Gdy ten film wszedł do kin, dostałem zjebkę, że wypowiadam się na temat fabuły, pomimo iż go nie oglądałem. Kij z tym, że zapędziłem się specjalnie w rejony spoilerów, żeby dowiedzieć się, czy warto, bo zwiastuny mnie nie przekonały. No ale jak śmiem czytać opinie, przecież wszystkie recenzje co do jednej są funta kłaków warte. Najwidoczniej w dzisiejszych czasach posiłkowanie się zdaniem osoby, która widziała film i go odradza (np. na blogu), to jakaś zbrodnia, a o wszystkim należy się przekonywać tylko osobiście. Także pamiętajcie, jeśli moja opinia wpłynie na waszą decyzję o seansie, jesteście widzami drugiej kategorii i się nie znacie (podobnie jak autor bloga).
Tutaj zaznaczę, że podobnie jak w przypadku The Rise of Skywalker nie będę unikał spoilerów. Dark Fate to dla mnie film tak zły, że nie zasługuje na to, by się z nim obchodzić delikatnie. Zacznijmy od piramidalnej bzdury, jaką jest odstrzelenie Johna Connora w pierwszych minutach filmu. Jeszcze żeby to było jakoś uzasadnione. Jak pytałem osoby, którym się film podobał, dlaczego to zrobiono, nie uzyskałem odpowiedzi. Wracając do tematu, w związku z takim biegiem wydarzeń mamy nową zbawczynię ludzkości – Dani Ramos, która w ogóle mnie nie obchodzi. Nie ma w tej postaci nic interesującego. Tym samym autorzy dają nam do zrozumienia, że 2 najlepsze filmy w serii są nic nie warte, bo John i tak ginie, a w zamian mamy cieszyć się z rebootu z nową bohaterką i już. Cóż, wtopa finansowa chyba udowodniła, że fani zdecydowali się nie podzielić tej radości, zaś Cameron został hipokrytą roku, bo kiedyś sam narzekał, że uśmiercono jego postacie na otwarciu Alien 3, ale tutaj to już jest spoko.
Zanim przejdę dalej, poznęcam się jeszcze nad koncepcją zabicia Johna. Dlaczego? Bo można było pociągnąć serię lepiej, zostawić stare postacie i dodać nowe. Była taka teoria przy okazji alternatywnego zakończenia Terminatora 2, w którym babcia Sarah patrzy na Johna bawiącego się ze swoją córką na placu zabaw. Padła informacja, że w tej wersji przyszłości, po powstrzymaniu Skynetu John został senatorem. Więc de facto pomimo innych wydarzeń nadal był przywódcą, może nie całej ludzkości, ale sporego kalibru. Co szkodziło wykorzystać ten motyw w Dark Fate? Np. John i Sarah całe życie działali w polityce tak, żeby uniemożliwić powstanie następcy Skynetu, ale nie mieli tego, co miałaby potencjalna AI: czasu. Skynet mógł najzwyczajniej w świecie przeczekać Johna, pozostać w ukryciu i uderzyć później lub subtelniej. Gdy okazałoby się, że i w tym wariancie ktoś dowodzi ruchem oporu (tu wstawiamy Dani), zadaniem Johna i Sary byłoby przygotowanie Dani do nadchodzącej przyszłości oraz zniszczenie/opóźnienie Skynetu. Kolejną sprawą jest obecność innych terminatorów oprócz tych znanych z T1 i T2. Skynet dosłownie zasrał nimi linię czasu. To z kolei kojarzy mi się z serialem Sarah Connor Chronicles, w którym zarówno maszyny, jak i ruch oporu wysłali tylu swoich przedstawicieli w przeszłość, że na ekranie mieliśmy regularną partyzantkę. A nawet jeśli John ma zginąć, to dlaczego nie jako dorosły w obronie nowego lidera?
Ok, skoro absurdalny początek mamy za sobą, pora na ciąg dalszy, czyli pojawia się ochroniarz, pojawia się zabójca, oboje próbują dotrzeć jak najszybciej do celu, a po pierwszej konfrontacji zaczyna się zabawa w kotka i myszkę. Jedną z nowości jest to, że skoro Sarah powstrzymała Skynet, zmieniła przyszłość… do pewnego stopnia. Zamiast niego powstała inna, elektroniczna menda: Legion. Jednak w przeciwieństwie do Skynetu, Legion to skończony idiota. Z jakiegoś powodu jego terminatory… nadal nazywają się terminatorami, to raz. A dwa, że zamiast pruć do ludzkości z karabinów, popierdzielają na czworaka i tłuką ludzi metalowymi mackami… nie żartuję, wyglądają jak nieślubne dzieci oryginalnych robotów z tymi ośmiornicowymi z Matrixa, ale z inteligencją odziedziczoną po tatusiu z Dark Fate. Rev-9, który ma bodaj najbardziej elastyczny arsenał i niezłą gadkę z całej serii, jest najgorszym zabójcą. W kluczowych momentach za szybko się ujawnia, źle dobiera broń (serio, gdyby w pierwszej scenie spotkania z Dani poczekał jeszcze kilka sekund, miałby ją na wyciągnięcie ostrza, zamiast tego próbuje strzelać i od razu wystawia się na cel) i nijak nie potrafi się skoordynować w momencie, gdy podzieli się na 2 postacie.
Kolejną bzdurą jest to, że terminator, który zabił Johna, wyrobił sobie sumienie i nauczył się żyć jako człowiek. Zapomnijcie o tym, co Kyle Reese mówił w pierwszym Terminatorze, podkreślając, że są to maszyny. Zapomnijcie o tym, że maszyny miały bardzo ograniczone możliwości uczenia się i żeby je w pełni odblokować, należało wyjąć chip z głowy robota. Ja wiem, że to drugie to tylko w wersji reżyserskiej T2, ale skoro tak widział to reżyser… Zresztą nawet jeśli ograniczyć się do Dark Fate, ten aspekt w obrębie tego filmu również nie ma sensu. Carl (bo tak nazwali jaśnie oświeconego blaszaka) mówi, że Sarah uwolniła go, niszcząc Skynet. No tak, tylko zniszczyła go, potem przybył Carl, zabił Johna i dopiero WTEDY się obudził? Nie kumam… Inną supermocą Carla jest detektor anomalii czasowych. Jest tu taki wątek, że Sarah otrzymuje od kogoś koordynaty i czas przybycia kolejnych terminatorów. Okazuje się, że za każdym razem, gdy coś podróżuje w czasie, powoduje anomalię, ale jak i dlaczego Carl, terminator nie związany z Legionem, je wykrywa – nie wiadomo.
Jakby tego było mało, ten film nie potrafi utrzymać w napięciu. W Terminatorze Kyle był przerażony konfrontacją z T-800. Starał się trzymać go na dystans i nie dopuścić do Sary. W T2 T-800 co prawda nie bał się T-1000, ale zdawał sobie sprawę z jego możliwości i też trzymał go na dystans. Następne części, a nawet serial też potrafiły to jakoś oddać. A tutaj? W pierwszym spotkaniu Grace bierze się z Rev-9 za łby w walce wręcz. Nie no, jak taka madafakerka nas chroni, to może w międzyczasie zapalimy papieroska? Co z tego, że jest ulepszona względem innych ludzi? To nie Cameron (żeński terminator ochraniający Johna w serialu), żeby ot tak fikać. Na domiar złego jest to strasznie niekonsekwentnie napisana postać. Gdy fabuła tego wymaga – Grace pada z braku leków, ale gdy fabuła robi sobie przerwę od niej, potrafi tłuc się nawet przebita na wylot. Naturalnie, gdy fabuła znowu się upomni (i tylko wtedy), trzeba Grace zabić.
Czy jest coś, co mi się w ogóle podobało? Chyba nic. Mogę co najwyżej ograniczyć się do rzeczy, na które nie mam powodów do narzekań. Aktorsko jest ok, zwłaszcza Linda Hamilton daje radę unieść tak słaby materiał. Sceny akcji nie są złe, ale widać wyliczankę, co powinno się w nich znaleźć. Zrozumiecie, jeśli zobaczycie pierwszy pościg. Flashbacki z poprzednich filmów murowane. Struktura pościgów i konfrontacji przeplatanych ekspozycją niby sprawdza się, ale tutaj zapętlono to tak bardzo, że ktoś chyba tylko przez przypadek przypomniał sobie, że film ma się skończyć. Nie ma wyraźnego rozgraniczenia między drugim, a trzecim aktem. Po prostu drugi trwa, aż zginie odpowiednia liczba osób i dopiero wtedy mamy ckliwą scenkę na koniec.
Jeżeli ktoś mi zarzuci, że nie potrafię wyjąć kija z dupy i wyluzować się przy głupim akcyjniaku, to go poszczuję moim wpisem na temat filmu Hobbs & Shaw. Dark Fate nie dość, że nie próbował zrobić absolutnie nic nowego (T3 potrafił zaskoczyć zakończeniem, Salvation rozgrywał się w przyszłości, Genisys próbował wymieszać linie czasu i zmienić jednego protagonistę, a Sarah Connor Chronicles rozgrywały się bardziej długofalowo), to jeszcze zbeształ oryginały. W tym filmie nie ma dla mnie nic. Od The Rise of Skywalker jest o tyle lepszy (minimalnie, ale jednak), że próbuje opowiedzieć (albo raczej powtórzyć) jakąś historię i dopiero na finale się wykrzacza. Moja ocena: 2+. Osoby bardziej wyrozumiałe i nastawiające się na akcję mogą spróbować podciągnąć ocenę do 3.
Na koniec rzucę taką ciekawostką. Gdy przebijałem się przez niektóre recenzje Dark Fate, widziałem wpis, że jeśli ktoś chce zapoznać się z lepszą kontynuacją Terminatora 2, powinien przeczytać komiksy: Terminator 2: Cybernetic Dawn i Nuclear Twilight. Dawn zaczyna się niemal od razu po filmie i z marszu przypomina widzowi, że John i spółka nie zniszczyli wszystkiego po terminatorach. Pamiętacie, jak T-800 stracił rękę w pojedynku z T-1000 w hucie? No właśnie. Oba komiksy zawierają wiele pomysłów, które potem przewinęły się w filmach i w serialu (włącznie z zaśmieceniem linii czasu innymi podróżnikami), tylko dużo lepiej wykorzystanych. Jeśli już zaczniecie czytać, nie zniechęcajcie się kreską (zwłaszcza w Twilight), bo jednak oba tytuły mają już swoje lata.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terminator. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terminator. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 2 lutego 2020
czwartek, 2 lipca 2015
Terminator: Genisys
Terminator 2 był pierwszym filmem w serii, jaki widziałem. Ba, miałem kolegę tak zafascynowanego nim, że streścił mi całość, uzupełniając opowieść rysunkami „machanymi” na szybko w zeszycie. Jak tylko dorwał kasetę VHS, odwiedził mnie przy pierwszej okazji i urządziliśmy sobie seans. Biorąc poprawkę na to, że wiekowo niespecjalnie nadawałem się na takowy, ze strachu chowałem się za fotelem na sam widok T-1000, przyprawiając kolegę o sporą głupawkę. Z wiekiem strach minął, a jego miejsce zastępowała fascynacja. Każdy kolejny seans pogłębiał moje uwielbienie dla tej produkcji. W międzyczasie nadrobiłem zaległość i zapoznałem się z oryginałem, który przy rewelacyjnej dwójce wydawał się nudny i rozwleczony. Doceniłem go dużo później. Potem nadeszła trójka, na którą wybrałem się do kina. Przez niemal cały czas trwania odnotowywałem kolejne kalki scen Judgement Day. W moich oczach tę odsłonę uratowało zakończenie. Kilka lat później w kinach wylądował Terminator Salvation, na którym zawiodłem się jeszcze bardziej. I tak oto dochodzimy do Genisys.
Po pierwsze, autorzy Genisys popełniają tę samą zbrodnię, co przy Salvation – zwiastuny zdradzają najważniejszy zwrot akcji… Sugeruje go także główny plakat… Po drugie – twórcy sami nie wiedzą, czego chcą od tej produkcji. Mamy tu jednocześnie: reboot jedynki, motywy z dwójki i w cholerę smaczków z obu. Następnie na siłę gmatwają wątki związane z linią czasu, olewają wyjaśnienie dziur fabularnych (do jednej nawet Kyle się odnosi, ale szybko milknie) i biorą sobie, co chcą z całego franchise’u. W rezultacie obok nowego T-1000, czy nowych Dysonów, można znaleźć scenę wziętą niemal żywcem z… Kronik Sary Connor…
Nowy John Connor daje radę, podobnież Emilia Clarke (choć tu trzeba przyznać, że również widać niezdecydowanie dotyczące tego, jaką Sarą Connor ma być), a Arnie zwyczajnie świetnie się bawi. Największe pretensje mam do Jaia Courtneya, którego Kyle Reese wypada blado nawet w porównaniu do smarkacza z Salvation. Widziałem nawet komentarz, którego autor twierdził, że to już drugi sequel znanej serii, który ten aktor spieprzył (pierwszym był A Good Day to Die Hard). Z kolei obecności J.K. Simmonsa w ogóle nie rozumiem… Mieć aktora tego kalibru i obsadzić go w tak przeciętnej roli i tak małym wątku… Fani Doktora niech również nie nastawiają się na zbyt wiele scen z Mattem Smithem – jego jest jeszcze mniej niż Simmonsa.
Od strony akcji ciężko się przyczepić – jest efekciarsko, ale bez tandety rodem z Rise of the Machines. Same efekty specjalne są przeciętne, a narzekanie, że wyglądu T-1000 nijak nie poprawiono przez tyle lat jest uzasadnione. 3D jest na szczęście nieinwazyjne, ale również bez rewelacji. Natomiast muzyka… eee… tego… nic z niej nie pamiętam… nawet tego, jak brzmiała nowa wersja motywu przewodniego…
Podsumowując, Genisys oglądało mi się lepiej niż T3 i T4. Jednak o ile do T3 zdarzało mi się wracać (z różnych powodów), o tyle do Genisys, podobnie jak do Salvation, nic mnie ponownie nie przyciągnie. Moja ocena: 3.
Po pierwsze, autorzy Genisys popełniają tę samą zbrodnię, co przy Salvation – zwiastuny zdradzają najważniejszy zwrot akcji… Sugeruje go także główny plakat… Po drugie – twórcy sami nie wiedzą, czego chcą od tej produkcji. Mamy tu jednocześnie: reboot jedynki, motywy z dwójki i w cholerę smaczków z obu. Następnie na siłę gmatwają wątki związane z linią czasu, olewają wyjaśnienie dziur fabularnych (do jednej nawet Kyle się odnosi, ale szybko milknie) i biorą sobie, co chcą z całego franchise’u. W rezultacie obok nowego T-1000, czy nowych Dysonów, można znaleźć scenę wziętą niemal żywcem z… Kronik Sary Connor…
Nowy John Connor daje radę, podobnież Emilia Clarke (choć tu trzeba przyznać, że również widać niezdecydowanie dotyczące tego, jaką Sarą Connor ma być), a Arnie zwyczajnie świetnie się bawi. Największe pretensje mam do Jaia Courtneya, którego Kyle Reese wypada blado nawet w porównaniu do smarkacza z Salvation. Widziałem nawet komentarz, którego autor twierdził, że to już drugi sequel znanej serii, który ten aktor spieprzył (pierwszym był A Good Day to Die Hard). Z kolei obecności J.K. Simmonsa w ogóle nie rozumiem… Mieć aktora tego kalibru i obsadzić go w tak przeciętnej roli i tak małym wątku… Fani Doktora niech również nie nastawiają się na zbyt wiele scen z Mattem Smithem – jego jest jeszcze mniej niż Simmonsa.
Od strony akcji ciężko się przyczepić – jest efekciarsko, ale bez tandety rodem z Rise of the Machines. Same efekty specjalne są przeciętne, a narzekanie, że wyglądu T-1000 nijak nie poprawiono przez tyle lat jest uzasadnione. 3D jest na szczęście nieinwazyjne, ale również bez rewelacji. Natomiast muzyka… eee… tego… nic z niej nie pamiętam… nawet tego, jak brzmiała nowa wersja motywu przewodniego…
Podsumowując, Genisys oglądało mi się lepiej niż T3 i T4. Jednak o ile do T3 zdarzało mi się wracać (z różnych powodów), o tyle do Genisys, podobnie jak do Salvation, nic mnie ponownie nie przyciągnie. Moja ocena: 3.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Transformers 2, Terminator 4
[Oryginalny wpis pochodzi z dnia 03 lipca 2009.]
Ostatnio miałem okazję wybrać się ze znajomymi na 2 seanse. Filmy, jak w tytule wpisu. Parę słów wstępu się należy, zanim przejdę do meritum. Otóż uwielbiam kicz (a przynajmniej niektóre jego rodzaje) w filmie. Uważam, że takie rzeczy są potrzebne, żeby można było wrzucić mózgownicę na luz i po prostu wchłonąć efekciarską bajkę. Że niby pomysł z samochodami zamieniającymi się w roboty i vice versa jest infantylny? Może i jest, co mi tam. Ale dopóki mi to odpowiada, to będę oglądał. A jak komuś taka forma filmowa nie pasuje, to po kiego grzyba pcha się na seans? No chyba że jest się niewyżytym krytykiem filmowym, któremu płacą za pisanie takich bzdetów. Dla kasy to ja mogę pisać nawet relację z cyklu rozwoju źdźbła trawy.
Od dziecka jestem fanem przybyszów z Cybertronu, a konkretnie ich przygód oznaczonych jako Generation 1. Pozostałe jakoś nie przypadły mi do gustu, a już zwłaszcza Beast Wars uważam za porażkę na całej linii, ale co kto lubi.
Do pierwszej fabularnej kinówki podchodziłem z pewnym dystansem, zastanawiając się, jak bardzo Michael Bay odejdzie od oryginału. Powiem tak, zmiany są do zaakceptowania. Pomijam kilka głupot w nazewnictwie Decepticonów, bo reszta jest taką naprawdę sensownie przedstawioną, współczesną wersją Transformerów. Skoro już przebrnąłem przez jedynkę, siłą rzeczy czekałem na Revenge of the Fallen i... nie zawiodłem się. Jak ktoś lubił poprzedni film Baya, to i ten ma szansę się spodobać. Jest tu jeszcze więcej robotów, jeszcze więcej walk, humor na tym samym poziomie, podobnie fabuła.
Mankamentem nowego filmu są właśnie te efekciarskie walki, na które tak się czeka. Otóż pewne elementy niepotrzebnie wydłużają film i to da się odczuć. O ile w poprzednim obrazie ilość huku i pozostałych składników była mniej więcej wyważona, o tyle tutaj akcja goni akcję, a co jedna to dłuższa i zamiast odpoczywać przy bajerach, ma się wrażenie przytłoczenia przez ich ilość. Zasadniczo to wciąż Transformery, ale przygotujcie się na to, że tym razem spotkanie może być męczące.
Terminator... Jedynka i dwójka to filmy – legendy. Trójka w zasadzie była... no była, bo poza samym zakończeniem i Kristanną Loken ganiającą w obcisłych ciuchach to niewiele się z tego filmu pamięta. Jak jest z czwórką? Moim zdaniem jeszcze gorzej.
Teraz, gdy piszę te słowa, jestem w stanie przypomnieć sobie przede wszystkim smaczki dla fanów. Resztę niby też pamiętam, ale to nie jest coś, o czego szczegóły będę się wykłócał na fanowskich spotkaniach, czy nasiadówkach z kumplami. Problemem Terminatora 4 jest to, że został złagodzony. Producent myśli, że skoro uda się przylepić filmowi Teen Rated (PG13, czy co tam jeszcze), to nagle wszyscy nastolatkowie rzucą się do kin, by to zobaczyć i nabiją maksymalne zyski? Rzeczywistość potrafi być okrutna. Była mowa o całej trylogii nowego Terminatora (zapewne wszystkie filmy w tej samej kategorii wiekowej), ale gdy się okazało, że młodzież woli inne filmy, to nagle twórcy (z Bale’em włącznie) nie są pewni, czy choćby sequel powstanie. Dlaczego jeden Stallone miał jaja, żeby nakręcić film (John Rambo), który był przede wszystkim dla fanów poprzednich, bez żadnych udziwnień, czy złagodzeń? Czy był na tym stratny? Nie powiedziałbym, skoro już poszła plota, że będzie Rambo 5 (choć ciekawostką jest to, że producenci podobno planowali/planują wymusić kategorię wiekową dla nastolatków – paranoja...). Z kolei np. Die Hard 4 pomimo ugrzecznienia oglądało się całkiem dobrze, a samo ugrzecznienie nie było aż tak nachalne. Twórcom Terminatora nie udała się ta sztuka. Nie dość, że wielu starych fanów psioczy na film (i słusznie), to nowych wcale nie przybywa (a konkretniej nie w zyskownych ilościach).
Dla starych fanów w nowym filmie nie ma po prostu nic, oprócz kilku smaczków. Nie ma przytłaczającej, mrocznej wizji przyszłości, terminatory już nie straszą (jednak co innego morderca próbujący wyrwać serce/zastrzelić szybką serią z karabinu, a co innego maszyna, która rzuca oponentem po ścianach, nie bardzo wiedząc, co więcej ma zrobić), a akcja nie ma w sobie krzty dramatyzmu. Nowa przyszłość nie przeraża, raczej mówi: ot, jakoś to będzie, nawet z maszynami. Sytuacja nakreślona przez oprawę wizualną i samą akcję nie dawała mi wrażenia dramatycznej walki o przetrwanie. Bardziej wyglądało to na jakąś tam lokalną wojenkę bez większego znaczenia, taki dzień powszedni, bo w danej okolicy nic innego się nie robi. Dobrze, że cały obraz jest na tyle dynamiczny, że szybko mija. Człowiek nie czuje zmęczenia, tylko po seansie zastanawia się, po co tak właściwie ten film oglądał.
Staram się zawsze wyrobić pewne nastawienie, by w kinie czerpać z oglądania jak największą frajdę. W przypadku Terminator Salvation nie potrafiłem nastawić się w żaden konkretny sposób, a po filmie stwierdzam, że byłoby to i tak daremne, gdyż ów film jest zwyczajnie nijaki. Nie polecam.
Ostatnio miałem okazję wybrać się ze znajomymi na 2 seanse. Filmy, jak w tytule wpisu. Parę słów wstępu się należy, zanim przejdę do meritum. Otóż uwielbiam kicz (a przynajmniej niektóre jego rodzaje) w filmie. Uważam, że takie rzeczy są potrzebne, żeby można było wrzucić mózgownicę na luz i po prostu wchłonąć efekciarską bajkę. Że niby pomysł z samochodami zamieniającymi się w roboty i vice versa jest infantylny? Może i jest, co mi tam. Ale dopóki mi to odpowiada, to będę oglądał. A jak komuś taka forma filmowa nie pasuje, to po kiego grzyba pcha się na seans? No chyba że jest się niewyżytym krytykiem filmowym, któremu płacą za pisanie takich bzdetów. Dla kasy to ja mogę pisać nawet relację z cyklu rozwoju źdźbła trawy.
Transformers: Revenge of the Fallen
Do pierwszej fabularnej kinówki podchodziłem z pewnym dystansem, zastanawiając się, jak bardzo Michael Bay odejdzie od oryginału. Powiem tak, zmiany są do zaakceptowania. Pomijam kilka głupot w nazewnictwie Decepticonów, bo reszta jest taką naprawdę sensownie przedstawioną, współczesną wersją Transformerów. Skoro już przebrnąłem przez jedynkę, siłą rzeczy czekałem na Revenge of the Fallen i... nie zawiodłem się. Jak ktoś lubił poprzedni film Baya, to i ten ma szansę się spodobać. Jest tu jeszcze więcej robotów, jeszcze więcej walk, humor na tym samym poziomie, podobnie fabuła.
Mankamentem nowego filmu są właśnie te efekciarskie walki, na które tak się czeka. Otóż pewne elementy niepotrzebnie wydłużają film i to da się odczuć. O ile w poprzednim obrazie ilość huku i pozostałych składników była mniej więcej wyważona, o tyle tutaj akcja goni akcję, a co jedna to dłuższa i zamiast odpoczywać przy bajerach, ma się wrażenie przytłoczenia przez ich ilość. Zasadniczo to wciąż Transformery, ale przygotujcie się na to, że tym razem spotkanie może być męczące.
Terminator Salvation
Teraz, gdy piszę te słowa, jestem w stanie przypomnieć sobie przede wszystkim smaczki dla fanów. Resztę niby też pamiętam, ale to nie jest coś, o czego szczegóły będę się wykłócał na fanowskich spotkaniach, czy nasiadówkach z kumplami. Problemem Terminatora 4 jest to, że został złagodzony. Producent myśli, że skoro uda się przylepić filmowi Teen Rated (PG13, czy co tam jeszcze), to nagle wszyscy nastolatkowie rzucą się do kin, by to zobaczyć i nabiją maksymalne zyski? Rzeczywistość potrafi być okrutna. Była mowa o całej trylogii nowego Terminatora (zapewne wszystkie filmy w tej samej kategorii wiekowej), ale gdy się okazało, że młodzież woli inne filmy, to nagle twórcy (z Bale’em włącznie) nie są pewni, czy choćby sequel powstanie. Dlaczego jeden Stallone miał jaja, żeby nakręcić film (John Rambo), który był przede wszystkim dla fanów poprzednich, bez żadnych udziwnień, czy złagodzeń? Czy był na tym stratny? Nie powiedziałbym, skoro już poszła plota, że będzie Rambo 5 (choć ciekawostką jest to, że producenci podobno planowali/planują wymusić kategorię wiekową dla nastolatków – paranoja...). Z kolei np. Die Hard 4 pomimo ugrzecznienia oglądało się całkiem dobrze, a samo ugrzecznienie nie było aż tak nachalne. Twórcom Terminatora nie udała się ta sztuka. Nie dość, że wielu starych fanów psioczy na film (i słusznie), to nowych wcale nie przybywa (a konkretniej nie w zyskownych ilościach).
Dla starych fanów w nowym filmie nie ma po prostu nic, oprócz kilku smaczków. Nie ma przytłaczającej, mrocznej wizji przyszłości, terminatory już nie straszą (jednak co innego morderca próbujący wyrwać serce/zastrzelić szybką serią z karabinu, a co innego maszyna, która rzuca oponentem po ścianach, nie bardzo wiedząc, co więcej ma zrobić), a akcja nie ma w sobie krzty dramatyzmu. Nowa przyszłość nie przeraża, raczej mówi: ot, jakoś to będzie, nawet z maszynami. Sytuacja nakreślona przez oprawę wizualną i samą akcję nie dawała mi wrażenia dramatycznej walki o przetrwanie. Bardziej wyglądało to na jakąś tam lokalną wojenkę bez większego znaczenia, taki dzień powszedni, bo w danej okolicy nic innego się nie robi. Dobrze, że cały obraz jest na tyle dynamiczny, że szybko mija. Człowiek nie czuje zmęczenia, tylko po seansie zastanawia się, po co tak właściwie ten film oglądał.
Staram się zawsze wyrobić pewne nastawienie, by w kinie czerpać z oglądania jak największą frajdę. W przypadku Terminator Salvation nie potrafiłem nastawić się w żaden konkretny sposób, a po filmie stwierdzam, że byłoby to i tak daremne, gdyż ów film jest zwyczajnie nijaki. Nie polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)