
Poprzednie trzy gry stanowiły zamkniętą całość. Część czwarta pomimo numeru w tytule to bardziej spin-off dotyczący innych ludzi, choć parających się podobnymi sprawami. Historia dotyczy tajemniczego zniknięcia pewnego naukowca i jego żony oraz poszukiwań jeszcze bardziej tajemniczego artefaktu. Wszystko wskazuje na to, że rozwiązanie zagadki może kryć się na strychu ich domu, ukryte w dziwacznym domku dla lalek.

W trakcie gry odniosłem wrażenie, iż po szaleństwach
trzeciej części autorzy postanowili cofnąć się niemal do korzeni. Do dyspozycji mamy strych (choć to za dużo powiedziane, bo w nim samym niewiele jest do roboty) oraz poszczególne pokoje domku dla lalek, do których dostaniemy się dzięki znanemu nam monoklowi ze specjalnym szkłem. Dalej to już standard: tu wstaw jakiś klocek, tam coś przesuń, rozwiąż łamigłówkę i zbierz przedmiot potrzebny na zewnątrz

domku lub w następnym pomieszczeniu.
Gdybym miał się czegoś czepić, ale dosłownie czepić, to wspomniałbym o ilości postawionych przed nami zadań. Niektóre pomieszczenia lub obiekty (zwłaszcza co bardziej pokręcone meble) wyglądają, jakby mogły zawierać więcej zagadek. Po co? Bo wiele z nich w zasadzie nie stanowi wyzwania. Na pierwszy rzut oka widać, co i gdzie trzeba przestawić, by coś otworzyć. Nie ma nawet szukania

przełączników ukrytych w dziwnych miejscach. Z drugiej strony takie podejście bardziej relaksuje i nie wystawia cierpliwości gracza na próbę.
Jeśli ktoś miał frajdę z poprzednich części,
Old Sins go nie zawiedzie za bardzo. To więcej tego samego. Atmosfera gęstnieje z każdym rozwiązanym pokojem, grafika i udźwiękowienie są odpowiednio klimaciarskie. Niby można grać w
The Room 4 w oderwaniu od pozostałych gier, lecz jest tam kilka

informacji, które mogą spoilować poprzedników lub wywołać lekkie zamieszanie. Owszem,
TH4 jest przyzwoitą wizytówką serii, może miejscami wtórną. Jeśli jednak chcielibyście sprawdzić, o co chodzi, to już lepiej zacząć od pierwszej gry. Moja ocena: 4-.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz