Oryginalnego mechanika gra Charles Bronson. W tegorocznej wersji obsadzono Jasona Stathama. O ile lubię Jasona, o tyle muszę przyznać, iż Bronson wypadł lepiej. Sprawia wrażenie dużo bardziej zdystansowanego tak do zleceń, jak i otaczającej rzeczywistości – prawdziwy morderca. Poza tym unika bezpośrednich konfrontacji, a jeśli do takiej dojdzie, musi poradzić sobie z nią jako nieplanowaną konsekwencją i czasem topornie mu to wychodzi. U Jasona z kolei więcej jest efekciarstwa charakterystycznego dla jego filmów. Strzelanina w trakcie ucieczki z wieżowca będzie najlepszym przykładem. Niby robi przez to wrażenie przygotowanego na wszystko, ale z drugiej strony jest przez to nienaturalny, bo skoro wiadomo, że poradzi sobie ze wszystkim, odziera film z napięcia.
Bieg wydarzeń. Moim zdaniem oryginał bije na łeb wersję z 2011. Akcja zachowuje pewną ciągłość i nie ma się wrażenia, że coś nie powinno mieć miejsca. Jeżeli coś zostanie zawalone, pojawiają się konsekwencje. Jak wspomniałem wyżej, główny bohater tegorocznej wersji jest taki pro uber zajebisty, że co by nie robił – wyjdzie na swoje, dzięki czemu zamiast czekać w napięciu na dalszy ciąg opowieści, ziewamy i zastanawiamy się: ile jeszcze? Poza tym Mechanik 2011 skacze sobie od sceny do sceny, zamiast snuć opowieść. Zakończenie bardziej podobało mi się w filmie z Bronsonem. Było ono po prostu logiczną konkluzją. W wersji 2011 zakończenie jest... powiedzmy, że przekoloryzowane. Choć przynajmniej dało mi to pretekst do obejrzenia obu filmów. Mechanik z Bronsonem zasługuje na 4: dobry przykład klasycznego kina sensacyjnego. Obraz z Jasonem dostaje 3 – przede wszystkim za to, że przypomina zlepek dobrych scen akcji, a nie film z takowymi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz