Animacja jest płynniejsza niż poprzednio, zaś tła zawierają o wiele więcej detali. Radzę cieszyć się tymi ostatnimi, bo autorzy potrafią je zniszczyć raz dwa w ramach demolki, byle tylko nie rysować ich w kolejnym kadrze. Nie żeby się opierdzielali. Sekwencje ciosów są bardzo zróżnicowane, krew leje się na lewo i prawo, a przez wzgląd na dużą swobodę fabularną nigdy nie wiadomo, kto zginie i jak.
Najdziwniejsze w tym filmie jest jego tempo. Gdy postacie się tłuką, akcja zdaje się zapierniczać na złamanie karku. Jednak biorąc poprawkę na odniesione obrażenia, większość starć jest naprawdę krótka, przez co po walce okazuje się, że minęła raptem minuta-dwie, a do końca seansu zostało jeszcze sporo. Na dłuższą metę może to odrobinę męczyć i powodować nerwowe zerkanie na zegarek. Zwłaszcza przy okazji finałowego mordobicia, które odbiega konwencją od reszty i zdaje się wlec.
Niemniej jednak jeśli komuś ciągle mało rozróby w krwawym sosie MK, Battle of the Realms jest na tyle przyzwoite, że warto dać mu szansę. Moja ocena: 4-.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz