
Tak w wielkim skrócie przedstawia się fabuła Elity zabójców – nowego filmu ze Stathamem w roli głównej. Widowisko jest rzekomo oparte na faktach. Cóż, zgaduję, że postacie oraz główne zawiązanie akcji rzeczywiście mogły mieć miejsce, ale sposób w jaki się to wszystko odbyło – na pewno nie. Przygotujcie się na 105 minut strzelania, pościgów, mordobicia i spiskowania w klimacie lat '80.
Na ten film trzeba odpowiednio się nastawić. Przede wszystkim należy przymknąć oko na przerysowane sceny akcji. To akurat najmniejszy problem. Gorzej wypada przełknięcie całej części gadanej. Niby wszystkie dialogi są potrzebne, ale ciężko nie odnieść wrażenia, że się przez nie film wlecze. Kolejną wadą są sceny z mordobiciem. Ujęcia zmieniają się tam zdecydowanie za szybko, a roztrzęsiona kamera nie poprawia sytuacji. Yvonne Strahowski miała zapewne być eye candy dla męskiej części widowni, ale jest jej mało.
Zaletami niewątpliwie są sceny pościgów (zarówno tych samochodowych, jak i „z buta”), do pewnego stopnia gra aktorska (Dominic Purcell jest świetny jako Davies „Welshman”, a de Niro sprawia wrażenie, jakby się świetnie bawił na wakacjach) oraz starca na linii Statham-Owen. Wspomniane lata '80 mają specyficzną atmosferę, którą udało się twórcom doskonale uchwycić za pomocą charakteryzacji, ubioru, pojazdów, czy takich drobiazgów jak utwory w radiu.
W zasadzie gdyby nie to uczucie, że film się dłuży, dałbym pełną czwórkę, a tak: 3+.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz