Dwie rzeczy, które rzucają mi się tutaj w oczy, to fakt, że śledztwa i zamotania jest tutaj więcej niż poprzednio, oraz to że Reacher częściej dostaje łomot. To pierwsze to ogromna zaleta, bo atmosfera wisząca nad postaciami jest naprawdę gęsta, stawki wysokie, a wygrana nie tak czysta. Przy czym jedyny poważny zwrot akcji jest mniej więcej w połowie sezonu i tym razem nie było tu niczego, co odciągnęłoby moją uwagę od niego.
Niestety ta druga rzecz trochę mnie irytowała. Nie mieliśmy tutaj gigantycznych twardzieli, szwadronów śmierci ani nawet lokalnego osiłka, którzy mieli zastraszać choćby wizualnie, a mimo to co chwila ktoś Jacka nokautował… przynajmniej w pierwszej połowie sezonu. Dlaczego to takie irytujące? Znowu z dwóch powodów. Po pierwsze Reacher zawsze jawił mi się jako siła natury, taki rozpędzony tytan nie do zdarcia. Po drugie w finale jatka jest tak krwawa, brutalna, iż każdy normalny człowiek powinien przekręcić się tam kilka, jak nie kilkanaście razy… ale nie Reacher. Stanowi to bardzo dziwny kontrast z pierwszą połową sezonu. Zupełnie jakby ktoś przypomniał sobie po drodze, o jakiej postaci opowiada serial. Nie wiem, może przesadzam, ale jakoś wyjątkowo niekonsekwentnie prowadzono ten sezon.
Tak naprawdę to mój jedyny zarzut. Może niektórym nie odpowiada oglądanie w kółko, jak ktoś jest niezniszczalny, ale mi to odpowiada. Zwłaszcza, że intryga była zgrabna, postacie poboczne miały co robić i przez większość czasu nie było poczucia, że ktoś jest na doczepkę (może dziennikarz trochę na początku, potem było w porządku). Końcówka trochę się dłużyła, gdy próbowano powstrzymać „prezentację” głównego McGuffina sezonu. Ogólnie dobrze mi się oglądało, ale słabiej niż poprzednio. Mimo to nie czuję się zniechęcony. Czekam na kolejne sezony. Moja ocena: 4+.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz