Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 maja 2026

Jarosław Grzędowicz – Pan lodowego ogrodu, tom 4

Po rewelacyjnym trzecim tomie po czwarty sięgnąłem z marszu. Książka zaczyna się bitwą, której zwiastun zakończył poprzednika. Dzieje się dużo, szybko, a potem ekipa rusza w pogoń za uciekającym wrogiem. No kurde, kartkowałem jak głupi… przynajmniej do końca tego segmentu, bo od tej pory tempo tak wyhamowuje, że testy zderzeniowe samochodów to przy tym delikatne puknięcia.

Nie mam pojęcia, czy autorowi się już nie chciało, czy może wydawnictwo poprosiło, aby już zakończył. Ale po pościgu następuje cała seria słabo powiązanych ze sobą rozdziałów, które same w sobie są coraz nudniejsze. Przesadzam? Powiem tak, zacząłem czytać ten tom 8 czerwca 2025 roku, a skończyłem 28 kwietnia 2026. W międzyczasie czytałem inne książki, komiksy (w tym mangi) oraz podręczniki RPG, byle tylko odsunąć w czasie powrót do tego tomu. Czasami wracałem, by przeczytać choćby dwie strony i zbliżyć się odrobinę ku końcowi.

Naprawdę ciężko mi opisać, jak bardzo wątek szpiegowski (trwający najdłużej) nie obchodził mnie nic a nic. Jak bardzo męczyły mnie eskapady i zbieranie ludzi. Zaś ostatnia bitwa wycisnęła ze mnie ostatki entuzjazmu. Myślałem, że obrona Jasnej Góry w Potopie się wlecze. Ta tutaj pokazuje, że da się wolniej. Na domiar złego finałowe starcie między postaciami jest tak durne, że sekwencja z Architektem z drugiego Matrixa to mistrzostwo świata. Dodatkowo nie jestem pewien, czy autor nie popełnił błędu nawiązując do czasu Vuko w drzewie. Samo nawiązanie jest cwane, ale to, co serwuje epilog zdaje się kompletnie zaprzeczać tej informacji. No i właśnie, zakończenie jest tak nijakie… Niby pasuje do brutalnej natury tego uniwersum, ale mnie nie przekonało. Star Ocean (taki stary jRPG) zawiera podobny patent i sprzedaje go dużo lepiej.

Czwarty tom Pana lodowego ogrodu mogę polecić tylko, jeśli to ostatnia kniga w serii, jaka komuś została do przeczytania i chce mieć to z głowy. Jeśli jednak jesteś na początku serii, to pamiętaj, że to będzie męczarnia, której nawet świetny tom 3 nie złagodzi. Moja ocena: 2+.

niedziela, 22 czerwca 2025

Jarosław Grzędowicz – Pan lodowego ogrodu, tom 3

„Pan z Wami! Jako i ogród jego. Wstąpiwszy, porzućcie nadzieję. Zgasną ekrany, oślepną monitory, zamilkną telefony. Tylko magia. I władza… Wystarczyło czworo obdarzonych jej pełnią Ziemian, by z planety Midgaard uczynić istne piekło. Vuko Drakkainen podąża śladami ich przerażającego szaleństwa. Z misją: zlikwidować! Odesłać na Ziemię lub pogrzebać na bagnach. Problem w tym, że oni stali się… Bogami. Filar, cesarski syn, mimo młodego wieku zaznał już losu władcy i wygnańca, wodza i niewolnika. Podąża ku przeznaczeniu, szukając ratunku dla swego skazanego na zagładę świata.”

Nie pamiętam, kto mi to mówił, ale słyszałem takie stwierdzenie, że w przypadku tej serii im dalej w książki, tym niższy poziom. Po takiej reklamie z niejaką obawą siadałem do lektury trzeciego tomu, ale jak już zacząłem, to przy każdej okazji kartki furczały.

Autor w pewnym sensie wytresował mnie, bo jak w pierwszym tomie niespecjalnie obchodził mnie wątek Filara, w drugim już było znośnie, to teraz: No spoko, to co tam teraz Filar porabia? A w tym tomie dzieje się dużo, oj dużo. Osiągnęliśmy ten moment każdej historii, w którym bohaterowie dostają łomot, zaś po nim muszą zebrać się do kupy, bo przed nimi ostateczne starcie. Myślałem, że Vuko miał przerąbane poprzednio, gdy był drzewem, a tu niespodzianka, może być gorzej! Choć po prawdzie to i tak nic z drogą, jaką przebył Filar, by móc spotkać naszego Ziemianina.

Najwięcej frajdy dawały mi ekspozycje. Otrzymujemy tony informacji na temat Midgaardu, wizyty Ziemian (ponownie ma się wrażenie inspiracji Thorgalem), magii, eksperymentów i konsekwencji tego wszystkiego. Przy okazji autor nastawia nas na to, co ma nadejść. Nie będę owijał w bawełnę, jak dowiedziałem się o skali wydarzeń, zorientowałem się, dlaczego planszowa adaptacja wygląda tak, a nie inaczej. Podejrzewałem też, kto jest kto w poszczególnych stronach konfliktu, ale dopiero po opisie działania magii naprawdę dociera do czytelnika, dlaczego akcja toczy się w tym kierunku. Cieszę się też, że wbrew rekomendacjom zwlekałem tyle czasu z lekturą. Trzeci tom kończy się w takim miejscu, że na samą myśl o czekaniu na dalszy ciąg przez rok lub dłużej robi się słabo.

Gdybym miał do oceny dopisać minus (i jest to naprawdę gdybanie, nie zamierzam tego robić), pojawiłby się z powodu okoliczności spotkania bohaterów. Biorąc pod uwagę wszystkie wyłożone fundamenty, sama scena wydała mi się tak mało prawdopodobna, jak szóstka w totka. Jeden nie przestawał łazić po mieście, bo miał przeczucie, a drugiemu akurat wpadł do głowy pomysł ze śpiewaniem piosenki, którą tylko Vuko zrozumie. Ba, zgrali się w czasie! I żeby było śmieszniej to śpiewanie ma solidne uzasadnienie, przeczucie Vuko już nie. Ostatecznie nie mam o co się dąsać, gdyż od początku czekałem na ich spotkanie i dostałem to, com chciał. Dalsze słowa są zbędne. Trzeci tom dostaje ode mnie: 5, a ja biorę się za czwarty.

niedziela, 6 kwietnia 2025

Andrzej Sapkowski – Rozdroże kruków

Do nowego Wiedźmina podchodziłem bardzo sceptycznie. Pierwszym powodem był Sezon burz, który zwyczajnie mnie wkurzył swoim badziewiarstwem. Drugim powodem jest to, że Rozdroże kruków to prequel. Saga wiedźmińska w postaci książkowej ma definitywne zakończenie i jeśli pan Sapkowski chce coś do niej dopisać, to wokół istniejącego materiału. Tym razem padło na młodzieńcze lata Geralta, gdy na szlaku jest od niedawna, ale samo Kaer Morhen jest już po słynnym pogromie. Zresztą wydarzenia związane z tym ostatnim stanowią oś fabuły Rozdroża.

Zaczyna się od tego, że Geralt jak zwykle wtrącił się między wódkę, a zakąskę. Od razu naszła mnie myśl, że dalej znowu będzie lista odhaczanych banałów mających podkreślić wyższość Wiedźmina literackiego nad komputerowym, a tu niespodzianka. Nie dość, że dzięki obecności kilku postaci zwykły schemat wiedźmina i roboty przebiega inaczej, to jeszcze korespondencja między bohaterami pobocznymi dopełnia klimatu. Intryga nie jest przez nikogo streszczana, tylko rozwija się naturalnie, zaś zasięg wydarzeń jest większy od tego z opowiadań, lecz mniejszy od sagi. Autor nie doi do oporu motywu z przerabianiem znanych utworów na wiedźmińskie realia. Fakt, taki zabieg nadal tu jest, ale autentycznie czuć, iż to tylko dodatek, a nie jedyny pomysł, bo zabrakło innych. Przy okazji nie jestem pewien, czy nie inspirował się trochę grami, gdyż pada tu więcej informacji na temat innych szkół i postrzegania ich przez społeczeństwo, których nie kojarzę z poprzednich książek.

Bardzo podoba mi się, iż Geralt uczy się ponad to, co wyniósł z Kaer Morhen. Ma swojego tymczasowego mentora, a i od życia dostaje niejedną lekcję. Fajnie też dla odmiany poczytać, iż nie wszyscy próbują go robić w konia, że jest spora grupa ludzi autentycznie wdzięcznych za pomoc i gotowych zapłacić wyznaczoną cenę. Ba, nawet rady są niekiedy udzielane tak rozsądnie, że aż chce się ich posłuchać. Przy finale zastanawiałem się tylko, czy nie dałoby się rozwiązać go inaczej, gdyż sytuacja jest dramatyczna, ale przez wzgląd na istnienie pozostałych książek, nijak nie powoduje napięcia. Z drugiej strony z tych samych powodów jest to chyba najbardziej optymalne zakończenie i kolejna lekcja dla Geralta.

Przez Rozdroże kruków leci się w zawrotnym tempie. Rozdziały i przerywniki są krótkie i napisane tak, by od razu chcieć przewrócić stronę, a tych jest raptem 300, więc na bardzo upartego jest to lektura na 1-2 wieczory. I znowu – z jednej strony chciałoby się więcej tak napisanego Wiedźmina, z drugiej, zważywszy na konstrukcję powieści, objętość jest w sam raz. W moich oczach pan Sapkowski zrehabilitował się za słaby Sezon burz. Polecam Rozdroże kruków absolutnie każdemu fanowi Geralta. Spojrzenie na uniwersum z jego dużo młodszej perspektywy nadało powiewu świeżości. Liczba odniesień do wydarzeń z poprzedników jest mała i nie przesłania właściwej historii. Czy da się to czytać w przypadku nieznajomości poprzednich książek? Jak najbardziej. Niezależnie od kolejności czytanie o tym, jak zmienił się świat daje sporo frajdy. Moja ocena: 5.

niedziela, 30 marca 2025

Jarosław Grzędowicz – Pan lodowego ogrodu, tom 2

„On zstąpił z Ziemi i rozkazał Ludziom Wężom brać wszystko. Siali strach i terror. Oni byli Wężami. Reszta – karmą dla Węży.

Tropiący Go Vuko wie już, że świat, do którego trafił ma, jak włócznia, dwa ostrza: życia i śmierci, dobra i zła. Nie ma środka. Nie ma nie wiem. Wybierasz rękojeść w dłoni, albo ostrze w brzuchu. Decydujesz w ułamku sekundy. I raz na zawsze. Ręce, ewentualnie, umyjesz potem. Z krwi.”

Jeśli ktoś grał w japońskie RPGi za czasów, gdy gra zajmowała kilka płyt, zapewne pamięta, iż środkowe płyty to była w dużej mierze podróż uzupełniająca informacje, które poznaliśmy w pierwszym akcie. I właśnie to ma miejsce w drugim tomie Pana lodowego ogrodu. Otrzymujemy stos nowych detali oraz podróż obu głównych bohaterów. Ta ostatnia jest tak daleka od końca, że protagoniści ledwo osiągają cele postawione na początku tego tomu, więc zalecane jest posiadanie pod ręką kolejnego, by uniknąć frustracji. Skojarzenie z jRPGami, a konkretnie z serią Final Fantasy potęguje obecność ornipantów w rozdziałach Filara. Są to ogromne ptaki, których opis oraz sposób wykorzystania przywodził na myśl chocobo, tylko nie tak urocze.

Będąc już świadomym obecności dwóch głównych postaci, lepiej znosiłem przeskoki, choć nadal się nieco irytowałem, gdyż autor fundował je w momentach, gdy chciałem wiedzieć, co dalej. Z drugiej strony zawsze to jakaś motywacja. Poprzednio narzekałem, że Vuko jest tak przesadnie zaradną postacią, że wręcz nudną. W finale dostało mu się solidnie i byłem ciekaw, jak z tego wylezie. Sposób wylezienia jest w sumie mało interesujący, ale już konsekwencje całego zajścia nie dość, że wywracają sytuację do góry nogami, to bardzo często są cholernie zabawne. Cyfral z przegiętej zabawki stał się może nadal przegiętym, lecz dużo ciekawszym zjawiskiem/mechanizmem, którego działanie czytelnik ma okazję poznawać na nowo z samym Vuko. Przy czym my na pewno mamy z tego więcej frajdy.

Panowie Vuko i Filar nadal nie krzyżują swoich ścieżek, lecz tym razem autor rozrzucił kilka okruchów fabularnych pozwalających na domysły, w którym momencie i dlaczego się spotkają. Niby drobiazg, ale dużo bardziej angażujący niż goła informacja, że dwóch typów jest na tej samej planecie.

Pierwszy tom był wrzuceniem na głęboką wodę, które miało swoje słabsze momenty. Drugi, nawet jeśli bywał dość specyficzny, sprawiał już wrażenie swojskiego i czytało mi się go lepiej. Moja ocena: 4+.

czwartek, 2 stycznia 2025

Jarosław Grzędowicz – Pan lodowego ogrodu, tom 1

„Planeta powitała go mgłą i śmiercią. Dalej jest tylko gorzej…

Vuko Drakkainen ląduje samotnie na odległej, zamieszkałej przez człekopodobną cywilizację planecie Midgaard. Musi odnaleźć i ewakuować wysłaną tu wcześniej ziemską ekipę badawczą, pod żadnym pozorem nie ingerując w rozwój młodej, nieznanej kultury. Trafia na zły czas. Trwa wojna bogów. Giną śmiertelnicy. Być może zmuszony będzie złamać drugą regułę misji.”

Pana lodowego ogrodu polecało mi przez lata wiele osób. Przy czym pierwsze rekomendacje pojawiły się na długo przed ukończeniem serii, więc zawsze miałem pretekst, by odłożyć lekturę na przyszłość. No i stało się.

Podoba mi się, jak bardzo z kopyta rusza ta książka. Krótka ekspozycja i raz dwa lądujemy na Midgaardzie. Akcja jest prezentowana zarówno z pierwszej osoby (Vuko i jeszcze jeden człowiek), jak i przez trzecioosobowego narratora. Ten drugi zabieg jest stosowany w konkretnych sytuacjach, co z jednej strony sprawia, że przebieg wydarzeń śledzi się inaczej (odpowiednikiem w grach komputerowych byłoby oddalenie kamery), z drugiej wiadomo, że coś będzie się działo, co pozbawia nas elementu zaskoczenia (nie licząc pierwszego razu). Narracja i komentarze Vuko pozwalają z kolei wcielić się w przybysza na obcej planecie, którą przyjdzie nam poznać razem z nim. Swoją drogą jest to świetny sposób na swego rodzaju ćwiczenie dla osób grających w papierowe RPGi (zwłaszcza początkujących). Jeśli kiedyś mieliście problemy z wczuciem się lub wyobrażeniem sobie, jak ma wyglądać poznawanie fikcyjnego świata tak, jakbyście tam byli, Pan lodowego ogrodu stanowi świetny przykład. Całość budziła u mnie co chwilę skojarzenia z Thorgalem, Star Trekiem i może odrobinę Stargate.

O ile w towarzystwie Vuko w zasadzie ciężko oderwać się od lektury, o tyle drugi bohater już na dzień dobry zeruje tempo i powoduje zamieszanie. Tak, w PLO jest drugi bohater, mieszkaniec Midgaardu. Jeśli porównać obszar lądowania Vuko do ziemskiej historii i geografii, byłyby to klimaty podobne do wikingów. Z kolei Filarowi i jego opowieści bliżej do Chin. I tu zaczęły się schody. Do Filara i jego losów można się nawet przyzwyczaić, ale nawet w najbardziej dramatycznym momencie chce się wrócić do Vuko. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w tym tomie panowie się nie spotkają. Ba, wadą numer dwa jest właśnie zakończenie, które jest tak urwane, że gdybym czytał tę serię, jak wychodziła, szlag by mnie trafił.

Wada numer trzy ponownie dotyczy rozdziałów z Filarem. Zawarto w nich tak mało subtelną aluzję do polityki, że za pierwszym razem prawie oplułem się herbatą, a potem już tylko przewracałem oczami. Żeby podkreślić, jak mało wyszukane są manewry autora, wystarczy wspomnieć, że opisana w nich frakcja ma kolor czerwony nawet w nazwie...

Wada numer cztery jest związana z samym Vuko. Na początku może nie jest widoczna, a i finał zdaje się temu przeczyć, jednak jak zebrać do kupy wszystkie jego rozdziały, to okazuje się, że koleś jest tak zajebisty we wszystkim, że pokonać go może tylko Rey Palpatine.

Mimo powyższego gderania PLO zaliczył dobry początek i z chęcią zabieram się za drugi tom choćby po to, by dowiedzieć się, jak Drakkainen wybrnie ze swoich tarapatów. Tymczasem tom 1 dostaje ode mnie: 4.

niedziela, 1 grudnia 2024

Stephen King – Miasteczko Salem

„Wbiegł na górę po piwnicznych schodach i z rozmachem zatrzasnął za sobą drzwi. Drżącymi dłońmi założył kłódkę i pognał do ciężarówki. Niczym zraniony pies chwytał powietrze gwałtownymi płytkimi łykami. Jak przez watę słyszał, że Royal pyta go, co się stało. Wrzucił pierwszy bieg i ciężarówka z potwornym rykiem silnika ruszyła z miejsca, omijając narożnik domu na dwóch kołach i wzbijając w powietrze fontanny ziemi. Zwolnił dopiero wtedy, gdy znaleźli się na Brooks Road i niemal w tej samej chwili jego ciałem zaczęły wstrząsać tak gwałtowne dreszcze, iż bał się, że lada chwila straci panowanie nad kierownicą.
    - Co się stało? – zapytał po raz kolejny Royal. – Co tam zobaczyłeś?
    - Nic – wyszczekał Hank Peters, oddzielając poszczególne słowa klekotaniem zębów. Nic… nie widziałem… i już nigdy… nie chcę… tego oglądać…”

Miasteczko Salem jest jednym z dwóch pierwszych horrorów, jakie w życiu przeczytałem (drugim był Zew Cthulhu). Miałem 12 lat i ta prosta, w miarę współczesna (w porównaniu do Draculi) historia o wampirach zrobiła wtedy na mnie niemałe wrażenie. A jak wypada po latach? O tym poniżej.

Zacznę od wad. Do Miasteczka Salem ciężko podejść tak, by nie wiedzieć o nim absolutnie nic. Po nazwisku autora ma się już pewne oczekiwania. Zanim otworzymy książkę, wiele wydań powie za pomocą okładki, że chodzi o wampira lub co najmniej nawiedzony dom. W rezultacie powiedzenie, by nie oceniać książki po okładce, można rozbić o kant dupy. Nawet w moim dwunastoletnim umyśle rzutowało to na odbiór, bo ilekroć sobie przypominałem przed finałową konfrontacją, iż antagonista jest zwykłą pijawką, cały nastrój szlag trafiał.

Drugą wadą może być dla niektórych konwencja. Co prawda historia jest opowiedziana w większości z perspektywy Bena Mearsa, pisarza wracającego do Salem w celu zebrania materiałów na nową książkę, lecz tak naprawdę miasteczko jest bohaterem samym w sobie. W związku z czym King poświęca jego mieszkańcom oraz historii sporo miejsca. Wiele z tych opisów sprowadza się do jednego zdania i przywodzi na myśl gadanie stereotypowej staruszki siedzącej codziennie w oknie i monitorującej podwórko, ale właśnie zważywszy na liczbę postaci zaszczyconych uwagą autora, wychodzi długa gadanina. Z jednej strony nawet tak krótkie opisy potrafią budować atmosferę, zwłaszcza jeśli porównać te z początku z tymi z końca. Z drugiej to właśnie początkowe mogą spowolnić akcję i wywołać u czytelnika zwątpienie typu: Po kiego grzyba mi te informacje? Są przydatne, lecz na satysfakcję trzeba sporo poczekać.

Jeśli jednak postaramy wcielić się w bohaterów opowieści i razem z nimi będziemy kwestionować istnienie krwiopijców w książkowym świecie, nastrój grozy potrafi uderzyć z całym możliwym impetem. Przy czym nadal bardziej straszą początki całej afery, gdy zakradające się zło podrzuca tylko wskazówki, niż gdy w finale jesteśmy świadkami jazdy bez trzymanki. Dodatkiem podkręcającym atmosferę jest prezentacja głównego antagonisty. Jest to taki sam drapieżnik jak Dracula i hrabia Orlok, ale jednocześnie jest inteligentniejszy, silniejszy i starszy, zaś jego słudzy wypadają bardziej kompetentnie. Różnicą jest prędkość, z jaką miasteczko zostaje zainfekowane wampiryzmem. Zapomnijcie o pięknisiach ze Zmierzchu oraz klasycznym hrabim Draculi i jego pomagierach. Tutejsze wampiry zachowują się jak szczury, począwszy od liczby, przez tempo rozmnażania się, po sposoby ukrywania.

Sumarycznie powrót do Miasteczka Salem był bardzo przyjemnym doświadczeniem, zwłaszcza na jesienne wieczory. Po wielu współczesnych i ugrzecznionych wersjach wampirów, z których zrobiono nieszczęśników cierpiących katusze, dobrze jest odczuć ciarki na plecach na myśl o drapieżniku polującym po zmroku. Moja ocena: 4+.

niedziela, 20 października 2024

William Gibson – Neuromancer

„Case, jeden z najlepszych "kowbojów cyberprzestrzeni" poruszających się w wirtualnym wszechświecie, popełnił błąd, za który został srogo ukarany. Za nielojalność wobec zleceniodawców płaci uszkodzeniem systemu nerwowego, co uniemożliwia mu dalszą pracę i skazuje na uwięzienie we własnym ciele. W poszukiwaniu lekarstwa wyrusza do japońskiej Chiby, gdzie zdobywa fundusze, by w nielegalnych klinikach odzyskać zdolność podłączania swego umysłu do komputera.”

Oj, podpadnę kilku osobom. Nie polubiłem się z Neuromancerem. Pierwsze podejście miałem gdzieś w połowie szkoły średniej. Już wtedy nie podobała mi się maniera, z jaką napisano książkę. Ma ona swoje tempo, z którym nie czeka na czytelnika. Praktycznie nic nie wyjaśnia z otaczającego świata, terminologię trzeba łapać z kontekstu i starać się nadążyć. Po latach postanowiłem zrobić drugie podejście, które zajęło mi prawie 9 miesięcy. Tak, tak bardzo mnie ten tytuł zmęczył.

Bodajże w podstawówce w jednej z klas wisiało hasło: „Klasyka to książki, które każdy chce znać, a nikt nie chce czytać.” Neuromancer jest dla mnie taką książką. Rozumiem, że kiedyś był przełomowy, że ma specyficzną atmosferę, że swoimi opisami doskonale podkreśla sztuczność nowej rzeczywistości oraz to, jak nieokiełznana może być Matryca. Niestety ja skupiałem się na drugiej stronie medalu. Z punktu widzenia współczesnych technologii, a nawet wizji przyszłości opracowanych w międzyczasie Neuromancer nie przekonuje do swojej wersji świata. Samej akcji nie ma za wiele. Jej trzon stanowi zwykły heist z kilkoma komplikacjami, z których część da się przewidzieć, jeśli znacie coś więcej w tej kategorii. Z tą warstwą nie mam problemu. Natomiast mam go z opisami. Jak wspomniałem wcześniej, można je cenić za to, jak celnie podkreślają sztuczność nowej rzeczywistości. Mnie jednak irytowało, że autor wciskał je dosłownie wszędzie. Case idzie do kibla – rzut kostką na liczbę i kombinacje tworzyw sztucznych, jakie zastanie na miejscu. Case wraca do baru – jeśli bar był poprzednio opisany, Case zauważa nowe elementy (rzut kostką) lub ma flashback (rzut kostką). Następnie odzywa się do swojego rozmówcy i zauważa coś za jego plecami (rzut kostką), po czym wychodzi z baru (rzut kostką), co mu znowu o czymś przypomina (rzut kostką), a ja zasypiam. Zanim Case zorganizuje ekipę, to oprócz kimania jeszcze dwa razy zapomnę, po co to robi.

Podobno dwie kolejne części trylogii Ciągu są lepsze. Niech sobie będą. Neuromancer tak mnie zmęczył, że nie zamierzam próbować. W pewnym sensie z tą książką jest jak z Obywatelem Kanem – wiesz, dlaczego uważa się go za rewolucję i rozumiesz, dlaczego może się podobać, jednak tobie wcale nie musi. Prawdopodobnie ominął mnie idealny moment w życiu, by docenić Neuromancera, przez co wylądowałem w tej ostatniej grupie. Moja ocena: 3+.

niedziela, 3 marca 2024

Christie Golden – Assassin’s Creed: Oficjalna powieść filmu

Długo unikałem tej książki. Film wyszedł w 2016. Obejrzałem go w kinie, a potem jeszcze 3 razy, z czego dwa z powodu książki (przed i po lekturze). I nie, to nadal nie jest mój rekord w przypadku obrazu, za którym, delikatnie mówiąc, nie przepadam.

Nowelizacja z grubsza opowiada tę samą historię, co pierwowzór. Abstergo więzi asasynów i wciska ich do Animusa, by odnaleźć jedno z Jabłek, które zaginęło w Andaluzji w 1942. Ich najnowszym „nabytkiem” jest Callum Lynch, na którym przeprowadzono fałszywą egzekucję w więzieniu.

Najważniejszą różnicą jest cały bagaż detali, które uzupełniają braki filmowej fabuły pędzącej na złamanie karku. Udaje im się nie tylko wyrównać tempo, ale także powiązać sensownie tę historię z istniejącym już uniwersum. Ze znanych mi produkcji tylko Origins odnosił się do filmu, ale w drugą stronę takich powiązań nie było. No i niespodzianka. W nowelizacji postacie znane z ekranu mają bogatsze tło oraz ustalone korzenie. Pośród więźniów Abstergo trafiają się potomkowie takich osób jak Shao Jun (Assassin’s Creed Chronicles: China), Baptiste (Assassin’s Creed: Liberation), Duncan Walpole (Assassin’s Creed IV: Black Flag) oraz Yusuf Tazim (Assassin’s Creed Revelations). Ba, w wyciętych scenach uwzględniono wizje z tymi przodkami w pełnych kostiumach nawiązujących do gier! Dodatkowo, jeśli czytać książki w kolejności od Renesansu po Podziemie, następnie trylogię Ostatni potomkowie, a potem Oficjalną powieść filmową, nagle ta dziwaczna wersja Animusa znana z ekranu ma sens! Fakt, w grach przewija się tylko wątek miniaturyzacji, ale w książkach na rzecz laboratoriów powstaje inna wersja zawieszająca ciało i bardziej przypominająca niektóre stanowiska do gier VR lub coś rodem z Kosiarza umysłów. W związku z tym filmowe ramię jako rozwinięcie ma rację bytu.

Tempo wydaje się być równomierne przez wzgląd na ilość myśli poszczególnych postaci oraz opisów otoczenia. Przy okazji wpisu o filmie wspomniałem, iż aktorzy nie mają co robić i wiele się nie pomyliłem. Przez karty powieści przewija się całe spektrum emocji, a nawet zalążek uczuć między Calem i Sofią. Na ekranie mają za mało czasu, by cokolwiek z tego wyrazić.

Niestety, te zalety nie oznaczają, iż mogę polecić książkowe Assassin’s Creed, a przynajmniej nie do końca. Jeśli ktoś chce zapoznać się z tą opowieścią i ceni sobie aspekty wizualne, film będzie lepszym wyborem. Przynajmniej w sekwencjach w przeszłości. Książka przy nim wygląda trochę na listę usprawiedliwień, ale te stawiają film w jeszcze gorszym świetle, zamiast go ratować. W rezultacie decyzja jest między pociętą oraz chaotyczną, ale ładną historią, a jej pełną, bardziej równomiernie prowadzoną wersją, którą przyswajamy dokładniej. Film może obejrzeć każdy i niewiele z niego zrozumieć, książka wszystko wyjaśni, ale docenią ją tylko fanatycy uniwersum. No i niezależnie od wersji fabuła jest nadal wtórna względem pierwszej gry. Moja ocena: 3.

niedziela, 10 grudnia 2023

Matthew J. Kirby – Assassin’s Creed: Ostatni potomkowie – Przeznaczenie bogów

„Do odnalezienia pozostał ostatni fragment Trójzębu Edenu. Dwie pozostałe tego części tego potężnego artefaktu – ząb wiary i ząb strachu – wpadły już w ręce działającego samodzielnie byłego agenta templariuszy – Isaiaha. Z zębem oddania stałby się niepokonany. Tymczasem Owenowi i jego towarzyszom udaje się przekonać templariuszy i asasynów do połączenia sił w celu powstrzymania Isaiaha, póki jeszcze jest to możliwe.

W symulacji, która odtwarza wydarzenia sprzed przeszło tysiąca lat, duński wojownik Styrbjörn Silny prowadzi Jomswikingów przeciw królowi Danii, Haraldowi Sinozębemu. To właśnie tereny, na których ścierają się armie wikingów, kryją tajemnicę ostatniego fragmentu Trójzębu. To tam wyjaśni się, jaki los pisany jest światu, co kryje się za nieświadomością zbiorową nastoletnich bohaterów i jakie jest prawdziwe znaczenie związków pomiędzy ich przodkami.

Historia jest już napisana. Reszta spoczywa w rękach Owena, Javiera i pozostałych, którzy sprzymierzyli się wbrew temu, co ich dzieli. To, co zrobią, na zawsze odmieni świat Assassin’s Creed.”

Od samego początku widać, że autor chce jak najszybciej pozamykać wszystkie wątki. Warstwy współczesnej jest niewiele, a w Animusie większość czasu bohaterowie spędzają pośród wikingów, kontynuując wątki poprzedniej części. Jest jeszcze zbiorowa nieświadomość, ale jeśli nie liczyć rozdziału z wężem i samej teorii przemielonej przez realia Assassin’s Creed, nie był to jakoś szczególnie porywający wątek.

Najzabawniej i najciekawiej wypada motyw niewolnictwa. W zasadzie nie tyle samego niewolnictwa, co reakcji bohaterów na nie. W dzisiejszych czasach, gdy ktoś próbuje wymieniać je jako przykład grzechów ludzkości, z marszu kieruje się do historii Stanów Zjednoczonych, zupełnie zapominając, iż samo zjawisko istniało na długo przed tym, zanim ktokolwiek wypłynął w kierunku Ameryki. Bohaterowie Ostatnich potomków otrzymują właśnie takie zderzenie z rzeczywistością. Łatwo im było irytować się, gdy przodkowie pochodzący z USA byli niewolnikami lub traktowano ich podle, ale jakież było ich zdziwienie, gdy idąc w głąb linii genealogicznej trafili do Skandynawii, gdzie tamtejsi przodkowie sami mieli swoich niewolników. I co? Głupio, nie? Na fabułę ma to o tyle istotny wpływ, iż szok przeżyty przez bohaterów powoduje desynchronizację.

Poszczególne warstwy są tradycyjnie uzupełnione o smaczki nawiązujące do gier, przede wszystkim Rogue, oraz wątków, które później doczekały się kontynuacji w innych mediach, jak ten z Juno. Generalnie znajomość świata na pewno nie jest wymagana, by zrozumieć, co się dzieje w fabule, ale dzięki niej odbiór książki jest zdecydowanie przyjemniejszy.

Moim jedynym problemem z lekturą jest finał. Ja rozumiem, że Isaiah jest takim przerysowanym złolem, lecz samo starcie między nim, a młodzikami jest już co najmniej głupie nawet w obrębie tej konwencji. Gdyby je do czegoś porównać, to autentycznie byłoby to QTE lub długi przerywnik bez jakiejkolwiek walki. Wystarczyło, iż postacie powiedziały „Nie!” wizjom zesłanym przez Trójząb, chlast i z typa, który był na radarze zarówno asasynów, jak i Abstergo, zostały zwłoki… Zero napięcia, zero satysfakcji, kurtyna. Tyle dobrego, że reszta trzymała poziom poprzedników.

Przeznaczenie bogów to dobre czytadło. Pewnie, że główny motyw powtarza się po raz nty, ale z drugiej strony chyba wolę walkę templariuszy i asasynów o kolejny artefakt bez wyraźnego końca, niż sposób zakończenia wspomnianego wątku z Juno (nie chodzi o dokończenie go w komiksach, tylko jak to zrobiono). Finał można przeboleć, bo do długich nie należy, a reszta sprawiła mi sporo frajdy nawet w gatunku young adult, którego fanem nie jestem. Moja ocena: 4+.

niedziela, 27 sierpnia 2023

Dan Simmons – Terror

Terror odtwarza przebieg tragicznej w skutkach wyprawy badawczej z maja 1845 roku. Dwa statki – HMS Erebus i HMS Terror – pod dowództwem doświadczonego żeglarza, sir Johna Franklina, wyruszyły ku północnym wybrzeżom Kanady, celem poszukiwania Przejścia Północn-Zachodniego. To ciąg przesmyków pomiędzy wyspami Archipelagu Arktycznego, gdzie od kilkuset już lat, kosztem wielu istnień ludzkich, szykano możliwości opłynięcia Ameryki Północnej, chcąc zaoszczędzić na odległości przemierzanej drogą morską pomiędzy wybrzeżami Atlantyku i Pacyfiku. Na statkach zgromadzono spore zapasy żywności, które w teorii miały wystarczyć na około pięć lat. Wyposażono je w silniki, konieczne do przebijania się przez lód, i zapas węgla. Wtedy, w maju 1845 roku, ostatni raz widziano je w Anglii…”

Zazwyczaj pochłaniam różne lektury w dość rozsądnym tempie, nawet przy moim ciągłym braku lub słabej organizacji czasu. Mimo to Terror zajął mi rok. Nie dlatego, że był długi (choć 645 stron to na dzisiejsze czasy niemało). Nie dlatego, że był ciężki (choć opis wyprawy do najsympatyczniejszych nie należy). Był często nudny i nie potrafił zdecydować się na konwencję.

Zacznijmy od tego, o czym wspomniałem w cytacie na początku: Terror odtwarza przebieg wyprawy. Istotnie, takie przedsięwzięcie miało miejsce. Wrak Erebusa znaleziono w 2014 roku, a wrak Terroru w 2016. Sam przebieg nie jest dokładnie udokumentowany i naprawdę wiele pozostaje w sferze domysłów. Dało to spore pole do popisu dla pana Simmonsa. W efekcie otrzymujemy bardzo realistyczne opisy niemal każdego aspektu podróży. Od budowy statków, przez poszczególne stanowiska, zasoby, organizację marynarki, porównania do innych wypraw, po wszystko, co ma związek z Inuitami. Raj dla każdego fana historii i wypraw morskich. Problemem numer jeden jest powtarzalność i chronologia wydarzeń. Powieść zaczyna się, gdy okręty są już na dość zaawansowanym etapie i dopiero mają podjąć decyzję o felernym postoju. Autor serwuje czytelnikowi ciężką atmosferę i już dodaje pewne wskazówki, że będzie źle, choć sugerują one zagrożenie pokroju niedźwiedzia polarnego. Następnie jesteśmy rzucani w liczne retrospekcje sprzed wyruszenia i dopiero, gdy znamy już CAŁE tło, wracamy na pokłady. Taki zabieg nie jest niczym nowatorskim, ani nie stanowi problemu sam w sobie. Sedno tkwi w tym, iż jakieś ¾ informacji sprzed wypłynięcia z Anglii nie ma wpływu na fabułę. Daje pogląd na tło niektórych członków załóg, ale jednocześnie niepotrzebnie wydłuża lekturę.

Powtarzalność jest wymuszona przez charakter opowieści. Wielu uczestników zmarło w podobnych okolicznościach, w związku z czym opisy konających na szkorbut i wszystkie jemu podobne „atrakcje” powtarzają się regularnie i są niemal zawsze równie szczegółowe. Do tego stopnia, że po 400 stronach, gdy tylko zacznie się wyliczanie symptomów, czytający rzuca słowem „szkorbut” na długo przed autorem. Pozostaje jeszcze kwestia tego, że jeśli ktoś jest zbyt wrażliwy, będzie się tymi opisami brzydzić (a dochodzą jeszcze detale odnośnie zapachu).

Problem numer dwa to mieszanie konwencji. Jednym z zagrożeń, któremu muszą stawić czoła bohaterowie, jest przez dłuższy czas nienazwana bestia. Przypomina niedźwiedzia polarnego, ale to mylne wrażenie. Jeśli potraktować Terror jako powieść historyczną, część nadnaturalna związana z mitologią Inuitów pasuje do niej jak pięść do nosa. Jeśli nastawiać się wyłącznie na horror, ciągnące się w nieskończoność opisy realiów skutecznie rozwadniają nastrój. Zabieg z częścią nadnaturalną jest dla mnie o tyle dziwny, że i bez niej dzieje się naprawdę sporo. Sama wyprawa, morale załogi, rola religii, walka o przetrwanie, bunt wiszący w powietrzu, próba zachowania pogody ducha poprzez chwytanie się resztek zwyczajów cywilizowanego świata – tona materiału i jeszcze trochę. Ludzie padali tam prawie hurtowo i bez obecności jakiegoś drapieżnika.

Z twórczości Simmonsa uwielbiam (to chyba żadna niespodzianka) Hyperiona. Z kolei Upadek nieco mnie  rozczarował. Niemniej jednak z wielką ochotą zabierałem się za Terror, a że wyszło, jak wyszło… Mikstura gatunkowa nie udała się. Miłośnicy aspektu historycznego wyciągną z tej knigi najwięcej frajdy, choć muszą przeboleć powtórki oraz fragmenty nadnaturalne. Fani horroru mogą podjąć próbę zmierzenia się z grozą Terroru, ale jest szansa, że zasną, zanim trafią na coś wartego ich uwagi. Moja ocena: 3+.

niedziela, 10 lipca 2022

Matthew J. Kirby – Assassin’s Creed: Ostatni potomkowie – Grobowiec Chana

„Owen i jego przyjaciele przegrali. Dokonali rzeczy niezwykłej, ale ostatecznie ponieśli porażkę. Kiedy odkryli, gdzie znajduje się pierwszy fragment starożytnego artefaktu – legendarnego Trójzębu Edenu – wydawało się, że mają go w garści. Poszukiwali go również członkowie Bractwa Asasynów i Zakonu Templariuszy, okazało się jednak, że ich wszystkich ubiegł jeszcze ktoś inny. Nić porozumienia między nastolatkami zaczęła się rwać – Owen wraz z przyjacielem Javierem wzięli stronę asasynów, pozostali zaś sprzymierzyli się z templariuszami. Do odszukania wciąż pozostały dwa fragmenty artefaktu i obie grupy zrobią teraz wszystko, by nie powtórzyć swoich błędów.

Podobno wnuk Czyngis-chana, Möngke-chan, został pochowany z jednym z fragmentów Trójzębu Edenu. Jego grobowca jak dotąd nie odnaleziono. Młodzi ludzie zaangażowani po obu stronach konfliktu rozpoczynają wyścig z czasem. Aby zapewnić sobie bezpieczeństwo, będą musieli przenieść się w symulacji do rozdartych wojną średniowiecznych Chin i odnaleźć kolejny fragment artefaktu, zanim zrobią to ich wrogowie.”

Od razu powiem, że świetnie mi się czytało tę część Potomków. Tak – to nadal zwykłe czytadło. Nawet rzekome rozterki na temat paskudnej przeszłości przodków nie uczynią z niego głębszej lektury. Tak – to nadal Assassin’s Creed z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jest trochę skakania po różnych okresach historycznych (w tym pierwsze dłuższe sekwencje w czasach wikingów), ale i sporo informacji na temat współczesnych templariuszy (od tego, jak stosują propagandę, by nagiąć do współpracy, po opisy środków potrzebnych do bardziej bezpośredniej interwencji). Asasyni zdają się być nieco na uboczu i nawet sam autor wbija im czasem szpilę powodującą wątpliwości co do ich pobudek. Przy czym osoby zaznajomione z serią nijak nie dadzą się nabrać.

Dużą zaletą lektury jest stopniowanie napięcia. Autentycznie da się odczuć, kiedy postacie są wyluzowane, kiedy się stresują i kiedy sytuacja robi się tak nieciekawa, że nawet my zaczynamy szybciej przewracać strony. Autor wykorzystał fakt, iż jest to środkowy tom i nie musi spieszyć się z zakończeniem przed limitem stron, zaś sam finał pomimo tego, iż ma postać cliffhangera, nie pośpiesza czytelnika. Zostawia go raczej w sposób: Ok, teraz zanim trzeci tom trafi w twoje ręce, możesz sobie wszystko przemyśleć.

Z wad warto wymienić to, że postacie są niewiele więcej niż stereotypami, w które je wpisano (np. gej, syn złodzieja i rodzeństwo, w którym jest ta poważna i ten śmieszek). Sprawdzają się jako narzędzia do opowiedzenia historii, ale jeśli oczekujecie czegoś złożonego, to nie tędy droga (nawet uwzględniając wspomniane wyżej rozterki). Drugim problemem jest brak jakiegoś wyrazistego zwrotu akcji, który mógłby zaskoczyć czytelnika. Po intensywniejszych scenach autor próbuje coś tam zdziałać w tej kwestii, ale na swoje nieszczęście podaje na tyle dużo informacji, że da się te zabiegi przewidzieć.

Niemniej jednak, jak już wspomniałem, Grobowiec Chana to bardzo dobry akcyjniak, udany dodatek do konfliktu templariuszy i asasynów oraz obowiązkowa lektura w przypadku rozpoczęcia znajomości z tą trylogią. Moja ocena: 5-.

niedziela, 30 stycznia 2022

Matthew J. Kirby – Assassin’s Creed: Ostatni potomkowie

“Odkąd ojciec Owena zmarł w więzieniu oskarżony o przestępstwo, którego nie popełnił, życie chłopca nie układa się jak trzeba. Owen zyskuje szansę przywrócenia ojcu dobrego imienia dzięki nauczycielowi informatyki, który udostępnia mu Animusa – urządzenie pozwalające przenieść się do wspomnień genetycznych, zapisanych we własnym DNA. Podczas symulacji Owen odkrywa istnienie Trójzębu Edenu – starożytnego artefaktu, znanego z legend. Odtąd asasyni i templariusze nie cofną się przed niczym, by zdobyć ten bezcenny przedmiot. Żeby wyjść z tego cało, chłopiec musi znaleźć go jako pierwszy.

Owen wraz z grupą przyjaciół przenoszą się do wspomnień zapisanych w ich własnych kodach genetycznych. Trafiają w sam środek nowojorskich protestów przeciw przymusowemu poborowi w 1863 roku, a następnie do imperium Azteków podbijanego przez Hernána Cortésa. Będą musieli się sprawdzić w tych bezwzględnych czasach, a ich doświadczenia z przeszłości wywrą ogromny wpływ na teraźniejszość.”

Ostatni potomkowie to typowy przedstawiciel gatunku Young Adult. Z reguły jakiś nastolatek odkrywa wtedy, że taki zwyczajny to on lub otaczający go świat nie jest, a przeznaczenie rzuca go tak daleko od szarej rzeczywistości rówieśników jak to możliwe. Nie inaczej jest tutaj. Owen przez chęć przywrócenia dobrego imienia ojcu wplątuje się w odwieczny konflikt asasynów i templariuszy. Od tej pory nic nie jest jak dawniej.

Ta książka ma tak naprawdę tylko trzy wady (a i to zależy od odbiorcy). Po pierwsze – gatunek. Jeśli ktoś nie trawi powieści Young Adult (do których śmiało można zaliczyć serie od Harry’ego Pottera, przez Igrzyska śmierci, po Zmierzch), niniejsza odsłona Assassin’s Creed raczej tego nastawienia nie poprawi. Jedyne, co odróżnia OP od przeciętnego przedstawiciela gatunku, to fakt, że problemom i fochom nastoletnich bohaterów nie poświęcono zbyt wiele miejsca, przez co raczej nie zdążą nas zirytować. Ba, powiedziałbym, że jak na ich wiek są zaskakująco efektywni, a jednocześnie nie są tępym narzędziem wciśniętym wyłącznie na rzecz pchnięcia akcji.

Po drugie – brak zakończenia. LD to trylogia, ale nie w taki sposób, jak u Sienkiewicza, gdzie na dobrą sprawę da się przeczytać każdą część osobno i nie czuć stratnym bez znajomości pozostałych. Nie, tutaj po lekturze wyraźnie widać, iż mamy do czynienia z początkiem i jeśli pod ręką nie leżą pozostałe dwa tomy, można się zdenerwować.

Po trzecie – nagięcia w lore. Jeśli ktoś nie jest fanem serii, może sobie śmiało ten akapit odpuścić, pozostali mogą chcieć to przeczytać. Pierwszym zgrzytem jest wtopa z Animusem. Jeden z bohaterów cofa się do wspomnień przodka w momencie, gdy ten już ma potomstwo. Kanonicznie jest to niemożliwe. Jedynym wyjaśnieniem jest to, że ten etap życia został odtworzony na podstawie wspomnień pozostałych uczestników wspomnień, a dziury wypełniła symulacja Animusa. Tylko jeśli wziąć pod uwagę ilość interakcji między tymi postaciami, to niemal całe wspomnienie to symulacja i do tego kompletnie zbędna. A to jeszcze nie koniec. Źródłem całej afery jest kolejny artefakt – Trójząb Edenu, który rozwalono na części. Każdy z zębów to sztylet o innych właściwościach. Całościowo dają władzę pozwalającą na podbój świata. Tutaj szkopuł tkwi w tym, że komplet mocy Trójzęby posiadają znane z gier Jabłka Edenu, przez co pościg za wszystkimi sztyletami jest po prostu nieefektywny.

Dobra, ponarzekałem, pora pochwalić to i owo. Tak jak nie pasują mi pomysły związane z artefaktem i jedną postacią, tak muszę przyznać, że pozostałe aspekty charakterystyczne dla serii są zwyczajnie pierwszorzędne. Abstergo na pierwszy rzut oka uwodzi swoim blichtrem, asasyni wychodzą na bandę oberwańców, a konflikt podsyca trzecia frakcja. Stanowiąca 2/3 lektury sekwencja zamieszek w Nowym Jorku jest zwyczajnie świetna i bardzo ładnie nawiązuje do postaci i wydarzeń z Assassin’s Creed: Rogue, Liberation i AC3. Sporo miejsca poświęcono też na opisy techniczne i  uzupełniające to, co dzieje się z użytkownikami Animusa. W grach były zawroty głowy i efekt krwawienia, tutaj idziemy dalej: jak bohaterowie czują się jako pasażerowie we wspomnieniach, jakie piętno odciskają na nich przeżycia przodków, jak postrzegają teraźniejszość przez ich pryzmat, jaką traumę przeżywają, w jaką paranoję popadają. Rewelacją są szczegóły typu wejście do Animusa przez korytarz pamięci (w grach będący ekranem ładowania) albo nawet nudności po zbyt szybkim wyjściu. Wisienką na torcie są drobiazgi w postaci mózgu próbującego wrócić z przeżywania dni i tygodni w przeciągu kilku godzin do normalności. Ponownie odniosę się do gier – tam była tylko wzmianka, iż zbyt długie przebywanie w Animusie może się źle skończyć, czego przykładem był Clay Kaczmarek. Przy czym opisy Kirby’ego sprawiają, iż książkowa sytuacja zdaje się być bardziej sugestywna i przerażająca.

Na zakończenie wkurzałem się z jeszcze jednego powodu. Tempo akcji jest zawrotne. Praktycznie od wejścia całego zespołu do wspomnień o Nowym Jorku akcja pędzi na złamanie karku. Dla fana uniwersum jest to naprawdę fajna podróż, pełna smaczków i nawiązań. Brak zakończenia powoduje, że zamiast odpowiedniego wyhamowania następuje zderzenie z epilogiem, a to jest średnio przyjemne.

Ostatni potomkowie jak na moją pierwszą książkę w serii, która nie jest bezpośrednio powiązana z żadną z gier (nawet jedna z postaci powiązana z Shayem Cormaciem jest oddzielona od niego o dwa pokolenia), wypada na tyle dobrze, że z pewną dozą ostrożności, ale jednak polecam. Moja ocena 4.

niedziela, 5 grudnia 2021

Oliver Bowden – Assassin’s Creed: Podziemie

„Rok 1862. W ogarniętym rewolucją przemysłową Londynie powstaje pierwsza na świecie podziemna kolej. Kiedy w wykopie zostaje znalezione ciało, rozpoczyna się kolejny morderczy rozdział odwiecznej wojny między asasynami a templariuszami.

Działający w tajemnicy asasyn skrywa mroczne sekrety. Jego misją jest pokonać templariuszy, którzy przejęli pełną kontrolę nad stolicą kraju.

Wkrótce Bractwo dowie się, że to Henry Green, mentor Jacoba i Evie Frye. Ale teraz jest on po prostu Duchem.”

Mam problem z tą książką., a konkretniej z ostatnimi 120+ stronami, ale o tym za chwilę. Najważniejszą informacją jest to, że Podziemie stanowi łącznik fabularny pomiędzy Assassin’s Creed Chronicles: India oraz Assassin’s Creed: Syndicate. Jeśli ktoś ukończył ACC India, widział w końcówce postać o jakże znajomym nazwisku: Ethana Frye’a – ojca Jacoba i Evie. Ba, India to przede wszystkim opowieść, w której pierwsze skrzypce gra Arbaaz Mir – ojciec Jayadeepa Mira, którego gracze będą kojarzyć z Syndicate jako Henry’ego Greena. Właśnie takie łączenie mediów w jedno uniwersum lubię. Z Podziemia dowiemy się o pobycie Ethana w Indiach. Prześledzimy przebieg szkolenia Jayadeepa pod okiem Frye’a i udamy się wraz z nim na pierwszą, długofalową misję w Londynie… a potem trafimy na te nieszczęsne 120 stron.

Pierwsze 340 stron to fajne uzupełnienie uniwersum. Dobrze nakreśla, jakim człowiekiem był Ethan, jak zmieniało się jego nastawienie do własnych dzieci i ile chciał zrobić tak dla świata, jak i Jayadeepa. Sam Henry przechodzi drogę od dziecka do pełnoprawnego agenta asasynów i mentora bliźniaków. Do tego antagonista ma na tyle szczegółowo opisaną przeszłość, że postawę Greena względem tego typa jest bardzo łatwo zrozumieć oraz dzielić. Ciekawostką jest także obecność Fredericka Abberline’a, który z drugoplanowej postaci w grze awansował ciut wyżej, dzięki czemu możemy prześledzić początki jego policyjnej kariery. Najdziwniej w tym zestawieniu wypada Arbaaz, którego wizerunek jest drastycznie różny od pewnego siebie luzaka znanego z ACC India. Można to usprawiedliwiać jego wiekiem, wydarzeniami z książki, pozycją w Bractwie lub wszystkim naraz, ale nie zmienia to faktu, że jeśli ktoś wskakuje w lekturę bezpośrednio po grze, odczuje dysonans.

No dobra, to co tak bardzo przeszkadza mi w ostatnich 120 stronach? Wszystko. Ktoś wpadł na mega idiotyczny pomysł, żeby w tym przedziale zamieścić streszczenie Syndicate. Nawet jeśli ktoś nie zna fabuły gry, odczuje, jak bardzo pocięte są te rozdziały. Ogromne wydarzenia i odbudowa Bractwa są ledwie wspomniane, czasami tylko w paru zdaniach typu: Jacob z powodzeniem zabił tego i tamtego, co spowodowało to i tamto. Evie jest notorycznie opisywana jako ta rozważniejsza, ale jej działania przypominają miotającą się frustratkę. Głównie dlatego, że skondensowano te momenty opowieści, w których nic nie poszło po jej myśli. Podobnie sprawa ma się z jej związkiem z Henrym. W grze ich relacje budowane były stopniowo, a tutaj praktycznie z rozdziału na rozdział pojawia się wątek zakochania. Tak – w grze była o nim wzmianka dokładnie w tych samych „scenach”, ale gra miała jeszcze od groma dialogów pomiędzy nimi. W ogóle mam wrażenie, że cały ten segment pojawił się w książce tylko po to, żeby usprawiedliwić rozdział w rezydencji Kenwayów i nawiązania do Porzuconych, Czarnej bandery oraz Pojednania, a tym samym przynależność do jednej serii nie tylko z tytułu.

Gdybym miał ocenić lekturę wyłącznie na podstawie ¾ zawartości, dałbym pełne 4. Ostatnie ćwierć książki zaniża tę ocenę i tu wszystko zależy od wyrozumiałości. 4- w wersji, w której dostrzegam problemy finału, ale zgaduję, że to bardziej wina wydawcy gry, który dostarczał skrypt autorowi książki, niż samego pana Bowdena. 3 w wersji, w której nie obchodzi mnie, kto miał jaki wkład w efekt końcowy.

niedziela, 19 września 2021

Andrzej Sapkowski – Ostatnie życzenie

Niniejszy wpis nie będzie pierwszym wrażeniem z lektury. Wiedźmina czytam chyba po raz czwarty i zamierzam zestawić swoje odczucia z tymi, jakie miałem podczas pierwszego podejścia.

Gdy kończyłem szkołę podstawową, moja ówczesna polonistka, która była rewelacyjnym przykładem tego, że z uczniami dało się zrobić więcej niż zawartość programu nauczania, nakierowała mnie na kilka książek, co do których zakładała, że mogą mi się spodobać. Część z nich łyknąłem od razu, bo np. do Stephena Kinga nie trzeba było mnie namawiać, tylko wskazywać konkretne tytuły. W zbiorze polecanych lektur była twórczość pana Andrzeja. Niestety, na tamtym etapie jakoś nie nastawiałem się przychylnie do polskiej fantastyki. Raz że poprzednia nauczycielka naszego języka skutecznie mnie do tego zniechęciła, a dwa, że nie wyobrażałem sobie czegoś polskiego, co mogłoby wciągnąć mnie równie mocno, jak znany mi już Władca pierścieni oraz początki Świata Dysku. Po przejściu przez sito egzaminów wstępnych do szkoły średniej stwierdziłem, że może by jednak spróbować tego Sapkowskiego. To się, cholera, zdziwiłem…

Ostatnie życzenie to 6 opowiadań i 7 spajających je przerywników. Gdy czytałem je po raz pierwszy, byłem oczarowany tym, że można mieszać elfy i czarodziejów z otoczką, która wydawała się tak swojska, czy to przez wzgląd na język i zwykłe bluzgi, pewne zachowania, czy stwory, które do tamtej pory kojarzyły mi się wyłącznie z polskim folklorem. Do tego głównym bohaterem nie był żaden spadkobierca królewskiego rodu, żaden szlachetny rycerz, ani nawet pierdołowaty mag. Był nim wiedźmin – facet, z którym los obchodził się naprawdę paskudnie niemal na każdym kroku, podczas gdy on sam chciał po prostu przeżyć. Czarodzieje nie ratowali świata niczym Gandalf i spółka, tylko byli jego szarą eminencją i realizowali własne cele (co stawiało ich bliżej Bene Gesserit z Diuny). Natomiast szlachta niewiele różniła się od tej z Pieśni lodu i ognia oraz serii Franka Herberta, więc tutaj zero zaskoczenia.

Każde opowiadanie przedstawia fragment świata wiedźmina, wspomina o jego historii, a jednocześnie racjonuje to na tyle rozsądnie, że nie trzeba przekopywać się przez kilka stron opisu przyrody, by dojść do momentu, w którym Geralt tylko wyjrzał zza węgła. Do tego dochodziły dynamicznie napisane sceny akcji, przez co całość czytało się błyskawicznie.

Po latach każde sięgnięcie po Ostatnie życzenie to dla mnie trochę jak powrót w rodzinne okolice. Wiem, co mnie czeka, ale i tak z chęcią zabieram się za lekturę. Dialogi nadal mnie bawią, atmosfera opowiadań ciągle sprawia, że chętnie rozegrałbym jakąś klimaciarską sesję RPG, tylko brak już efektu wow (spowodowany pochłonięciem dużej ilości słabszej i lepszej literatury oraz ogromu popkulturowej papki). Szkoda też, iż żaden z seriali (zarówno polski, jak i Netflixa) nie sprostał zadaniu i nie przedstawił wiedźmińskiego świata nawet w połowie tak zachęcająco, jak to zrobił autor pierwowzoru. Z drugiej strony dzięki ich brakom dużo chętniej wracam do czytania. Zdaję sobie sprawę, iż nie jest to żaden Obywatel Kane polskiej fantastyki, że wielu osobom nie podobają się opisy walk lub że można by długo wymieniać drobiazgi, które zgrzytają temu, czy tamtemu. Ba, nawet jeśli znalazłbym elementy identyczne z tymi z wydanego wiele lat później Sezonu burz, tu mnie nie denerwują. Moja ocena będąca w dużej mierze wynikiem sentymentu: 5.

niedziela, 13 czerwca 2021

Oliver Bowden – Assassin’s Creed: Pojednanie

„Rok 1789: nad Paryżem wschodzi świt rewolucji francuskiej. Uciskany przez arystokrację lud powstaje. Bruk ulic spływa krwią – rewolucyjna sprawiedliwość ma wysoką cenę…

W czasach, gdy bogatych i biednych dzieli przepaść, a kraj rozdzierają wewnętrzne napięcia, Arno i Élise, młody mężczyzna i młoda kobieta, walczą, by pomścić wszystko, co stracili.

Wkrótce zostają wciągnięci w odwieczną wojnę asasynów i templariuszy, w świat pełen niebezpieczeństw – straszniejszych, niż mogli sobie wyobrazić.”

Od początku wiedziałem, że ta książka przedstawia wydarzenia z perspektywy Élise. Więc zakładałem, że na plus będzie konwencja obrana pierwotnie w Porzuconych. Argumenty przeciwko Pojednaniu wytacza komputerowe Unity, które póki co pozostaje dla mnie najgorszą grą w głównej serii (przy czym muszę wspomnieć, że nie grałem jeszcze w Odyssey i Valhallę). Jakież było moje zaskoczenie, gdy pochłaniałem kolejne strony i żałowałem, że muszę robić przerwy w lekturze.

Po pierwsze – Élise jest dużo bardziej wyrazistą połową duetu. Dzięki książce możemy obserwować jej dorastanie od małej rozrabiaki, przez krnąbrną nastolatkę, po opanowaną kobietę. W grze widać naprawdę niewielki ułamek tych emocji.

Po drugie – forma pamiętnika działa tu lepiej niż w przypadku Czarnej bandery. Przeskoki czasowe nie są tak chaotyczne pomimo uwzględnienia znacznie dłuższego okresu (mniej więcej od momentu poznania Arno po finał gry). Żeby było ciekawiej, znajduje się tu także nawiązanie do wspomnianej Czarnej bandery oraz Porzuconych i to takiego kalibru, że prawie wybaczyłem średniackość książkowej Black Flag. Ba, lektura wręcz motywowała mnie do dalszego odświeżania nielubianej gry!

W samej opowieści znajdzie się też kilka różnic względem pierwowzoru. Np. ucieczka Élise ze spotkania z Lafreniere wygląda inaczej. Zamiast spotkać Arno po jego ewakuacji z Bastylii, Élise jest świadkiem tejże. Jednak to wszystko drobiazgi, które nie wpływają na odbiór całości niezależnie od stopnia znajomości protoplasty.

Jak już wspomniałem, przez kolejne rozdziały dosłownie się mknie. Jedynym problemem jest chyba tylko to, że powieść zaprezentowała nam rewelacyjną główną bohaterkę, a w grze praktycznie tego nie ma. Trochę zmarnowano potencjał, bo po templariuszowym Rogue równie templariuszowe Unity mogłoby być ciekawsze. Tylko że wtedy narzekałbym, że znowu adaptuje się grę, zamiast ją uzupełniać, więc coś za coś. Podsumowując, papierowa wersja Pojednania to póki co najlepsza powieść związana z serią AC. Gorąco polecam tak trwającym fanom serii, jak i tym, którzy się od AC:U odbili. Moja ocena: 5.

niedziela, 16 maja 2021

Oliver Bowden – Assassin’s Creed: Czarna bandera

„Złota era piractwa. Śmiałków w rodzaju Edwarda Kenwaya – aroganckiego syna walijskiego hodowcy owiec i męża pięknej Caroline, opętanego obsesją zdobycia majątku i szacunku otoczenia – werbownicy mamią korsarskim rzemiosłem na morzu.

Po tym, jak jego rodzinne gospodarstwo padło ofiarą ataku, Edward podąża za swoim pragnieniem, by zyskać sławę jednego z najniebezpieczniejszych piratów swoich czasów.

Jego drogę znaczą chciwość, ambicje i zdrady. A kiedy na jaw wychodzi spisek grożący zniszczeniu wszystkiego, co drogie jego sercu, w Kenwayu budzi się żądza zemsty.

I tak oto Edward Kenway zostaje wciągnięty w odwieczną walkę asasynów i templariuszy.”

Miałem pewne obawy w stosunku do tej części książkowego uniwersum AC, które niestety spełniły się po ¼ lektury. Renesans, Bractwo, Tajemna krucjata i Objawienia były w zasadzie streszczeniami gier. Porzuceni skupili się na tej części historii, której w AC3 i Rogue nie widać. Tym samym stanowili świetne uzupełnienie znanych opowieści. Na nieszczęście czytającego Czarna bandera wraca do korzeni. Z jednej strony rozumiem zabieg, bo w końcu co ciekawego można napisać o walijskim hodowcy owiec (tak, Edward przez pewien czas robi to, co ojciec)? Okazuje się, że jego temperament wpędza go w takie kłopoty, że akurat o tym okresie (w którym poznał i ożenił się z Caroline) czyta się miło i przyjemnie. Potem jest jeszcze epizod z jego wypłynięciem, po którym wskakujemy w moment, w jakim poznaliśmy go w Black Flag. Na kolejną nowość musimy czekać do finału opisującego wydarzenia po powrocie do Anglii.

Najżmudniej brnie się przez tę mocno średnią, środkową część lektury, trwającą prawie (bez ostatnich 30 stron zawierających powrót do Anglii i wyrównanie rachunków przed ponownym ożenkiem) do końca. Jej treść stanowi dość pobieżne streszczenie głównego wątku AC4 (z pominięciem warstwy współczesnej i wszystkich czynności pobocznych) w postaci pamiętnika Edwarda. Nie jest to zbyt porywające dla kogoś, kto grał. Nie dość, że wszystkie wydarzenia znałem z gry, to nawet w samych opisach nie było żadnych nowych szczegółów. No może przebieranka Kidda miała więcej detali, a i zapachowi Nassau ciężko odmówić wyrazistości (porównywalnej ze zniszczeniami Rzymu z Bractwa). Z kolei pobieżność przejawia się sporymi przeskokami między poszczególnymi wydarzeniami. Niby usprawiedliwia to obrana forma, ale wizerunku nie poprawia. Chyba że jesteście takimi fanami Kenwaya, że czytacie Czarną banderę dla jego przemyśleń. Tych jest pod dostatkiem.

Niestety, Porzuceni trochę mnie rozbestwili pod względem oczekiwań, przez co powrót Czarnej bandery na szlak poprzedników wypadł blado. Moja ocena: 3+.

niedziela, 14 marca 2021

Drew Karpyshyn – Mass Effect: Podniesienie

„Ludzkość wyrwała się z okowów Ziemi, ale nie odnalazła oblicza Boga. Zamiast niego odkryła galaktyczną społeczność. Jeśli chciała przetrwać, musiała się adaptować i ewoluować.

Mała Gillian Grayson. Nieprzydatna do czasu odkrycia jej zdolności: biotycznego potencjału większego niż u dzieci objętych Projektem Pdniesienie. Większego niż wszystko, z czym dotąd zetknęli się naukowcy.

W walce o wyniesienie Ziemi i jej mieszkańców ponad inne rasy, Gillian znaczy teraz wszystko – jako narzędzie. I nic, jako istota.

Na szczęście jest ktoś, kto w jej obronie gotowy jest rzucić wyzwanie wrogom i przeciwnościom losu. Tylko czy to wystarczy?

Agenci Cerberusa są wszędzie. Jeśli Człowiek Iluzja czegoś chce – Człowiek Iluzja to dostaje.”

Tak jak Objawienie sprawiało wrażenie sourcebooka z doczepioną opowiastką, tak Podniesienie to pełnoprawna opowieść. Tę książkę czyta się tak, jakby stanowiła wątek poboczny z samych gier. Jest trochę budowania świata (fani Quarian dostaną sporo ciekawych informacji), wartka akcja, strzelaniny z barwnymi opisami (efekty strzałów niektórych broni dużo bardziej pasują do kategorii 18+ niż zawartość gier) oraz kombinowania, kto stoi po czyjej stronie. Z ciekawostek muszę wymienić, że ze znanych z serii miejsc odwiedzimy akademię Grissoma oraz Omegę. W dialogach przewijają się Zbieracze, którzy są jeszcze postrzegani jako pogłoska. Protagonistką jest ponownie Kahlee Sanders, a czas akcji to przedział między Mass Effect, a Mass Effect 2. Przez całość idzie się jak burza.

Jeśli miałbym wymieniać jakieś problemy, to byłyby to dwie rzeczy, które są takimi bzdurami, że przeczą sobie nawzajem. Po pierwsze – mniej opisów mechanizmów rządzących uniwersum sprawia, że osoby, które jakimś cudem zaczynają znajomość z ME od tej książki, mogą się poczuć zostawione w tyle. Natomiast te opisy, które zawarto, są idealną pożywką dla osób zaznajomionych z grami, bo dzięki nim oczyma wyobraźni widać szemrane uliczki Omegi lub zimne i wyrachowane spojrzenie Człowieka Iluzji. Po drugie – żałuję, że nie mogłem przeczytać tej książki PRZED Mass Effect 2. Fakt – Nie czułbym tej swojskości wymienionych elementów, ale stopniowe wprowadzanie rzeczy typu Zbieracze, Człowiek Iluzja, akademia Grissoma, flota Quarian wypadają lepiej, gdy Podniesienie czyta się między grami.

Kończąc ten wpis: jeśli Mass Effect 2 to Twoja ulubiona gra w serii (albo całość to ulubiona seria), ta książka jest obowiązkowa. Jeśli jeszcze nie grałeś w ME2, ale w ME już tak – lektura również warta uwagi. Jeśli to Twoja pierwsza styczność z tym światem, Podniesienie porusza raptem ze 3 aspekty z naprawdę bogatego tła. Dobry punkt do rozpoczęcia, ale nie najlepszy. Moja ocena: 5-.

P.S. Okładka jest głupawa. W dialogach przewijają się wzmianki o Gethach, ale ich samych nie ma tu wcale.

niedziela, 7 marca 2021

Ewelina Domańska – itakjuzniezyjesz.com

„Nie chcesz żyć dłużej, ale jeszcze się wahasz? Pomożemy ci podjąć decyzję. Nie wiesz, jak to zrobić? Wybierzemy za ciebie. Przygotujemy plan. Co jednak, jeśli się rozmyślisz?

Jego życie było bajką, która jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamieniła się w niekończący koszmar. Rozwiązanie problemów znalazło go samo, proste i ostateczne, kiedy zza wycieraczki samochodu wybrał reklamę strony dla samobójców. Czy postanowi skorzystać z usług reklamodawcy? Kim są adminitratorzy https://itakjuzniezyjesz.com? Odpowiedź wcale nie jest oczywista.”

W trakcie lektury na myśl przychodzą dwa skojarzenia. Pierwszym są książki Dana Browna, bo kartki przerzuca się w tym samym tempie, drugim trylogia Millennium Stiega Larssona (kolejnych odsłon nie czytałem, więc odnoszę się tylko do tych autorstwa Larssona) przez wzgląd na hakerską warstwę, śledztwo w internecie oraz kilka innych aspektów, o których nie napiszę, bo zahaczają o spoilery. Nieustannemu pochłanianiu lektury sprzyja konstrukcja poszczególnych rozdziałów. Wyglądają tak, jakby każdy został napisany w całości, przecięty w pół, a druga połowa połączona z pierwszą następnego. U mnie rezultatem była reakcja: No cholera, nie mogę skończyć w TAKIM miejscu.

Niestety, działa to też na niekorzyść opowieści. Sporadycznie, ale jednak, zdarzyło się, że po takim zawieszeniu wydarzeń wpadałem w następny rozdział, a ten nagle spowalniał tempo z efektem tira wjeżdżającego w ścianę na pełnej prędkości. I tym samym z wartkiej akcji byłem rzucany np. w opis tłumu sunącego przez Walmart. W dalszej części historii, gdy główny bohater jest zdany na siebie, pojawiają się dwa wątki, które co prawda są uzasadnione i powiązane odpowiednio z resztą fabuły, ale gdzieś z tyłu głowy wierciła się myśl, że dałoby się je wywalić i przynajmniej zaoszczędzić jazdy po sumieniu czytelnika bez specjalnej straty dla pozostałych wydarzeń.

Kolejnym niuansem, do którego musiałem się przyczepić, jest napięcie. Bańka pękła właśnie gdzieś w okolicach wspomnianego samodzielnego pobytu Adriana tu i tam. Do tego momentu jeszcze je odczuwałem, ale potem miałem wrażenie, że nieważne, co się stanie, głównym postaciom nic nie grozi, że są już na prostej do zakończenia. Tego przekonania nie były w stanie zmienić ani kolejne zgony, ani postrzelenia.

Pozostaje jeszcze kwestia zakończenia. Dla mnie jest ciut za otwarte. Ponownie odniosę się do trylogii Millennium, a w zasadzie jej pierwszego tomu, który na spokojnie da się czytać jako samodzielną powieść. Dopiero jak już się zacznie drugi tom, „trzeba” skończyć go razem z trzecim. Tutaj miałem trochę z pierwszego Millennium, zakończenie z drugiego i teraz wypada czekać na trzecie.

No dobra, ponarzekałem sobie, ale muszę podkreślić, że większość ględzenia wynika z licznych skojarzeń. Itakjuzniezyjesz czytało mi się dobrze. Fajny pomysł, przyzwoite (przeważnie) tempo i jakaś zagadka, która potrafi zaangażować, a której przydałaby się jedna wskazówka więcej, żeby czytelnik nie musiał czekać, aż bohaterowie podsuną rozwiązanie. Moja ocena: 4.

niedziela, 15 listopada 2020

Alex Irvine – Tom Clancy’s The Division: Skoro świt

“W Nowym Jorku w Czarny Piątek wybuchła niszczycielska pandemia, która doszczętnie zrujnowała Stany Zjednoczone.

Kilka miesięcy później cywilizacja zaczyna się odradzać. Nadchodzi wiosna. Ludzi przepełnia nadzieja; łączą się w grupy, tworzą osady i próbują ułożyć sobie życie. Ponieważ rząd nie istnieje, a cała nowoczesna infrastruktura jest zniszczona, tylko Division – niezależna jednostka tajnych agentów pojawiających się dopiero wówczas, gdy zawiedzie wszystko inne – chroni ludzi przed żądnymi krwi drapieżnikami, śmieciarzami i wszystkimi, którzy tylko czekają, by wykorzystać naiwnych i słabszych.

Aurelio Diaz jest agentem Division i człowiekiem honoru. Ściga jednego z kolegów, który w niewyjaśnionych okolicznościach porzucił służbę, przyczyniając się do śmierci wielu cywilów.

April Kelleher opuszcza Nowy Jork, by dotrzeć na niespokojny Środkowy Zachód. Ma nadzieję, że znajdzie tam wyjaśnienie zagadki morderstwa swojego męża i dowie się, czy rzeczywiście istnieje panaceum na śmiertelną zarazę.”

Darowałem sobie ostatni akapit opisu fabuły, bo moim zdaniem jest to już za dużo detali (żeby nie powiedzieć: bezczelny spoiler finału książki). Akcja to przede wszystkim wydarzenia pomiędzy pierwszą, a drugą częścią komputerowych odsłon The Division. Oprócz głównego wątku zawarto krótkie streszczenie wydarzeń z różnych części kraju zarówno z początku pandemii, jak i okresu po eskalacji. Dzięki takiemu zabiegowi jako osoba, która ukończyła fabułę obu części, miałem pełniejszy obraz wydarzeń, a informacje zawarte w powieści wskazują również na to, co ma się wydarzyć w Warlords of New York – dodatku do The Division 2.

Na samym początku tempo jest dość powolne, dopiero po około 100 stronach zauważalnie przyśpiesza, a końcówka pędzi na złamanie karku. Autor miał dobrego konsultanta lub może sam grał w The Division, gdyż wszelkiego rodzaju szczegóły dotyczące stricte przedstawionych realiów oddał bardzo dobrze. Do tego stopnia, że poszczególne potyczki bardzo łatwo wyobrazić sobie w kontekście produkcji komputerowych (no może pomijając brak wrogów wchłaniających kule jak gąbka wodę oraz systemu łupów).

Czepię się dwóch rzeczy. Po pierwsze: wspomniany powolny początek. Jest szansa, że może zniechęcić do dalszego czytania. Na dzień dobry otrzymujemy cały zestaw postaci, których nie kojarzy się nawet po ukończeniu pierwszego The Division i gdyby nie wydarzenia oraz opis miast, ciężko byłoby się wczuć w klimat z gry. Po drugie zakończenie: odniosłem wrażenie, że po finałowej demolce zabrakło jakiegoś bardziej naturalnego przejścia między rozdziałami, przez co przeskok do ostatniego jest gwałtowny, a do tego sam koniec wydaje się urwany. Nie wiem, może ma to zachęcić do natychmiastowego rozpoczęcia rozgrywki w The Division 2 (bo faktycznie jesteśmy niemal od razu rzucani do Waszyngtonu, który był ostatnim miejscem w powieści), z drugiej chciałoby się dokończenia wątków przynajmniej dwóch postaci, jakie się przewinęły.

Niemniej jednak Skoro świt to fajne czytadło wypełnione klimatem z gry. Nie zdobędzie żadnych nagród literackich, ale fanom powinno zapewnić przyzwoitą rozrywkę. Moja ocena: 4.

niedziela, 5 kwietnia 2020

Stephen King – Mroczna połowa

„Sensacja wśród wielbicieli krwawych kryminałów! George Stark, ich ulubiony twórca bestsellerów, nie istnieje, a pod tym pseudonimem ukrywał się dotychczas Thad Beaumont – autor ambitnych powieści psychologicznych! Stark nie zamierza jednak zniknąć. Jako mroczna połowa duszy Beaumonta prześladuje wszystkich, których uważa za winnych ujawnienia jego tajemnicy. Mnożą się niewyjaśnione i przerażające wypadki.”

Do tej książki przymierzałem się mniej więcej od połowy lat ’90, kiedy to a) jako dwunastolatek odkryłem Kinga, b) przeczytałem artykuł o komputerowej adaptacji tej powieści w Świecie gier komputerowych. Akurat w lutym czekało mnie kilka dni przymusowego „urlopu” w szpitalu. Wiedziałem, że coś z mojej półki wstydu trzeba będzie nadgonić i padło na The Dark Half.

Gdy czytam niektóre książki Kinga, odnoszę wrażenie, że tak naprawdę udało mu się kilka, a reszta to taśmowa produkcja, która jedzie na nazwisku. Tytułem, który serdecznie odradzam wszystkim i uważam za straszny badziew w wykonaniu Stephena, są Oczy smoka. Z kolei średniakiem, przy którym ziewało mi się co kilka stron, jest Buick 8. Mroczna połowa wpisuje się w tę drugą kategorię.

Na początku wydawało mi się, że będę miał do czynienia z czymś w rodzaju Jekylla i Hyde’a, ale nie, tytułowa mroczna połowa objawia się w zupełnie inny, całkiem banalny i nie powodujący u mnie emocji sposób. King nie pozostawia miejsca na domysły i nie bawi się w subtelności: bardzo szybko wiadomo kto i za co jest odpowiedzialny, po co to robi i jak może wyglądać ostateczna konfrontacja. W zasadzie tylko ta ostatnia stawia pod znakiem zapytania, kto wyjdzie z niej żywy. I mam tu na myśli dosłownie jedną postać poboczną. Cała reszta jest napisana tak bezpiecznie, że czytelnik nie musi obawiać się o losy pozostałych osób. Nie pomaga też to, że pewna część związana z wizjami notorycznie kojarzyła mi się z inną książką tego samego autora: Martwą strefą. Jedynym względnie szokującym elementem są zbrodnie popełniane przez mordercę (ewentualnie ślimacze tempo niektórych rozdziałów, ale to już osobna bajka).

Mroczna połowa to czytadło, które nie potrafiło utrzymać mnie w napięciu. Rozwój akcji był zbyt oczywisty, żeby udało się to osiągnąć, a do tego bez sensu spowalniany. Nadaje się jako przerywnik między innymi lekturami, ale nawet wśród czytadeł nie jest to priorytetowa pozycja. Moja ocena: 3.