niedziela, 25 stycznia 2026

Stranger Things 5

Przygoda w Hawkins dobiegła końca. Pytanie tylko, czy warto było czekać tyle czasu? Oglądać na bieżąco, czy może maratonować, gdy dostępna była całość? Cóż…

Końcówka ST4 postawiła poprzeczkę wysoko, w związku z czym od samego początku wiadomo było, iż stawka w ST5 ma być ogromna. Angażujemy wszystkie główne postacie, antagonista ma być silniejszy niż do tej pory, a wojsko utrudniać, co się tylko da. Pierwszy odcinek oglądało mi się bardzo dobrze, bo w moim odczuciu nie było tam ani jednej zbędnej postaci. Każdy miał coś do roboty, a przypisana rola pasowała do charakteru i umiejętności danej osoby. A potem wszystko spektakularnie się spieprzyło…

Ciężko tak naprawdę zrobić listę tego, co dokładnie nie pykło, bo ilość bzdur jest tak ogromna, że można by je całą dobę wymieniać. Kilka przykładów: Nancy w zasadzie zamienia się w Rambo. Max w trakcie ucieczki odstawia tak długą przemowę, że aż szkoda, że portal pozostał aktywny. Głowa rodziny Wheelerów jest w zasadzie cholera wie po co, a jak tylko ma szansę zachować się jak facet, autorzy wycierają nim podłogę. Will w swoim coming oucie popełnia fabularną wtopę, która sugeruje, że materiału było więcej, tylko ktoś go uwalił. W finałowym starciu autorzy zapominają kompletnie o całej armii potworów, którymi straszyli przez 4 sezony, a które teraz chyba zastrajkowały, bo żadnego nie widać.

Wszelkiego rodzaju plotki, iż życie postaci jest zagrożone oraz że nic nie jest pewne, można włożyć między bajki. Twórcy poszli po linii najmniejszego oporu. Oporu tak małego, iż kreowana na drugie po Vecnie zagrożenie doktor Kay grana przez Lindę Hamilton jest kompletnie niewykorzystana. Jest jedna scena sugerująca, jakim potworem jest Kay, ale po jej przedstawieniu autorzy do niej nie wracają i tak naprawdę pozostaje bez konkluzji. Zresztą w ogóle wojsko to banda niedorajd. W końcowej akcji dzieciaki dosłownie ostrzeliwują bazę ostrą amunicją i po zakończeniu wszystkiego… nikt nie ponosi konsekwencji… Mam tylko nadzieję, iż pani Hamilton przytuliła solidną sumkę za ten durny występ.

Jakby niespełnionych obietnic i głupot było mało, seans wypełniają też rzeczy kompletnie zbędne. Prym tutaj wiedzie trójkąt miłosny w postaci Steve’a, Nancy i Jonathana, którego sceny służą wyłącznie jako zapychacze komediowe. Na moje szczęście ten wątek akurat zakończono, więc tyle dobrego. Coming out Willa był bez sensu wydłużany i pasował do tej dekady jak pięść do nosa. Wątek Dustina i jego nękania w zasadzie urywa się i można by tak wymienić jeszcze wiele rzeczy.

Na koniec czepiania się muszę wymienić wtórność fabularną. Konia z rzędem temu fanowi popkultury, który nie będzie miał jakichkolwiek skojarzeń. Max w umyśle Vecny? Matrix 2-3. Przemowa Henry’ego, że nie jest kontrolowany? Mass Effect 3. Poświęcenie na koniec? No prawie Terminator 2. Nancy? Rambo.

W ramach zachowania równowagi kilka rzeczy robi bardzo pozytywne wrażenie. Miejsce numer jeden należy bezapelacyjnie do Jamiego Campbell Bowera. Jego Vecna dorobił się kilku różnych obliczy i o największe ciary przyprawiają te, które manipulują, mówią spokojnym tonem i widać w nich hamowaną złość. Potworna wersja to przy nich nic.

Zakończenie roku w wykonaniu Dustina jest zabawne i świetnie nawiązuje do jego przyjaźni z Eddiem, choć dlaczego rodzice mieliby mieć z tego radochę – tego nie wiem. Chemia między Dustinem i Stevem nawet w najbardziej wyboistym fabularnie momencie dawała radę. Ostatnie spotkanie Steve’a i spółki jest w tym wszystkim chyba najbardziej przyziemną i realistyczną sceną, bo kto ją przeżył, wie, że ich postanowienie nie ma szans. Natomiast ostatnia sesja Mike’a i ekipy była dla mnie… niezjadliwa. Rozumiem sens ostatniego ujęcia na odkładane segregatory, ale moim zdaniem było to sztucznie ckliwe.

Podobała mi się teoria o tym, czym jest Upside Down i teorie rzucane na temat samego Mind Flyera. Niestety, te ostatnie niewiele ruszyły się od momentu zaprezentowania ich w sezonie czwartym.

Wracając do pytania ze wstępu: Czy warto było czekać? Jeśli o mnie chodzi, to nie. Zabrakło jaj, by zrobić coś naprawdę odważnego. Najciekawsze pomysły pogrzebano, a finał kręcono podobno bez jakiejkolwiek wizji. Do tego pozostaje wrażenie, iż sporo nakręconego lub planowanego materiału gdzieś przepadło. W internecie słyszałem bardzo fajne podsumowanie, z którym zgadzam się całym sercem: Ze wszystkich możliwych kierunków autorzy obrali te, które mnie interesują najmniej. Moja ocena: 3-.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz