Planet of the Apes

Film zalicza się do klasyki kina s-f. Efekty i kostiumy będą co prawda budziły uśmiechy politowania, ale weźmy pod uwagę rok produkcji. Nie mniej jednak sama opowieść wciąż stanowi najważniejszy argument za obejrzeniem tego dzieła. Zaczyna się od odkrycia, przechodzi przez planowanie ucieczki, potem do walki o przetrwanie, by na końcu uderzyć widza pointą między oczy. Jeżeli ktoś zamierza wybrać się na nowy film, albo chciałby zacząć swoją przygodę z serią – Planeta małp to pozycja obowiązkowa. Moja ocena to 5.
Beneath the Planet of the Apes

W moim mniemaniu jest to jeden z najgorszych sequeli jakie kiedykolwiek powstały. Podstawowe założenia są strasznie naciągane, dorzucenie nowej postaci wymuszone, zaś film sprawia wrażenie zapchajdziury. Kilka informacji przydaje się jako pomost między jedynką, a trójką, ale to można doczytać w streszczeniach. Od biedy można obejrzeć, jeżeli widz chce się zapoznać z całą serią. W przeciwnym razie można sobie odpuścić. Moja ocena: zawyżone 2- (głównie za tych kilka przydatnych informacji).
Escape from the Planet of the Apes

Film z rodzaju: im więcej wiesz o swojej przyszłości, tym więcej robisz, by jej uniknąć, a w rzeczywistości przyspieszasz jej nadejście. I to w zasadzie wszystko, co da się powiedzieć o tej części serii. Nadal posiada kilka dziur fabularnych (z których większość jest odziedziczona po poprzedniczce), ale jest odczuwalnie lepiej. Efektów specjalnych mamy zdecydowanie najmniej z całej serii, podobnie jak i małpich kostiumów. Mimo to film ogląda się na tyle nieźle, że można do niego od czasu do czasu wracać. Ode mnie: 3.
Conquest of the Planet of the Apes

Na swój sposób bardzo fajnie przedstawiono rodzącą się rebelię małp. Na każdym kroku główny bohater – Cezar, syn małp z poprzedniego filmu – dostaje powody, by podążać za swoim przeznaczeniem i tak też czyni. Pomimo iż ludzkość dostanie w końcu łomot, to i tak kibicuje się małpom.
Podbój planety małp ogląda się naprawdę dobrze. Został on zrealizowany z większym od poprzednika rozmachem i takie też robi wrażenie. Jeśli miałbym polecać w tej serii jakiś film, to oprócz jedynki byłby to właśnie Podbój. Ocena: 4.
Battle for the Planet of the Apes

Przyspieszony (w tak krótkim okresie) rozwój małp trochę psuje spójność tego tytułu. Ma się przez to wrażenie, że twórcy chcą już po prostu skończyć cykl, ale wykorzystać do tego stare postacie. Nie jest źle, ale też bez rewelacji. Moja ocena to 3-.
Planet of the Apes (2001)

Z pozytywnych aspektów należy wymienić przede wszystkim charakteryzację aktorów oraz ich grę (mówię tu tylko o małpach). Naprawdę świetna robota i choćby tylko dlatego warto ten film obejrzeć. Dobrze też prezentują się zdjęcia i efekty specjalne.
Czego niestety nie da się wybaczyć, to całe multum niekonsekwencji. Wiele akcji w filmie ma miejsce po deklaracjach, które im zaprzeczają (i nie ma to nic wspólnego z próbami oszukania kogoś). Do tego dochodzi sztywna gra Marka Wahlberga. Wisienką na torcie jest zakończenie. Miało ono chyba szokować w stopniu podobnym do pierwszego filmu, ale nie wyszło. Zbyt dużo interpretacji pozostawiono widzowi, który przy każdej próbie naprawdę musi naginać przedstawione w filmie realia, by powiązać je z ostatnią sceną.
Jak na Burtona, to jest to strasznie słabe kino (choć tu podobno zawinili producenci wprowadzający w cholerę zmian w wizji reżysera). Jak na film o planecie małp, to taki zwyczajny średniak (zarżnięty przede wszystkim przez stronę merytoryczną) i na taką ocenę zasługuje: 3.
Rise of the Planet of the Apes

Mamy więc lekarza pracującego nad genetycznym lekiem na chorobę Alzheimera. Mamy motyw małp, które po zażyciu leku rozwijają się w tempie, jakiego naukowcy nie przewidzieli. Jest kilka nawiązań do klasycznych tytułów z serii (cytat z łapami, data wystrzelenia promu z trójką naukowców oraz wiadomość o zaginięciu tychże, czy odwrócona w stosunku do poprzedniczek scena polowania). Z nowości należy wymienić niekorzystny wpływ jednej z wersji leku na człowieka i brak etapu małp-niewolników (po rozwinięciu się przechodzimy od razu do buntu).
Od strony wizualnej nowe małpy prezentują się znakomicie. Co prawda wygląd samych stworzeń może odrobinę zalatywać sztucznością w niektórych scenach, ale to jest najmniejszy z problemów. Największym są postacie ludzkie (deja vu?). Główny bohater, grany przez Jamesa Franco, jest kompletnie nieprzekonywujący. Nie chodzi mi tu o grę aktorską, tylko założenia scenariusza. Rozumiem, dlaczego pewne rzeczy robi, ale nijak nie widać tego, że chce to zrobić. To trochę tak, jak zmontowanie czyjegoś życiorysu z oklepanych schematów: w tym miejscu bohater wkurza się na urzędnika (i dokładnie to następuje).
Genezę planety małp polecam przede wszystkim ludziom, którzy widzieli (i lubili) poprzednie filmy. Niby da się ją oglądać bez ich znajomości, ale sporo detali wtedy umyka. W drugiej kolejności seans polecam osobom lubiącym filmy s-f o naukowcach, którzy w swoich zapędach na rzecz dobra ludzkości brną za daleko, a to mści się na wszystkich. Moja ocena: 4-.
P.S. Na koniec jeszcze mała rada: zostańcie na napisy. Zaraz po pierwszych nazwiskach pojawia się scena dopełniająca zakończenie i nadająca mu ciut bardziej złowrogiego wydźwięku. Ja już czekam na sequel.
Mówisz, że nowe małpy dają radę? :)
OdpowiedzUsuńNo. To podniosłeś mnie na duchu ^^
Jeżeli nie przeszkadza Ci oklepany schemat naukowca, którego szczytny cel prowadzi do katastrofy oraz oklepana realizacja tegoż, to tak - film daje radę ;)
OdpowiedzUsuń