Pierwszą rzeczą wpadającą w oko jest bardzo prosta kreska. Nie jestem pewien, czy to tylko moje wrażenie, czy rzeczywisty zabieg, ale korzysta się z niej dwojako. Postacie mają stosunkowo mało szczegółów, czasami wręcz zero cieniowania. Ale już Vesta, na której wszystko ma
Pomimo wielokolorowej palety barw i zapierających dech w piersiach widoków planety, SR to nie Avatar i nie głupkowaty kosmos z Ricka & Morty’ego. Vesta jest odpowiednikiem Australii z memów: wszystko stara się zjeść bohaterów lub przynajmniej zrobić im kuku. Bardzo często jedno i drugie. Jakby tego było mało, autorzy również nie oszczędzają swoich postaci. Jeśli coś ma pójść źle – pójdzie. Na każdym kroku widz jesteś uświadamiany, w jak bardzo obcych i nieprzyjaznych warunkach muszą przetrwać protagoniści. Do tego każdy z nich ma swoje demony, które potrafią wyleźć w najmniej odpowiednim momencie. Mamy więc National Geographic, program o przetrwaniu i hardcore’ową sesję terapeutyczną w
Jeśli nie liczyć dość pesymistycznego wydźwięku, to SR zawiera jeden aspekt, który mnie irytował przez większość odcinków. Bohaterowie na pewnym etapie zyskują swego rodzaju antagonistę. Jest to wypadkowa kilku rzeczy typu lokalna fauna, siła natury i słabość człowieka. Sęk w tym, że ten twór dość szybko rośnie do niebotycznych rozmiarów i potem wlecze się przez resztę epizodów. Tak jak przez większość czasu nie ma co liczyć, iż cokolwiek lub ktokolwiek przetrwa dłużej, tak antagonista uparcie nie chciał się przekręcić, a ja autentycznie nie mogłem się doczekać, kiedy mu wreszcie ktoś spuści łomot. Koniec końców, finał tego wątku nie do końca dał mi satysfakcję.
Niemniej jednak Scavengers Reign to obecnie jeden z najlepszych i najbardziej pomysłowych seriali s-f. Fakt bycia animacją pozwala na przedstawienie wielu pomysłów, które w wersji live action mogłyby nie wypaść tak dobrze. Jeśli akurat jesteście na głodzie tego gatunku, nie ma co się zastanawiać, tylko oglądać. Moja ocena: 4+.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz