Oj, podpadnę kilku osobom. Nie polubiłem się z Neuromancerem. Pierwsze podejście miałem gdzieś w połowie szkoły średniej. Już wtedy nie podobała mi się maniera, z jaką napisano książkę. Ma ona swoje tempo, z którym nie czeka na czytelnika. Praktycznie nic nie wyjaśnia z otaczającego świata, terminologię trzeba łapać z kontekstu i starać się nadążyć. Po latach postanowiłem zrobić drugie podejście, które zajęło mi prawie 9 miesięcy. Tak, tak bardzo mnie ten tytuł zmęczył.
Bodajże w podstawówce w jednej z klas wisiało hasło: „Klasyka to książki, które każdy chce znać, a nikt nie chce czytać.” Neuromancer jest dla mnie taką książką. Rozumiem, że kiedyś był przełomowy, że ma specyficzną atmosferę, że swoimi opisami doskonale podkreśla sztuczność nowej rzeczywistości oraz to, jak nieokiełznana może być Matryca. Niestety ja skupiałem się na drugiej stronie medalu. Z punktu widzenia współczesnych technologii, a nawet wizji przyszłości opracowanych w międzyczasie Neuromancer nie przekonuje do swojej wersji świata. Samej akcji nie ma za wiele. Jej trzon stanowi zwykły heist z kilkoma komplikacjami, z których część da się przewidzieć, jeśli znacie coś więcej w tej kategorii. Z tą warstwą nie mam problemu. Natomiast mam go z opisami. Jak wspomniałem wcześniej, można je cenić za to, jak celnie podkreślają sztuczność nowej rzeczywistości. Mnie jednak irytowało, że autor wciskał je dosłownie wszędzie. Case idzie do kibla – rzut kostką na liczbę i kombinacje tworzyw sztucznych, jakie zastanie na miejscu. Case wraca do baru – jeśli bar był poprzednio opisany, Case zauważa nowe elementy (rzut kostką) lub ma flashback (rzut kostką). Następnie odzywa się do swojego rozmówcy i zauważa coś za jego plecami (rzut kostką), po czym wychodzi z baru (rzut kostką), co mu znowu o czymś przypomina (rzut kostką), a ja zasypiam. Zanim Case zorganizuje ekipę, to oprócz kimania jeszcze dwa razy zapomnę, po co to robi.
Podobno dwie kolejne części trylogii Ciągu są lepsze. Niech sobie będą. Neuromancer tak mnie zmęczył, że nie zamierzam próbować. W pewnym sensie z tą książką jest jak z Obywatelem Kanem – wiesz, dlaczego uważa się go za rewolucję i rozumiesz, dlaczego może się podobać, jednak tobie wcale nie musi. Prawdopodobnie ominął mnie idealny moment w życiu, by docenić Neuromancera, przez co wylądowałem w tej ostatniej grupie. Moja ocena: 3+.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz