niedziela, 25 sierpnia 2024

Yakuza 3 Remastered

Yakuza 3 z różnych powodów ma opinię chyba najbardziej kontrowersyjnej w serii. Na dodatek teraz, gdy została tylko zremasterowana, a nie odświeżona do wersji Kiwami, cały jej balast jest jeszcze bardziej widoczny.

Kiryu na dobre odszedł z yakuzy i klanu Tojo. Teraz prowadzenie sierocińca Morning Glory na Okinawie to całe jego życie. Przynajmniej do momentu, gdy okazuje się, iż dwa osobne ministerstwa planują budowę kurortu turystycznego oraz bazy wojskowej. Tak się składa, iż sierociniec jest w samym środku terenu, który nadaje się pod jedno i drugie. A jak najszybciej przejąć akty własności działek? Jak nie pieniędzmi, to za pomocą lokalnej yakuzy. Bardzo szybko wychodzi na jaw, iż lokalni gangsterzy to małe rybki powiązane w ten czy inny sposób z klanem Tojo, a to stawia pod ścianą także Daigo.

Zacznijmy od kwestii Remaster-Kiwami. Yakuza 0 wprowadziła pewne niuanse fabularne, które trochę kłóciły się z pierwszymi dwoma oryginalnymi grami. Dopiero remake’i w postaci wersji Kiwami naprostowały to i owo. Yakuza 3 dostała wersję remaster, nie remake (choć podobno ten jest w drodze). Jeśli chodzi o zawartość, nie obyło się bez drobnych różnic (np. podmianka hostess na inne, wycięcie paru zadań pobocznych), ale reszta jest taka sama. Od strony technicznej oznacza to zero zmian w silniku, przez co po graniu w Kiwami 2 wskoczenie w trójkę będzie krokiem wstecz. Fakt, podbito rozdzielczość i wygładzono grafikę, ale o jakości Kiwami 2 można zapomnieć. Mimo to nie ma co rozpaczać. Z Y3R wyciśnięto sporo. Gra wygląda przyzwoicie, a Okinawa (nowe miejsce zamiast Sotenbori) ma w sobie taki urok (zwłaszcza w wydaniu wieczornym i nocnym), że główną ulicą spacerowałem dla przyjemności w tę i z powrotem bez robienia czegokolwiek innego. Zresztą ta wersja Kamurocho też jest w porządku, jeśli zaakceptujemy fakt, że niektóre zaułki pozostaną niedostępne.

Osobny akapit poświęcę wyglądzie postaci. Muszę przyznać, iż tworzenie tłumów jest co najmniej zabawne. Modele są bardzo zróżnicowane, ale gra ma ten sam problem, co Kiwami 2: potrafi bez sensu wstawić kilka takich samych obok siebie. Co prawda w przeciwieństwie do Kiwami 2 nie będą one tak samo ubrane (a przynajmniej nie zawsze), ale mimo to np. tłum zgarbionych staruszków sprawia wrażenie, jakby co raz trafiało się na wycieczkę emerytów. Najbardziej w tej grupie odstają wszyscy, którzy nas będą atakować, bo stoją jak słup soli. Czasami są na tyle widoczni, iż da się przemknąć za ich plecami i uniknąć walki, ale przeważnie mają taki zasięg, że jak się wlezie, to od razu odpala się walka. Najrzadszym, lecz wciąż spotykanym przypadkiem jest pojawienie się takiego typa bezpośrednio przed nosem – wtedy nie ma zmiłuj. Ciekawostką jest wygląd postaci po pobiciu. W poprzednich zmodernizowanych częściach krew była widoczna w trakcie walki. Po zakończeniu modele wracały do domyślnego wyglądu. Tutaj gęby pozostają pobite i zakrwawione, co nadaje trochę innego wydźwięku, gdy słyszymy przeprosiny.

Ok, to co takiego Y3 robi nie tak, że się ludzie irytują? Kilka rzeczy. Po pierwsze – walka. Jest bodaj najbardziej upierdliwa w serii (póki co). Podkreślam: nie trudna, upierdliwa. Mamy cały arsenał ciosów i wykończeni w trybie Heat zdobywanych na kilka różnych sposobów (od inspiracji codziennymi i absurdalnymi sytuacjami po ponowne walki z bossami, tylko tym razem w wirtualnej rzeczywistości), ale co z tego, skoro przeciwnicy w zasadzie skupiają się na unikach i blokach? Tak kompletnie bez sensu. Rzadko atakują, tylko śmigają dookoła Kiryu. Przez co nasz asortyment można w większości sytuacji rozbić o kant dupy, bo najłatwiej ich wszystkich sklepać prostymi kombinacjami podstawowych ciosów w liczbie od dwóch do czterech. Podobno ten zabieg miał wymusić na graczu częstsze stosowanie broni, lecz i ten aspekt jest jakiś dziwny. Pal licho, gdy walczymy na ulicy lub z pomniejszymi bossami. Przeważnie otoczenie zawiera odpowiednio dużo przedmiotów, z których da się zrobić użytek. Do tych ważniejszych walk potrzebny już będzie oręż w ekwipunku. Sęk w tym, że da się znaleźć takie przedmioty, że w zasadzie są przyciskiem „Wygrałem!”. Miałem 3 miecze zadające dużo obrażeń i w żadnej walce (a przez całą grę były takie dosłownie trzy, w tym jedna całkowicie opcjonalna) nie użyłem wszystkich. Naprawa każdego to około 300 tysięcy jenów. Mało tego – gra zawiera cały osobny system ulepszeń broni, pancerzy i ekwipunku, który można olać. Żadnego z mieczy nie musiałem poprawiać (każda modyfikacja tylko pogarszała parametry), dobry pancerz znalazłem praktycznie na samym początku, więc wszystko inne zawalało mi schowek.

Z fabułą sprawa ma się podobnie. Osoby oczekujące pełnej gangsterki z poprzednich gier zdziwią się, gdy zobaczą, że przez pół rozgrywki gania się po Okinawie i rozwiązuje problemy dzieci z sierocińca. Zresztą warstwa gangsterska miejscami przypomina bardziej przygody taty-superszpiega. Jeśli o mnie chodzi – ja te elementy opowieści lubiłem. Nie przeszkadza mi wolniejsze tempo, ani codzienność Morning Glory, a do dzieciaków przywykłem na tyle, że gdy w finale stanęły naprzeciw zagrożeniu, miałem ochotę porozrywać przeciwników na strzępy. Mało tego, przy wszystkich współczesnych, obleśnych próbach moralizowania na temat różnorodności i tolerancji Y3 stanowi powiew świeżego powietrza. Właśnie w tych rozdziałach załatwia te kwestie z klasą i za pomocą postaci, których niewinność nie została jeszcze skalana perspektywą dorosłych; i podkreśla jak bardzo jest to raptem jeden z elementów otaczającego świata, z którym trzeba sobie radzić, a nie jedyna rzecz, którą wszyscy powinni się przejmować. Natomiast czego nie jestem w stanie wybaczyć, to kilka strasznie głupich zagrań.

Po pierwsze postać Kaoru Sayamy sprzątniętej pod dywan pod pretekstem wyjazdu za granicę. Nie wiem, czy ktoś nie miał pomysłu, czy zwyczajnie nie chciał jej angażować w rozwój wydarzeń, ale całkowite usunięcie jej z życia Kiryu po  wydarzeniach z Kiwami 2 jest idiotyczne. Po drugie – tanie szokowanie. Tożsamość jednego z zabójców, tożsamość zdrajcy, śmierć jednej postaci oraz obowiązkowe spóźnienie z odsieczą – wszystkie te sceny są widoczne z kilku kilometrów. Ba, wspomniana śmierć jest tak przesadnie zrealizowana, że będzie się kojarzyć z parodią takich scen, jaką zaserwował Jim Carrey w The Mask. Może miało być dramatycznie, ale jest to póki co najbardziej kiczowata sekwencja w serii i nawet najbardziej niszowe produkcje kinowe z lat 80 nie idą tak daleko. Tyle dobrego, że poczucie humoru pozostało tak samo popaprane, a przy scenie z ciężarówką można się popłakać ze śmiechu.

Dodatkowe czynności. Nie wiem, czy to tylko moje wrażenie, czy może coś jest na rzeczy, ale niektóre z nich wydają się mieć bardzo podkręcony poziom trudności (na was patrzę, rzutki i bilard!). Częściowo wynika on ze sterowania, którego remaster nie wykrywa dokładnie, przez co np. precyzyjne przesunięcie kursora w bilardzie jest bardzo trudne. W sumie da się je pominąć lub traktować jako zapychacz. Jeśli jednak macie zamiar zaliczyć wszystkie zadania poboczne, będziecie musieli się namęczyć przy pokonywaniu przeciwników i farmieniu punktów. Warto zauważyć, iż oryginalnie to Yakuza 3 wprowadziła karaoke do serii. Wiążą się z tym dwie rzeczy. Na tle remake'ów i Y0 tutejszy wybór piosenek jest niewielki, a ich poziom trudności wymaga większej precyzji w naciskaniu klawiszy (przy jednoczesnej gorszej czytelności). Natomiast nie jestem fanem żadnego z modułów związanych z hostessami. Szkolenie hostessy (tak, jednej w danej chwili, nie całej grupy) jest banalne, zaś umawianie się z paniami z innych niż nasz klubów jest żmudne i nudne (ale nadal potrzebne do zaliczenia wszystkich historii pobocznych).

Od strony muzycznej i aktorskiej nie mam się do czego przyczepić. To nadal ta sama wysoka liga co poprzednio. Nawet uwzględniając przedramatyzowane fragmenty oraz głupawe dialogi z hostessami z klubów. I tak, Kiryu nadal jest najlepszym wokalem na dzielni (a raczej dwóch)!

Jeśli ktoś zamierza zaliczyć całą serię, i tak zainwestuje w Yakuzę 3. Po mojemu warto choćby dla samej fabuły, bo wspomniane banały i głupoty to pojedyncze momenty. Zachowanie wrogów w walce jest największą bolączką i tu niewątpliwie trzeba zacisnąć zęby. Najlepiej znaleźć odpowiednią broń, odblokować najwydajniejsze ciosy i przebijać się przez grę. Całość zajęła mi około 70 godzin, ukończyłem ją w mniej więcej 80% i była warta swojej pełnej ceny (obecnie 89 zł). Moja ocena: 4- (minus za upierdliwą walkę).

niedziela, 11 sierpnia 2024

Ring: Kanzenban

Trzynaście lat temu zrobiłem sobie maraton wszystkiego, co wyszło wtedy w ramach tej franczyzy. Od filmów japońskich, przez adaptację-remake koreański, po produkcje amerykańskie. Niestety, przy całym moim uporze i długich poszukiwaniach nie udało mi się odnaleźć kilku tytułów z Japonii, które poprzedzają znany fanom obraz z 1998. O ile serialowego Ring: The Final Chapter oraz Rasen: The Series nadal nie udało mi się obejrzeć, o tyle z dumą mogę powiedzieć, iż wreszcie zaliczyłem Ring: Kanzenban! Jest to nieco zmieniona/uzupełniona wersja telewizyjnej adaptacji z 1995, która z jakichś przyczyn miała tylko jedno wydanie na kasetach VHS i płytach LaserDisc, a po 1996 już nigdy więcej nie była wznawiana. Na moje szczęście RK udało mi się zobaczyć w podobny sposób, co teatralną wersję Yakuzy: na Youtubie.

Od samego początku widać, iż film stara się wiernie (choć nie stuprocentowo) adaptować książkę. Jak bardzo? Jest to bez gadania najwierniejsza ze wszystkich wersji. Przebija nawet lubianą przeze mnie wersję koreańską. Nie zmienia płci u żadnego bohatera, ba, pamięta o takim „szczególe”, że Sadako była hermafrodytą. Ta informacja poza książką pośród filmów padła oprócz Kanzenban tylko w wersji koreańskiej (i tak – miała znaczenie w fabule). Nawet potencjalnie straszne sceny są, podobnie jak w książce, może ze dwie. Cała reszta to dziennikarskie śledztwo. Tak więc dla samego oddania oryginału warto zapoznać się z RK... pod kilkoma warunkami.

Kanzenban to rozszerzone, ale jednak widowisko telewizyjne. Obraz będzie przypominał zachodnie, niskobudżetowe produkcje, które wyglądają, jakby ktoś wyciągnął starą kamerę VHS i w ten sposób uwiecznił adaptację. W wielu scenach zbliżenie na osoby lub istotny element jest takie, że postacie/obiekt dosłownie zapycha cały kadr. Nawet ujęcie lasu nocą wypada dziwnie, bo widać na nim drzewa, które da się policzyć na palcach jednej ręki. Całość sprawia bardzo klaustrofobiczne wrażenie i nie mam tu na myśli wyłącznie finału ze studnią. Jednocześnie ten minimalistyczny rezultat sprawia, iż skupiamy się na historii i danej chwili.

Muzyki nie ma za dużo, ale to co jest, robi z seansu filmik, jakim charakteryzowały się gry z przerywnikami lub zrealizowane w całości w FMV. Każdy fan horrorów będzie mieć przebłyski z Gabirel Knighta 2 lub intro do Resident Evil. Zabieg ma swój urok, ale nastroju za dużo nie wykreuje. W drugiej połowie często przewija się motyw muzyczny, który prawie na pewno był inspirowany Tubular Bells Mike’a Oldfielda, a konkretniej jego wykorzystaniem w Egzorcyście.

Największym zaskoczeniem było dla mnie aktorstwo. Wypadło naprawdę wyśmienicie. Nie jest w ogóle przesadzone, co jak na produkcję telewizyjną z Japonii stanowi dla mnie ewenement.

Fani filmów The Ring, zwłaszcza tych z Azji, powinni bez gadania obejrzeć Kanzenban. Pozostali mogą go potraktować jako ciekawostkę. Nie jest to film łatwy w odbiorze przez wzgląd na naleciałości związane z kulturą, okresem oraz materiałem źródłowym. Praktycznie wszystkie adaptacje z radością rzucają się na wątek wkurzonego ducha i makabrycznych śmierci, ale niemal żadna nie pcha się, by wspomnieć o warstwie fizjologicznej, uczuciowej, czy naprawdę nieprzyjemnych scenach, jak ta z gwałtem. Tym samym oprócz książki i The Ring Virus wśród filmów tylko Kanzenban podjął się próby zawarcia wszystkich składowych, jakie wpłynęły na to, czym stała się Sadako. Moja ocena: 5-.

niedziela, 4 sierpnia 2024

The Dark Crystal

Słynne dziecko Jima Hensona. Film, w którym nie znajdziecie ani jednego aktora. Prawdziwa perełka! No prawie…

Ciemny kryształ (taki jest oficjalny polski tytuł) opowiada historię Jen, ostatniego z rasy Gelflingów, który wedle proroctwa zakończy panowanie Skeksów za pomocą odłamka tytułowego kryształu.

Jeśli powyższe brzmi jak bełkot, to dlatego, że bez filmu przed oczami nijak nie wiadomo, co to Gelfling, Skeksis, ani jakakolwiek inna z fantastycznych ras o jeszcze bardziej pokręconej nazwie. Świat TDC został stworzony od podstaw. Nie znajdziecie tu ani jednej postaci ludzkiej, niczego nawiązującego do naszego gatunku. Znajdziecie natomiast egzotyczną krainę wypełnioną takimi dziwactwami, że ciekawość każe wam siedzieć i zastanawiać się, co jeszcze zaserwują autorzy. A jest na czym zawiesić oko. Wszystko, co widać na ekranie, było fizycznie przed kamerą. CK to film w pełni kukiełkowy, zaś każde z miejsc było budowane od podstaw. Fakt, kilka efektów specjalnych też się trafi, lecz nawet na tle Gwiezdnych wojen jest ich tyle, co nic.

Wszystkie zachwyty w przypadku TDC wynikają z kunsztu, jakim Henson i spółka popisali się przy tworzeniu świata, bohaterów, flory, fauny oraz wprawieniu ich w ruch na ekranie. Tu naprawdę nie ma co strzępić języka i klawiatury, to trzeba zobaczyć. Pod warunkiem, że wytrzymacie.

Pan Henson jest znany przede wszystkim z Muppetów, które pomimo zawierania humoru dla dorosłych, były także przystępne dla dzieci. Kryształ jest mroczny nie tylko w tytule. Projekty postaci i miejsc potrafią przyprawić o ciarki. Fabuła nie unika tematów ludobójstwa oraz niewolnictwa. Jednak nie to jest rzeczą, która może zniechęcić do seansu. Największym grzechem CK jest jego wtórność fabularna. Konia z rzędem temu, kto nie będzie mieć ani jednego skojarzenia. Jest to fizycznie niemożliwe, gdyż tytuł opiera się o oklepany schemat wybrańca ratującego świat i odnajdującego bratnią duszę po drodze. Nawet powiązanie Mistyków ze Skeksami nie stanowi poważnej zawiłości fabularnej, gdyż wiadomo o niej od początku, kilka razy nawiązuje się do niej w trakcie, ale faktyczne konsekwencje mają miejsce dopiero w finale, gdy już jest po ptakach. Ba, zakończenie swoim wydźwiękiem jakoś zgrzyta tonem i tylko powodowało myśli: co by było, gdyby to rozegrać inaczej? Bo autentycznie jest prostszy sposób, na który nie wpadają bohaterowie, choć mają podobny zestaw informacji, co oglądający. Nie pomaga też obecność Franka Oza, który świadomie lub nie wprowadził sporo manieryzmów swojej innej słynnej kukiełki: Yody. Przez co w jednej ze scen miałem wrażenie, że oglądam wariację na temat przygód Luke’a na Dagobah.

Jeśli brać pod uwagę wszystkie składowe oprócz fabuły, The Dark Crystal to film na 5. Ze świecą szukać drugiego takiego projektu zarówno w tamtych latach (Labirynt byłby najbliżej, ale to również projekt Hensona, więc żadna konkurencja), jak i obecnie (uwzględniając serialowy prequel z Netflixa). Z kolei fabularnie zaczyna się ciekawie, a przebiega i kończy sztampowo, co powoduje, iż każdorazowo, gdy skupiam się na opowieści, mam ochotę wyłączyć film po 10 minutach. Za to należy się 3. Przechodzi mi tylko, gdy zaczynam gapić się na każdy element widoczny na ekranie, tak więc całościowo: 4- (bo ta myśl o innym przebiegu wydarzeń ciągle siedzi mi z tyłu głowy i żałuję, iż główny bohater nie rozważa tego pomysłu).