Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel Cinematic Universe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel Cinematic Universe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2026

Thunderbolts

Przez naprawdę długi czas byłem fanatykiem MCU. Niezależnie od poziomu produkcji, uwielbiałem każde kiczowate widowisko i sztywny serial. Po Avengers: Endgame coś zaczęło pękać. Dalej oglądałem wszystko spod tego znaku, ale już nie w dniu premiery, mniej chętnie. Aż w końcu zacząłem sobie odpuszczać. Thunderbolts obejrzałem w rok po premierze i z pominięciem kilku seriali. Na moje szczęście te pominięte nie mają wpływu na znajomość czegokolwiek w tym filmie.

O Thunderboltach swego czasu wiedziałem tylko tyle, że taka grupa istnieje. Pierwszy skład, którego perypetie poznałem w polskim wydaniu, zawierał Deadpoola, Punishera, Agenta Venoma, Elektrę i Red Hulka. Nie lada ekipa, nie? A kogo mamy w filmie? Drugą Black Widow, Winter Soldiera, Ghost, Red Guardiana, U.S. Agenta, Taskmastera (no prawie). Nawet nie chodzi już o to, ile z tych postaci kojarzy widz, choć naturalnym jest, że im więcej tym lepiej, lecz o fakt, że wszystkie wpadają do jednej z dwóch kategorii: przerysowanych (Red Guardian) lub nijakich (cała reszta). Tak, piszę to, będąc świadomym bagażu emocjonalno-fabularnego, jaki mają na swoich barkach. Pomimo iż znam go z poprzednich filmów oraz seriali, autorzy Thunderbolts nie byli mnie w stanie przekonać, iż warto zainwestować emocjonalnie w ten skład. Krótko mówiąc, skoro nie obchodzą mnie postacie, co by się nie działo na ekranie, nie będzie mi zależeć.

Na plus policzę, że zagrożenie obecne w filmie nie jest czymś nadciągającym, tylko konsekwencją składowych w samym filmie. Porusza ono także kilka niezłych problemów moralnych i psychologicznych. Szkoda tylko, że rozwiązanie wydaje się być banalne i podane zbyt szybko, ale taki to już urok popkulturowej papki, fabuła musi lecieć do przodu.

Thunderbolts to nie jest najgorsze, co wyszło w MCU. Byłem ciekaw dalszych losów Yeleny, Bucky’ego oraz Walkera, tylko autorzy nie potrafili opowiedzieć ich ciekawie. Cały ten film sprawia wrażenie, że skoro ktoś go zapowiedział, to trzeba go nakręcić i trzymać kciuki, że przynajmniej się zwróci. I dokładnie tak wyszło. Moja ocena: 3+.

niedziela, 7 grudnia 2025

Captain America: Brave New World

Gdyby krótko podsumować fabułę, to świat przypomniał sobie wreszcie o gigantycznym Celestialu wystającym z oceanu i postanowił się przyjrzeć sprawie. Okazało się, iż można go spożytkować dla dobra ludzkości, która dzięki temu odkryła nowy surowiec: Adamantium i nie jest już zdana na łaskę Wakandy w kwestii Vibranium. Jako że pokraka leży na wodach terytorialnych Japonii, prezydent Thaddeus Ross (w tej roli Harrison Ford, poprzednio grał go świętej pamięci William Hurt) dwoi się i troi, by nawiązać współpracę z tamtejszym rządem. Jednak ktoś notorycznie próbuje doprowadzić do zerwania rozmów i nie ustaje w zamachach na Rossa. Nowy Kapitan Ameryka – Sam Wilson – robi wszystko, by świat do reszty nie wziął się za łby.

Przez cały seans towarzyszyło mi uczucie, że film zmontowano co najmniej z dwóch różnych tytułów. Z jednej strony Captain Falcon (przepraszam, ale nie jestem w stanie poważnie traktować tej postaci w jej obecnej iteracji) wykonuje misje tak, jak to robił Steve Rogers w Winter Soldier, z drugiej wszystko inne (od antagonisty, przez obecność Betty Ross, po Red Hulka) wskazuje, iż głównym bohaterem powinien być Hulk. Żeby było jeszcze dziwniej, zamiana bohatera nie powoduje żadnych emocji. Niby na każdym kroku podkreśla się, jak bardzo Sam jest tylko człowiekiem i nie ma w sobie serum superżołnierza, ale z drugiej strony nawet, gdy dostaje bęcki, ogląda się to pro forma, bo nie dzieje się żadna krzywda.

Całościowo Brave New World nie jest dobry, ale nie nazwałbym go tez najgorszym. Taki nudny średniak. Sceny akcji nie oferują nic, czego nie widzieliśmy już w MCU po kilka razy. Podobnie z humorem. Zalążek fabuły jest w porządku, ale przebieg bez polotu. Jeśli miałbym go polecić, to z dwóch powodów. Pierwszym jest uporządkowanie pewnych spraw w obrębie uniwersum. Numer dwa to może jakaś frajda dla fanów Hulka z Edwardem Nortonem, pod warunkiem, że zaakceptują brak Hulka granego przez Edwarda Nortona... Moja ocena: 3-.

niedziela, 15 września 2024

Deadpool & Wolverine

Hugh Jackman opowiadał w wywiadach, że trzy dni po ogłoszeniu emerytury od roli Logana obejrzał pierwszego Deadpoola i jedyne, co z siebie wydobył to „Ups…” Podobno za kulisami odbyła się nie lada gimnastyka (studio Fox, właściciel praw do X-Men, Deadpoola, Fantastic 4 i paru innych został wykupiony przez Disneya), żeby postacie mogły się spotkać, ale po 6 latach od Deadpoola 2 wreszcie się  udało.

Wade próbuje dołączyć do Avengers na Ziemi-616, a gdy mu to nie wychodzi, przerzuca się na handel samochodami… Vanessa go rzuciła, a on sam szuka sensu istnienia. W swoje urodziny dowiaduje się, iż jego linia czasowa zanika, gdyż istota prymarna, którą był Logan, nie żyje. Wade wpada więc na pomysł, by znowu przywdziać trykot i sprowadzić do swojej linii czasowej innego Wolverine’a. Jednak TVA ma własne plany.

Zacznijmy od tego, iż trzeci Deadpool nie oszczędza nikogo. Jego poczucie humoru jest najbardziej wulgarne z całej trylogii, Wade jeździ po wszystkich – z włodarzami ze swojej wytwórni włącznie. Dopierdziela postaciom obecnym w filmie, postaciom nieobecnym i generalnie każdemu, kto mu się akurat przypomni. Nawiązania zarówno te humorystyczne, jak i stricte geekowskie bywają oczywiste, ale pada też sporo takich, które trafią wyłącznie do osób oglądających adaptacje komiksów od lat ’90. Jeśli ktoś łatwo strzela focha z powodu wygadywanych głupot lub w imieniu jakiejkolwiek grupy, niech sobie odpuści seans i nie naraża swego delikatnego ego.

Oprócz pyskówek autorzy częstują nas nie lada jatką. Głównie dlatego, że tym razem nie tylko Deadpool jest odpowiedzialny za rzeź. Znaczący udział ma Logan, a i złodupcy dorzucają swoje trzy grosze. Sama sekwencja tytułowa z podłożonym Bye Bye Bye N’ Sync to taki majstersztyk, że dla niego samego warto obejrzeć film. A to raptem pierwsza scena akcji. Pozostałe w niczym jej nie ustępują. Mamy mordobicie jeden na jednego, grupowe, dwóch kontra cały świat – każde ogląda się genialnie. Do tego dochodzi kosmiczna ilość fanservice. Od kilkusekundowych występów gościnnych po całe sceny z dialogami i naparzanką. Od oczywistych parodii typu Mad Max: Fury Road po postacie, które nigdy nawet nie miały swojego filmu, a i tak wiadomo, kim są. Dla osób, które nie śledzą całego MCU zawarto wyjaśnienia, co i skąd się wzięło (np. TVA oraz jeden potwór).

Mógłbym napisać, że Deadpool & Wolverine ze wszystkich Marveli ostatnich lat dają najwięcej frajdy i na pewno są najlepszą odsłoną Deadpoola (jedynka nadal mi się podoba tak samo, dwójka potrafi się dłużyć). Jednak ostatecznie wystawię nieco niższą ocenę niż D2.

Od tego miejsca pojawi się kilka spoilerów. Jeśli ktoś chce ich uniknąć, zapraszam do ostatniego akapitu. Pierwszym moim problemem jest fabuła. W poprzednich częściach jaka by ona nie była, sprawiała wrażenie trzonu, o który oparto resztę (w tym humor). Tutaj wygląda na dolepioną do gagów. Wiem, że po Deadpoolu nie mam co się spodziewać zawiłości fabularnych Twin Peaks, jednak można byłoby to zrobić inaczej. Moim głównym zarzutem pod jej adresem jest początkowe wykastrowanie Wade’a i jego związku. Chcecie mi powiedzieć, że facet, który dwukrotnie przeszedł przez piekło i traumę dla swojej kobiety i z powodu chęci założenia rodziny teraz został przez ową kobietę olany? Chcecie mi powiedzieć, że jeden z najlepszych najemników na świecie, który zawsze ma alternatywne zajęcie niż podlizywanie się X-Men jest teraz zmuszony do zarabiania ochłapów jako sprzedawca samochodów? Facet ratujący świat przed paskudną przyszłością, z której przybył Cable TERAZ musi szukać czegoś, co nada sens jego egzystencji? Idiotyzm…

Drugim problemem fabularnym jest dla mnie antagonistka. Fakt – aktorkę dobrano idealnie. Nawet wizualnie mogłaby przejść jako siostra McAvoya. Jednak zgrzyt z jej postacią wynika z tego, że Cassandra Nova nie przewinęła się nigdzie indziej oprócz komiksów. Ja poznałem ją w publikowanej nawet w Polsce serii New X-Men i co nieco orientuję się w tle tej kobiety. Film traktuje ją pobieżnie. Owszem, pani Enna Corrin wyciska dosłownie wszystko z tego, co jej scenarzyści przygotowali, ale samo pochodzenie i motywacja są dosłownie tak płaskie, jak te kilka zdań spisanych na papierze. Szkoda, bo Cassandra to materiał na nie lada konflikt.

Trzecim wybojem na drodze do rozrywki idealnej są występy gościnne. Nie wszystkie, ale dwa. Pierwszym jest Tyler Mane jako Sabretooth. Wokół jego pojedynku zrobiono wręcz osobny zwiastun, a na ekranie facet gości niewiele dłużej niż w zapowiedzi. No dla mnie ogromne rozczarowanie. Drugim występem jest Channing Tatum jako Gambit. Wizualnie, akcentowo i w scenach akcji oddaje swój komiksowy pierwowzór. Niestety połowa linii dialogowych to ubolewanie nad faktem, iż odkąd powstał X-Men Origins: Wolverine, pan Tatum nie jest w stanie ruszyć solowego projektu o naszym ulubionym Cajunie. Można nie lubić Origins za całokształt, ale kilka rzeczy zrobił idealnie (np. Liev Schreiber jako Sabretooth). W tym wypadku Taylor Kitsch jest lepszym gambitem. Mocy prezentuje mniej, ale wizualnie jest nadal ok, zaś osobowością zjada wersję Channinga na śniadanie.

W związku z powyższym czepialstwem wystawiam ocenę minimalnie niższą niż poprzednikom: 4+. Przy czym podkreślam słowo czepialstwo, bo jeśli ktoś nie zwraca uwagi na fabularne duperele pokroju tych wymienionych, może śmiało podnieść ocenę. Tak czy siak każdy fan Marvela powinien dać szansę nowej odsłonie przygód pyskatego najemnika.

niedziela, 8 września 2024

The Marvels

Po tym, jak Kapitan Marvel narozrabiała na Hali, Dar-Benn (albo jeśli ktoś woli wersję uproszczoną: Ronan Oskarżyciel z cyckami) postanawia przenieść składowe (np. atmosferę, oceany itd.) planet bliskich Carol, by ożywić swoją. W międzyczasie okazuje się, iż za każdym razem, gdy Carol, Kamala lub Monica skorzystają ze swoich mocy, zamieniają się miejscami niezależnie od tego, na którym końcu galaktyki się znajdują.

Ostrzeżenie: nie będę unikał spoilerów. Film, który powstał chyba tylko po to, by wywiązać się z jakiegoś kontraktu. Nic w nim nie trzyma się kupy. Jeśli chcemy mieć jego pełny obraz, wypada obejrzeć WandaVision, Ms. Marvel oraz Secret Invasion (i od biedy Hawkeye, już pominę filmy z poprzednich faz), a i to nie otrzymacie jednolitego wyjaśnienia działania niektórych elementów (np. bransolety Kamali i pochodzenie jej mocy), bo to zmienia się wraz z zespołem autorów (każdy projekt miał osobny). W rezultacie przez cały seans pozostaje zastanawiać się, dlaczego wszechpotężna Captain Marvel nie załatwiła sprawy od razu, zanim film się zaczął. Serio, jest tutaj potężniejsza niż kiedykolwiek, może spokojnie zrestartować słońce, ale zamiast to zrobić po burdelu wspomnianym w retrospekcjach, ktoś musi jej to uświadomić, co zajmuje cały czas antenowy.

Teraz podsumujmy sam skład. Mamy niezniszczalną Carol, Monicę potrafiącą zmienić postać na niematerialną i tworzącą niezniszczalne bariery Kamalę. Przeciwko nim dajemy Dar-Benn, dosłownie pierwszą z brzegu Kree, która nie ma nawet połowy tej potęgi, co Ronan. Efekt jest taki, że fabuła musi ją ratować z każdego spotkania z dziewczynami, bo inaczej nie podniosłaby się po pierwszym. Taka ekipa sprawia, iż w trakcie widowiska nie ma w ogóle napięcia.

Brak logiki daje po oczach na każdym kroku. Wspomniane zamienianie się miejscami czasami działa, jak marvelówny używają mocy w tej samej chwili, innym razem wystarczy, gdy zrobi to tylko jedna z nich. Teleportacja ma też obejmować ciuchy, które niewiasty mają na sobie, ale dlaczego w jednej ze scen Monicę teleportowało bez jej skafandra astronauty? Nikt, z autorami włącznie, tego nie wie. Jedyna przyjemna scena związana z tym trikiem, to ta, a której dziewczyny uczą się koordynacji swoich akcji w przypadku teleportacji.

Moce Kamali są w zasadzie niewykorzystane. Zamiast nich autorzy nauczyli Kamalę walczyć (przypomnę, że w obrębie uniwersum od uzyskania mocy w serialu do rozpoczęcia akcji minęło raptem kilka tygodni) i teraz nie musi korzystać ani ze światła z bransolet, ani ze swojej rozciągliwości, tylko tłuc wszystkich jak żółw ninja! Takich bzdur można wymienić więcej, a ten wpis i tak zrobił się dłuższy niż planowałem.

Całość uzupełniają nic nie wnoszące cameo (Walkiria), żerująca na nostalgii scena po napisach, bzdety pokroju planety tańca i śpiewu, na której główny wątek postępuje… bez tańca i śpiewu. Na deser mamy niby żartobliwą, ale jednak wtórną oraz głupią scenę naśladującą pojawienie się Fury’ego w pierwszym Iron Manie. Tylko tutaj ten numer wywija Kamala w mieszkaniu Kate Bishop.

Aktorsko jest słabo. Brie wygląda na wiecznie znudzoną, Teyonah (Monica) na zdezorientowaną, a Zawe Ashton (Dar-Benn), jakby po raz pierwszy stała przed obiektywem i reaguje jak jeleń na światła nadjeżdżającego samochodu. Dla Jacksona to robota jak każda inna – wykaże się zaangażowaniem, ale nie oczekuję już po nim tego pazura, z którym pyskował radzie w pierwszych Avengers. Tylko Iman Vellani (Kamala) gra z autentycznym entuzjazmem i zaangażowaniem. Szkoda takiego materiału na nią.

Nie polecam The Marvels nikomu. Nawet jeśli wybaczycie mu absolutnie wszystko, byle tylko coś kolorowego migało na ekranie, to i tak się zanudzicie. Film nie jest wart nawet 10 zł z koszyka z wyprzedażami w Biedronce. Moja ocena: 2-.

niedziela, 1 września 2024

Loki – Season 2

Sylvie załatwia Kanga, co powoduje powstawanie pierdyliardów wariantów (czyli de facto multiwersum), a Lokiego przerzuca do siedziby TVA. Z kolei bóg psoty nie potrafi za długo zostać w jednym miejscu, bo coś cały czas teleportuje go w przeszłość i z powrotem. I w tych warunkach musi uratować wszystko, co istnieje, zanim warianty Kanga wezmą się za łby.

Muszę przyznać, że jest to najnudniejsze ratowanie wszechświatów, jakie w życiu widziałem. Do tego stopnia, że gdyby nie streszczenie poprzednich wydarzeń na początku każdego odcinka, nie pamiętałbym co się działo, bo mój mózg w takim tempie wymazywał serial.

Autorzy myślą, że są cwani nadając postaciom imiona typu Uroboros, ale każdy z tych zabiegów jest subtelny niczym zderzenie z rozpędzonym tirem. Natomiast gdy wrócimy do bohaterów stricte marvelowych: Loki ma może ze dwie sceny, gdzie faktycznie jest twardzielem; Sylvie przypomina cień siebie (i to pomijając nową motywację), ludzie z TVA są nudni (autentycznie wykastrowano nawet te obleśne osobowości), a Victor Timely to najbardziej irytujący wariant Kanga ze wszystkich dotychczasowych (uwzględniając nawet Kangów zachowujących się jak stado małp w Ant-Manie 3). Jonathan Majors jest co najwyżej średnim aktorem. Jego kolejne interpretacje Kanga różnią się dosłownie tym, że mówią normalnie lub z coraz dłuższymi przerwami między słowami. Victor Timely oprócz tego sili się jeszcze na osobliwy akcent, który brzmi, jakby przechodził kolejną mutację głosu. W Ant-Manie 3 podobny zabieg (minus akcent) trwał około półtorej minuty. Tutaj jest go od groma i przez kilka odcinków.

Podobnego kalibru jest też zakończenie sezonu przypominające numer wykręcony w trzeciej części Piratów z Karaibów. Loki dostaje nową rolę, osiąga swój chwalebny cel i wciska się w takie miejsce, że a) Tom Hiddleston może już nie wracać, b) postać będzie już zawsze obecna w MCU, chyba że c) ktoś ją zastąpi, bo od teraz MCU już zawsze będzie musiało mieć boga opowieści (stąd moje nawiązanie do Piratów).

Drugi sezon Lokiego polecam wyłącznie jako lek na bezsenność. Podobały mi się dosłownie dwie sceny: Loki walczący po staremu (stosujący iluzje, żywe cienie i kopie samego siebie) oraz inspirowana chyba Dniem świstaka lub Edge of Tomorrow ostatnia konfrontacja z Kangiem. Moja ocena: 2+.

niedziela, 19 maja 2024

Secret Invasion – Season 1

Miała to być seria poważniejsza od poprzednich. Przywracająca na dobre Nicka Fury, wypełniona szpiegowskim klimatem i paranoją, adaptująca istotne wydarzenie z komiksów. Sam nie wiem, dlaczego na tym etapie jeszcze się łudziłem.

Zacznijmy od tego, że komiksowi Skrullowie to skurwysyny. Natomiast MCU popełniło błąd wprowadzając frakcje, których zadaniem jest wywołanie w widzu współczucia. Tak, mowa o wydarzeniach z Captain Marvel. Przez co ciężko nie odnieść wrażenia, że Secret Invasion to pretekst, by to wszystko przynajmniej częściowo odkręcić. Mamy więc frakcję Skrulli, którym znudziło się czekanie na dotrzymanie obietnicy i stworzenie nowego domu dla ich rasy na Ziemi. Postanowili, że sami sobie skolonizują naszą planetę, a nas wyrżną w pień. Sposób eliminacji (przynajmniej w założeniach) przypomina z grubsza to, co odwalił Skynet, ale jak tylko przystępują do jego realizacji, wszystko trafia szlag.

To niesamowite, że seria, która powinna trzymać w napięciu i opowiada o dość zamotanym konflikcie, usypia widza już w pierwszym odcinku. Przy drugim musiałem zrobić tygodniową przerwę, bo do nudy dołączyła piramidalna głupota. Uprzedzam, że od tej pory w tekście będą pojawiać się spoilery. Aby utrzymać zainteresowanie, autorzy stosują tanie chwyty typu odstrzelenie Marii Hill w pierwszym odcinku, mieszanie różnych mocy w kolejnych, wsadzanie Skrulli, gdzie się da itd. To ostatnie powoduje wykastrowanie postaci Fury’ego, bo nagle dowiadujemy się, że niemal niczego z poprzednich filmów nie zrobił sam, niczego nie rozkminił i taki z niego szpieg, jak z koziej dupy trąba. Od samego początku jego karierą, awansami oraz operacjami kierowali Skrulle, bo był ich sojusznikiem. Zresztą sam Nick nie ma nawet połowy swojej poprzedniej charyzmy, gadanego, czy palety wyzwisk.

Rhodes okazuje się Skrullem, ale jego zachowanie jest tak nietypowe, że aż dziwne, iż nikt się nie połapał. Najbliżej był Falcon, lecz tylko w wyciętej z The Falcon and the Winter Soldier scenie. Ta sama scena klaruje również ramy czasowe, czyli od kiedy Rhodey nie jest sobą. Bez niej reżyser SI sugerował, iż James został porwany przed Civil War

Na seans składają się głównie szantaże, próby zamachów, przesłuchania, porwania, pościgi i egzekucje. Trafia się jedna duża strzelanina, jedna prowokacja pokroju tej z X-Men: First Class i kilka demonstracji działania koktajlu z mocy różnych postaci (Hulk, Captain Marvel, Groot, Drax etc.). Z całego repertuaru tylko ta strzelanina robi przyzwoite wrażenie, choć psuje je właśnie brak reakcji na zachowanie Rhodesa.

Jest jedna postać, do której nie mogę się czepić. Grana przez Olivię Colman Sonya Falsworth. Sonya jest tym, czym kiedyś był Fury. Tylko Nick był cyniczny, zaś Sonya wiecznie uśmiechnięta i złośliwa. Każda scena z jej udziałem sprawiała mi frajdę. Niezależnie od tego, czy pani Falsworth kogoś torturowała, omawiała strategię, czy po prostu gadała na jakikolwiek temat.

Z punktu widzenia MCU Secret Invasion robi dosłownie JEDNĄ rzecz, która ma jakikolwiek wpływ. Od teraz ludzie potrafią identyfikować Skrulli i otwarcie na nich polują. Cała reszta? Fury wraca w kosmos, Rhodes na swoje stanowisko, większość Skrulli z Ziemi nie żyje… a nie, chwila, mamy jeszcze napakowaną mocami Emilię Clarke. Niestety, ani gra pani Colman, ani te… „zmiany” nie są wystarczającymi powodami, by męczyć się z Secret Invasion. No chyba że cierpicie na bezsenność, wtedy jeden-dwa odcinki będą, jak znalazł. Moja ocena: 2.

niedziela, 24 marca 2024

Guardians of the Galaxy Vol. 3

Podczas ataku na Knowhere Rocket zostaje poważnie ranny. Jego stan jest krytyczny. Rozpoczyna się wyścig z czasem, konwencjonalne sposoby leczenia nie wystarczają. Tajemnica uzdrowienia szopa tkwi w jego przeszłości.

Nie oczekiwałem wiele po tym filmie. Niby Gunn nie pozwoli producentom wtryniać się w jego produkcję, niby on jeden miał odstawać na plus od reszty kinowego MCU wydanego po Endgame (pomijając Spider-Mana: No Way Home, bo ten nie jest w pełni marvelowy), ale ja pozostawałem sceptyczny. No i tyle dobrego, że chociaż raz miło się rozczarowałem.

Każdy fan znajdzie w tej produkcji znane elementy: głupawe poczucie humoru, specyficzna ścieżka dźwiękowa podkreślająca ton danej sceny, widowiskowa rozpierducha i mordobicie, a także ten sam poziom aktorstwa (High Evolutionary jest bardzo wyrazistym antagonistą, lepszym od Kanga). Druga część próbowała podbić emocjonalną stawkę za pomocą porąbanej historii ojca Quilla. Trójka przebija poprzednika na tej płaszczyźnie. Już wcześniej pojawiały się insynuacje odnośnie tego, jak potworne jest pochodzenie Rocketa. Vol. 3 pozwala nam doświadczyć go w całej jego okrutnej okazałości. Można by się kłócić, że zastosowano najprostszy (by nie rzec najbardziej prostacki) zabieg: wpłynięcie na uczucia widza za pomocą uroczych i/lub zabawnych zwierzątek, ale robi to podręcznikowo i efektywnie. Przez co retrospekcje i ich konsekwencje w finale to w zasadzie najlepsze sceny w całym widowisku.

Podoba mi się też fakt, że tym razem opowieść skupia się na bardzo osobistych potrzebach bohaterów. Nie jest to pierwszyzna w serii, ale w jedynce i dwójce tym wątkom towarzyszyła zagłada na ogromną skalę. Tutaj nawet jeśli jedna planeta ucierpi, nie jest to tak istotne. Liczą się postacie. Tu w zasadzie każdy ma swoje pięć minut, które nie są zmarnowane, ale wydaje mi się, że nie wszyscy na nie zasługują.

Moje dwa największe problemy to dziury fabularne i połowiczny antagonista. Te pierwsze da się wyłapać dość szybko i niby są niewielkie, ale sporo ich i trzeba wręcz skupiać się na ich ignorowaniu, by nie przeszkadzały w seansie. Ten drugi to Adam Warlock – postać, która w komiksach odgrywa ważną rolę w sadze o Rękawicy nieskończoności. Tutaj jest spóźnionym dodatkiem z napisów końcowych z Vol. 2. Oprócz tego, że jest to zmarnowana postać, podobnie jak w przypadku Captain Marvel w Endgame, dałoby się go zastąpić kimś innym i lepiej umiejscowionym. Cholera, nawet popełnię tę samą sugestię, co przy Endgame: Ravagerzy mieliby więcej sensu. Byli cięci na Yondu za dostarczanie dzieci Ego i dopiero pokonanie szurniętej planety zrehabilitowało go w ich oczach. Wystarczyłoby, że Gamora szepnie słówko, iż High Evolutionary robi to samo i Strażnicy mieliby wsparcie, że ho ho (a i byłoby co szabrować).

Pomimo mojego czepialstwa Guardians of the Galaxy Vol. 3 zapewnił mi przyzwoitą rozrywkę. Nadal wolę dwie poprzednie części, ale w przeciwieństwie do pozostałych produkcji kinowych duetu Marvel/Disney wydanych po Endgame, tej nie wstydzę się postawić na półce. Moja ocena: 4+.

niedziela, 10 marca 2024

Ant-Man and the Wasp: Quantumania

Eech… Ogólny zarys fabuły: Przez głupotę Cassie Lang cała ekipa trafia do wymiaru kwantowego. Tam okazuje się, że wszyscy mieszkańcy są trzymani za pysk przez Kanga Zdobywcę, który ma na pieńku z Janet van Dyne. Pomaga mu Modok…

O ile sam przebieg akcji jakoś mi tam nie załazi za skórę (ot, przeciętny Marvel, nic specjalnego), o tyle niektóre składowe przyprawiają o ziewanie graniczące z tym, co odwala Kirby w swoich grach. Nawet te irytujące odnotowuje się przy pierwszej scenie z ich udziałem, a potem już tylko nużą.

Pierwsze pacnięcie w czoło zaliczyłem prawie na samym początku, gdy tylko pojawiła się Cassie. Nie dość, że aktorkę niepotrzebnie zmieniono, to wraz z nią osobowość postać śmignęła o 180 stopni. Z córki tęskniącej za ojcem przeobraziła się w krnąbrną gówniarę-aktywistkę, która wszystko wie lepiej. Nawet jeśli ten wątek jest potrzebny na rzecz rozwoju postaci (bo jakiś teoretycznie następuje), to zastosowano go w najbardziej odpychający i nieznośny sposób.

Wątek Janet to kolejny głupi pomysł. Zdaje się, że mamy do czynienia z dorosłą osobą i jej otoczeniem, ale to, jak się komunikuje, każe mi myśleć, iż to poziom szkoły średniej ze słabej dramy CW. Fakt ukrywania kluczowych informacji bez sensu spowalnia ekipę, a powtarzanie gadki o wielkości niebezpieczeństwa nijak nie pomaga.

Modok to już w ogóle dno dna. Nie dość, że z komiksowym dzieli wyłącznie groteskową sylwetkę, to jeszcze rozciągniecie twarzy Darrena Crossa jest jednym z najgorszych efektów w całym MCU. No i sama postać w porównaniu z oryginałem została tak zinfantylizowana, że powstała z niej niezamierzona parodia. Do tego wygaduje takie bzdety, że po pierwszym dialogu człowiek ma ochotę wyłączyć film (powstrzymuje go tylko niedowierzanie lub głupawka po pierwszym podniesieniu przyłbicy).

Największym nudziarzem jest jednak Kang. Dopóki był tylko ciekawostką lub teorią zapoczątkowaną w pierwszym sezonie Lokiego, nie robiło mi to różnicy. Ale jako pełnoprawny antagonista i z wariantami w scenie w napisach? Zero charyzmy, zero zagrożenia, zero czegokolwiek. Większą winę za tę sytuację ponoszą scenarzyści, ale Majors nie jest jakimś wybitnym aktorem. Jego antagonista w Creed 3 nie wymagał oscarowych starań, a i tak wyszedł kiepsko.I to na nim miała się opierać kolejna faza? Bez jaj… Żeby pokazać wam, jak absurdalny to pomysł, zrobię test. Spróbujcie bez korzystania z internetu i pomocy znajomych komiksiarzy przypomnieć sobie, kim był filmowy Malekith. Od razu dodam, że taka postać była w MCU, była słaba, a grał ją aktor dużo lepszy od Majorsa. Nie pamiętacie? No właśnie. Teraz pomyślcie, że Kang jest jeszcze bardziej nijaki, a jego dynastia ma być głównym zagrożeniem.

Można czepiać się jeszcze coraz bardziej czerstwego humoru, zmarnowanych występów gościnnych typu Bill Murray (którego postać kojarzyła mi się z powtórką z tej granej przez Jeffa Goldbluma w Ragnaroku), idiotycznej pochwały socjalizmu oraz słabych efektów specjalnych tu i tam. Z drugiej strony te same efekty np. w krajobrazie lub ujęciach batalistycznych nie są takie najgorsze. Z tych pierwszych dałoby się nawet zrobić jakieś abstrakcyjne obrazy na ścianę.

Trzeci Mrówek nie nadaje się na głupią rozrywkę jak dwójka. Nie wnosi niczego nowego jak jedynka. Jest po prostu kolejnym średniakiem, co do którego trzeba się wykazać tolerancją lub całkiem zignorować. Moja ocena: 3-.

niedziela, 13 sierpnia 2023

Black Panther: Wakanda Forever

Nie jestem fanem pierwszej Pantery. W moich oczach był to film co najwyżej średni, a każdy jego dobry aspekt spłycono lub zepsuto. Na sequel nie czekałem tym bardziej, że Disney postanowił uwzględnić wydarzenia ze świata rzeczywistego. Chadwick Boseman zmarł w 2020 roku, lecz zamiast obsadzić innego aktora w tej roli (jak to było z Rhodesem i będzie niedługo z generałem Rossem), uśmiercono także T’Challę (wbrew życzeniom aktora). Najbardziej zaskakujące jest to, że to nie była najdurniejsza rzecz w tym widowisku…

Film otwiera scena dogorywającego T’Challi, którego nie zobaczycie, bo Chadwicka już nie było na świecie. Jest ona tak przesadnie dramatyczna, że zamiast odczuwać jakikolwiek smutek, zacząłem głupio chichotać, a jak pokazali pogrzeb, ryknąłem bezczelnie śmiechem. Dlaczego? Bo wygląda tak, jakby ktoś wziął mema „coffin dance” na poważnie. Zresztą dalej jest scena wschodu słońca inspirowana chyba Królem lwem. Wracając do rzeczy, tutaj następuje też przykład niekonsekwencji względem własnego kanonu. Gdy T’Chaka został zamordowany, T’Challa musiał się tłuc o tron z potencjalnymi kandydatami. Natomiast po jego śmierci tron przejęła matka i… już? Fakt, na końcu się to zmienia, ale w międzyczasie sytuacja pozostaje w dziwnym zawieszeniu.

Wracając do historii – reszta świata stwierdza, że Wakanda nie jest chroniona i próbuje ukraść im vibranium, a skoro im nie idzie, wpadają na pomysł, że może na Ziemi jest go więcej i nie tylko w Wakandzie. Pierwszy wykrywacz tego metalu odnajduje nowe pokłady vibranium na dnie oceanu, ale coś lub ktoś ubija całą ekspedycję. Świat obwinia Wakandę, a ona sama musi stawić czoła podwodnym ludziom Namora, który chciałby, żeby pozostali tajemnicą, zaś wykopki przy jego królestwie na to nie pozwalają. Tu zaczyna się przesadne komplikowanie już i tak nadętych założeń. Namor chce, by Wakanda porwała osobę odpowiedzialną za jedyny działający wykrywacz vibranium, w przeciwnym razie z kraju nie zostanie kamień na kamieniu.

Lista problemów, jakie mam z tym filmem, jest spora. Począwszy od drobiazgów typu: wszyscy kopiują Starka i mają teraz gadającego asystenta AI, przez średni kaliber typu hipokryzja Wakandy, po kosmiczne bzdury pokroju pochodzenia Namora. To ostatnie jest tym bardziej zaskakujące, iż np. zołzowatość Riri Williams (przez którą wydaje się być kopią Shuri) przeniesiono z komiksów bez większych ingerencji, ale już Submarinera wykastrowano z jego atlantyckiego pochodzenia i paru innych drobiazgów. Najwidoczniej na dużym ekranie nie ma miejsca dla dwóch królów Atlantydy. Pal licho, że w komiksach to Aquaman był kopią, a nie w drugą stronę. Co do drobiazgów – obie wersje Namora to dupki. Tyle że komiksowemu chce się przywalić w gębę, bo jest tak sugestywnie napisany, a filmowy… a niech sobie zabija, kogo chce, nie obchodzi mnie to. W ogóle jeśli pominiemy na moment papierowy pierwowzór, tutejsza wersja jest w zasadzie kopią… Killmongera. Tylko bez jego charyzmy i determinacji. Swoją drogą, Talokan – miasto Namora – wygląda, jak projekt odrzucony przez Aquamana, którego autorem jest Batman. Natomiast sam tytuł filmu to już niemal jawne kłamstwo. Shuri gania w kostiumie Czarnej pantery w ostatnich bodajże 23 minutach (ze 161), a i to nie przez cały ten czas. Nie podobał mi się projekt pancerza Iron Heart. Zupełnie jakby ktoś zajumał ją z planu Power Rangers lub miał za dużo czasu i wpadł na pomysł nieślubnego dziecka Transformerów i Eve z filmu Wall-E. No i na koniec syn T’Challi ma na imię T’Challa – czyli jak zrobić tę samą postać z objazdem, zamiast zastąpić innym aktorem. Rezultat – zmarnowany film.

Żeby nie było, to nie są jedyne problemy z Wakanda Forever. Jest ich więcej, ale te opisane powinny dać jakiś pogląd na to, co jeszcze czeka widza (np. obligatoryjne ubliżanie białym). Sektor średniackości obejmuje sceny akcji, aktorstwo oraz efekty specjalne. Tu dochodzimy do mojego ulubionego segmentu: Ciekawe pomysły, które trafiły chyba przez pomyłkę lub umyślnie zostały ubite u podstaw.

Numer jeden: obecność vibranium w innym rejonie. W Wakandzie jego obecność stanowiło podwaliny pod całą historię i kulturę. Nawet Okoye stwierdziła, że nie wie, co o tym myśleć, bo fundamenty znanego jej świata właśnie pierdyknęły. Przecież gdyby to połączyć nawet z tą durną śmiercią T’Challi, wcisnąć niepokoje społeczne, naciski państw z zewnątrz, mógłby wyjść z tego świetny, polityczny film.

Numer dwa: Shuri. Poza Wakandą zachowuje się zaskakująco normalnie. Widać konsekwencje śmierci brata, dziewczyna poddaje w wątpliwość metody swoich ludzi i wkracza na ścieżkę dyplomacji. Gdy dopada ją frustracja, myśli krążą wokół „ciemnej strony Mocy” w postaci Killmongera. Jako przeciwwagę ma M’Baku, który wyciągnął wnioski z przeszłości, jest rozważniejszy i zdarzają mu się chwile w roli mentora. Ta warstwa została najlepiej nakreślona, ale dałoby się wycisnąć z tego więcej.

Numer trzy: Riri. Nie znoszę tej pannicy. Tak w komiksach, jak i tutaj. ALE… w scenach, gdy przestała trajkotać o byciu czarnym geniuszem (gdyby Tony Stark podkreślał bycie pierwszym młodym białym geniuszem, z marszu nazwano by go rasistą) zachowuje się adekwatnie do sytuacji. Gdy atakują siły specjalne – jest przerażona. Gdy ma chwilę, by popisać się wynalazczością, wychodzi z niej MacGyver. Gdy posiada swoje zabawki, ma zadatki na superbohaterkę. No i wreszcie dorabianie na studiach na lewo dzięki swoim umiejętnościom. Wszystkie składowe, by rozkręcić przyzwoity serial lub nawet większy epizod w filmie, ale zakrzyczany hasłami o kolorze skóry.

Numer cztery: muzyka. Podobnie jak w Black Panther potrafi zrobić niemałe wrażenie. Świetnie oddaje klimat nacji lub miejsca i jest na tyle zróżnicowana, że po zamknięciu oczu bez problemu rozróżnimy przelot nad Wakandą od podróży do Talokan.

Po zebraniu wszystkich elementów do kupy Wakanda Forever okazuje się być średniakiem z dolnej półki. Nie jest tak durna jak Thor 4, ani tak nudna jak Shang-Chi, ale prawie na każdym kroku widać, że gdyby materiał dać komuś z głową, wyszłaby z tego opowieść lepsza o poziom lub dwa. Moja ocena: 3-.

niedziela, 16 lipca 2023

She-Hulk: Attorney at Law - Season 1

She-Hulk jest jedną z najbardziej lubianych żeńskich wersji znanych bohaterów. Komiksowi autorzy (nawet Dan Slott, za którym nie przepadam) potrafili nadać jej wyrazistą osobowość, podkreślić jej wdzięk i inteligencję, nie ubliżając przy tym Hulkowi lub facetom, z którymi wchodziła w interakcje. Autorki serialu wywaliły to wszystko do śmietnika, no bo przecież faceci nie będą im mówić, ja pisać żeńskie postacie… Patrząc na efekt końcowy to chyba powinni…

SH była zapowiadana jako połączenie trykociarstwa z dramą sądową. Po seansie mogę powiedzieć, iż ni cholery nie sprawdza się w żadnym z tych aspektów. Autorki nie tylko olały komiksowy pierwowzór, ale nie znają także MCU. Piramidalną bzdurę dostajemy już w trzeciej minucie pierwszego odcinka – Bruce skonstruował urządzenie/bransoletkę trzymające Hulka na smyczy… Pal licho, że kontrolował zielonego praktycznie po The Incredible Hulk. Kij z tym, że w Endgame osiągnął już formę profesora Hulka, która w zamyśle łączy najlepsze cechy obu wersji Bannera. I w ogóle to olejmy fakt, że taki gadżet przydałby się na początku filmu z Nortonem, a nie TERAZ.

Nie bez powodu napisałem we wstępie, iż komiksowa She-Hulk wybiła się bez poniżania któregokolwiek z facetów. Natomiast serialowa ma na tym punkcie ogromny kompleks. Niezależnie od tego, czy mówimy o ludzkiej formie, czy trykociarskiej – ona zawsze będzie tą lepszą. To ona wyciągnie Bruce’a z samochodu po wypadku (a nie on uratuje ją transfuzją), to ona pokona Daredevila, to ona cierpi katusze, jakich nie doznał nikt (bo np. faceci codziennie się na nią gapią). Pal licho, że sam Bruce miał przerąbane dzieciństwo, ścigało go wojsko, był w kosmosie, Hulk przejął go na dwa lata, a na koniec zebrał łomot od Thanosa. Nie, to Jennifer wie więcej o traumie, bo jest kobietą… JEDYNYM pozytywnym aspektem pani Walters jest chęć powrotu do poprzedniego życia, do kariery. Jest to najbardziej ludzki i najsensowniejszy odruch w jej wykonaniu – przywrócenie stabilności i rutyny.

Dalej jest już stereotypowo dla współczesnego Marvela: faceci to przeważnie seksistowscy idioci, kobiety to wiecznie pokrzywdzone istotki, które teraz się odkuwają przez bycie nieznośnymi, obleśnymi babsztylami, nakręcającymi się w kółku wzajemnej adoracji (asystentka Jennifer jest najlepszym przykładem klakiera, który bez sensu przytakuje, bo girl power!).  Jedyną osobą, którą uniknęła kompletnego zidiocenia, jest ojciec Jen. Natomiast tą rozegraną względnie ostrożnie, jest Matt Murdock, ale i w jego sytuacji znalazła się bezsensowna scena, gdy po upojnej nocy wraca z butami w ręce. Drogie panie, gwarantuję, że a) facet nie ma oporów z założeniem butów z powrotem – to nie obcasy, b) niezależnie od jego własnego performance’u gość po przespaniu się z She-Hulk nie zrobi z tego spaceru wstydu. Choć z jednym komentarzem Jen się zgodzę: musztarda i ketchup to słabe kolory dla bohatera pokroju DD. Innymi słowy – nie przepadam za oryginalnym, żółtym strojem, więc miałem chwilę radochy. Niestety, próba powtórzenia sceny w korytarzu z netflixowego Daredevila wypada tutaj biednie. Dosłownie jak w tym memie: "Mamo, ja chcę Daredevila! Mamy Daredevila w domu." No i to nie ten sam, ponury Matt. Tutaj często się szczerzy i dowcipkuje. Możnie nie na poziomie Parkera, ale jednak.

Jako prawniczka Jennifer niespecjalnie się sprawdza. Zresztą nie tylko ona. Koleżanka z pracy, którą zatrudnia, gdy zostaje pozwana o prawo do korzystania z nazwy She-Hulk, wraz z asystentką non-stop antagonizują klienta z szóstego odcinka, zamiast zachować swoje opinie dla siebie. Efektem końcowym jest uznanie wszystkich żądań strony przeciwnej przy aktywnej pomocy wspomnianych pań. Koleś mógłby w zasadzie nagrać całe „negocjacje”, pójść do normalnej firmy i pozwać tę od She-Hulk na grubą kasę za taki numer. Może rozprawy w Daredevilu nie były bardzo realistyczne, ale zrealizowane o kilka klas lepiej od tych tutaj.

Z kolei jako superbohaterka… przyznaję, ma swoje momenty. Scena walki, w której pomaga Wongowi pozbyć się potworów, jest ok jak na serialowe warunki. Jest jeszcze jeden aspekt na linii Jennifer-SH. Konflikt ich imidżu, zachowania, pewności siebie itd. To był całkiem przyzwoity materiał nadający się na terapię… którą trochę spłycono za pomocą mocno przerysowanej grupy pod wodzą… Abomination… pardon, Emila Blonskiego. Pomysł ok, tematyka niełatwa, realizacja banalna. Szkoda.

Niestety, nie licząc słabo animowanych poczwarek CGI, pozostali antagoniści są do chrzanu. Wieczne zafochana Titania, banda kretynów zazdrosnych o moce SH i rzekomo reprezentująca „fanów”, którzy nie lubią silnych żeńskich postaci, nawiązującą do youtuberów. Serio, jeśli ktoś kojarzy popkulturową scenę youtuberską, bez problemu rozpozna maskę podobną do kolesia odpowiedzialnego bodaj za największą liczbę przekazanych teorii spiskowych i przecieków z branży. Żenada. W ogóle zakończenie pluje w twarz nie tylko fanom i zwykłym widzom, lecz także Kevinowi Feige, którego autorki sprowadzają do roli niezbyt rozgarniętego AI. Twórczynie tak bardzo nie miały pomysłu, co zrobić z końcem, że Jennifer musiała wyjść z panelu Disney+ na ekranie, obgadać nowe zakończenie z „Kevinem”, naubliżać facetom z MCU, a po nic nie wyjaśniającym cięciu wrócić na mały ekran wprost do sceny aresztowania. Sezon kończymy rodzinnym obiadem, na którym z jakiegoś powodu jest także Matt Murdock oraz Hulk, który wrócił z kosmosu ze swoim… synem…

Autorki She-Hulk miały kilka niezłych pomysłów, które utonęły w natłoku bzdur i nieznajomości nie tylko komiksowego, czy filmowego uniwersum, ale także zwykłych codziennych sytuacji. Nie potrafią stworzyć groźnego antagonisty, nie potrafią napisać sądowej dramy, humoru wystarczyło im na jeden dowcip, a z tego co „Kevin” powiedział, budżet na CGI skończył się, zanim nakręcono wszystkie odcinki. Jeśli macie zapoznać się z przygodami Jennifer Walters, polecam wersję komiksową (choćby wspomnianego Dana Slotta), która nie musi umniejszać czyichkolwiek zasług, by dowieść swej wartości i jest przykładem, jak się pisze silne (dosłownie i w przenośni) kobiety. Tymczasem moja ocena serialu: 2+.

P.S. Jeśli mieliście w planach obejrzenie Rodziny Soprano, polecam to zrobić przed tym serialem, gdyż padają tu paskudne spoilery.

niedziela, 23 kwietnia 2023

Werewolf by Night

Pewnej nocy członkowie tajnego bractwa łowców potworów zbierają się, żeby pożegnać swojego przywódcę. Następcą zostanie ten, kto pokona pozostałych oraz potwora ganiającego z artefaktem na plecach po labiryncie.

Werewolf by Night podobnie jak The Guardians of the Galaxy Holiday Special stanowi odcinek specjalny stworzony na potrzeby TV/streamingu. Nie czytałem żadnego z komiksów o marvelowych wilkołakach, ale postanowiłem obejrzeć film przez wzgląd na bliską memu sercu tematykę. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało się zrealizować taki projekt, ale cieszę się, że powstał. Otrzymujemy typowo marvelową naparzankę w klimacie staro szkolnych horrorów. Od razu trzeba nastawić się na jedno: akcji jest więcej niż horroru, fabuła nie jest wymagająca, a seans trwa około 50 minut. Największą zaletą jest warstwa wizualna. Od charakteryzacji, przez rekwizyty, kostiumy i lokacje, po efekty typu mgła. Wszystko zalatuje starymi tytułami pokroju Frankensteina i Wolf Mana, co dla niektórych będzie ucztą, a dla innych tylko ciekawostką.

Akcja mimo prostej konstrukcji stara się zaskoczyć widza w paru miejscach, choć trzeba podkreślić, iż przynajmniej pierwsza taka próba jest oczywista do tego stopnia, że bardziej się chyba nie da. Autorzy podeszli osobliwie do dawkowania przemocy. Nawalanka ma miejsce przez większość seansu, jednak o ile pierwsze spotkania dałoby się wmontować bez problemu do Power Rangers, o tyle im bliżej końca, tym więcej sztucznej krwi leje się z ekranu. Wręcz do tego stopnia, że w finale zastanawiałem się, czy na pewno oglądam jeszcze współczesnego Marvela (W 1998, w czasach pierwszego Blade’a nie zdziwiłbym się). To ostatnie ma nie lada znaczenie, bo nie tylko stanowi część oficjalnego kanonu MCU, ale także dorzuca do niego postać Man-Thing (którego obecność może w przyszłości namieszać, jeśli ktoś go weźmie pod uwagę).

WbN to przyjemny akcyjniak podlany grozą i choć weteranów straszydeł nijak nie zaskoczy, ani nie przestraszy, pozostaje jedną z najbardziej oryginalnych produkcji w czwartej fazie MCU, dzięki czemu nie zostawia nas z poczuciem zmarnowanego czasu. Moja ocena: 4-.

sobota, 8 kwietnia 2023

The Guardians of the Galaxy Holiday Special

Kraglin opowiada Draxowi i Mantis o tym, jak Yondu rzekomo zepsuł święta Peterowi, który od tamtej pory ich nie obchodzi. Mantis postanawia, że w tym roku uratują święta specjalnie dla Star Lorda. Jak? Przywiozą mu największego bohatera ludzkości! Człowieka, który ratuje miasta tańcem, a łotrów pokroju Jasona Voorheesa zjada na śnadanie – Kevina Bacona! Tutaj zaczyna się cała heca, bo po pierwsze: Mantis do pomocy bierze tylko Draxa. Po drugie: żadne z nich nie wie, gdzie na Ziemi mieszka Kevin. Po trzecie: żadne nie wie, jak zachować się na Ziemi (co nie przeszkadza im imprezować na całego). Po czwarte... no to już wynika z różnic między tym, kim Kevin Bacon jest, a jak go przedstawił Peter.

Tytuł w zasadzie doskonale oddaje to, czym jest Holiday Special. Taki czterdziestominutowy (i co śmieszniejsze kanoniczny) spinoff lub odcinek serialu.. bez serialu. Historia jest lekka, zabawna, głupawa i nadaje się akurat na krótkie, relaksacyjne posiedzenie przed telewizorem z drinkiem w ręku. Jeśli coś przykuwa uwagę, to Knowhere, które w świątecznym wydaniu robi wrażenie. Aktorsko i muzycznie jest tak samo, jak w dużych filmach o Strażnikach.

W trakcie seansu zazgrzytały mi dwie rzeczy. Jedną jest robienie tajemnicy z tego, że Mantis to przyrodnia siostra Quilla. Serio? Nawet średnio rozgarnięty widz mógł wpaść na ten pomysł po seansie Guardians of the Galaxy Vol. 2, pomimo iż nigdzie taki tekst się nie przewija. Po drugie (takie humorystyczne czepianie się) Kevin Bacon jako Kevin Bacon. Nie wiem, na ile autorzy byli świadomi, ale importowali pana Bacona wraz z całą jego filmografią do uniwersum. Dla tych, co nie ganiają na każdy film o trykociarzach, Kevin grał w X-Men: First Class. Jeśli MCU czasowo leci równolegle do nas, to w tym uniwersum również miało miejsce przed pojawieniem się mutantów. Raczej nikt tego szczegółu nie uwzględni (no może Deadpool), ale ciężko mi było nie parsknąć śmiechem po uświadomieniu sobie.

Z jednej strony to fajne, że jeszcze można trafić w MCU na twory, które nikogo nie osądzają, nie moralizują, tylko opowiadają historię, po której można poczuć się lepiej. Z drugiej szkoda, że to pojedyncze sztuki. Moja ocena: 4.

niedziela, 2 kwietnia 2023

Ms. Marvel – Season 1

Na początek wyjaśnię jedną rzecz, żeby nie było wątpliwości. Ms. Marvel to dla mnie przede wszystkim Carol Danvers. Gdy zrobiono z niej Captain Marvel, a ona sama zyskała osobowość betonowego kloca i posturę babochłopa, przestałem zwracać uwagę (ta wersja Danvers to dla mnie jeden z powodów, dla których lektura Civil War 2 to droga przez mękę). Potem w roli Ms. Marvel obsadzono Kamalę Khan – dano jej zestaw zupełnie innych, idiotycznych mocy pochodzących od Inhumans, pakistańskie korzenie i muzułmańską wiarę. Rezultat? Sześć anulowanych solowych serii komiksowych (jeśli dobrze liczę i nie uwzględniając jednostrzałów) i korzystanie tylko w przypadku gościnnych występów lub jako części większej ekipy. Do tego osoby wyznające islam twierdzą, iż taka z Kamali muzułmanka, jak z koziej dupy trąba. Ale że dzisiaj w branży rozrywkowej mamy klimat, jaki mamy, panna Khan była idealną kandydatką do kolejnej fazy M-SHE-U.

Ostrzegam, iż nie będę unikał spoilerów. Najzabawniejszym aspektem adaptacji Ms. Marvel jest to, że niewiele w niej zostało z komiksowego pierwowzoru (bo zapewne był tak słaby i mało efekciarski). Fakt – od strony ludzkiej to pi razy oko ta sama postać, ale od strony superbohaterskiej już nie. Tutaj na dzień dobry Kamala ma swoje moce dzięki bransoletom, a efekt końcowy to w zasadzie wariacja na temat… Green Lantern. Ale, ale, to nie wszystko! W finale dowiadujemy się, że Ms. Marvel może korzystać ze swoich zabawek, bo jest mutantką (gdy pada ta informacja, słychać nawet fragment motywu muzycznego z animowanych X-Men z 1992). Tak, mutantką, nie Inhuman.

No ale kogo obchodzą takie pierdoły?! Jak sam serial? Czy wreszcie Marvel zrobił coś tylko dla nastolatków? Być może, bo montaż przyprawia o ból głowy, ujęcia zmieniają się, jakby autorzy mieli robaki w dupie. Nawet głupia rozmowa z pedagogiem szkolnym przeskakuje co parę sekund z jednej kamery na drugą, jakby nie mogła usiedzieć. Jeśli tym charakteryzuje się pokolenie TikToka, powinno poczuć się jak w domu. Zakładając, że nie przeszkodzą mu inne składowe widowiska, bo paradoksalnie pomimo częstych zmian ujęć w trywialnych sytuacjach, rozwój akcji jest powolny jak pijany ślimak pod górkę. Przy drugim odcinku zasypiałem średnio co 5 minut. Dopiero jego finał mnie rozbudził. Niestety, nie jest to największy problem widowiska. Całe jest naszpikowane większymi i mniejszymi idiotyzmami.

Kamala jako fanka Kapitan Marvel jest irytująca we własnym zakresie, ale to akurat norma – każdego jacyś fani będą denerwować. Kłopot w tym, że jej perspektywa przeinacza wagę wydarzeń. Wspominałem o tym przy okazji mojego wpisu o Endgame: Wykorzystanie Carol jako siły do osiągnięcia zwycięstwa jest sztuczne, bo gdyby jej nie wprowadzić w solowym filmie, równie dobrze można by zastąpić ją innymi postaciami, np. Stakarem i całym zastępem Ravagerów (a to tylko przykład pierwszy z brzegu, jest ich więcej, włącznie z bezsensownie pominiętym na tym etapie Adamem Warlockiem).

Narracja typu: fajnie mieć bohaterkę walczącą za nas – no bo oczywiście wszyscy inni bohaterowie najpierw patrzą na kolor skóry, a potem decydują kogo uratować. To taka sama egoistyczna bzdura, co w grze Spider-Man: Miles Morales, w którym mieszkańcy Harlemu czuli się bezpiecznie dopiero, gdy mieli „swojego” Pająka lub w Moon Knight, gdzie pada pytanie: Czy jesteś egipską superbohaterką? Co jest zabawne w tym aspekcie, to że mimo gimnastyki PRowej udaje się autorom zrobić z Ms. Marvel stereotypową muzułmankę-terrorystkę.

No właśnie konflikt na linii meczet-agencja rządowa. Ja rozumiem, że wyznawcy tej religii mieli pod górkę w USA niezależnie od tego, czy faktycznie byli powiązani z przestępcami. Jednak zakładanie, że każda agencja i zawsze ma za zadanie wyłącznie nękanie to już piramidalna bzdura. Służby bezpieczeństwa są tu dla odmiany dość kompetentne, ale autorzy dwoją się i troją, byle tylko pokazać je w złym świetle. Zachowanie Damage Control jest jak najbardziej zasadne i faktycznie z intencjami pomocy, ale jednocześnie zdają sobie sprawę, że to jak z przenoszeniem nitrogliceryny – ostrożnie, bo może rąbnąć. Zaś Kamran (poszukiwany enhanced) to dosłownie chodząca bomba (nie potrafi kontrolować swoich mocy) i w najgorszym momencie mógłby zmieść z powierzchni ziemi całą świątynię – musimy go ukryć, bo go federalni szukają! I stąd też moje stwierdzenie, że poprzez pomaganie takiemu człowiekowi Kamala de facto sama stała się przestępczynią.

Czy jest coś, na co warto zwrócić uwagę? Kilka drobiazgów. Po pierwsze historia rodziny Kamali jest ciekawa i przypada na równie interesujący moment w historii: oddzielenie się Pakistanu od Indii. Tylko tradycyjnie to, o czym można by nakręcić ciekawy serial, potraktowano zdawkowo. Po drugie sama Kamala jest chyba bliżej wyobrażenia o nastolatkach niż to, co serwują filmy o Spider-Manie z Tomem Hollandem. Po trzecie Ms. Marvel uczy się swoich mocy. Nie zyskuje wiedzy o sztukach walki w trybie natychmiastowym, popełnia błędy i ma wątpliwości. Jest najbardziej ludzka ze wszystkich seriali z czwartej fazy. Zabawnym drobiazgiem jest to, w jaki sposób otrzymuje swój kostium. W tytułach o trykociarzach (ze wskazaniem na Arrowverse) bohaterowie zawsze dostają nowe zabawki w wypasionych walizkach, skrzynkach i innych fikuśnych pojemnikach. Tutaj matka daje jej wdzianko w kartonie po toffi. Ja wiem – pierdoła, ale wydało mi się to tak urocze i normalne, że musiałem wspomnieć.

Ms. Marvel nie jest przesadnie złym serialem, ale ciężko nie odnieść wrażenia, że poprzez powielanie stereotypów (przypadkowe lub nie) autorzy zaniżyli jego potencjał. Jeśli macie odporność na bzdurki charakterystyczne zarówno dla produkcji o trykociarzach, jak i nastolatkach, możecie rozważyć seans. Niestety, niczego zaskakującego ani świeżego nie doświadczycie. Moja ocena: 3-.

niedziela, 5 marca 2023

Thor: Love and Thunder

Trzeci Thor bardzo mi się podobał. Prawdopodobnie bardziej niż powinien, zważywszy, ile tak naprawdę miał wspólnego z komiksami (np. Planet Hulk). Zgrabnie balansował głupawe poczucie humoru z poważnymi scenami i traktował wszystkie postacie względnie fair, bo nawet jeśli ktoś zarzucał, że Walkiria była tam tylko, żeby poniżać Odinsona, to jednak trzeba brać poprawkę na to, że nie czuła się już częścią ludu Asgardu i robiła to, co każdy normalny łowca nagród. Do tego topiła swoje smutki w alkoholu i kryła się za fasadą twardzielki, uciekając przed demonami przeszłości.

Love and Thunder wypierdziela to wszystko na śmietnik. Co prawda reżyser już na etapie zapowiedzi oświadczył, iż zamierza zniszczyć wszystkie oczekiwania fanów oryginału, ale rozpędził się w tych swoich poczynaniach do tego stopnia, że miłośników filmów również wkurzył (do tego Chrisa Hemswortha i pewnie multum innych osób).

Osią wydarzeń jest polowanie Thora na Gorra Bogobójcę, faceta, który poprzysiągł śmierć wszystkim bogom, gdy ten czczony przez niego okazał się zwyczajnym dupkiem nawet w chwili największej desperacji wyznawcy. Całość uzupełnia wątek umierającej na raka Jane Foster i jej żeńskiej wersji Thora; Walkirii, która z jakiegoś powodu zamiast mianować się królową, jest królem; Stormbreakera strzelającego focha z powodu Mjolnira; zbędny wstęp ze Strażnikami galaktyki oraz dwa niemal non-stop wydzierające się kozły…

Zacznijmy wytykanie od głównego złodupca. Jedyną mądrą decyzją odnośnie tej postaci było obsadzenie Christiana Bale’a w roli. Całą resztę dokumentnie spieprzono tak, jak miało to miejsce w przypadku Malekitha w drugim Thorze. Komiksowy Malekith to kawał naprawdę cwanego sukinsyna, który potrafił zaleźć za skórę dosłownie wszystkim, podczas gdy filmowo zmarnowany Christopher Eccleston jest tylko słupem soli dowodzącym pozostałościami swojej rasy. Gorr w wykonaniu Bale’a na początku ma jakieś podstawy, ale potem ni to Joker, ni to rzeźnik. W komiksie jest on fanatycznie oddany swojej misji, a dopóki autorzy nie zwiększają częstotliwości spotkań między nim i Thorem, wszystkie ślady jego działalności nadają się na dobry horror. W zasadzie jedyną zaletą filmu w tej kwestii jest przeniesienie jednego kadru z ofiarą Gorra bezpośrednio z komiksu. JEDNEGO.

Sam wątek pchający Gorra jest tak spłycony, że głowa mała. W filmie po prostu chce zemsty na bogach i podąża prostą, by nie rzec prostacką ścieżką do osiągnięcia celu. W komiksie jest to mocno zakręcony, ale bardziej złowrogi i krwawy plan. Oprócz zemsty kolejni bogowie padają też z paru innych powodów, przez które ciarki wręcz chodzą po plecach. A gdy Bogobójca jest niemal u szczytu swej potęgi i towarzyszące mu wersje jego utraconej rodziny jego samego określają bogiem, dochodzi do dużo ciekawszej konkluzji. Ponadto całość dzieje się na przestrzeni niemal całego życia Thora. Asgardczyk po raz pierwszy spotyka Gorra w okresie swojej młodości, w czasach naszych wikingów. Aktywnie ściga go, gdy jest już członkiem Avengers, a ostateczne starcie ma miejsce, gdy pozostał ostatnim bogiem. Żeby było ciekawiej, jest moment, gdy wszystkie te wersje Odinsona spotykają się i walczą ramię w ramię. Niestety, zamiast tego epickiego starcia z trzema kopiami postaci Hemswortha, dostaliśmy jej żeński odpowiednik…

No właśnie, drugim elementem, który podniósł mi ciśnienie, jest tzw. female Thor/lady Thor. Ten zabieg już w komiksie straszył głupotą. Ja rozumiem, że pseudonimy były przekazywane innym postaciom: Batman, Spider-Man, Wolverine, Robin i w cholerę innych. Nie każdy taki zabieg mi się podoba, ale go rozumiem. Thor w przeciwieństwie do wyżej wymienionych nie jest pseudonimem. To pełnoprawne imię i przekazywanie go tylko dlatego, że komuś Mjolnir wskoczył do łapy, jest idiotyzmem potężnego kalibru. Nawet w pierwszym Thorze Odyn mówi, że jeśli ktoś będzie godzien, zyska moc Thora, a nie stanie się Thorem. W ogóle jakim cudem przywrócono Mjolnir? Taika Waititi w swojej „mundrości” musiał retconować to, co sam wcisnął do Ragnaroka. Jest tu taka scena pokazująca rozkwit i upadek związku Thora i Jane, która ma miejsce między The Dark World i Ragnarok. Na koniec Thor mówi Mjolnirowi, by chronił Jane, więc gdy u niej diagnozują raka, młot składa się do kupy (dosłownie) i daje jej moc (nie, nie Posępnego Czerepu)… A potem wedle informacji z filmu okazuje się też być przyczyną, dla której Jane szybciej opuści ten padół łez… Gdy już dwoje bogów gromu się spotyka, sytuacja jest względnie znośna w scenach akcji, ale jak tylko muszą ze sobą pogadać, rozpoczyna się teatr żenady. Zdaje się oboje są dorośli, po przejściach i znają się, a zachowują się, jakby nadal byli nastolatkami i nie mieli pojęcia o interakcji z drugą osobą. Dialogi między nimi są tak złe, że chce się je przewijać (i serio nic nie stracicie). Nawet moja żona (taki podręcznikowy normie, który lubi filmy komiksowe, ale nie będzie ich przytaczać na wyrywki) pytała, czy to ma być parodia. Obraz nędzy i rozpaczy dopełnia fochanie się… Stormbreakera… sugerujące, że Thor ma co najmniej intymny związek ze swoim orężem.

Kolejna rzecz - Stormbreaker jako portal do Wieczności to dziura fabularna wielkości Wielkiego kanionu w USA – można tłumaczyć, że Kang tak chciał, gdyż wedle finału Lokiego brak niektórych rozwiązań to również wola Kanga. Dopiero po jego zabiciu uniwersum zyskało wolną wolę, ale moim zdaniem to tylko pokazuje jak ułomny to pomysł.

Wizyta w Mieście Wszechmocy, w trakcie której Odinson świeci gołym tyłkiem, bo poniżanie faceta widocznie jest zabawne (dla porównania, jak tylko ten sam los ma spotkać obie towarzyszki Thora, od razu się ujawniają), stanowi jeszcze jeden przykład nieprzemyślenia sprawy. Zeus palnął gdzieś tam głupotę, że tutaj skryją się wszyscy bogowie i Gorr ich nie dopadnie. Ba, takie kryzysy ich nie obchodzą. Pardon, a jakie obchodzą? Nie widziałem, by zrobili cokolwiek, gdy Thanos wprowadzał swój plan w życie. W komiksie Gorr nie tylko zaatakował miasto, ale także wyrżnął je prawie w całości, więc jeśli tutaj nie mógłby tego zrobić, to chyba tylko z powodu widzimisię reżysera. Z Zeusem jest inny problem. Ten na ekranie to straszny bufon i pajac, ale… w usuniętych scenach jest taka, w której tłumaczy on Odinsonowi, jak tworzyć błyskawice i bez pomocy przedmiotów typu Mjolnir. Naprawdę świetny moment, niemal ojcowskiej rady dla syna i bodaj trzecia najbardziej stonowana scena… I akurat ją ktoś usunął, a zamiast niej wstawił idiotyczną śmierć Zeusa. Ba, jej usunięcie spowodowało kolejną dziurę w opowieści. Tutaj wytłumaczono, jak Thor może manipulować błyskawicami, co później robi i przekazuje namiastkę mocy dzieciom. Bez niej – ni z tego, ni z owego: SHAZAM, macie moc!

Mógłbym jeszcze długo znęcać się nad niekompetencją Taiki w kwestii wykorzystania materiału źródłowego, ciągłości materiału (Korg miał poprzednio rodziców obojga płci, teraz we wspomnieniach są to tylko tatusiowie) oraz świadomości popkulturowej jako takiej (zapytał Natalie Portman, czy chciałaby zagrać w Gwiezdnych wojnach), ale może wypadałoby dokopać mu także z powodu jego konika, za którego zazwyczaj dostawał pochwały. Chodzi o poczucie humoru. Waititi był ceniony za Ragnarok oraz What We Do in Shadows, lecz tutaj zwyczajnie przegiął pałę. Nie licząc wprowadzenia Gorra i wątku z rakiem Jane wszystko inne musi zawierać głupi dowcip, komentarz albo uwagę. Myśleliście, że Joss Whedon żenował humorem w Avengers i Justice League? Że Ragnarok mógłby sobie darować z dowcip lub dwa? Poczekajcie do końca (jeśli dacie radę) seansu Love and Thunder – zmienicie zdanie. Tutaj jest żałosne, obleśne i nachalne do kwadratu. Thor stracił rodzinę? Zróbmy z tego komedię! Bogowie są mordowani jeden po drugim? Zeusa to nie obchodzi, ważniejsze jest zaproszenie na orgię! Kurde, ale pomiędzy tymi jakże „zabawnymi” momentami jest tyle ciszy… Dawajcie te kozły drące japy! Za każdym razem? Za każdym razem!

Thor: Love and Thunder to jeden z najbardziej męczących i odpychających filmów w MCU. Nieudolność autorów postawiła pod znakiem zapytania potencjalny powrót Chrisa do roli Thora, bo nawet on miał dość dziecinnego efektu końcowego. Nie wiadomo, czy wprowadzone przez Taikę elementy w ogóle się jeszcze pojawią (nie takie rzeczy studio ignorowało), co stawia pod znakiem zapytania sens marnowania czasu na tego potworka. Nie wystarczy napakować widowiska humorem i dobrą muzyką, by odbębnić sukces. Waititi nie odrobił pracy domowej i wreszcie dopadły go konsekwencje jego zadufania. Moja nader wyrozumiała ocena: 2. Jeśli ktoś ma ochotę zapoznać się z ciekawszą wersją tej historii, powinien sięgnąć po komiksy wydane przez Egmont: Thor Gromowładny: Bogobójca i Thor Gromowładny: Boża bomba.

niedziela, 17 lipca 2022

Doctor Strange in the Multiverse of Madness

Gdy na rynku pojawił się serial WandaVision, byłem autentycznie podekscytowany. Była tajemnica, były emocje i miejsce na drugi sezon, w którym Wanda beknie za swoje wyczyny. Potem kolejne produkcje tak telewizyjne, jak i kinowe obniżały poziom i odzierały z nadziei. Z tego trendu wyłamywał się Spider-Man, ale to w dużej mierze produkcja Sony, więc ciężko uwzględnić go za pomocą samej przynależności do MCU. Drugi Strange niestety wpisuje się w trend produkcji Disneya.

Tutaj zaznaczę, iż będę używał spoilerów, bo podobnie jak Epizod 9 Gwiezdnych wojen ten film nie zasługuje na to, by obchodzić się z nim delikatnie. Zacznijmy od tego, że ten film ma niewiele wspólnego z Doktorem Strangem. Owszem, takowy jegomość pojawia się nawet w kilku inkarnacjach, ale jego jedyną rolą jest bycie przewodnikiem po tym śmieciowym parku rozrywki dla innych postaci. Serio, ważniejsze są tu występy gościnne, Wanda, wprowadzenie Americi Chavez i Cley.

Wanda jest postacią dominującą fabularnie. W zasadzie tytuł filmu powinien brzmieć Doctor Strange vs. Scarlet Witch in the Multiverse of Madness. Żeby było zabawniej, to multiwersum zostało tutaj potraktowane bardzo pobieżnie i w pewnych scenach widać, że ten film miał mieć premierę PRZED ostatnim Spider-Manem, a dopiero po dokrętkach od biedy można zmienić jego miejsce w chronologii serii. Wróćmy do postaci Elisabeth Olsen. W serialu jej działania były podyktowane stratą i tęsknotą za ukochanym. Tutaj z jakiegoś powodu ubzdurała sobie, że ona chce mieć te dzieci, które były w terroryzowanym przez nią miasteczku. Oto kilka powodów, dla których ta motywacja nie ma najmniejszego sensu. Po pierwsze – w ogóle nie uwzględnia Visiona. Rozumiecie? Najukochańszej osoby, przez którą w ogóle cała chryja z WandaVision miała miejsce. Niby MoM kontynuuje te wątki, ale ani słowem nie wspomina o fakcie, że po świecie śmiga sobie drugi Vision z pamięcią oryginału. Zero wzmianki, nic! Po drugie – Wanda chce dzieci. Więc zamiast poznać nowego partnera, przejść się do banku spermy lub adoptować sobie dziecko, gania nastolatkę z supermocami przez wszystkie wymiary tylko po to, by przejść do innego świata i zastąpić jakiś swój odpowiednik, który ma dzieci… Ja rozumiem, że nawet w komiksach Scarlet Witch zdarzało się oszaleć i odwalić jakiś numer, ale nie przypominam sobie, żeby którykolwiek był choć w połowie tak głupi. Po trzecie – skąd ta tęsknota za dziećmi? Te z serialu nie były nawet prawdziwe! No i wisienka na torcie – to jak Wanda usprawiedliwia się przed Stephenem. Według niej to, że przyczynił się do blipnięcia połowy wszystkich żywych istot, bo był to jedyne wyjście na odkręcenie całej afery, jest porównywalne z tym, że ona terroryzowała przez miesiąc całe miasteczko. Kontrolowała ludzi dla własnej zachcianki, a ci w rezultacie mieli już taką traumę, że wręcz życzyli sobie śmierci. Heroizm kontra egoizm i pretensja, że wszyscy dookoła mają jej za złe z powodu tego drugiego. I to ma być dorosła osoba?

Strange też wcale święty nie jest. Jego wątek sprowadza się do wspomnienia o tym, że nadal kocha Christine, bo… widocznie dorośli w tym filmie nie potrafią poradzić sobie z upływem czasu i poznać nowych ludzi, którym mogliby poświęcić swoją uwagę. Jedyną osobą w filmach Marvela, której prawie się to udało, był Steve Rogers, który już niemal związał się z Sharon Carter, ale potem odkręcono to idiotycznie w Endgame, bo Evansowi się kontrakt kończył. No ale zawsze można robić za transport dla innych bohaterów.

America Chavez… do niej (dla odmiany) się nie przyczepię. W komiksach była tak żenującą i przegiętą postacią, iż nie potrafiła utrzymać swojej serii. Solowe popisy skończyły się w ekspresowym tempie. Wersja filmowa jest bardziej przystępna. Pewnie, że nadal znajdą się drobiazgi wzbudzające o niekontrolowany, kpiarski rechot (portale w kształcie gwiazd, czy zassanie matek do przypadkowego portalu niczym wody do kibla, bo młoda przestraszyła się pszczoły… aż ciekawi mnie, co zrobi na widok Wasp i Ant-Mana…), ale i tak jest o niebo lepiej niż na kartach pierwowzoru. Przy całym jej mocno specyficznym pochodzeniu tutejsza Chavez jest bardziej ludzka i bliższa naszemu pojęciu nastolatki, zachowującej się adekwatnie do swojego wieku (począwszy od tego, że się boi, po pyskówki, kiedy czuje się bezpiecznie) i doświadczenia życiowego.

Iluminaci – za tę scenę ktoś powinien wylecieć na zbity pysk. Jest to największa ściema, jakiej Marvel użył, aby przyciągnąć widzów przed ekran. Jeden z najbardziej eksponowanych motywów w zwiastunach, który w filmie zaorano w 5 minut. Żeby nadać temu jakiegoś kontekstu: w komiksach Iluminaci to najwybitniejsze umysły. Grupa, która decyduje np. o tym, co zrobić z Hulkiem, gdyż wszystkie incydenty z jego udziałem powodują ogromne zniszczenia (nawet jeśli on sam chce dobrze). Pomijając na moment zmianę w składzie, filmowi iluminaci to banda nadętych bufonów, którzy najpierw bagatelizują niebezpieczeństwo, o jakim uprzedza Strange, a potem uważają, że dadzą radę i tak. Po czym giną jeden po drugim i są to śmierci naprawdę groteskowe. Fani chcieli Johna Krasinskiego jako Mr Fantastica? No to tutaj Wanda robi z niego spaghetti. Black Bolt (w którego ponownie wciela się znany z Inhumans Anson Mount, tylko tym razem w poprawnym kostiumie) wreszcie prezentuje swoje moce… w retrospekcji. We właściwej walce ginie od nich, bo zabrano mu usta… Kapitan Peggy „I can do this all day” Carter schodzi w kilka sekund po wypowiedzeniu swojej kwestii i od własnej tarczy. Profesor X, którego użyto do żerowania na nostalgii (wjeżdża w kadr przy akompaniamencie openingu z animowanych X-Men), zazwyczaj przeciwstawiający się Magneto w bardziej podbramkowych sytuacjach, tutaj ledwo zdążył coś powiedzieć. No i ochłap w postaci prawie oryginalnej Kapitan Marvel – Maria (sorry Monica, widocznie jeszcze nie Twoja kolej) Rambeau. Tam gdzie wersja Brie Larson rozwala statki kosmiczne z pełnym impetem, tak ta ginie od posągu zwalonego na łeb…

Clea. Ciężko tak naprawdę wkurzać się na samą postać, gdyż jest obecna dosłownie przez kilka sekund w finale i sugeruje zaciągnięcie Stephena ku nowej przygodzie. Chodzi mi raczej o to, co jej obecność zwiastuje. W dużym skrócie chodzi o zastąpienie Strange’a (a pewnie i Wonga) jako Sorcerer Supreme.

Oprócz słabych postaci sama fabuła jest usiana tyloma bzdurami, iż można by wymieniać cały wieczór. Np. nasi czarodzieje zapominają o wielu zaklęciach z poprzednich odsłon, przez co walki ciągną się i ciągną. Księga Vishanti, o której wie KAŻDY Sorcerer Supreme to dla Strange’a nowość (co, za jego kadencji jeszcze jej nie napisali?). Baron Mordo ponownie potraktowany jako chłopak do bicia, a jego odpowiednik z głównego uniwersum tylko wspomniany. MCU jako jeden z wymiarów (wliczając wszystkie możliwe twory, adaptacje i alternatywy) ma oznaczenie Earth-199999, ale wewnątrz niego świat z filmów to już Earth-616, czyli ten sam, co główne linie wydawnicze komiksów. Ergo sugerowanie, że filmowy kanon jest na równi z komiksowym? No chyba jakieś jaja…

Odnoszę też wrażenie, że część dialogów stara się (nieintencjonalnie, ale jednak) równać do poziomu prequeli Star Wars: coraz bardziej dziecinne, sztywne i miejscami żenujące.

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość temu, że widowisko stara się maskować swoje niedoróby częścią wizualną. Jest ona efekciarska, różnorodna, przyjemna dla oka, a w rękach Raimiego zmienia się niekiedy w narzędzie tworzące nastrój z pogranicza horroru (choć też sprawiającego wrażenie, iż ktoś ogranicza reżysera, żeby nie popełnić tego, co miało miejsce w Shazam). Niestety, nie ma w niej nic nowatorskiego. Tak jak pierwszy Doctor Strange przyprawiał o opad szczęki na dużym ekranie (a wedle znajomych jeszcze bardziej w IMAXie), tak drugi po prostu robi dobrą robotę, lecz nie zaskakuje. Przez co ciężko polecić go w ten sam sposób, co poprzednika.

Doctor Strange in the Multiverse of Madness to narzędzie do podziwiania widoczków i wprowadzania zmian w rozpisce postaci. Nic więcej. Może osobom, które nie przykładają wagi do spójności uniwersum spodoba się ta efekciarska papka, ale ja mam dość do tego stopnia, że rozważam już olewanie kolejnych filmów lub przynajmniej robienie większych przerw między nimi. Moja ocena: 2.

niedziela, 26 czerwca 2022

Moon Knight – Season 1

Naprawdę mam dość tego, co Marvel wyczynia w czwartej fazie MCU. Ostatnio nie ma opowieści, w której główny bohater nie byłby gnojony na potęgę. Do niedawna paskudzili postacie, które przynajmniej zdołały zrobić coś heroicznego, ważnego, zanim zostały zastąpione żeńską lub etniczną kalką, albo kompletnie zbesztane. Moon Knight tego szczęścia nie ma. Od pierwszego odcinka dostaje po głowie.

Zacznijmy od tego, że tytułowego Moon Knighta obejrzycie może przez 5-10 minut… w całym sezonie. Jego wstawki są zbrodniczo krótkie. Uzupełniają je występy Mr Knighta, który w przeciwieństwie do komiksowego intelektualisty o umyśle ostrym jak brzytwa, tutaj jest straszną pierdołą przepraszającą za to, że musi komuś dać po gębie. W zasadzie jego pierwszy występ sprowadza się do tego, że non-stop nim rzucają. Nawet jeśli brać pod uwagę aspekt: bohater dopiero uczy się swoich nadnaturalnych zdolności, to potraktowano go nierówno. Dla porównania gdy Layla otrzymuje swoje moce (choć i bez nich jest tak uber zajebista, że ratuje Marca/Stevena przy każdej okazji), od razu wymiata i jeśli dostanie bęcki, to tylko dlatego, iż fabuła tak dyktuje, a nie z powodu braku wprawy.

Osobowości MK również są nierówno potraktowane. Marc jest najemnikiem i już coś tam potrafi jako awatar Khonshu, ale poświęca mu się mało czasu, bo zwyczajnie zakończyłby temat zbyt szybko. Zamiast tego większość seansu spędzamy z pierdołowatym Stevenem. Problem polega na tym, że oryginalny Steven był dokładnym przeciwieństwem serialowego. Steven Grant w materiale źródłowym to finansjer i bogacz, a nie słabo ogarnięty pracownik sklepu z pamiątkami w muzeum. Z punktu widzenia obecnej polityki Marvela jest to zbyt samodzielny i zaradny facet, by pozwolić mu hasać na ekranie. Ba, w drugiej połowie sezonu MK jest martwy przez bodaj 1,5 odcinka i o ile aspekt psychologiczny wypada wtedy nieźle, o tyle sam fakt, że bez pomocy z zewnątrz znowu nie podoła, tylko utwierdza w przekonaniu o odzieraniu z samodzielności.

Nie rozumiem też decyzji wrzucenia widza w środek akcji, zamiast pokazać pochodzenie Moon Knighta chronologicznie. Dałoby to wiarygodność w przypadku braku ogarnięcia mocy i nie trzeba byłoby blokować ich sztucznie poprzez niewprawną drugą osobowość. Ponadto sama fabuła jest pełna większych i mniejszych bzdur, które sztucznie wydłużają czas trwania lub powodują trzaśnięcie się dłonią w czoło. Np. w finale w środku walki, w której fruwają samochody, kule świszczą, a poszczególne postacie tłuką się, ile wlezie, jedna zabłąkana duszyczka, kompletnie niezestresowana otaczającą ją sytuacją, miała czas i stalowe nerwy, żeby zapytać Laylę, czy jest egipską superbohaterką. Serio nie było lepszego momentu?! Normalny człowiek spierdziela, ile sił w nogach, a nie zatrzymuje się na pogaduchy.

Kolejnym gwoździem do trumny (albo sarkofagu) są efekty specjalne. Ich jakość jest tak paskudna, iż nawet autorzy stosują je bardzo oszczędnie i zawsze nocą/w ciemnym otoczeniu. O ile normą są próby maskowania właśnie za pomocą tego ostatniego patentu, o tyle tutaj nawet to nie pomaga, bo wciąż widać, z jaką żenadą mamy do czynienia.

Współczuję Oscarowi Isaacowi. Zawsze, gdy próbuje wbić się w mainstreamową franczyzę, jego postać jest dymana bez mydła. Przykładami z ostatnich lat są X-Men: Apocalypse, Star Wars Disneya, a teraz także Moon Knight. A szkoda, bo on sam odwala tutaj kawał przyzwoitej roboty i np. jego kłótnie między osobowościami to rarytas pokroju tych odstawianych przez aktorów dubbingowych grających kilka postaci w tej samej scenie. Pozostali aktorzy również starają coś tam wycisnąć z danego materiału. No może Ethan Hawke wyszedł zbyt stonowany jak na łotra.

Z zalet na pewno wymienię walki (oprócz tej między Khonshu i Ammit) oraz elementy egipskiej mitologii tworzące świetny klimat. Duża w tym zasługa muzyki i przyzwoitych zdjęć. Dobrze też wypada kostium Moon Knighta w akcji. Tak, jako CGI jest nadal fatalny, ale już zastosowanie w różnych sytuacjach (jak choćby przybranie kształtu księżyca) bywa pomysłowe i praktyczne.

Chciałem polubić Moon Knighta. Był to bodaj jedyny serial z nowych Marveli, na który autentycznie czekałem. Zamiast tego dostałem słabe widowisko, pisane przez kogoś, kto nie rozumie materiału źródłowego lub ma go w poważaniu (a wraz z nim fanów). Nie mam pojęcia, do kogo jest kierowany taki potworek. Do mnie nie trafił. Moja ocena: 2.

niedziela, 3 kwietnia 2022

Hawkeye – Season 1

Podczas inwazji z 2012, w trakcie której powstali Avengers, nastoletnia Kate Bishop zostaje uratowana i zainspirowana przez Hawkeye’a. Lukę czasową między inwazją, a chwilą obecną wypełnia treningami sztuk walki oraz łucznictwa. Przewijamy fabułę do teraźniejszości – Clint wraz z rodziną ogląda musical o Avengers i na widok aktorki grającej Natashę ma napływ traumatycznych wspomnień dotyczących śmierci przyjaciółki. Losy Kate i Clinta krzyżują się, gdy dziewczyna podpierdziela jego kostium Ronina, czym powoduje nie lada zamieszanie w światku przestępczym. Barton nie może tego tak zostawić. Odsyła dzieci do domu, a sam chce zakończyć sprawę Ronina raz na zawsze.

Zawiązanie akcji jest z jednej strony w porządku – bo faktycznie Ronin namieszał w trakcie blipa – z drugiej jest idiotyczne, bo zamiast pytać przebraną Kate, skąd ma kostium, ludzie biorą ją za Ronina… Ja wiem, że Jeremy Renner nie ma postury Hulka, ale to nadal jakby pomylić Frodo Bagginsa z Gimlim… I tak właśnie wygląda cały sezon: na każdy dobry pomysł przypada przynajmniej jedno partactwo. Będę rzucał spoilerami, więc jak ktoś nie chce ich znać, zapraszam do ostatniego akapitu.

Hailee Steinfeld to bodaj najmniej pretensjonalna postać w MCU. Kate Bishop w jej wykonaniu jest sympatyczna i mimo opanowania pewnych aspektów postaci nadal się uczy, sporo jej nie wychodzi, a do tego natura narwańca nie pozwala usiedzieć na miejscu i przez większość czasu ładuje otoczenie w tarapaty. Co tu jest nie tak? Jej relacja z Yeleną. Ta ostatnia jakoś tak od ręki stwierdza, że Kate jest spoko i w zasadzie gdyby nie zlecenie, byłyby psiapsiółkami. Z tej okazji jesteśmy raczeni całą sceną wspólnego posiłku, która może miała być zabawna, ale wyszła żenująca i trąci komiksami Marvela, w których superbohaterki zamiast bohaterzyć, spędzają 20 z 24 stron zeszytu na zakupach i narzekaniu.

No właśnie Yelena i jej zlecenie. Wątek wlokący się od The Falcon and the Winter Solder, przeciągnięty przez Black Widow i zakończony tutaj. Gdyby autorzy podeszli do niego jak osoby dorosłe, Yelena zamiast rzucać się z pięściami na Bartona, zapytałaby o jego wersję, ale nie – jesteśmy skazani (jeśli oglądamy całość) na kawał czasu poświęconego nieporozumieniu, które zakończono w sposób wyśmiewany przy okazji Batman v Superman. Tak, od teraz Marvelowcy mają swoje: „Save Martha! WHY DID YOU SAY THAT NAME?!”, tylko słabiej wykrzyczane.

Kolejna sprawa jest związana właśnie z tym ostatnim. Twórcy na siłę przekonują nie tylko Yelenę, ale także widza, że Natasha wcale nie poświęciła się dla ludzkości, przyjaciół z Avengers, tylko dla dokooptowanej do uniwersum post mortem rodziny.

Kingpin – cieszę się, że Vincent D’Onofrio powrócił, ale widać, iż go trochę ugrzeczniono. Fakt – Kate musi się nakombinować, żeby pokonać Fiska, jednak on sam nie roztacza już wokół siebie takiej aury grozy, jak w netflixowym Daredevilu. Widać wysiłek ze strony aktora oraz zabiegi łagodzące scenarzystów. Dodatkowym policzkiem jest zakończenie wątku tej postaci. Nie sądzę, żeby Wilson zginął, zwłaszcza teraz, gdy Daredevil dołączył do głównego nurtu MCU, ale nadal ostatnia scena pozostawia niesmak.

Nie mogę nie wspomnieć o naszym smaczku narodowym – roli Piotra Adamczyka, który jest po prostu zabawny i pomimo głupkowatego humoru z jego udziałem nie da się dąsać, że rozwala napięcie lub atmosferę.

Hawkeye na pewno lepiej traktuje swojego bohatera niż Loki, lecz przy okazji utwierdza widza, iż za wszelką cenę chce posłać Clinta na emeryturę. Zwroty akcji i ujawnienia zakulisowych wydarzeń nijak nie szokują, zaś niektóre rozwiązania (jak wspomniana pomyłka co do tożsamości Ronina) są zwyczajnie głupie. W zależności od waszej tolerancji na patenty Disneya przygody Bartona otrzymują 3+ (moja ocena motywowana powyższymi argumentami) lub 4 (jeśli przynajmniej jedna lub dwie pozycje z góry wam nie przeszkadzają).

niedziela, 27 lutego 2022

What If…? - Season 1

Nie jestem fanem wariantów „A co jeśli?” z wielu powodów. Tym głównym jest to, że po latach opowieści tego rodzaju przestały być rozważaniami odnośnie konsekwencji wydarzeń, a zaczęły być zbiorem fanficów od ludzi, którzy uważają, że lepiej ogarniają dany temat lub po prostu nie lubią status quo i za wszelką cenę chcą pokazać, iż ich wersja jest tą słuszną.

W dobie szalejącej poprawności politycznej oraz dywersyfikacji w imię samej dywersyfikacji, a nie opowiedzenia ciekawej historii, marvelowe What If…? spowodowało u mnie włączenie wszystkich czerwonych lampek.

Pierwszy odcinek opowiada historię tego, jak Peggy Carter zamiast Steve’a została super żołnierzem. Pomysł niemożebnie głupi. Z uroczej Peggy zrobiono babochłopa. Oczywiście nowa jeszcze nie Kapitan jest we wszystkim lepsza (bo tak), a Tesserakt odzyskuje w takim tempie, że kto wie, czy za scenę-dwie nie wygra wojny. A nie, chwila, potrzebna jeszcze jedna zmiana. W związku z tym ostatnim Steve zostaje pierwszym Iron Manem… Facet, którego nawet w tym odcinku opisano jako nie potrafiącego prowadzić auta, zostaje Iron Manem z całym jego zasobem technologii… Pozytywny aspekt? Trochę inny, bardziej szalony plan Red Skulla i końcowa walka. Natomiast jeśli ktoś chce obejrzeć Agentkę Carter, która nie wstydzi się, że jest kobietą i nie potrzebuje serum, żeby działać skutecznie, niech obejrzy pierwszy sezon serialu Agent Carter.

Drugi odcinek. Star Lordem został T’Challa i w przeciwieństwie do Quilla jest rozpoznawany i ubóstwiany. A został nim… przez pomyłkę… Ravagerzy porwali nie to dziecko… Przecież to jeszcze głupszy pomysł niż z pierwszego odcinka… Po pierwsze – nie ma podstaw, żeby T’Challa nazywał siebie Star Lord. Po drugie – jest nieznośnie idealny. Przy nim odwieczny komiksowy harcerzyk – Superman to kawał sukinkota. Już w pierwszym dialogu można zwymiotować od słodkości i uprzejmości. Potem okazuje się, że Yondu wychował T’Challę tak, żeby pomagać wszystkim bezinteresownie. Zamiast cwaniaka, bawidamka i nieudacznika o złotym sercu, mamy zbawcę narodów. Kurde, okazuje się, że nawrócił nawet Thanosa, żeby ten został strażnikiem… Wszystkie postacie poboczne sikają ze szczęścia, gdy tylko mogą popatrzeć na nowego Star Lorda. Gdyby jeszcze T’Challa zamienił się na miejsca z Killmongerem – to bym zrozumiał, ale ta zmiana była tak idiotyczna, że aż bałem się kolejnego odcinka. Trzeba jednak podkreślić, że nie jest to problem z T’Challą jako takim, ale z tą konkretną iteracją. Dla porównania filmowy książę Wakandy często był wkurzony, nauczył się wybaczać, popełniał błędy, dawało się go ośmieszyć – no krótko mówiąc był normalnym człowiekiem, a nie kosmicznym Jezusem.

Trzeci odcinek to gdybanie na temat usunięcia pierwszych członków Avengers zanim zostaną zebrani w drużynę. No i tutaj... jest ok. Antagonista pasuje do zaplanowanych wydarzeń, przebieg akcji sprawia wrażenie bardziej przemyślanego i potrafi zaskoczyć, a starym scenom akcji nadano nowego kolorytu. Ciekawostką jest projekt Bruce’a. Wydarzenia z tego odcinka to okres, gdy Hulka grał Edward Norton, natomiast animowany Banner to Mark Ruffalo. Nie zdziwię się, jeśli kiedyś Disney wyda ten film jeszcze raz, tylko z cyfrowo wstawionym Markiem, żeby ujednolicić wersję wydarzeń.

Czwarty odcinek. Doktor Strange zamiast sprawności w rękach traci ukochaną. Próbuje tak odwrócić czas, by do tego nie doszło. Jak to mawiają, jedna jaskółka wiosny nie czyni. Tu wracamy do głupich pomysłów. Wedle tego odcinka są momenty w czasie, których nie da się zmienić. Czyli poprzednie odcinki były od czapy? No bo skoro tu kluczowego momentu nie można tknąć, a w poprzednich zadziałało… Potem wychodzi patent o podziale jednej linii czasowej na dwie, a wraz z nią samego Doktora i wszystko robi się niepotrzebnie zakręcone. Na plus policzyłbym obecność mackowatego z pierwszego odcinka oraz fakt, że obsesja Strange’a została pociągnięta poza jego powściągliwość. Nowy wariant Doktora wyszedł nieźle. Reszta raczej nie zapadnie w pamięć.

Piąty odcinek. Banner wraca na Ziemię, żeby ostrzec ludzkość przed Thanosem, ale na miejscu odkrywa, że mamy własne problemy – apokalipsę zombie. A że zombie odziedziczają triki ugryzionego, mamy zombie Iron Mana, zombie Kapitana Amerykę itd. Nigdy nie byłem fanem Marvel Zombie, więc co się wynudziłem na tym odcinku, to moje. Nie pomógł też fakt, że to już druga afera spowodowana przez Hanka Pyma. Jeszcze jeden taki numer i trzeba by go prewencyjnie odstrzelić lub zamknąć. Jakby samego pomysłu było mało, w drugiej połowie odcinka otrzymaliśmy odwrócony wariant WandaVision, w którym android popisuje się taką głupotą, że gdy zasłania się logiką, to człowiek ma ochotę przywalić czołem w szafę z zażenowania.

Numer sześć. W tym odcinku dowiadujemy się, co się stanie, gdy Killmonger (starszy niż powinien być w tamtym momencie) usunie ze sceny odpowiednio wcześnie Tony’ego Starka oraz T’Challę. Wychodzi z tego niepotrzebnie zamotana wersja Black Panther z pominięciem istotnego wątku z Civil War. Sporo znanych postaci, niektóre w innym od oryginalnego kontekstu i Don Cheadle jako Rhodey w okresie, w którym pierwotnie grał go Terrence Howard. Ogólnie mówiąc – nudny odcinek, bo 90% zawartości bierze z filmów i nawet niespecjalnie ją zmienia.

Szczęśliwa (podobno) siódemka. Odyn nie wychowywał Lokiego, tylko oddał go jego rasie. Tym samym Thor wyrósł na jeszcze większego kretyna niż w pierwszym filmie… Cały odcinek sprowadza się do tego, jak Thor z ekipą imprezuje podczas snu Odyna i nieobecności matki. Problem taki, że impreza potrafi rozwalić planetę. Może to miało być zabawne, ale wyszło żenujące. A najgorsze jest to, że w zasadzie 80% postaci zachowuje się tutaj, jakby było po lobotomii. Strata czasu.

Ósemka. Ultronowi udało się przetransferować do ciała, które w głównej linii czasowej należy do Visiona (ale dlaczego Avengers nie zdołali go powstrzymać – tego nie wiadomo). Następnie zrobił to, co Skynet, tylko lepiej. A jak pojawił się Thanos, załatwił go jednym strzałem i przywłaszczył pozostałe Kamienie Nieskończoności. Potem ruszył na tournée przez galaktykę. Gdy wydawało mu się, że zabił już wszystkich, odkrył Watchera, a wraz z nim multiwersum. Tym samym zyskał dalszy powód dla swej egzystencji. Na początku jest nuda, bo to było w Terminatorze. Potem jest nuda, bo nikomu nie udaje się powstrzymać blaszaka. Hawkeye ma okazję odegrać swoją scenę poświęcenia identyczną z tą z Black Widow w Endgame. I to tyle, nie ma tu nawet właściwego zakończenia.

Dziewiąty odcinek zbiera do kupy wszystkie alternatywne wersje: Kapitan babochłop, Star Jesus, Killmonger Panther, mhhoczny Strange, kretyn Thor (Gamora jako bonus). Watcher przyklepuje im nową nazwę: Guardians of the Multiverse i wskazuje cel: międzywymiarowego Ultrona. Złola udaje się pokonać, Killmonger jak zwykle ma własny pomysł na finał, a potem wszyscy żyli długo i szczęśliwiej. Tutaj nuda bierze się przede wszystkim z tego, że akcja nie trzyma w napięciu. Żadnej z tych wersji postaci nie udało mi się polubić, nic mnie nie obchodzą ich stawki, a każdy odwiedzany świat jest tylko jednym z wielu.

Jeśli chodzi o elementy łączące wszystkie odcinki, to sporo rzeczy zrobiono przyzwoicie. Postacie wyglądają trochę jak w grach Telltale Games, więc jeśli ktoś lubi ten styl, może serial będzie dla niego bardziej znośny. Animacja jest całkiem płynna, a sceny akcji dynamiczne. W role znanych postaci wcielają się przeważnie aktorzy z filmowych wersji (jest kilka wyjątków, co łatwo wyłapać). Niestety, część techniczna nie uratowała części merytorycznej. Każdy odcinek trwał około pół godziny i tylko jeden mnie nie wymęczył. Może za bardzo jestem przywiązany do pierwotnych interpretacji, może za bardzo uczulony na wciskaną głupotę. Rezultat taki, że uważam What If...? za stratę czasu. Moja ocena: 2-.