Nie będę pisał nic o samej fabule, gdyż chociaż raz zwiastuny nic nie zespoilowały, ale na pewne elementy ponarzekam. Jak ktoś ma przebłyski (nie, nie chodzi mi o flary, choć i te się znajdą) ze Star Trek Into Darkness… to słusznie. Historia TFA również powiela po swojemu wiele motywów z poprzednich filmów. To mój pierwszy problem – wspomniane motywy, tylko z nowymi postaciami. Część z nich działa, część niekoniecznie. Te ostatnie sprawiają wrażenie, że zostały umieszczone pro forma i czynią rozwój akcji zbyt przewidywalnym. Drugim problemem są niektóre z postaci. Część nowych za bardzo starano się wcisnąć w buty konwencji nakreślonej przez poprzedników, ale to w sumie pikuś. Gorzej, gdy nawet to nie wychodzi. Większość antagonistów jest albo nijaka/do odstrzału, albo niewykorzystana (Phasma). Ostatnią rzeczą, jaką zbesztam, jest muzyka. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal te same rozpoznawalne i świetne utwory. Słowa klucze: te same. Nie ma tu absolutnie nic nowego i na tyle charakterystycznego, by to zapamiętać po 1 razie. Nawet słabe prequele miały przynajmniej po jednym utworze, który zapadał w pamięć przy pierwszym odsłuchaniu (najbardziej oczywistym przykładem będzie Duel of the Fates).
Dobra, ponarzekałem. A teraz: Czy warto? Tak, tak, tak i jeszcze raz tak! To są Gwiezdne wojny pełną gębą. Wyżej wymieniona powtarzalność ma także swoją zaletę, gdyż dzięki niej widowisko z powodzeniem naśladuje klimat (nie cały, ale jednak) charakterystyczny dla starej trylogii. Przy okazji TFA udowadnia, jak nawet z klonami i słabszymi postaciami da się zrobić coś ciekawego, jeśli dialogi są dobrze napisane. Ani jedna (no może jedna...) rozmowa (z dowcipami, nawiązaniami i sucharami włącznie) nie męczy, nie żenuje i nie traktuje widza jak idioty, któremu trzeba wszystko wyjaśnić. Weterani serii zostali potraktowani poważnie, a nie tylko jako pretekst do przekazania pałeczki nowemu pokoleniu. Ponadto wreszcie ktoś chyba sobie przypomniał, że robi FILM i że zamiast kazać bohaterom opisywać to, co widać, można ograniczyć słowa i skupić się na samym pokazywaniu. A jak jeszcze do tego dorzucić kogoś, kto wie, JAK pokazywać, o bogowie… TFA jest po prostu pięknie nakręcony, a seans nie męczy wzroku (no chyba że w 3D, którego jest niewybaczalnie mało). Osobne gratulacje należą się specom od efektów specjalnych. Zamiast ciągłego i bezmyślnego wciskania CGI gdzie popadnie, bardzo zgrabnie połączono efekty praktyczne z komputerowymi. Na plus policzę też grę aktorską, przede wszystkim po stronie protagonistów.
Jeśli jest się fanem Star Wars, seans The Force Awakens jest obowiązkowy, nawet jeśli miejscami sprawia wrażenie niepotrzebnie wtórnego. Może akurat wy będziecie mniej wybredni ode mnie. Moja ocena: 4+.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz