
Do wydania Krzyku w zasadzie trzaskano sequele znanych serii, trzymając się formuły spopularyzowanej w latach ’80 (choć niektórych nowych filmów też się to tyczyło) - grupa świeżo zaprezentowanych osób (przeważnie nastolatków) trafia pod nóż jakiegoś zabójcy. Scream oferował podobny schemat, z kilkoma jednak różnicami. Po pierwsze (i bodaj najważniejsze) – nie wiadomo, kto jest zabójcą. Jest to bardzo dobry zabieg, gdyż widz angażuje się w seans i w czasie trwania sam kombinuje nad tożsamością mordercy. Po drugie – głównych postaci jest stosunkowo niewiele, ale dzięki temu mamy okazję dowiedzieć się o nich więcej, może nawet polubić i przejąć się ich losem. Nie twierdzę, że nie było slasherów, które nie próbowały stosować tych dwóch patentów, ale to jednak Krzyk jest z nimi kojarzony.
Kolejną cechą charakterystyczną filmu jest fakt, że obok atmosfery przerażenia, wszechobecny jest pastisz. Scream naśmiewa się z formuły slasherów, samego siebie oraz wielu klasycznych już tytułów. Muzyka doskonale podkreśla panującą atmosferę, aktorzy faktycznie grają postacie, a pomniejsze zwroty akcji potrafią zaskoczyć. Krzyk jest widowiskiem dobrej jakości nie tylko jako slasher, ale także i horror. Ode mnie 4.
Scream 2

Niestety nie przełożyło się to na jakość samego filmu. Scream 2 jest poprawnie zrealizowanym slasherem, ale nie budzi grozy. Muzyki potęgującej atmosferę jest odczuwalnie mniej. Więcej jest z kolei części komediowej. Nie chodzi tu o gagi rodem z głupawek młodzieżowych, ale o liczne aluzje do kina. Tak jak poprzednio wyśmiewane były slashery jako gatunek, tak tutaj dostaje się sequelom (bez względu na gatunek).
Jak już napisałem wyżej – największym grzechem tego filmu jest to, że nie straszy. Stał się takim standardem, z którego naśmiewał się jego poprzednik. Ode mnie: 3.
Scream 3

Na plus policzę przede wszystkim próbę powiązania trójki z jedynką. Całkiem fajny zabieg, ma swoje uzasadnienie i nadaje się do powieści detektywistycznej. Tutaj niestety przedłuża tylko seans. Najgorsza w całym filmie jest finałowa (o ile tak można nazwać bodaj 40 minut do końca filmu) konfrontacja z mordercą. Gonitwy i zabójstwa w wielkiej posiadłości zwyczajnie się wloką, a widz tylko zerka na zegarek z nadzieją, czy już zaraz seans dobiegnie końca. Ode mnie 2, a i to przede wszystkim za nawiązanie do pierwowzoru oraz Jaya i Cichego Boba, którzy przewinęli się w grupce turystów.
Scream 4

Pomimo czwórki w tytule, cała fabuła jest tak skonstruowana, żeby przypominać remake i jednocześnie nabijać się z jego idei. O ile znajomość dwójki i trójki nie jest jakoś specjalnie wymagana do obejrzenia numeru 4, o tyle jedynkę naprawdę warto znać/odświeżyć sobie, gdyż przez większość seansu jesteśmy raczeni nawiązaniami do niej.
Bardzo fajny jest już sam początek, w którym film kpi sobie ze swoich poprzedników. W trakcie seansu nie zabraknie wymądrzających się nastolatków, będących potencjalnym mięsem armatnim. Atmosfera się zagęszcza, schemat jest powtarzany, ale widz nie odczuwa zmęczenia, wręcz przeciwnie. Współczesne slashery/remake’i są jakieś takie puste i tylko sprawiają wrażenie strasznych. Scream 4 to kontynuacja łącząca w sobie młodą obsadę i współczesne rozwiązania (Youtube, Twitter, live stream, etc.) oraz klimat i grozę rodem z klasycznych slasherów. Dorzućmy jeszcze całkiem niezły zwrot akcji na koniec, a otrzymamy obraz tego, co się dzieje w trakcie seansu. Małym zgrzytem, który odrobinę psuł mi przyjemność z posiedzenia w kinie, było zachowanie niektórych postaci. Nie chodzi o głupotę, raczej irytującą pewność siebie, graniczącą z bezczelnością (to wydaje się być cechą rozpoznawczą obecnych nastolatków). Tak czy siak, oglądało mi się go dużo lepiej niż 2 poprzednie filmy i uważam, iż Scream 4 zasługuje na miano Krzyku obecnych czasów. Ode mnie 4-.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz