Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pan lodowego ogrodu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pan lodowego ogrodu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 maja 2026

Jarosław Grzędowicz – Pan lodowego ogrodu, tom 4

Po rewelacyjnym trzecim tomie po czwarty sięgnąłem z marszu. Książka zaczyna się bitwą, której zwiastun zakończył poprzednika. Dzieje się dużo, szybko, a potem ekipa rusza w pogoń za uciekającym wrogiem. No kurde, kartkowałem jak głupi… przynajmniej do końca tego segmentu, bo od tej pory tempo tak wyhamowuje, że testy zderzeniowe samochodów to przy tym delikatne puknięcia.

Nie mam pojęcia, czy autorowi się już nie chciało, czy może wydawnictwo poprosiło, aby już zakończył. Ale po pościgu następuje cała seria słabo powiązanych ze sobą rozdziałów, które same w sobie są coraz nudniejsze. Przesadzam? Powiem tak, zacząłem czytać ten tom 8 czerwca 2025 roku, a skończyłem 28 kwietnia 2026. W międzyczasie czytałem inne książki, komiksy (w tym mangi) oraz podręczniki RPG, byle tylko odsunąć w czasie powrót do tego tomu. Czasami wracałem, by przeczytać choćby dwie strony i zbliżyć się odrobinę ku końcowi.

Naprawdę ciężko mi opisać, jak bardzo wątek szpiegowski (trwający najdłużej) nie obchodził mnie nic a nic. Jak bardzo męczyły mnie eskapady i zbieranie ludzi. Zaś ostatnia bitwa wycisnęła ze mnie ostatki entuzjazmu. Myślałem, że obrona Jasnej Góry w Potopie się wlecze. Ta tutaj pokazuje, że da się wolniej. Na domiar złego finałowe starcie między postaciami jest tak durne, że sekwencja z Architektem z drugiego Matrixa to mistrzostwo świata. Dodatkowo nie jestem pewien, czy autor nie popełnił błędu nawiązując do czasu Vuko w drzewie. Samo nawiązanie jest cwane, ale to, co serwuje epilog zdaje się kompletnie zaprzeczać tej informacji. No i właśnie, zakończenie jest tak nijakie… Niby pasuje do brutalnej natury tego uniwersum, ale mnie nie przekonało. Star Ocean (taki stary jRPG) zawiera podobny patent i sprzedaje go dużo lepiej.

Czwarty tom Pana lodowego ogrodu mogę polecić tylko, jeśli to ostatnia kniga w serii, jaka komuś została do przeczytania i chce mieć to z głowy. Jeśli jednak jesteś na początku serii, to pamiętaj, że to będzie męczarnia, której nawet świetny tom 3 nie złagodzi. Moja ocena: 2+.

niedziela, 22 czerwca 2025

Jarosław Grzędowicz – Pan lodowego ogrodu, tom 3

„Pan z Wami! Jako i ogród jego. Wstąpiwszy, porzućcie nadzieję. Zgasną ekrany, oślepną monitory, zamilkną telefony. Tylko magia. I władza… Wystarczyło czworo obdarzonych jej pełnią Ziemian, by z planety Midgaard uczynić istne piekło. Vuko Drakkainen podąża śladami ich przerażającego szaleństwa. Z misją: zlikwidować! Odesłać na Ziemię lub pogrzebać na bagnach. Problem w tym, że oni stali się… Bogami. Filar, cesarski syn, mimo młodego wieku zaznał już losu władcy i wygnańca, wodza i niewolnika. Podąża ku przeznaczeniu, szukając ratunku dla swego skazanego na zagładę świata.”

Nie pamiętam, kto mi to mówił, ale słyszałem takie stwierdzenie, że w przypadku tej serii im dalej w książki, tym niższy poziom. Po takiej reklamie z niejaką obawą siadałem do lektury trzeciego tomu, ale jak już zacząłem, to przy każdej okazji kartki furczały.

Autor w pewnym sensie wytresował mnie, bo jak w pierwszym tomie niespecjalnie obchodził mnie wątek Filara, w drugim już było znośnie, to teraz: No spoko, to co tam teraz Filar porabia? A w tym tomie dzieje się dużo, oj dużo. Osiągnęliśmy ten moment każdej historii, w którym bohaterowie dostają łomot, zaś po nim muszą zebrać się do kupy, bo przed nimi ostateczne starcie. Myślałem, że Vuko miał przerąbane poprzednio, gdy był drzewem, a tu niespodzianka, może być gorzej! Choć po prawdzie to i tak nic z drogą, jaką przebył Filar, by móc spotkać naszego Ziemianina.

Najwięcej frajdy dawały mi ekspozycje. Otrzymujemy tony informacji na temat Midgaardu, wizyty Ziemian (ponownie ma się wrażenie inspiracji Thorgalem), magii, eksperymentów i konsekwencji tego wszystkiego. Przy okazji autor nastawia nas na to, co ma nadejść. Nie będę owijał w bawełnę, jak dowiedziałem się o skali wydarzeń, zorientowałem się, dlaczego planszowa adaptacja wygląda tak, a nie inaczej. Podejrzewałem też, kto jest kto w poszczególnych stronach konfliktu, ale dopiero po opisie działania magii naprawdę dociera do czytelnika, dlaczego akcja toczy się w tym kierunku. Cieszę się też, że wbrew rekomendacjom zwlekałem tyle czasu z lekturą. Trzeci tom kończy się w takim miejscu, że na samą myśl o czekaniu na dalszy ciąg przez rok lub dłużej robi się słabo.

Gdybym miał do oceny dopisać minus (i jest to naprawdę gdybanie, nie zamierzam tego robić), pojawiłby się z powodu okoliczności spotkania bohaterów. Biorąc pod uwagę wszystkie wyłożone fundamenty, sama scena wydała mi się tak mało prawdopodobna, jak szóstka w totka. Jeden nie przestawał łazić po mieście, bo miał przeczucie, a drugiemu akurat wpadł do głowy pomysł ze śpiewaniem piosenki, którą tylko Vuko zrozumie. Ba, zgrali się w czasie! I żeby było śmieszniej to śpiewanie ma solidne uzasadnienie, przeczucie Vuko już nie. Ostatecznie nie mam o co się dąsać, gdyż od początku czekałem na ich spotkanie i dostałem to, com chciał. Dalsze słowa są zbędne. Trzeci tom dostaje ode mnie: 5, a ja biorę się za czwarty.

niedziela, 30 marca 2025

Jarosław Grzędowicz – Pan lodowego ogrodu, tom 2

„On zstąpił z Ziemi i rozkazał Ludziom Wężom brać wszystko. Siali strach i terror. Oni byli Wężami. Reszta – karmą dla Węży.

Tropiący Go Vuko wie już, że świat, do którego trafił ma, jak włócznia, dwa ostrza: życia i śmierci, dobra i zła. Nie ma środka. Nie ma nie wiem. Wybierasz rękojeść w dłoni, albo ostrze w brzuchu. Decydujesz w ułamku sekundy. I raz na zawsze. Ręce, ewentualnie, umyjesz potem. Z krwi.”

Jeśli ktoś grał w japońskie RPGi za czasów, gdy gra zajmowała kilka płyt, zapewne pamięta, iż środkowe płyty to była w dużej mierze podróż uzupełniająca informacje, które poznaliśmy w pierwszym akcie. I właśnie to ma miejsce w drugim tomie Pana lodowego ogrodu. Otrzymujemy stos nowych detali oraz podróż obu głównych bohaterów. Ta ostatnia jest tak daleka od końca, że protagoniści ledwo osiągają cele postawione na początku tego tomu, więc zalecane jest posiadanie pod ręką kolejnego, by uniknąć frustracji. Skojarzenie z jRPGami, a konkretnie z serią Final Fantasy potęguje obecność ornipantów w rozdziałach Filara. Są to ogromne ptaki, których opis oraz sposób wykorzystania przywodził na myśl chocobo, tylko nie tak urocze.

Będąc już świadomym obecności dwóch głównych postaci, lepiej znosiłem przeskoki, choć nadal się nieco irytowałem, gdyż autor fundował je w momentach, gdy chciałem wiedzieć, co dalej. Z drugiej strony zawsze to jakaś motywacja. Poprzednio narzekałem, że Vuko jest tak przesadnie zaradną postacią, że wręcz nudną. W finale dostało mu się solidnie i byłem ciekaw, jak z tego wylezie. Sposób wylezienia jest w sumie mało interesujący, ale już konsekwencje całego zajścia nie dość, że wywracają sytuację do góry nogami, to bardzo często są cholernie zabawne. Cyfral z przegiętej zabawki stał się może nadal przegiętym, lecz dużo ciekawszym zjawiskiem/mechanizmem, którego działanie czytelnik ma okazję poznawać na nowo z samym Vuko. Przy czym my na pewno mamy z tego więcej frajdy.

Panowie Vuko i Filar nadal nie krzyżują swoich ścieżek, lecz tym razem autor rozrzucił kilka okruchów fabularnych pozwalających na domysły, w którym momencie i dlaczego się spotkają. Niby drobiazg, ale dużo bardziej angażujący niż goła informacja, że dwóch typów jest na tej samej planecie.

Pierwszy tom był wrzuceniem na głęboką wodę, które miało swoje słabsze momenty. Drugi, nawet jeśli bywał dość specyficzny, sprawiał już wrażenie swojskiego i czytało mi się go lepiej. Moja ocena: 4+.

czwartek, 2 stycznia 2025

Jarosław Grzędowicz – Pan lodowego ogrodu, tom 1

„Planeta powitała go mgłą i śmiercią. Dalej jest tylko gorzej…

Vuko Drakkainen ląduje samotnie na odległej, zamieszkałej przez człekopodobną cywilizację planecie Midgaard. Musi odnaleźć i ewakuować wysłaną tu wcześniej ziemską ekipę badawczą, pod żadnym pozorem nie ingerując w rozwój młodej, nieznanej kultury. Trafia na zły czas. Trwa wojna bogów. Giną śmiertelnicy. Być może zmuszony będzie złamać drugą regułę misji.”

Pana lodowego ogrodu polecało mi przez lata wiele osób. Przy czym pierwsze rekomendacje pojawiły się na długo przed ukończeniem serii, więc zawsze miałem pretekst, by odłożyć lekturę na przyszłość. No i stało się.

Podoba mi się, jak bardzo z kopyta rusza ta książka. Krótka ekspozycja i raz dwa lądujemy na Midgaardzie. Akcja jest prezentowana zarówno z pierwszej osoby (Vuko i jeszcze jeden człowiek), jak i przez trzecioosobowego narratora. Ten drugi zabieg jest stosowany w konkretnych sytuacjach, co z jednej strony sprawia, że przebieg wydarzeń śledzi się inaczej (odpowiednikiem w grach komputerowych byłoby oddalenie kamery), z drugiej wiadomo, że coś będzie się działo, co pozbawia nas elementu zaskoczenia (nie licząc pierwszego razu). Narracja i komentarze Vuko pozwalają z kolei wcielić się w przybysza na obcej planecie, którą przyjdzie nam poznać razem z nim. Swoją drogą jest to świetny sposób na swego rodzaju ćwiczenie dla osób grających w papierowe RPGi (zwłaszcza początkujących). Jeśli kiedyś mieliście problemy z wczuciem się lub wyobrażeniem sobie, jak ma wyglądać poznawanie fikcyjnego świata tak, jakbyście tam byli, Pan lodowego ogrodu stanowi świetny przykład. Całość budziła u mnie co chwilę skojarzenia z Thorgalem, Star Trekiem i może odrobinę Stargate.

O ile w towarzystwie Vuko w zasadzie ciężko oderwać się od lektury, o tyle drugi bohater już na dzień dobry zeruje tempo i powoduje zamieszanie. Tak, w PLO jest drugi bohater, mieszkaniec Midgaardu. Jeśli porównać obszar lądowania Vuko do ziemskiej historii i geografii, byłyby to klimaty podobne do wikingów. Z kolei Filarowi i jego opowieści bliżej do Chin. I tu zaczęły się schody. Do Filara i jego losów można się nawet przyzwyczaić, ale nawet w najbardziej dramatycznym momencie chce się wrócić do Vuko. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w tym tomie panowie się nie spotkają. Ba, wadą numer dwa jest właśnie zakończenie, które jest tak urwane, że gdybym czytał tę serię, jak wychodziła, szlag by mnie trafił.

Wada numer trzy ponownie dotyczy rozdziałów z Filarem. Zawarto w nich tak mało subtelną aluzję do polityki, że za pierwszym razem prawie oplułem się herbatą, a potem już tylko przewracałem oczami. Żeby podkreślić, jak mało wyszukane są manewry autora, wystarczy wspomnieć, że opisana w nich frakcja ma kolor czerwony nawet w nazwie...

Wada numer cztery jest związana z samym Vuko. Na początku może nie jest widoczna, a i finał zdaje się temu przeczyć, jednak jak zebrać do kupy wszystkie jego rozdziały, to okazuje się, że koleś jest tak zajebisty we wszystkim, że pokonać go może tylko Rey Palpatine.

Mimo powyższego gderania PLO zaliczył dobry początek i z chęcią zabieram się za drugi tom choćby po to, by dowiedzieć się, jak Drakkainen wybrnie ze swoich tarapatów. Tymczasem tom 1 dostaje ode mnie: 4.