Pokazywanie postów oznaczonych etykietą short. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą short. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 kwietnia 2023

Werewolf by Night

Pewnej nocy członkowie tajnego bractwa łowców potworów zbierają się, żeby pożegnać swojego przywódcę. Następcą zostanie ten, kto pokona pozostałych oraz potwora ganiającego z artefaktem na plecach po labiryncie.

Werewolf by Night podobnie jak The Guardians of the Galaxy Holiday Special stanowi odcinek specjalny stworzony na potrzeby TV/streamingu. Nie czytałem żadnego z komiksów o marvelowych wilkołakach, ale postanowiłem obejrzeć film przez wzgląd na bliską memu sercu tematykę. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało się zrealizować taki projekt, ale cieszę się, że powstał. Otrzymujemy typowo marvelową naparzankę w klimacie staro szkolnych horrorów. Od razu trzeba nastawić się na jedno: akcji jest więcej niż horroru, fabuła nie jest wymagająca, a seans trwa około 50 minut. Największą zaletą jest warstwa wizualna. Od charakteryzacji, przez rekwizyty, kostiumy i lokacje, po efekty typu mgła. Wszystko zalatuje starymi tytułami pokroju Frankensteina i Wolf Mana, co dla niektórych będzie ucztą, a dla innych tylko ciekawostką.

Akcja mimo prostej konstrukcji stara się zaskoczyć widza w paru miejscach, choć trzeba podkreślić, iż przynajmniej pierwsza taka próba jest oczywista do tego stopnia, że bardziej się chyba nie da. Autorzy podeszli osobliwie do dawkowania przemocy. Nawalanka ma miejsce przez większość seansu, jednak o ile pierwsze spotkania dałoby się wmontować bez problemu do Power Rangers, o tyle im bliżej końca, tym więcej sztucznej krwi leje się z ekranu. Wręcz do tego stopnia, że w finale zastanawiałem się, czy na pewno oglądam jeszcze współczesnego Marvela (W 1998, w czasach pierwszego Blade’a nie zdziwiłbym się). To ostatnie ma nie lada znaczenie, bo nie tylko stanowi część oficjalnego kanonu MCU, ale także dorzuca do niego postać Man-Thing (którego obecność może w przyszłości namieszać, jeśli ktoś go weźmie pod uwagę).

WbN to przyjemny akcyjniak podlany grozą i choć weteranów straszydeł nijak nie zaskoczy, ani nie przestraszy, pozostaje jedną z najbardziej oryginalnych produkcji w czwartej fazie MCU, dzięki czemu nie zostawia nas z poczuciem zmarnowanego czasu. Moja ocena: 4-.

sobota, 8 kwietnia 2023

The Guardians of the Galaxy Holiday Special

Kraglin opowiada Draxowi i Mantis o tym, jak Yondu rzekomo zepsuł święta Peterowi, który od tamtej pory ich nie obchodzi. Mantis postanawia, że w tym roku uratują święta specjalnie dla Star Lorda. Jak? Przywiozą mu największego bohatera ludzkości! Człowieka, który ratuje miasta tańcem, a łotrów pokroju Jasona Voorheesa zjada na śnadanie – Kevina Bacona! Tutaj zaczyna się cała heca, bo po pierwsze: Mantis do pomocy bierze tylko Draxa. Po drugie: żadne z nich nie wie, gdzie na Ziemi mieszka Kevin. Po trzecie: żadne nie wie, jak zachować się na Ziemi (co nie przeszkadza im imprezować na całego). Po czwarte... no to już wynika z różnic między tym, kim Kevin Bacon jest, a jak go przedstawił Peter.

Tytuł w zasadzie doskonale oddaje to, czym jest Holiday Special. Taki czterdziestominutowy (i co śmieszniejsze kanoniczny) spinoff lub odcinek serialu.. bez serialu. Historia jest lekka, zabawna, głupawa i nadaje się akurat na krótkie, relaksacyjne posiedzenie przed telewizorem z drinkiem w ręku. Jeśli coś przykuwa uwagę, to Knowhere, które w świątecznym wydaniu robi wrażenie. Aktorsko i muzycznie jest tak samo, jak w dużych filmach o Strażnikach.

W trakcie seansu zazgrzytały mi dwie rzeczy. Jedną jest robienie tajemnicy z tego, że Mantis to przyrodnia siostra Quilla. Serio? Nawet średnio rozgarnięty widz mógł wpaść na ten pomysł po seansie Guardians of the Galaxy Vol. 2, pomimo iż nigdzie taki tekst się nie przewija. Po drugie (takie humorystyczne czepianie się) Kevin Bacon jako Kevin Bacon. Nie wiem, na ile autorzy byli świadomi, ale importowali pana Bacona wraz z całą jego filmografią do uniwersum. Dla tych, co nie ganiają na każdy film o trykociarzach, Kevin grał w X-Men: First Class. Jeśli MCU czasowo leci równolegle do nas, to w tym uniwersum również miało miejsce przed pojawieniem się mutantów. Raczej nikt tego szczegółu nie uwzględni (no może Deadpool), ale ciężko mi było nie parsknąć śmiechem po uświadomieniu sobie.

Z jednej strony to fajne, że jeszcze można trafić w MCU na twory, które nikogo nie osądzają, nie moralizują, tylko opowiadają historię, po której można poczuć się lepiej. Z drugiej szkoda, że to pojedyncze sztuki. Moja ocena: 4.

niedziela, 4 grudnia 2016

DC Showcase

Pod tym tytułem kryje się seria krótkich filmów prezentujących niektóre z postaci z uniwersum DC, które, jak twierdzą autorzy, nie miałyby szans na samodzielny film (co jest o tyle ironiczne, że jedna z nich doczekała się własnego serialu). Shorty nie są powiązane z niczym konkretnym (może oprócz Catwoman). Mają raczej za zadanie przedstawić specyfikę danej postaci. Jak wyszło? O tym poniżej.


DC Showcase: The Spectre


Zacznijmy od tego, kim jest tytułowe widmo. W pierwszej wersji Spectre zamieszkiwał ciało Jima Corrigana, który został zabity przez gangsterów. Jednak zamiast pozostać martwym, wrócił do życia jako „nosiciel” widma. Sam bohater jest duchem zemsty, zabijającym zbrodniarzy (skojarzenia z postaciami pokroju Kruka i Ghost Ridera są jak najbardziej na miejscu) i na przestrzeni lat był związany z wieloma osobami (wliczając w to Hala Jordana, który chciał odpokutować swoje zbrodnie), jednak na potrzeby shortu wykorzystano setting z Corriganem.

Osią fabuły jest morderstwo producenta filmowego. Pracujący dla policji Jim pojawia się na miejscu zbrodni, ale nie jako detektyw prowadzący śledztwo, lecz z powodu telefonu przyjaciółki (będącej córką zamordowanego).

Pomimo, iż zarys fabularny jest banalny, sam short to takie małe dzieło sztuki. Animacja jest pierwszorzędna, a moce Spectre pozwalają na kreatywnie zrealizowane sceny. W trakcie mszczenia się na mordercach znajdziemy sporo nawiązań do prawdziwych klasyków pokroju Christine, Nocy żywych trupów, czy nawet Egzorcysty. Muzyka rewelacyjnie oddaje klimat lat siedemdziesiątych, albo tworzy atmosferę rodem z twórczości Johna Carpentera, w zależności od sceny. Kolory są jaskrawe, ale stonowane i nie rażą w oczy. Na całość nałożono filtr dodający efekt starej taśmy filmowej. Widowisko zamknięto w mniej więcej dwunastu minutach.

Pierwotnie The Spectre był jednym z dodatków płytowego wydania Justice League: Crisis on Two Earths. Później trafił w wersji rozszerzonej do antologii DC Showcase Original Shorts Collection. Jeśli będzie mieć okazję obejrzeć The Spectre, koniecznie to zróbcie. To jedne z najlepiej zrealizowanych, najbardziej dynamicznych i efekciarskich dwunastu minut poświęconych bohaterowi komiksowemu, jakie w życiu widziałem. Moja ocena: 5.


DC Showcase: Jonah Hex


Jonah Hex jest chyba jedną z najbardziej przyziemnych postaci w uniwersum DC. Nie licząc charakterystycznie przeoranej gęby nie wyróżnia się w zasadzie niczym. Ot, zwykły, dobry w swoim fachu łowca nagród na dzikim zachodzie.

Ten short pierwotnie znalazł się w dodatkach do Batman: Under the Red Hood. Później, podobnie jak The Spectre, trafił do tej samej antologii w wersji rozszerzonej, trwającej około 12 minut. W opowiadanej historii obserwujemy Jonah Hexa, który goni za bandytą znanym jako Red Doc. Ten ostatni miał wątpliwe szczęście natknąć się na Madame Lorraine, ale nawet po śmierci jest coś wart, a Hex nie odpuszcza.

Od razu zaznaczę, że nie jestem wielkim fanem westernów, a niniejsza odsłona DC Showcase to western pełną gębą. Jest ponuro, brutalnie, efekciarsko. Główni aktorzy (Thomas Jane, Punisher z filmu z 2004 roku, jako Hex oraz Linda Hamilton jako Madame Lorraine) idealnie wpasowują się w stworzone realia. Jak w saloonie ma być bójka – jest bójka. Jak ma się lać alkohol – leje się alkohol. Całość ogląda się naprawdę dobrze, ale nie robi takiego wrażenia jak The Spectre. W związku z czym moja ocena to: 4. No chyba że przez wzgląd na niespecjalne lubienie gatunku umyka mi coś, co podnosi wartość Hexa, wtedy można rozważyć inny wynik końcowy.


DC Showcase: Green Arrow


Postać Olivera Queena została ostatnimi czasy spopularyzowana dzięki serialowi Arrow (choć znajdą się tacy, którzy będą przypisywać to interpretacji ze Smallville). Natomiast jej korzenie sięgają roku 1941, gdy była wypadkową inspiracji Robin Hoodem i serialem (nie w takim pojęciu, jakiego współcześnie używamy) The Green Archer. Niniejsza odsłona DC Showcase przedstawia interpretację bliższą innym animowanym wersjom Olliego oraz komiksom, więc fani Arrow nie powinni oczekiwać niczego w stylu: You have failed this city! Pierwotnie animacja była dodatkiem do Superman/Batman: Apocalypse, a potem jak wyżej.

Oliver Queen (ciekawostka, w tej roli Neal McDonough, czyli Timothy “Dum Dum” Dugan z Kapitana Ameryki oraz Agentki Carter, a także Damien Darhk z Arrow) jedzie na lotnisko, aby odebrać Black Canary. Przy okazji chce się jej oświadczyć. Na miejscu dochodzi jednak do zamachu na dziesięcioletnią księżniczkę, będącą ostatnim potomkiem króla Vlatavy. Jednym z zamachowców jest Merlyn.

Green Arrow to taki niezobowiązujący akcyjniak. Jakość wykonania stoi na tym samym poziomie, co u poprzedników. W dialogach padają zabawne aluzje do nazwy i pochodzenia bohatera, a całość zamyka się w dwunastu minutach (w wersji rozszerzonej). Short jest bardzo przyjemną odskocznią od serialowego Arrowa, który wielokrotnie zachowywał się, jak osoba cierpiąca na syndrom kija w dupie. Polecam go zwłaszcza osobom, które do tej pory ograniczały się tylko do produkcji CW. Może w ten sposób ujrzą bohatera w innym (moim zdaniem lepszym) świetle. Moja ocena: 4.


Superman/Shazam!: The Return of Black Adam


Skrócona origin story Billy’ego Batsona, znanego obecnie jako Shazam. Skrócona nie oznacza krótka, bo The Return of Black Adam to jednocześnie najdłuższy (póki co) z shortów, trwający 22 minuty. Co ciekawe, nie pojawił się wcześniej przy żadnym z filmów. Znajdował się wyłącznie w antologii DC Showcase Original Shorts Collection (odnosi się wręcz wrażenie, że stał się pretekstem do stworzenia tejże).

Poziom animacji oraz udźwiękowienia jest równie wysoki, co w poprzednich produkcjach. Zważywszy na czas trwania filmu, otrzymujemy sporo akcji i nieco demolki. Niestety, tu odnosi się wrażenie, że starano się zaoszczędzić, bo niszczenia otoczenia jest naprawdę mało, a postaci w tle jeszcze mniej. Jest to o tyle kuriozalne, że w pierwszej scenie Billy mija chyba większość swoich sąsiadów. Natomiast gdy dochodzi do starcia między Shazamem, a Black Adamem w centrum miasta – to jest podejrzanie puste dokładnie do momentu, w którym Adam potrzebuje zakładnika. Przestrzeń między budynkami zamiast nieba zawiera biel. Może chodziło o to, by widz skupiał się na właściwej walce? Nie wiem. Wiem natomiast, że pomimo dostrzeżenia tych braków niniejszy film oglądało mi się naprawdę dobrze. Oprócz fanów animacji DC film mogę polecić osobom, którym koncept Shazama wydaje się zbyt egzotyczny, by zagłębiać się w komiks, ale na tyle ciekawy, by dowiedzieć się czegoś więcej. Moja ocena: 5-.


DC Showcase: Catwoman


Kolejne dziwadło na tej liście. Z jednej strony Catwoman należy do serii Showcase, z drugiej – nie ma jej w antologii. Ten short znajduje się wyłącznie w dodatkach do Batman: Year One. Powód jest dość prozaiczny. Zamiast przedstawienia specyfiki, albo historii pochodzenia, Catwoman jest bezpośrednią kontynuacją wątku tej postaci (w tej roli ponownie Eliza Dushku) z filmu, do którego ją dołączono. Osią fabuły jest śledztwo w sprawie przemytu, a wbrew ksywce gangstera – Rough Cut – nie chodzi o diamenty.

Przywrócono krótki format opowieści. Całość zamyka się w piętnastu minutach wyładowanych akcją, akcją i jeszcze raz akcją z minimalną dozą erotyzmu. Od tej strony shortowi nie da się nic zarzucić – zrealizowano go po mistrzowsku (animacja, kolory, udźwiękowienie, aktorstwo), a i na brak różnorodności scen nie da się narzekać. Zasadniczo problem jest jeden – jeśli spodziewasz się czegoś więcej, niż pościgów, strzelania i mordobicia, Catwoman może ci się nie spodobać. Przyznaję, że po lekturze typu: Catwoman: When in Rome, albo Catwoman: Trail of the Catwoman zawód jest jak najbardziej uzasadniony. Jeśli jednak patrzeć na ten film wyłącznie jako akcyjniak, jest to przyjemnie spędzony czas. Moja ocena: 4+.

środa, 25 lutego 2015

Batman: Gotham Knight

GK, podobnie jak Animatrix, stanowi antologię krótkich filmów. Ich akcja ma miejsce w Nolanverse, między Batman Begins, a Dark Knight. Pomysł dość nietypowy, ale na pewno przyciągający uwagę, zwłaszcza, jeśli z opowieści o Batmanie lubi się wyłącznie filmy Nolana.

Have I Got a Story for You

Czwórka dzieciaków spotyka się w skate parku. Troje z nich widziało Batmana ścigającego człowieka w czerni przy różnych okazjach i dzieli się swoimi opowieściami z czwartym. Każdy dzieciak interpretuje go inaczej. Dla jednego był niczym żywy cień, dla drugiego facet z ogromnymi skrzydłami nietoperza.

Tutaj dochodzę do najważniejszego – wyglądu. Niezależnie od tego, czy jesteśmy w teraźniejszości, czy w opowieści któregoś z małolatów, postacie są dość pokraczne, co nie każdemu może się spodobać, mimo iż animacji nie da się nic zarzucić. Ogólnie rzecz biorąc: sympatyczny początek antologii, choć przez wzgląd na warstwę wizualną – nie dla każdego. Moja ocena: 4-.

Crossfire

Człowiek w czerni – Jacob Feely - został pojmany. Policjanci Crispus Allen i Anna Ramirez zostali wybrani przez Jamesa Gordona, by odstawić go do Arkham Asylum. O dziwo, to droga powrotna będzie obfitować w niespodzianki.

Tym razem otrzymujemy animację w stylu anime (ale z zachowaniem proporcji postaci), co również nie każdemu przypadnie do gustu. Największą różnicą jest jej zastosowanie. W Story wygląd postaci i przedstawienie akcji były uzupełnieniem kontekstu całej historii. Tutaj nie ma miejsca na interpretację, jest monumentalna sylwetka Batmana i akcja w świetle płomieni i krwi spływającej z obitych mord bandytów. Całości towarzyszy upiorna muzyka, a po seansie zostaje pewność, że po tej odsłonie gacka młodsi widzowie mogą mieć koszmary. Co nie zmienia faktu, że to dobry, nastawiony na akcję short, którego powinni spróbować nawet przeciwnicy anime. Moja ocena: 4.

Field Test

Kolejny short w stylu anime. Lucius Fox i Bruce Wayne testują nową zabawkę. Po testach Bruce bierze urządzenie ze sobą i udaje się na charytatywny turniej golfa, w którym udział bierze także developer Ronald Marshall. Istnieje podejrzenie, że aktywistka, która chciała zablokować budowę jego nieruchomości, zginęła z jego polecenia.

Pomimo stylu podobnego do poprzednika, da się zauważyć różnice w projektach postaci. Bruce jest mniejszy niż poprzednio, a jego kostium przywodzi trochę na myśl coś, co widziałem dawno temu w komiksie Batman vs. Predator.

Animacja jest jak zwykle pierwszorzędna, ale opowieść już nie do końca. Odnosi się wrażenie, że ktoś nie mógł się zdecydować, na czym ma się skupiać, a do tego chciał upchać za dużo informacji w tak krótkiej formie. Rezultatem jest szybkie przewinięcie się przez seans i zostawienie widza z wrażeniem typu: e tam. Moja ocena: 3.

In Darkness Dwells

Policja otrzymuje wezwanie do katedry, w której wybuchły zamieszki podczas kazania kardynała O’Fallona. Pada podejrzenie, że ich przyczyną może być toksyna Scarecrowa z Batman Begins.

Tym razem otrzymujemy animację w stylu zachodnim, zaś projekty postaci i innych rzeczy starają się trzymać specyfiki wyznaczonej przez filmy Nolana. Bardzo fajnym akcentem jest zaadaptowanie przeciwnika Batmana, którego nie było w filmach – Killer Croca. Całość jest wypełniona posępnym klimatem, świetną animacją i dość niepokojącymi obrazami (jednym ze zobrazowanych miejsc jest podziemny system transportu zwłok). Podsumowując, mini epizod, którego nie powstydziłaby się The Animated Series, gdyby go do niej dorzucić. Moja ocena: 4.

Working Through Pain

Kontynuacja poprzedniego shorta. Postrzelony Batman przemierza kanały Gotham. Jego wędrówkę wypełniają ból i wspomnienia z nim związane.

Za ten film odpowiedzialne jest to samo studio, co w przypadku pierwszego. Zaskakująca jest jednak obrana stylistyka. Trochę kojarząca się z anime, trochę z zachodnią animacją i do tego naśladująca wygląd Nolanverse. Zaiste, wybuchowa kombinacja. Ogląda się to całkiem przyjemnie, choć bez rewelacji, taki tam wypełniacz. Moja ocena: 3+.

Deadshot

Short poniekąd kontynuujący wątki dwóch poprzednich. Podczas analizy broni znalezionej w Working Through Pain, Bruce'a nachodzą wspomnienia śmierci rodziców. Zgodnie z tytułem pojawia się tu także kolejny charakterystyczny łotr – Deadshot. Na deser dostajemy (wreszcie) rozwiązanie jednego z wątków z Field Test.

Kreska powraca do stylu zachodniego (za ten film odpowiedzialne jest to samo studio, co przy In Darkness Dwells). Ciekawy jest design, który tutaj kojarzy się tak z filmami Nolana, jak i Burtona. Natomiast sama opowieść, podobnie jak poprzednie dokonanie studia, mogłoby (ponownie) spokojnie stanowić część TAS, tyle że silącą się na większy realizm i nieco cięższą w odbiorze. Moja ocena: 4.

* * *

Na sam koniec kilka uwag do Gotham Knight, jako całości. To dobra antologia, z którą powinien zapoznać się każdy fan Batmana, a już na pewno tego w wydaniu Nolana. Ciekawe jest to, że we wszystkich filmach Bruce’owi głos podkłada Kevin Conroy, czyli Batman przede wszystkim z The Animated Series. I chyba po raz pierwszy mam ku temu obiekcje. Dobrze, że nie charczy, jak Bale, ale z drugiej strony jego gra jakoś mi do Nolanverse nie pasowała. Pewnie się czepiam, ale napisać musiałem. Ocena dla całości: 4-.

sobota, 18 maja 2013

So say we all!

Battlestar Galactica (1978)


W latach '70 wielu producentów próbowało skorzystać z sukcesu Star Wars. Od bezczelnych plagiatów, przez tytuły inspirowane filmem Lucasa, po projekty całkowicie autorskie, byle w konwencji s-f. Pomysł na BSG powstał przed Gwiezdnymi wojnami, jednak do jego realizacji doszło później. Serial opowiada historię ludzi, których kolonie na wszystkich planetach zostają zniszczone przez rasę robotów – Cylonów. Te ostatnie są wytworem jaszczuropodobnych istot o tej samej nazwie. Niestety jaszczurkom nie poszczęściło się, bo ich własny twór przyczynił się do ich zagłady, a teraz obrał sobie nowy cel.

Resztki ludzkości wskoczyły na pozostałości gwiezdnej floty i ruszyły w poszukiwaniu planety znanej z ich mitologii – Ziemi. Na czele tego konwoju leci ostatni ocalały statek klasy  battlestar: Galactica.

Główną osią opowieści jest przetrwanie tego, co zostało z ludzkości. Na porządku dziennym są problemy z zaopatrzeniem, potyczki ze ścigającymi Cylonami, czy przygody na planetach odwiedzanych po drodze. Ludzie starają się prowadzić jak najnormalniejsze życie w tych ekstremalnych warunkach: zawierają związki, planują przyszłość, oddają się rozrywkom (pyramid i triad). Uroczy w tym wszystkim jest klimat lat 70/80, które s-f wyobrażały sobie i realizowały tę wizję po swojemu (projekty ubrań, akcesoriów, wystrojów, efekty specjalne, czy „kartonowe” Vipery). Aktorstwo na samym początku może się wydawać nieco sztywne, ale potem jest coraz lepiej. Postacie również z pompatycznych robią się bardziej przyziemne i wyraziste.

Problemem jest to, że co kilka odcinków pojawia się jakaś zwyczajnie nudna zapchajdziura, która skutecznie spowalnia rozwój akcji. Pod sam koniec mało jest też samych Cylonów, a szkoda. Największą wadą jest jednak to, że tak naprawdę ten serial nigdy nie doczekał się kontynuacji, bo 21 odcinków pierwszego sezonu nie stanowi zamkniętej całości. Jeżeli jednak ktoś lubi oldschoolwe s-f, to Battlestar Galactica jest zdecydowanie warty uwagi. Moja ocena: 4.


Galactica 1980


Od samego serialu ciekawsze są chyba historie z nim związane. Po przerwaniu poprzednika Galactica 1980 została zrealizowana jako spinoff i kontynuacja. Spinoff, gdyż niewiele oryginalnych postaci powróciło, a kontynuacja, gdyż flota dotarła wreszcie do Ziemi. Żeby było zabawniej, edycja DVD miała zmieniony opening oraz tytuł z Galactica 1980 na Battlestar Galactica, sugerując tym samym bycie drugim sezonem.

Tak więc flota dryfuje w okolicach naszej planety. Troy i Dillon, nowy duet awanturników, stara się poznać ziemskie zwyczaje, wspomóc technologią itd. Z tymże problemów z tym pomysłem jest od cholery i jeszcze trochę. Po pierwsze – nie zgadza się okres, w którym rozgrywa się serial. W BSG 1978 bohaterowie natrafiają na transmisję lądowania Apollo na księżycu (1969) po kilku miesiącach podróży, natomiast G1980 zaczyna tekst mówiący, że podróż trwała 30 lat i na Ziemię flota dotarła w 1980. Może (podkreślam – może) jest to związane z innym durnym pomysłem, który przewinął się przez ten serial – podróże w czasie. Skoro tutaj mogli podróżować, to dlaczego nie cofnęli się i nie powstrzymali stworzenia Cylonów? Do tego dochodzą tak słabe wynalazki jak latające motory. Troy i Dillon za cholerę nie dorównują charyzmą Apollo i Starbuckowi. Ponadto poruszane problemy były strasznie poprawne politycznie. Odniosłem wrażenie, że na twórcach wręcz wymuszono, żeby show zawierał jakieś moralizatorstwo, bo co odcinek przewija się „lekcja” dla widza (wśród których przodują te banalne o ochronie środowiska i uczciwości). Niestety takie podejście sprawia, że może jako jakiś tam losowy serial s-f Galactica 1980 się sprawdza, ale z Battlestarem to ma wspólnych kilka postaci (policzę na palcach jednej ręki), motyw muzyczny i kilka statków. W zasadzie jedynym pozytywnym aspektem jest ostatni, dziesiąty odcinek: Return of Starbuck, który można obejrzeć bez reszty serialu. Poza tym nie polecam nikomu, traktować tylko jako ciekawostkę. Moja ocena: 1+.


Battlestar Galactica (TV miniseries)


Stworzona w 2003, określana jako początek Re-Imagined series. Jest to trwający trzy godziny pilot serialu, będącego współczesną wersją Batllestar Galactica z 1978. Pierwszą najbardziej zauważalną różnicą jest to, że Cylonów stworzyli ludzie. Po wojnie Cyloni wynieśli się z galaktyki zajmowanej przez ludzi i słuch o nich zaginął. Ale zgodnie z tekstem wyświetlanym na początku: wrócili i mają plan...

Jak na początek nowej serii, to jest on bardzo dobry. Zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie rośnie. Poza oczywistymi zmianami polegającymi na uwspółcześnieniu leciwego już widowiska, wprowadzono wiele innych. Pozmieniano postacie (np. Baltar nie jest już z założenia zły, Starbuck jest kobietą, a Saul Tigh zmienił kolor skóry), nacisk na poszczególne warstwy (jest dużo więcej wątków religijnych/mistycznych) oraz rozbudowano motywy związane z Cylonami. Klimat jest cięższy od pierwowzoru, bardzo często zahacza o ten rodzaj dramatu, który nie daje nadziei na poprawę sytuacji, za co należą się brawa, bo twórcy nie popadli przy tym w banał, czy zbędny patos  (choć i taki się trafi).

Do nowych aktorów i ich interpretacji postaci na pewno trzeba będzie przyzwyczajać, ale przeważnie jest to tak dobra robota, że widz szybko wyzbywa się niechęci. Nowe efekty specjalne są w porządku, zaś bitwy kosmiczne odpowiednio dynamiczne.

Poza zaprezentowaniem nowego wizerunku, zawarto także sporo smaczków dla ludzi znających oryginalną serię. Niektóre imiona stały się teraz pseudonimami (np. Lee „Apollo” Adama), motyw przewodni jest hymnem 12 kolonii, a oryginalni centurioni to pierwsza generacja Cylonów. Jeżeli ktoś zamierza zapoznać się z tą wersją Battlestar Galactica, bez TV Miniseries nie ma co podchodzić – pozycja obowiązkowa. Moja ocena: 5.


Battlestar Galactica (Re-Imagined)


Właściwy serial, zapoczątkowany przez miniserię powyżej, kontynuowany od 2004 roku.
O ile pierwsze dwa sezony są utrzymane w tym samym klimacie, co pilot oraz oryginalna seria, o tyle w dwóch kolejnych strasznie namieszano. Elementy metafizyczne występują w większej ilości, relacje między postaciami gmatwają się jak cholera, strony konfliktu zyskują nowe motywacje, a klimat robi się coraz cięższy (w czwartym sezonie naprawdę może odechcieć się dalszego oglądania). Mnie akurat się to podobało, choć zdaję sobie sprawę, że dla innych może być to argument przeciwko. Podobnie sprawa ma się z zakończeniem, które mnie osobiście satysfakcjonuje (mimo gorzko-słodkiego wydźwięku), ale znajdą się osoby, które poddadzą w wątpliwość jego sens. Do wymienionych wyżej smaczków należy dorzucić Richarda Hatcha (oryginalnego Apollo), który wraca w bardzo przewrotnej i świetnie zagranej roli.

Nowa BSG jest widowiskiem nie tyle sci-fi, co raczej o ludzkości próbującej trzymać się swoich ideałów w obliczu zagłady. Jednak nawet z takim podejściem należy przygotować się na jej bardzo specyficzną naturę, która może się podobać tak mocno, jak i odpychać. W moim przypadku BSG jest jednym z ulubionych seriali, miejscami ciężki w odbiorze i pozostawiający pewną pustkę po zakończeniu, ale wart tego, by do niego wracać. Moja ocena: 5+.


Battlestar Galactica: Razor


Razor opowiada historię rodem z jednego z odcinków z Re-Imagined series. Nie będę zagłębiał się w szczegóły, gdyż ciężko nie zahaczyć o spoilery, wiedzcie tylko, że zamieszana jest załoga Pegasusa (przedstawiana tak w chwili obecnej, jak i na początku wojny), a niektóre flashbacki sięgają czasów pierwszej wojny, gdy młody William „Husker” Adama śmigał viperem zestrzeliwując myśliwce Cylonów.

Ten film to przy okazji ogromna ilość fan service pod adresem wielbicieli oryginalnej serii. Można tu zobaczyć lekko podrasowane stare wersje statków tosterów, a także centurionów z tego okresu. Mimo wszystko klimat jest wciąż ciężki (zwłaszcza w scenach z placówkami Cylonów). Razor to także pewna filozofia, która spaja wszystkie warstwy filmu.

Jeżeli zaś chodzi o moment oglądania BSG:R, to najlepiej to zrobić po 17 odcinku drugiego sezonu. Niby sam film wyszedł jako zapowiedź czwartego sezonu, ale moim zdaniem wtedy to zdecydowanie za późno. Osobną sprawą jest oglądana edycja filmu. Wersja telewizyjna jest pozbawiona retrospekcji, które zostały wyemitowane jako osobna miniseria webisodów (sztuk 7) pod zbiorczym tytułem: Battlestar Galactica: Razor Flashbacks. Pozycję tę można sobie w zupełności pominąć, jeśli ma się dostęp rozszerzonej wersji Razora. Żeby było zabawniej, ta ostatnia nie jest jakoś specjalnie niedostępna, bo to po prostu edycja DVD/Blu-Ray. Wszystkie webisody zostały do niej wmontowane w odpowiednie miejsca.

Jedynym problemem, jaki można mieć z Razorem, to że bez serialu nie ma po co go oglądać (no może jeszcze na świeżo po, ale to też musztarda po obiedzie). Stąd też to wrażenie historii rodem z jednego z odcinków – Razor to nic innego, tylko dłuższy odcinek, bez którego serial da się oglądać, ale w drugą stronę (bez zaangażowania do momentu, w który Razor się wpasowuje) nie ma to takiego efektu. Moja ocena: 5-.


Battlestar Galactica: The Resistance


Kolejna seria (10 odcinków) webisodów, jednak w przeciwieństwie do Razor Flashbacks samodzielna. Jej akcja ma miejsce między drugim, a trzecim sezonem Re-Imagined series.

Niby jest to tylko uzupełniacz, ale... No właśnie, ale jest pewien problem. Nie z Resistance, tylko z początkiem trzeciego sezonu. Na samym jego początku pojawia się kilka informacji i wątków (w tym bardzo zdeterminowana postać), których nie było na końcu drugiego sezonu. Można założyć, że dorzucono je off-screen, jak to miało miejsce z przeskokiem na koniec sezonu numer dwa, ale ciężko nie odnieść wrażenia, że coś nas ominęło. Po zapoznaniu się z Resistance faktycznie kilka kawałków układanki wskakuje na swoje miejsce.

A jak same wrażenia? W zasadzie gdyby nie to bezpośrednie nawiązanie do trzeciego sezonu, można by The Resistance potraktować jako ciekawostkę lub wręcz darować sobie. Jednak w obecnej sytuacji, jeśli już oglądacie cały serial, na wszelki wypadek zaliczcie i tę mini serię. Moja ocena: 3+.


Battlestar Galactica: The Face of the Enemy


Ostatnia seria (ponownie 10) webisodów, której akcja została umieszczona między 11 a 12 odcinkiem czwartego sezonu Re-imagined series. Fabuła skupia się na wydarzeniach na pokładzie jednego z raptorów, na którym utknęła załoga złożona z ludzi i Cylonów. Kładzie także fundamenty pod przyszłe wydarzenia, w które zamieszani będą Felix Gaeta i Tom Zarek. Przy okazji stanowi też pretekst do kilku flashbacków Felixa z okresu Nowej Caprici.

Za postacią Gaety nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem, więc i ta seria była mi raczej obojętna. Na plus należy jednak policzyć wspomniane fundamenty, gdyż bez nich pewne zachowania Felixa od 12 odcinka wzwyż mogą wydać się zbyt nagłe/wzięte z kosmosu. Można obejrzeć, ale jeśli się z jakiegoś powodu pominie, to nie będzie to tak stratne, jak w przypadku poprzednich serii webisodów. Moja ocena: 3-.


Battlestar Galactica: The Plan


The Plan jest ostatnim filmem bezpośrednio powiązanem z Re-imagined series. Przedstawia on najważniejsze wydarzenia pierwszego i drugiego sezonu z perspektywy Cavila. Słowo wydarzenia jest w tym wypadku znaczące, gdyż faktycznie przez cały seans fabuła skacze od sceny do sceny, pokazując ile dni upłynęło od zbombardowania dwunastu kolonii. Jest to dość chaotyczny i miejscami nużący sposób narracji, w żadnym wypadku nie dla osób, które nie widziały serialu. Ba, sam fakt oglądania jest również niewystarczający – wskazane jest oglądanie The Plan po piętnastym odcinku czwartego sezonu.

Z jednej strony fajnie jest dowiedzieć się, kto w dużej mierze odpowiada za koordynację kluczowych momentów opowieści po stronie Cylonów, z drugiej jest to raczej gratka dla naprawdę dużych fanów serialu. Pomimo kilku fajnych scen The Plan nie przekonał mnie do siebie, a miejscami wręcz znudził. Moja ocena: 3-.


Caprica


Caprica to prequel Re-Imagined series. Opowiadana historia dotyczy okresu, w którym pracuje się nad stworzeniem pierwszych Cylonów. Przy okazji jest to serial, który powoduje tyle samo kontrowersji, co uwielbienia. Ja sam znajduję się w tej drugiej grupie.

Nie należy nastawiać się na kino pokroju Battlestar Galactica. Caprica dzieje się w tym samym uniwersum, lecz akcja prowadzona jest w zupełnie inny sposób. Poza światem takim punktem odniesienia do obu seriali jest ukazanie tego, co najpodlejsze w ludzkiej naturze. Z tymże BSG jako tło posiadał sytuację ekstremalną, a Caprica ma niejako codzienność tamtejszej społeczności. Więc jeśli ktoś nie trawił faktu, że postacie z BSG są w stanie podłożyć komuś świnię, albo z zacięciem fanatyka dążyć do celu, to uprzedzam, że Caprica ma tego jeszcze więcej.

Zmieniono nieco nacisk na poszczególne elementy. W BSG odnosiłem wrażenie, że wydarzenia są narzucane postaciom, a one muszą znaleźć sposób, by stawić im czoła. W Caprice to postacie tworzą wydarzenia i radzą sobie z ich konsekwencjami. Dzięki temu złożoność bohaterów wydawała mi się większa, niż w poprzedniku. Właśnie tu leży pies pogrzebany – to nie jest już coś z pogranicza s-f opery i dramatu, tylko pełnoprawny dramat. Elementy s-f są obecne, ale w mniejszej ilości (choć to też zależy od tego, w której warstwie społecznej się poruszamy w danej chwili).

W Caprice można doszukać się wielu elementów znanych z kina: Robocop (poważnie rozwarstwione społeczeństwo), Matrix (wizja holonetu), Ojciec chrzestny (historia rodziny jednego z głównych bohaterów) itd. Jeśli całość uzupełnimy typowymi dla BSG rozważaniami na temat religii, zachłyśnięcie się ludzkości technologią oraz typowo ludzkimi zachowaniami wynikającymi z sytuacji, otrzymamy Capricę.

Na osobny akapit zasługuje muzyka. Mnie ona naprawdę urzekła. Motyw przewodni z BSG kojarzył mi się z rajem utraconym i walką o przetrwanie. Z kolei Caprica przywodzi na myśl nadchodzącą katastrofę, wynikającą zarówno z tragedii, jak i pychy.

Jedyne, co nie do końca mi się podobało, to utrata tempa w odcinkach 10-13. Jednak rozumiem ten zabieg, gdyż akurat wtedy dochodzi do pierwszej fali zwrotów akcji i tło dla wydarzeń trzeba zbudować niejako na nowo. Potem całość znowu nieco przyśpiesza, a odcinki 17-18 uważam za naprawdę świetne. Zwłaszcza ostatni robi cholernie wielkie wrażenie.

Niestety serial anulowano. Głównie dlatego, że ludziom brakowało radosnego pew pew w kosmosie. No cóż, bywa. Caprica to serial wart przynajmniej jednego podejścia. Na początku może odpychać, bo wszystko jest takie inne, niegalacticowe, ale potem jest już tylko lepiej. Moja ocena: 5.


Battlestar Galactica: Blood & Chrome


Nawet nie wiem, jak to określić. B&C miało być serialem, który (prawdopodobnie) miał zapewnić szybki zysk po tym, jak Caprica się nie sprzedała. Potem pomysł anulowano, potem komuś oddano, potem miał być serial internetowy, a na koniec ktoś stwierdził, że z tego serialu zrobi właściwego pilota nowej serii i wyda w wersji Uncut na DVD i Blu-Ray. Podejrzewam, że ten opis nawet w połowie nie oddaje bałaganu, jaki się wydarzył.

B&C stanowi tzw. midquel – czyli kolejny tytuł serii, ale umiejscowiony pomiędzy dwoma istniejącymi produkcjami, w tym wypadku Capricą i Battlestar Galactica Re-Imagined series. Fabuła koncentruje się na pierwszej wojnie z Cylonami, zaś historia zaczyna się momencie, gdy kadet William Adama zostaje przydzielony do tytułowej Galactici.

Seans trwa około 1,5 godziny. Film wypełniony jest smaczkami dla fanów i taką ilością walk myśliwców, że oczopląsu można dostać. I chyba to jest główny problem B&C. W Caprice narzekano, że praktycznie nie ma akcji, a całość skupia się na postaciach. Tutaj jest dokładnie odwrotnie – w cholerę akcji i niewiele tła. Ogląda się to jak jeden z lżejszych odcinków Re-Imagined series. Miłym akcentem są nawiązania. Jak już parokrotnie dałem do zrozumienia, Capricę traktuje się jak czarną owcę. Mimo to Blood & Chrome nie zapomina o niej i w trakcie przytaczania historii rodziny Williama padają najważniejsze informacje z poprzedniego serialu.

Wizualnie jest bardzo fajnie i dynamicznie, choć na forach można poczytać opinie ludzi, którym nadmiar i jakość greenboxa psuły radość z oglądania. Mnie najbardziej ukłuło obsadzenie niektórych aktorów z poprzednich odsłon uniwersum w kompletnie nowych rolach, ale podejrzewam, że przy tak ograniczonym budżecie nie było innego wyjścia.

Nie mam pojęcia, czy studio odpowiedzialne za ten projekt będzie go jeszcze w jakiś sposób kontynuować, więc ocenię Blood & Chrome za to, czym jest obecnie, czyli półtoragodzinnym fan service zapewniającym niezobowiązującą rozrywkę. I jako taki dostaje ode mnie: 4-.


A to już z cyklu "Znalezione w sieci", w sam raz dla fanów:

piątek, 10 czerwca 2011

Ringu

Fenomen tego zjawiska ciężko ubrać w słowa. Tak – zjawiska, bo do książki i 1-2 adaptacji się to nie ogranicza. Filmowych wersji jest wiele, a niezależnie od tego, która komu się podoba, ogólna liczba fanów jest przeogromna. Przed napisaniem tego tekstu postanowiłem odświeżyć sobie posiadane filmy oraz książkę, a przy okazji dowiedziałem się, jaki „zasięg akcja ma”. We wpisie skoncentruję się przede wszystkim na filmach i przyległościach.


Kōji Suzuki – Ringu

Książka, od której wszystko się zaczęło. Wydana w 1991 w Japonii, w Polsce (chyba głównie za sprawą popularności filmów) ukazała się w 2004.

Na początku mamy śmierć kilku nastolatków. W zasadzie gdyby nie to, że główny bohater – Kazuyuki Asakawa – usłyszał o jednej z tych śmierci, a przy okazji trafił na drugą (jedna z nastolatek była córką jego szwagierki), to historia nie zostałaby opowiedziana. Dziennikarska natura Asakawy nie pozwoliła mu przejść obok tego obojętnie i raz dwa zaangażował się w rozwiązywanie zagadki. W trakcie śledztwa trafia na kasetę video, której zawartość nadała bieg kolejnym wydarzeniom. Naszemu bohaterowi towarzyszy jego kolega jeszcze z czasów szkolnych – Ryuji. Jest to bodaj najciekawsza postać w całej książce. Definiuje go jedno słowo – nieobliczalny. Ponadto jest na swój sposób genialny.

Pierwsze, co się rzuca w oczy w trakcie czytania, to sposób prowadzenia akcji. Przypomina on dużo bardziej powieści detektywistyczne, niż horrory. Z tych ostatnich zapożycza pewne elementy oraz atmosferę, ale nie są one dominujące. Drugą charakterystyczną cechą jest czas akcji – lata ‘90te. Wspomniana kaseta video jako element kluczowy, brak telefonów komórkowych, nie tak powszechne komputery (główny bohater informacji szuka w bibliotekach, akta nie mają elektronicznych odpowiedników itd.) – wszystko to tworzy bardzo specyficzną otoczkę. Mimo to sama powieść jest tak napisana, że jest przystępna dla każdego. Nie odpycha swoją orientalnością, czy egzotyką, pomimo rozgrywania się w Japonii. Całość czyta się lekko, choć nasze tłumaczenie sprawia wrażenie nieoszlifowanego. Dodatkowo było ono chyba robione na podstawie wersji angielskiej, a nie oryginalnej. W sieci można natrafić na informację, iż żona głównego bohatera nazywa się Shizuka. W angielskiej wersji imię błędnie skrócono do Shizu. Ta sama forma przewija się też przez polskie wydanie, stąd moje przypuszczenie.

Książkę polecam każdemu, kto ma ochotę na coś subtelniejszego niż horrory wychodzące spod piór zachodnich pisarzy. Miłośnicy japońskich klimatów mogą się nieco rozczarować, gdyż tego jest stosunkowo niewiele (co nie znaczy, że mało). Moja ocena: 4.



Ringu (1998)

Wbrew pozorom nie jest to pierwsza adaptacja książki, ale na pewno jedna z najbardziej znanych. Zauważalne różnice to zmiana głównego bohatera na bohaterkę, kilkunastomiesięcznej córki na przedszkolaka, inne relacje rodzinne (główna bohaterka jest rozwódką) oraz fakt, że afera z tajemniczą kasetą video jest bardziej znana wśród młodzieży. Ryuji jest byłym mężem Reiko i nie ma w sobie nic szalonego, a czarne poczucie humoru gdzieś umknęło. Kolejną różnicą jest wprowadzenie motywu z rozmazanymi zdjęciami, jakby telefon na koniec oglądania przeklętej taśmy to było za mało. Jeśli twoja twarz na zdjęciu jest rozmazana, to wiedz, że coś się dzieje!

Śledztwo prowadzone przez Reiko i Ryuji’ego pozostawia sporo do życzenia. Po pierwsze zawartość taśmy jest krótsza, a sceny zmienione. Po drugie brak analizowania filmu, wydarzeń, tła historycznego (w filmie jest tego naprawdę mało). Po trzecie – niewiele komunikacji z widzem. W momencie gdy postacie wpadają na jakiś pomysł, od razu go realizują, ale brak wyjaśnień, dlaczego tak się dzieje, przez co film sprawia wrażenie chaotycznego. Oczywiście nie zawsze tak jest, ale zdecydowanie za często. Po czwarte (i to jest chyba mój największy problem z tym filmem): kompletnie zignorowano słowa klucze (jednym z nich jest tytuł) napędzające fabułę w książce. Tym samym to Sadako staje się głównym antagonistą, a nie zjawisko/główny motyw książki, którego była częścią. Książki z każdą kolejną częścią dryfują w kierunku thrillera medycznego oraz s-f, filmy trzymają się wątku klątwy i elementów horroru, co powoduje, że różnic jest więcej, ale nie ma sensu wymieniać ich wszystkich.

Jako samodzielny horror Ringu można ocenić na 4-. Ma dobrą atmosferę i niezgorszą muzykę. Jako adaptacja wypada niestety na 2. Wprowadzone zmiany miały za zadanie przyprawić opowieść emocjami: rozwiedziona para posiadająca wspólny cel, może coś znowu zacznie iskrzyć; rodzice walczący o przyszłość dziecka itd. Zapewne są osoby preferujące taką wersję, ja wolałem dwóch wydzierających się na siebie kumpli. Niezależnie od oceny, jeśli chcecie zacząć filmową przygodę z serią i nie macie dostępu do wersji z 1995 (o której napisałem kilka słów niżej), to jest to dobry początek.


Rasen (1998)

Sequel Ringu, o którym chyba niewiele osób wie, a szkoda. Powstał na podstawie książki pod tym samym tytułem (która z kolei była sequelem książkowego Ringu) i stanowi przeciwieństwo znanego Ringu 2 (nie posiadającego nic wspólnego z książkami).

Wracając do filmu, podejmuje się on trudnego zadania, jakim jest kontynuacja pierwszego kinowego Ringu oraz adaptacja książkowej Rasen (Spirali). Wygląda to tak, że uwzględnia on postacie Reiko, Ryuji’ego, ich syna i to, co zaszło, ale próbuje to wepchnąć w motywy drugiej książki. Kudos za próbę. Problem polega na tym, że pierwszy film kompletnie olał sprawę kręgu i wirusa (skupiając się tylko na ‘duchu’ i złamaniu klątwy), a drugi film nie wyjaśnia zagadnienia, tylko rzuca widza na głęboką wodę. Tak po prawdzie to gdybym nie przeczytał pierwszej książki, to ten film byłby dla mnie co najmniej niezrozumiały. Na szczęście po lekturze nie miałem problemu z odnalezieniem się w filmowych realiach.

Rasen ma strasznie ‘gęstą’ i ponurą atmosferę. Wszystko jest tutaj stonowane i ciemne. Na dodatek nasz główny bohater – Mitsuo Ando (w tej roli Kôichi Satô) – przeżywa śmierć swojego syna i regularnie próbuje popełnić samobójstwo. Czasem wręcz sprawia wrażenie, że stoi na granicy szaleństwa. Całości dopełnia świetna muzyka, która niekiedy przypominała mi ścieżkę dźwiękową z Twin Peaks.

Spiralę oglądało mi się lepiej niż pierwszy Ringu. Pewnie przez wzgląd na nawiązania do powieści. Rasen posiada wspaniały klimat oraz dobrą historię, ale tylko jako sequel pierwszej książki, gdyż jako sequel pierwszego kinowego Ringu sprawdza się co najwyżej średnio. Ode mnie: 4.


Ringu 2 (1999)

Alternatywny sequel pierwszego kinowego Ringu, stworzony głównie za sprawą malkontentów (czyli przede wszystkim miłośników filmu nie znających ksiązki), którym nie podobały się elementy thrillera medycznego w Rasen oraz wszystkie naukowe wyjaśnienia będące nawiązaniami do książek. W ten oto sposób powstał Ringu 2, który całą naukę/medycynę wywalił do kosza i wrócił do straszenia duchami i klątwami.

Tym razem Sadako nie zadowala się zabijaniem za pomocą kasety video. Dziewczyna chce wrócić do naszego świata, a jej nowym wcieleniem ma być Yuichi, syn Reiko.

Jeżeli film ten rozpatrywać w kategorii czysto kinowej, nie oglądać się na książki, jest to niezgorszy horror oraz sequel. Ma swoje momenty, po których ciarki przechodzą po plecach, ale opowiadana historia nie do końca przekonuje, a niektóre wątki wydają się naciągane. Ringu 2 to pozycja na 1 raz. Moja ocena: 3


Ringu 0: Bāsudei (2000)

Jak numeracja wskazuje, mamy do czynienia z prequelem. Jest on dosyć ciekawym eksperymentem. Zasadniczo od samego początku wiadomo (jeśli ktoś oglądał poprzednie filmy), jak się skończy. Mimo to udało się wprowadzić pewien zwrot akcji, za co należą się brawa. Tło akcji stanowi okres, w którym Sadako należała do grupy teatralnej oraz wydarzenia, które doprowadziły do stanu, w jakim ją ‘zastaliśmy’ w pierwszym Ringu.

Jak film się prezentuje od strony technicznej? Całkiem nieźle. Historia jest zgrabna, dobrze wpasowuje się oraz uzupełnia kanon nakreślony przez pierwszy film kinowy. Nieliczne elementy horroru podkreślają relacje między poszczególnymi postaciami, czuć tam napięcie, a efekt pękającej bańki wpasowano sensownie.

Niestety jeśli nie jest się maniakiem serii, to można odczuć, że film się wlecze. Nie ratuje go nawet wspomniany zwrot akcji, bo koniec końców finał jest znany. Z tej też przyczyny do seansu podchodziłem trochę jak do formalności – byle mieć już to z głowy. Gdyby Ringu 0 nie powstał, nikt by na tym nie stracił. Na plus policzę to, że jednak oglądało mi się go lepiej od Ringu 2. Ocena: 3+.


Ring Virus (1999)

Uwielbiam swoje geekowskie zapędy. Dzięki nim natykam się na takie perełki jak Ring Virus. Sam film w oryginale nazywa się po prostu Ring, ale żeby odróżnić go od japońskiego Ringu i amerykańskiego The Ring, w tłumaczeniu dorzucono słowo virus. Gdy po raz pierwszy przeczytałem o tej wersji, zdziwiłem się niezmiernie. Po jaką cholerę Koreańczycy mieliby robić remake japońskiego filmu (zjawisko ponoć rzadko spotykane)?

Otóż Ring Virus jest czymś pośrednim między remake’iem kinowego Ringu, a adaptacją książki. Brawo, brawo i jeszcze raz brawo. Zachowując podobne do filmu z 1998 postacie oraz relacje między nimi, dorzucono wszystkie pominięte tam motywy. Mamy więc zupełnie inną (niemal książkową) zawartość kasety video wraz ze wskazówkami, znacznie dłuższe śledztwo oraz teoretyzowanie wokół słów kluczy, do których Koji Suzuki przykładał taką wagę w pierwowzorze. Do tego samo dojście do źródła problemu jest ciekawsze, bo istnienie kasety nie jest wiedzą powszechną, jak to miało miejsce w obrazie Hideo Nakaty. Tu RV ponownie odwołuje się do literackiej wersji. Wisienką na torcie jest zachowanie kolesia towarzyszącego głównej bohaterce – jest tak samo popierdzielony jak książkowy Ryuji!

Nastrój grozy wykreowany w Ring Virus jest zbliżony do tego z Ringu – subtelny, powodujący, że przechodzą nas dreszcze, ale bez zbędnego rozlewu krwi, czy potwora wskakującego w kadr. Ujęcia są bardzo klimaciarskie. Dzięki nim ma się wrażenie, że bohaterowie są naprawdę osamotnieni w swej walce o przetrwanie. Do wad zaliczyłbym przede wszystkim dziwny montaż. Sceny następują po sobie bardzo szybko, czasami wręcz za szybko, tak jakby zabrakło miejsca na przejścia między nimi. Drugą wadą jest dziwne aktorstwo/dialogi. Niekiedy wygląda to tak, jakby postacie robiły celowe pauzy między tymi wypowiedziami, które ich nie potrzebują, albo snują się między ujęciami, nie wiedząc, co dalej robić/powiedzieć.

Wspomniane wady są jednak drobiazgami w zestawieniu z całokształtem. Jeżeli ktoś zaczął już oglądać kolejne adaptacje Ringu, a do tego przeczytał pierwszą część, to Ring Virus jest pozycją obowiązkową. Nawet jeśli ktoś nie zna książki, a widział tylko którąś z jej adaptacji, powinien zapoznać się z wersją koreańską. Kto wie, może przedstawienie akcji z takiej perspektywy jak w Ring Virus zachęci do sięgnięcia po wersję pisaną. Ode mnie: 4+.


The Ring (2002)

Amerykanie tworzą swoje wersje filmów z kilku powodów. Po pierwsze – bo wielu widzów nie ma ochoty czytać napisów, więc na seans wybierze wersję anglojęzyczną, niezależnie od jej poziomu. Po drugie – w ich kulturze jest sporo zadufania. Wychodzą oni z założenia, że nasze jest lepsze, więc zróbmy to po swojemu. Po trzecie (wynikające z poprzedniego) – jak coś jest nieamerykańskie, to ich nie interesuje. Dlatego tworzy się remake’i w amerykańskich realiach, by tamtejsi widzowie nie mieli problemów z odnalezieniem się.

Tak dochodzimy do The Ring – amerykańskiego remake’u, który bierze większość Ringu, kilka szczegółów Ringu 2, dorzuca parę dupereli od siebie, a całość pakuje w hollywoodzką oprawę. Po prawdzie, to do pewnego momentu jest to całkiem nieźle zrobiony horror. Co z nim więc nie tak? Sam pomysł. W oryginalnym Ringu pomysł z tak stworzonym mściwym duchem działał, gdyż takie wierzenia są częścią japońskiej kultury. Do kultury US takie zjawisko pasuje, jak pięść do nosa. Motywy z czarownicami sprawdzają się znakomicie, bo były one częścią przeszłości Stanów. Dzięki temu taki Blair Witch Project: Rustin Parr był horrorem pełną gębą. Duch rodem z Japonii moim zdaniem nie sprawdza się w amerykańskim wydaniu.

To jednak nie wszystko, co mnie w tym filmie drażniło. Śledztwo głównej bohaterki to zbyt często łut szczęścia. Wręcz trzymałem kciuki, żeby nie znaleźli tej cholernej studni (skoro na podstawie wyraźnej wskazówki laska i tak nie wiedziała, gdzie dokładnie jej szukać). Z kolei postać Samary to popłuczyny po Sadako. Nijak mnie nie przekonują jej próby straszenia. Powód? Za dużo odsłania naraz. Twarz widoczna, motywy oczywiste, a jej akcje subtelne jak rzygający gremlin. Z pozostałych postaci: rodzice Samary też są nijacy, a były mąż naszej pani dziennikarz to już w ogóle śmiech na sali. Jedynie chłopak grający Aidana nie powodował patrzenia z politowaniem.

Nie jest to najgorszy z remake’ów. Widać, że ktoś tam jednak starał się zrobić horror, ale nie wyszło mu przełożenie różnic kulturowych. Nawet jeśli na plus doliczę uwzględnienie motywu powiększania kręgu, to moja ocena nie będzie wyższa niż: 3-.


Rings (2005)

Tak naprawdę ciężko to nazwać filmem. Rings było wypuszczone jako dodatek na DVD z amerykańskim Ringiem 1 lub 2 (zależnie od wydania). Trwa to to zaledwie 16 minut (z napisami końcowymi włącznie).

Filmik pokazuje, co się dzieje, jak się smarkateria dorwie do tego, czego nie powinna dotykać nawet dwumetrowym kijem. Grupa młodzieży pokazuje sobie wzajemnie przeklętą kasetę video. W trakcie odliczania siedmiu dni każda z osób ma jakieś dziwaczne wizje. Im bliżej śmierci, tym potworniejsze obrazy. Ideą jest, by to nagrywać i dzielić się z innymi uczestnikami kręgu.

Zastanawia mnie, skąd w ogóle pomysł na te wizje? W oryginale miewały je osoby ze zdolnościami nadprzyrodzonymi, albo zyskiwały owe zdolności po obejrzeniu kasety (zależnie od wersji i bohatera). Teraz nagle to norma i każdy może liczyć na makabryczny odlot? Cóż, jeśli ktoś lubi amerykańskie Ringi, to ten filmik pewnie przypadnie mu do gustu, gdyż przy okazji jest on łącznikiem między częścią pierwszą i drugą. Mnie się ten potworek nie podobał. Uważam go za potwarz dla serii, a do tego kompletnie wyprany z klimatu. Efekty wizualne są niezłe, ale wcale nie znaczy, że straszne.


The Ring 2 (2005)

W przypadku tego filmu do głowy nie przychodzi mi nic konstruktywnego, same bluzgi. Moment, muzyka w kilku miejscach była niezła.

Fabuła startuje z miejsca, w którym skończył się Rings. Rachel próbuje ułożyć sobie życie na nowo, ale nawet na wygwizdowiu jakim jest Astoria, wkurwiony duch Samary jest w stanie ją odnaleźć. Motywację ma zbliżoną do tej, którą widzieliśmy u Sadako w japońskim Ringu 2. To oraz nazwisko reżysera, to jedyne cechy wspólne obu filmów. O ile Ringu 2 miał jeszcze jakieś momenty mogące przestraszyć nieco widza, o tyle The Ring 2 jest z nich absolutnie wyprany. Widokiem Samary szafuje się na lewo i prawo, przez co jej wizerunek mocno się zdewaluował i nie powoduje już żadnych emocji. A co to za horror, który nie spełnia swojej podstawowej funkcji? Żaden. Dlatego też musiałem robić 3 podejścia, żeby ten twór obejrzeć w całości – jest tak nudny.

Osobną kategorią zaliczającą wpadkę jest scenariusz. Poza osobą głównej antagonistki nadużyto dosłownie wszystkiego, co znajdowało się na przeklętej kasecie. Każdy symbol, który odwoływał się do pewnego wydarzenia w przeszłości, tutaj jest dla samego bycia. Motyw z jeleniami uważam za kretyńską (i co z tego, że w piwnicy były poroża?!) próbę powtórzenia hecy z końmi z jedynki. Gdyby go wycięto w cholerę, seans skróciłby się i śmiem twierdzić, że nikt nie czułby się pokrzywdzony. Najbardziej mnie w tym wszystkim boli to, jakim cudem Hideo Nakata zdołał nakręcić tak słaby film? Po raz kolejny uważam też, że w dużej mierze winna jest specyfika opowieści, która (jak wspomniałem wyżej) na amerykańskim gruncie się nie sprawdza.

Czy w ogóle można komukolwiek polecić The Ring 2? Chyba tylko zapaleńcom, którzy chcą obejrzeć wszystkie pozycje z tej serii, a i tak jest to jednorazowy seans. Ode mnie: 1+ (plus za muzykę oraz fajny efekt z wodą w scenie w łazience).



Oczywiście to nie zamyka tematu. Na uwagę zasługują tu przede wszystkim dwie książki Rasen (Spiral), Rupu (Loop) oraz zbiór opowiadań Bāsudei (Birthday) zwieńczający i uzupełniający wszystkie wątki, których autorem jest Koji Suzuki. Ich akcja idzie w zupełnie innym kierunku niż filmy, ale o tym wspomniałem przy okazji opisu filmu Rasen.

Do adaptacji filmowych/telewizyjnych należy doliczyć telewizyjny Ring zrobiony w 1995 (jest to pierwsza adaptacja w ogóle) oraz jego wersję rozszerzoną Ring: Kanzenban. W japońskiej telewizji były też 2 serie bazujące na książkach: Ring: The Final Chapter (1999) oraz Rasen: The Series (1999). Mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni nie byliby sobą, gdyby przy okazji nie sklecili jakiejś mangi. Komiksów bazujących na Ringu jest od groma i jeszcze trochę.

A co w przyszłości? Gdzieś na IMDB można doszukać się szczegółów jakoby obie serie (japońska i amerykańska) miały doczekać się kolejnego filmu, ale osobiście uważam, że tu i tam osiągnięto punkt, w którym nic sensownego nie da się już opowiedzieć i będzie to zwyczajne odcinanie kuponów. Obym się mylił.