Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DC Universe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DC Universe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 stycznia 2026

Superman (2025)

Gdy DC Extended Universe się skończyło w oparach kontrowersji (sprowadzenie Cavilla do cameo w Black Adam i niemal natychmiastowe wywalenie go), nie miałem wielkich nadziei na nową iterację uniwersum. Część fanów chwaliła sobie porzucenie Snyderverse i zatrudnienie Jamesa Gunna jako twórcę nowego rozdziału. W końcu tak dobrze poszło mu ze Strażnikami galaktyki, prawda? Na pierwszy ogień w nowym DC Universe poszedł sezon serialu animowanego Creature Commandos. Cokolwiek dziwny wybór, ale przynajmniej zdołał jako tako wyłożyć kilka fundamentów w pod DCU. Następny w kolejce był Superman, film, który od pierwszego zdjęcia z planu miał pod górkę, a jego zwiastun sprawił, iż wiele osób (w tym ja) zainteresowało się elementami, których w tym widowisku się nie spodziewano (Guy Gardner i reszta). A jaki jest efekt końcowy? O tym poniżej.

Bardzo krótko: wymęczył mnie ten film. Gunn udowodnił, że potrafi robić filmy trykociarskie koncentrujące się na grupie mało znanych i pozornie źle dobranych postaci. Jednocześnie w Supermanie pokazał, iż solowych bohaterów nie rozumie za cholerę. Pomimo działania od 3 lat, Sups dostaje tu bęcki niemal non-stop i żeby wyrównać szanse, Gunn dorzuca mu Justice Gang do pomocy. Jeśli komuś dynamika między tym ostatnim, a głównym bohaterem skojarzy się z Black Adam, to ma trochę racji. Trochę. Największą różnicą jest to, że The Rock nie pozwolił, by jego bohater był upokarzany co chwilę i gdy dochodzi do finału, tamtejsza ekipa mu pomaga, a nie zastępuje. Tak, rezultatem jest to, że Mr Terrific w wykonaniu Edi Gathegi oraz Guy Gardner / Green Lantern Nathana Filliona są zajebiści i stanowią najjaśniejszy punkt programu, ale to nie ich film! Cholera, mówcie, co chcecie o Man of Steel, ale Snyder przynajmniej miał swoją wizję i był w jej obrębie konsekwentny. No i jego Sups był kompletnie zielony, więc dało się więcej wybaczyć.

Nie pomaga też interpretacja postaci. Wiele osób będzie w kółko powtarzało mantrę: Jak Superman, to tylko Christopher Reeve, czy inny ulubiony aktor. David Corenswet jest ok. Jestem wręcz święcie przekonany, że gdyby dać mu lepszy materiał, wycisnąłby z niego więcej. Ma np. sporo fajnych drobiazgów: troszczy się nawet o roboty w jego fortecy; jego Clark jest pierdołowaty, podczas gdy Sups ma być bohaterem, za jakiego uważają go ludzie (zmienia postawę, ton głosu itd.). Niestety, jako chłopiec do bicia jest skazany na niepowodzenie i nie daje rady pierwszemu lepszemu potworowi.

W podobnej sytuacji jest Nicholas Hoult. Jego Lex Luthor robi bardzo dobre pierwsze wrażenie. Ba, jest na tyle genialny, by stworzyć własny wymiar kieszonkowy, opracował skuteczny system walki przeciwko Supsowi, a jego główną tajną bronią… jest stado wytresowanych małp oczerniających Supermana w mediach społecznościowych… Nie żartuję…

Nie do końca podoba mi się też interpretacja Supergirl. Co prawda w filmie może była przez minutę, ale jej zachowaniem było bliższe Rickowi Sanchezowi, niż któremukolwiek komiksowi, jakie czytałem.

No i pozostaje Ultraman, kolejna przeinaczona wersja postaci. Jeśli ktoś go kojarzy z komiksów, w zasadzie ma z głowy wszystkie związane z nim zwroty akcji.

Oprócz wcześniej wymienionych do pozytywnych elementów doliczę efekciarskie sceny akcji. Jak jest rozwałka, to na całego. Poczucie humoru jest nienachalne, ale i niewyszukane. Żywa kolorystyka za wszelką cenę chce zerwać z ponurym Snyderverse i nieźle jej to wychodzi. Ogólnie do części wizualnej nie da się przyczepić. Muzycznie jest ok, ale wszelkie nawiązania do klasycznego motywu wydają się wymuszone.

Superman (2025) jest w najlepszym przypadku bardzo przeciętnym filmem superbohaterskim. Z jednej strony jako widowisko nadaje się na leniwe popołudnie. Z drugiej jako film konkretnie o Supermanie jest słaby. Szkoda. Dałem mu uczciwą szansę, bo liczyłem na coś więcej. Niestety, taki efekt końcowy nie wróży dobrze przyszłości uniwersum. Zresztą ja już przestałem nastawiać się na cokolwiek. Moja ocena: 3.

niedziela, 27 lipca 2025

Creature Commandos – Season 1

Gdy DC restartowało swoje komiksy w ramach nowo utworzonej linii New 52, miało to być całkowicie nowe otwarcie. Niestety, szybko okazało się, iż niby początek ma sporo naleciałości z poprzednich przygód superbohaterów. Nastawiona na nowych czytelników marka zawierała odniesienia do wydarzeń, których sama nie pokazała, a które były np. jednym z filarów mitologii danej postaci. Do tego upychała te wydarzenia w bardzo krótkich okresach, co czyniło je jeszcze bardziej absurdalnymi. Po co o tym piszę? Otóż James Gunn odwalił właśnie ten sam numer i jak na ironię premierę pierwszej produkcji określono mianem początku Nowego DCU.

Kiedy Gunn obejmował stery kinowo-serialowego uniwersum DC, również postawił na kompletny reset… a przynajmniej tak to wyglądało dopóki nie obejrzało się pierwszego sezonu Creature Commandos i nie poczytało, co jeszcze jest w planach. CC na dzień dobry zawiera odniesienia to The Suicide Squad, ale żeby nie było za łatwo w połapaniu się, TSS w tym uniwersum przebiegł ciut inaczej, przez co np. taki Weasel żyje. Wiadomo też, że mają powrócić Blue Beetle oraz Peacemaker. Tyle jeśli chodzi o uproszczenie na rzecz nowej widowni.

Założenia Creature Commandos są podobne do Suicide Squad, tylko jego członkowie są mniej ludzcy z wyglądu (stąd nazwa). W tym sezonie ekipa ma za zadanie chronić księżniczkę Pokolistanu przed siłami Circe. Oczywiście po misji wychodzi na jaw, iż sprawa ma drugie, a może i trzecie dno, na co trzeba zareagować za zgodą lub wbrew przełożonym.

Fabuła jest przyzwoita, rozwałka świetna, animacja robi wrażenie, aktorzy dają nie lada popis, zaś całość nie obraża widza, ani go nie poucza. Fani komiksów (a nawet i Arkhamverse) raczej nie dadzą się zaskoczyć zwrotami akcji, bo obecność jednej postaci w zasadzie sama mówi, co się stanie. Mimo wszystko to miłe, że autorzy starali się namieszać i zaangażować. Tu w zasadzie mógłbym skończyć tekst, gdyż CC to widowisko warte uwagi każdego miłośnika trykociarzy z DC.

Niestety, jest pewna bariera, o którą co wrażliwsze osoby mogą się rozbić. Jej pierwszym aspektem jest brutalność – ten serial nie oszczędza nikogo. Postacie są bite, poniżane, krew się leje, a fakt przynależności do tych dobrych niczego nie zmienia – jak ktoś ma umrzeć, to umrze. Drugim jest pesymizm zwiększający się z każdym kolejnym odcinkiem. Jeśli uważaliście, że Gunn sięgnął po mroczną tematykę w Guardians of the Galaxy vol. 3, to zapnijcie pasy, bo Creature Commandos zostawia Strażników w tyle. Wydarzenia z retrospekcji poszczególnych bohaterów bywają tak nieprzyjemne, że wręcz fundują oglądającemu depresję. Historia, która zaczyna się głupawo i jajcarsko niczym wspomniany wcześniej The Suicide Squad, szybko zmienia barwy na ciemniejsze i tak już zostaje. Myśleliście, że uniwersum Zacka Snydera było ponure? Przy niektórych wątkach z tego serialu jest wręcz hura-optymistyczne.

Kolejna rzecz, która mi trochę zgrzyta, nawiązuje do przeszłości członków CC. Otóż wbrew temu, co mówi Amanda Waller, te pokraki nie są z gruntu złe. Spośród wszystkich łotrów wybrano akurat tych, którzy byli w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie. Wszyscy bez wyjątku są ofiarami okoliczności. Nie ma tu ani jednej postaci, która walczy o odkupienie. Są tylko ci, którym los rozdał badziewne karty, a potem jeszcze dał w pysk i/lub wypruł flaki.

Niemniej jednak początek DCU podołał zadaniu i rozbudził moją ciekawość. Następny w kolejce jest Superman (2025). Póki co Creature Commandos dostają ode mnie 4+. Polecam każdemu, komu niestraszne są historie pomiatające własnymi bohaterami.