Opowiadana historia dotyczy Aanga – ostatniego maga wiatru, który jest kolejnym wcieleniem Avatara, istoty potrafiącej władać wszystkimi czterema żywiołami. Problem polega na tym, że Aang gdzieś zniknął. Odnalazło go rodzeństwo nastolatków, Katara i Sokka, pochodzących z plemienia magów wody z Bieguna południowego. Sęk w tym, że obydwa wydarzenia oddziela 100 lat, w trakcie których naród ognia praktycznie podbił świat. W takich realiach świeżo odnaleziony 12-latek musi opanować pozostałe żywioły i przywrócić równowagę na świecie.
Bohaterowie zachowują się adekwatnie do swojego wieku, swoich rozterek oraz tła, z jakiego się wywodzą. Przy czym to ostatnie nie definiuje ich jako ludzi. Rozwijają się, dorastają i zmieniają. Naturalnie, nie wszyscy. Świat potrzebuje szaleńców, upartych osłów oraz osób święcie wierzących w swoje racje – takich też tu znajdziecie. Humor jest przeważnie głupkowaty, ale pasuje do sytuacji i uczestników. Autorzy serwują go w odpowiednich dawkach, więc nawet jeśli wam nie podejdzie, przynajmniej nie będzie nachalny.
Jeśli chodzi o strukturę fabularną, to poszczególne sezony kojarzą mi się z oryginalnymi Gwiezdnymi wojnami. Pierwszy to Nowa nadzieja, drugi to Imperium kontratakuje, a trzeci to Powrót Jedi. Ogromną zaletą jest zamknięcie opowieści. Żadnego zawieszenia, żadnego urwania, kompletna historia. Jako ciekawostkę należy wspomnieć, że zastanawiano się nad czwartym sezonem, ale wspomniany we wstępie film fabularny skutecznie zarżnął pomysł.
Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do tego, że animacja w pierwszych odcinkach jest nieco słabsza od tego, co jest dalej. Nie zmienia to faktu, że Avatar: The Last Airbender to kawał mądrze i konsekwentnie poprowadzonego widowiska, na którym nie nudziłem się ani ja (całość widziałem dwa razy), ani moja córka (która leci przez nie ponownie). Moja ocena: 5+.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz