
Czwarta część tej niepozornej serii jest świadectwem tego, że autorzy nadal eksperymentują. Z jednej strony otrzymujemy więcej tego samego, lecz z drugiej zmieniają się drobiazgi.
Wspominałem przy okazji
Honeylines, iż ten konkretny kształt i warianty z nim związane niespecjalnie mi pasują.
Constellations również je zawiera, ale domyślnie uruchamia się ze znanymi z
GM i
GM2 fragmentami witrażu.

Mało tego,
GM4 to pod wieloma względami to wręcz kopia trójki. Z tą różnicą, że ujawnia swoje karty w innej kolejności i nie wiem dlaczego, ale takie niewciskanie plastrów miodu spowodowało, iż dużo chętniej zagłębiałem się w kolejne układanki.
Wszystkie dodatkowe funkcje typu sposób układania, przełączanie między trybami normalnym i trudnym, mierzenie czasu oraz precyzji nadal są dostępne. Tak więc każdą układankę można skonfigurować

pod siebie przed rozpoczęciem zabawy. Kolejność odblokowywania przypomina części sprzed
GM3. Układanki są posegregowane w tytułowe konstelacje. Na każdą przypadają cztery. Po ukończeniu konstelacji otrzymujemy dostęp do kolejnej. Sumaryczna liczba układanek jest mniejsza niż w poprzedniej części, ale zakładam, że prędzej czy później otrzymamy DLC.
Najsłabszą stroną tej odsłony są same obrazy. Może ze dwa zapadły mi w pamięć, ale

resztę układało się taśmowo bez specjalnego przyglądania się. Z kolei interfejs swoją kolorystką najbardziej przywodzi na myśl pierwszą grę. Muzycznie… znowu nic nie pamiętam… Motywy z 1 i 2 nadal kojarzę. 3 i 4 to dziura w pamięci. Na pewno było relaksująco i przyjemnie, ale nie zanucę nawet do obierania ziemniaków.
GM4 samo w sobie jest układanką, którą autorzy ciągle testują. Tu zmienić kolor, tam zmienić układ, dać na front jedne opcje, pozostałe schować (ale nie wywalać), coś

jeszcze poprzestawiać i zobaczyć, jak się przyjmie. Gdyby obrazy do układania były bardziej wyraziste,
Constellations byłyby lepszą grą od
Honeylines. Niestety, z tego konkretnego powodu ląduje w moim rankingu dokładnie obok niej: 3+.