Nie mijają 4 minuty filmu, a wszystko jest źle. Słoneczko świeci, James jest w zajebistym humorze. Spotyka Mary, która ucieka z miasteczka, ale chyba jednak musi tam wrócić, zaś Sunderland pyta, jak ono się nazywa. I tu widzimy przepiękną, skąpaną w słońcu panoramę uroczego Silent Hill… Jeśli ktoś nie grał w grę, może nie wie, dlaczego już tutaj ciśnienie skoczyło mi tak, że i brane leki nie pomagają. Odniosę się do może trochę bardziej znanych produkcji. To tak jakby filmowego Kruka lub Władcę pierścieni zrobić na nowo, ale znane z nich monologi rozpoczynające seans dać na tle Szybkich i wściekłych i twierdzić, że to jest to samo. No ale przecież potem okazuje się, że to sen! Wspomnienie! Czy coś tam. Nie, to nadal niczego nie poprawia. Nawet listu z gry nie potrafili przepisać, stworzyli swoją wersję, która przy oryginale brzmi miałko.
Tu przyznam jedno. Przez cały film przewija się sporo sekwencji, wyglądających na przeniesione żywcem z gry, np. James przeglądający się w lustrze, charakterystyczne ujęcie w kiblu z pisuarami na pierwszym planie lub niektóre późniejsze z eksploracji miasteczka. Szkoda tylko, że tutaj są to zabiegi stricte kosmetyczne. Dalej jest gorzej.
Return to Silent Hill wygląda tak, jakby autorzy w ogóle nie zrozumieli gry. Na siłę próbują powiązać go z pierwszym filmem za pomocą podobnych scen straszenia robalami oraz motywem ze złożami płonącymi pod miastem. Po co? Nie wiem. Tutaj nie ma to sensu. W grze każdy potwór coś symbolizował, zwłaszcza, gdy brał udział w przerywniku. Return rozwala ten zamysł na dwa sposoby. Pomimo kategorii wiekowej R, nie potrafi skorzystać z jej możliwości. Przykład numer jeden: scena z Piramidogłowym i manekinami. W grze budzi ona co najmniej odpychające skojarzenia, bo taki był zamysł. W filmie najpierw zmieniono manekina na bardzo przesadzoną wersję (serio, jak zobaczycie ten tyłek CGI, padniecie z zażenowania) i ułożono w taki sposób, że w przeciwieństwie do gry, gdzie ta scena mimo paskudnego wydźwięku ma kilka interpretacji, tutaj nie ma wątpliwości do czego ma dojść… i nie dochodzi, bo autorzy rozwiązują ją w iście slasherowy sposób.
Przykładem numer dwa jest dokładnie następna scena, gdy James jest w stanie spojrzeć w oczy… Piramidogłowemu… Nie trzeba geniusza, bo skojarzyć, czyje to oczy. Sęk w tym, że w grze oprawca pojawiał się jako manifestacja psyche Jamesa i zawsze był czynnikiem zewnętrznym. W filmie w pewnym momencie jest przedłużeniem woli Jamesa. Tak, w rezultacie James kontroluje to, co ma się wydarzyć. Przykro mi, ale rzucając sucharem, jest to piramidalna bzdura.
To samo dotyczy postaci i przebiegu fabuły. James mieszkający w Silent Hill? Mary będąca częścią kultu i dlatego umierająca? W grze to było proste: Mary jest chora, kropka. Niepotrzebny żaden inny zewnętrzny powód komplikujący sprawę, bo choroba to tylko punkt wyjściowy, reszta to James i jego myśli. Postacie Eddiego i Laury kompletnie zarżnięto. Przy czym tej drugiej dostaje się bardziej, bo wymawia kwestie z gry, ale w zestawieniu z interpretacją postaci w filmie nie uderzają one z taką samą mocą. Angela ma częściowy materiał z gry, lecz tylko te najbardziej oczywiste fragmenty, ledwo dotykając traumy postaci. A Maria... brak mi słów, jak bardzo odarto tę postać z subtelności, z dialogów podszytych czymś złowieszczym. Połowa tego wynikała z faktu, iż w trakcie akcji gry Maria znikała i wracała. Tutaj tego nie ma, a zakończenie jej wątku jest co najmniej frustrujące.
Dochodzi do tego zakończenie samego filmu. Jest w nim sekwencja z gry, jeden wariant, który na moment przywrócił moją wiarę, że jak na tym zakończą seans, to przynajmniej będą mieli jaja. Takiego wała! Zaraz po nim następuje powtórka z otwarcia. Nie obchodzi mnie, czy to majaki umierającego umysłu, czy może faktycznie doszło do cofnięcia czasu. Niech ich szlag trafi.
Był taki czas, gdy grałem w Silent Hill 2 co najmniej raz w roku. Nie potrafię podkreślić, jak wielkie ta gra ma dla mnie znaczenie. Nie potrafię też opisać, jak bardzo wściekły jestem na Return, bo dalej już są tylko bluzgi, podniesione ciśnienie i chęć wyładowania się fizycznie. Myślałem, że Revelation nie rozumie materiału źródłowego. Myliłem się. Moja ocena: 1. Rozważałem dodanie plusa za odwzorowanie niektórych scen z gry, ale doszedłem do wniosku, że to tylko kalkowanie najprostszych fragmentów i nie należy się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz