Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy w trakcie oglądania pilota, jest ponura oprawa wizualna. W Seattle i okolicach ciągle pada deszcz, a nawet i w scenach bez niego jest wciąż szaro i przygnębiająco. Muzyka świetnie wpasowuje się w taki wizerunek. Sama opowieść przypomina nieco Twin Peaks, z którego usunięto elementy nadnaturalne oraz typowe dla Lyncha.
Aktorów dobrze dobrano do ról. Kwestie dialogowe, motywacje oraz ich konsekwencje – wszystko jest na swoim miejscu. Schody zaczynają się w momencie, gdy trzeba widza przekonać/wciągnąć w wir akcji. Nie mam zielonego pojęcia, co dokładnie tutaj zawodzi. Nie gra aktorska, nie scenariusz i nie rozmowy. Jeśli miałbym strzelać, to byłaby to swego rodzaju bariera powstająca, gdy jakiś wątek jest pociągnięty o te kilka minut za daleko, co sprawia, że niektóre fragmenty tej opowieści ogląda się bez emocji (te opadają w trakcie owych kilku minut).
Sezon numer jeden zakończył się dobrym cliffhangerem, zachęcającym do czekania na dalszy ciąg. Póki co nie jestem w stanie porównać The Killing do oryginału, ale jako serial sam w sobie załuguje na 4-.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz