Critters

Critters to esencja lat ’80. Wystarczy popatrzeć na plakaty przewijające się w tle, posłuchać muzyki starającej się naśladować tamten okres, czy przyjrzeć się wizji „zaawansowanej” technologii kosmitów. Jeden z Critterów próbuje nawiązać znajomość z maskotą ET, a logo jednej drużyny kręglarskiej to parodia logo Ghostbusters. Kolejną ciekawostką jest obecność takich nazwisk jak Scott Grimes, czy Billy Zane. Pierwszorzędny kicz wręcz wylewa się z ekranu i sprawia sporo radochy. W dostarczaniu tej ostatniej przodują główni adwersarze ludzkich postaci. Niby to małe i niepozorne, ale jak zacznie się szczerzyć, albo nie daj Cthulhu turlać się w czyimś kierunku, krew zaczyna tryskać na lewo i prawo, a twórcy nie oszczędzają na sztucznych trupach.
Jako dzieciak, strasznie bałem się tych potworków, a ujęcia ich czerwonych, lśniących oczu przyprawiały mnie o dreszcze, zaś fakt, że lwia część akcji rozgrywa się nocą, dodawał klimatu. Obecnie jest to jeden z tych filmów, które warto powspominać w gronie rówieśników, przy piwie i zakąskach (nomen omen). Critters to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą zapoznać się z serią, lubią klimaty lat ’80, horrory z tejże dekady lub, w przypadku wielu polskich widzów, erę VHS. Moja ocena: 4+.
Critters 2: The Main Course

Critters 2 to sequel zrealizowany w myśl zasady: więcej tego samego. Trzeba przyznać, że zrobiono to podręcznikowo. Mamy więcej potworów, więcej scen z udziałem łowców, więcej absurdu, więcej easter eggów związanych z popkulturą, więcej ofiar. Jedyny aspekt, którego jest mniej, to napięcie/zagrożenie. Tego filmu, nawet przy lejącej się krwi, nie sposób było traktować poważnie, niezależnie od wieku. Co nie oznacza, że jest zły. Do oglądania w towarzystwie nadaje się jeszcze lepiej od protoplasty, a końcowa scena kooperacji Critterów jest chyba jedną z najbardziej pamiętnych w historii kiczowatych horrorów.
Critters 2 to danie główne nie tylko z tytułu. Jest to moim zdaniem najlepsza odsłona serii i pozycja obowiązkowa dla wszystkich osób, które polubiły część pierwszą. Moja ocena: 5.
Critters 3

Pewna rodzinka wraca z wakacji przez okolice Grover’s Bend, gdzie nieświadomie zabiera ze sobą pasażera na gapę. Zanim wrócą do domu, pasażer zdąży się rozmnożyć, a potomstwo sterroryzuje jeden budynek, w którym mieszka rodzina.
Ten film naprawdę nie wie, czym chce być. Z jednej strony to sequel, z drugiej ciężko nie odnieść wrażenia, że ktoś popełnia świadomy autoplagiat jedynki, do tego pełen idiotyzmów. W filmie padają 2 różne wersje co do tego, kiedy rozgrywały się poprzednie odsłony, Charlie z jakichś powodów nie został szeryfem miasteczka (jak to było sugerowane na koniec części drugiej) i dalej poluje na kosmitów, ponadto gdzieś zapodział strój łowcy nagród i gania w jakimś starym płaszczu. Przy pierwszym spotkaniu raczy nas retrospekcją z dwóch poprzednich filmów, będącą chaotycznym montażem losowych scen. Na domiar złego w całym filmie padają dosłownie dwa trupy, a krwi jest stosunkowo niewiele. No i jeszcze to zakończenie…
Niby nie jest to najgorsza część, ale zdecydowanie zrobiona bez polotu. Można obejrzeć pro forma, ale nie bardzo jest sens potem do Critters 3 wracać. Moja ocena: 3-.
Critters 4

Nie bardzo rozumiem, po co decydowano się na takie umieszczenie akcji (część trzecia to lata ’90), zwłaszcza, że wykorzystano je zupełnie bez sensu. Pada komentarz, że wszyscy, których Charlie znał, już nie żyją, choć ilość minionego czasu nijak na to nie wskazuje. Ponadto ten przeskok z przełomu lat ’80 i ’90 do klimatów s-f w takim krótkim czasie filmowego uniwersum jest po prostu słaby.
Sposób prowadzenia akcji wygląda tak, jakby ktoś chciał nakręcić własną wersję Aliena, z mizernym skutkiem. I tutaj nasunął mi się naprawdę ironiczny wniosek – z perspektywy czasu może się wydawać, że czwarta część Obcego sugerowała się trochę Critters 4, podobnie zresztą jak… Jason X. Żeby było jeszcze zabawniej, zarówno w C4, jak i Alien: Resurrection gra Brad Dourif. Na niego zawsze można liczyć! Ciekawostką trochę mniejszego kalibru (ale jednak) jest obecność Erica DaRe, znanego szerszej widowni jako Leo Johnson z Twin Peaks.
Pozostałe pomysły giną w natłoku nieścisłości, z ekranu wieje nudą – głównie z powodu znikomej obecności Critterów – a półtoragodzinny seans wlecze się niemiłosiernie. Filmu nie polecam nawet na zakończenie maratonu. Moja ocena: 1… no może 1+, za Brada Dourifa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz