Stargate
Co mi się podobało, to klimat tworzony przez elementy mitologii egipskiej zawarte w filmie. Efekty są na przyzwoitym poziomie, a postacie fajnie zagrane. Nie jest to kino wysokich lotów, ale może się podobać i stanowi naprawdę dobry początek serii.
Stargate: SG-1
Serial posiada sporo humoru (pułkownik O’Neill!), dobrze zagrane postacie (pułkownik O’Neill!), dużo klimatu i, wraz z biegiem serii, coraz lepsze efekty specjalne. SG przypomina w pewnym sensie Star Treka. Też posiada „explore strange new worlds”, choć w nieco innym wydaniu. Społeczeństwo z uniwersum Rodenberry’ego kierowało się pewnymi zasadami odnośnie kontaktów z innymi cywilizacjami, zależnie od ich stopnia rozwoju. W ramach dyrektyw mieli też jasno opisane, czy mogą/powinni się angażować w lokalne konflikty. Różnica polega na tym, że społeczeństwo Star Treka rozwinęło się na tyle, by najważniejszym celem w życiu było samodoskonalenie. Stąd takie, a nie inne zasady. Natomiast w Stargate ludzkość jest na tym samym etapie, co my teraz, czyli za co się nie zabierze, to spieprzy (ku uciesze widzów).
Wspomniałem, że SG-1 oglądało mi się dobrze do ósmego sezonu. Przełknąłem jakoś ascension Daniela, a potem jego powrót (choć ledwo), ale klony Baala (te epizody przypominały mi niesławną sagę klonów w The Amazing Spider-Man Marvela), wieczne utarczki z replikatorami (bardziej upierdliwe niż Borg) oraz wszechmocni Ori – to było dla mnie zbyt wiele. Owszem dooglądałem serię do końca, ale z czystym sumieniem jestem w stanie polecić tylko pierwsze 7 sezonów, co niniejszym czynię.
Stargate: Ark of Truth
Stargate: Continuum
Tak jak poprzedni film zamknął wątek Ori, tak Continuum kończy z Baalem, jego klonami i w zasadzie system lords jako takimi. Całość oglądało się lepiej, niż poprzedni film, ale nadal brakuje tu czegoś, co zachęciłoby do wielokrotnego oglądania. Jest nieźle, lecz SG-1 swoje najlepsze momenty miało jednak w serialu, a nie w filmach wydanych po nim.
Stargate: Atlantis
Z postaci najbardziej zapadł w pamięć Ronon, który najpierw strzela, a potem nie pyta. Przy wszystkich komplikacjach emocjonalnych innych osób prostolinijność Ronona była jak powiew świeżości. Poza tym koleś to taki sympatyczny badass.
Stargate: Infinity
Stargate: Universe – Season 1
Na początku miałem niesamowity polew z tego, że odblokowano kolejny shevron i jakaś ekipa teleportuje się gdzieś dalej – tym razem na Destiny, który jest statkiem starożytnych. I co dalej, jak wpiszą adresy na wspak, teleportują się do ichniego wychodka? Na szczęście ten ostatni shevron jest tylko pomysłem wyjściowym, a dalej to już zupełnie inna bajka.
Tak jak Infinity popadło w cukierkową skrajność, tak Universe robi coś dokładnie przeciwnego. Porzuca lekką i pełną przygód atmosferę poprzedników, by przybrać dużo mroczniejszy wydźwięk. Rzuca swoich bohaterów od jednej ekstremalnej sytuacji do drugiej i skupia się w dużej mierze na ich relacjach oraz zachowaniach w nietypowych warunkach. Pod tym względem przypomina odrobinę ostatnią odsłonę Battlestar Galactica.
Z postaciami jest problem, gdyż na początku wszystkie wydają się jednakowe, a z imion kojarzymy tylko nieliczne. Z czasem się to zmienia, jednak ten aspekt uznaję na razie za najsłabszy element serii.
A jako całość? Jest świetny, głównie przez to, że nie powiela schematów do znudzenia wałkowanych w poprzednich seriach. Ortodoksyjni fani właśnie dlatego krytykują Universe, ale co tam, ich strata. Ja się przy nim bawiłem świetnie i nie mogę doczekać się kolejnego sezonu.
Poza kolejnym sezonem Stargate: Universe planowany jest też następny film, mający być kontynuacją serii Atlantis – Stargate: Extinction. Jeśli komuś mało, to pojawiły się też przesłanki, iż franchise zostanie wzbogacony o film będący trzecim już przedłużeniem SG-1 – Stargate: Revolution. Pozostaje tylko trzymać kciuki, że nie wyjdą z nich potworki pokroju Ark of Truth.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz