubiły drugą część oraz takim, co są świadome, że nie o realizm w tej serii chodzi.


Final Destination 5

Numer przy tym tytule jeszcze bardziej uwydatnia kretynizm z tytułem poprzedniej części. Ba, po napisach końcowych jesteśmy raczeni odliczaniem od 5 do 1 i tam widnieje normalne Final Destination 4 (po samym odliczaniu następuje montaż wybranych śmierci ze wszystkich poprzednich części).

Sam film zaczyna się całkiem miłą dla oka wejściówką CGI nastawioną na efekty 3D. Co prawda na DVD tego 3D się nie uświadczy, ale i tak fajnie wygląda. Rozmiar pierwszej masakry naprawdę może zrobić wrażenie. 3D, podobnie jak w siódmej Pile, sprowadza się do rzucania różnymi elementami otoczenia/ciała w stronę ekranu, ale i tak prezentuje się lepiej, niż podobny zabieg z czwartego FD.

O ile wypadki mają ten kiczowaty wydźwięk, co części nr 2 i 4, o tyle sama historia stara się być poważna i przygnębiająca do przesady. Prawdopodobnie wlokłaby się niemiłosiernie, gdyby nie wprowadzono nowej zasady do gry: jeśli chcesz przetrwać, musisz kogoś zabić. Podnosi to poziom napięcia, ale że tylko 1 osoba ma naprawdę negatywne nastawienie, to wiadomo kto na kogo się rzuci.

Osobną kwestią jest zakończenie. Brawo! Raz że film był wypełniony smaczkami dla fanów serii, a dwa że zakończenie dopełnia ich wizerunku. Bardzo fajny motyw, dla niego samego warto posiedzieć na seansie, co prawda gorszym niż część czwarta, ale tylko minimalnie. Moja ocena: 3+.