
Joshua jest przeciętnym dziewięciolatkiem, a przynajmniej takie wrażenie sprawia. Jego prawdziwa twarz ujawnia się dopiero, gdy na świat przychodzi jego siostra. Nagle okazuje się, że cała uwaga dorosłych z jego otoczenia jest skierowana na nią. A tego chłopak przeboleć nie może.
Fabuła poprowadzona jest z iście kingowskim zacięciem – nie od razu wiadomo, co się stanie (choć ludzie i tak założą najgorszą opcję), a codzienność będzie zmieniała się pomalutku. Tak jak w książkach Stephena Kinga, gdzie do szarej rzeczywistości autor dodawał rzeczy odrobinę dziwne. Tutaj jest podobnie, a każdy taki szczegół, nawet jeśli wcześniej przeoczony, ujawni swój wpływ na całość w finale historii. Sama opowieść jest mało dynamiczna i niemal bezkrwawa (jeśli nie liczyć typowo domowych skaleczeń). Mimo to nastrój ma posępny, ‘gęsty’ i wręcz wiszący w powietrzu. Jacob Kogan, grający tytułowego bohatera, odwala kawał świetnej roboty. Jego emocji nie sposób odgadnąć, jego groteskowe naśladowanie niektórych zachowań wprawia w osłupienie, a jego wyrachowanie zwyczajnie przeraża. Dorzućmy do tego świetny nastrój kreowany przez kapitalne ujęcia oraz oświetlenie, a otrzymamy film, przy którym ciarki chodzą po plecach.
Niestety nie obeszło się bez kilku wpadek. Niektóre postacie w pewnym momencie zwyczajnie irytują, film (tak mniej więcej w środku) może się też ociupinkę dłużyć, ale to już kwestia gustu. Joshua to bardzo specyficzne kino i nie każdy będzie się na nim bał. Najpewniej docenią go ci, którzy wierzą, że największe zło tkwi właśnie w ludziach. Ode mnie 4.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz